Takie małe coś

Przyszło do mnie wczoraj. Chwilę przed snem. Takie małe nic. Było głodne. Nie chciało wiele, kilka okruszków. Kudłate, mechate, miłe w dotyku. Dałam mu resztki z kolacji. Zjadło i mrucząc ułożyło się na brzegu łóżka. Zasnęło.

Kiedy obudziłam się rano stworzonka nie było. Byłam zmartwiona, bo chciałam zabrać je ze sobą do szkoły. Przetrząsnęłam cały pokój, ale nie znalazłam go nigdzie. Zeszłam wiec na dół do kuchni. Mama za-pytała przy śniadaniu czemu się dąsam od rana I czy coś mnie nie boli. Odparłam, że śniło mi się małe, kudłate i naprawdę prześliczne stworzonko, które po-częstowałam okruszkami. i, że to był tak realny sen ze zmartwiłam się kiedy rano wstałam a zwierzątka nie było.

Mama pocałowała mnie w czoło i powiedziała, żeby się nie martwić. Dodała też, że całkiem prawdopodobne jest, iż futrzak jeszcze mi się przyśni. Kocham moja mamę, zawsze wie co powiedzieć, kiedy jestem smutna.

XXXXXX

Dziadowska robota! Płaszczyć się przed szczenięciem tych boskich popłuczyn. Ludzie! Marne ścierwa! Wszystko było prostsze bez nich. Wszyscy byliśmy równi! A teraz? Płacimy za odrzucenie. Za bunt przeciw niemu. My, pierworodni, teraz ze-pchnięci na margines miłosierdzia Pana. Musimy że-brać o życie ludzki pomiot. –“jesteś głodny? Chcesz okruszków?”. Bla, bla, bla… Chce twojej parszywie niewinnej duszy, kurwa!!!

XXXXXX

Wróciłam do domu ze szkoły i natychmiast pobiegłam na górę do swojego pokoju. Cały dzień nie mogłam sie skupić na niczym. Wciąż tylko myślałam o Puszku. Tak nazwalam stworka ze snu. A może to jednak nie był sen? Może mama się myliła? Przecież wszystko było takie realne. Zapamiętałam dobrze wszystkie szczegóły z wczorajszego wieczora. Ze snami nigdy tak nie było. Zawsze w pamięci zachowywałam tylko strzępki obrazów.

Zaraz po otwarciu drzwi zaczęłam przeszukiwać cały pokój. Najpierw zajrzałam pod łóżko. Potem do szafy i garderoby. Sprawdziłam oba olbrzymie pudła z zabawkami. I nic… Rozczarowana i smutna usiadłam przy biurku. A więc jednak to był tylko sen. Jaka szkoda. Spojrzałam odruchowo na lustro zawieszone nad biurkiem. Serce zabiło mi dwa razy moc-niej! Nie uwierzycie co było na lustrze!!! Odciski dwóch, podobnych do kocich łapek i ślad pyszczka! A więc jednak mój puszek istnieje! Istnieje! Istnieje!!! Pogwizdując radośnie zbiegłam na dół na obiad.

XXXXXX

Ciesz się ludzkie szczenię. Ciesz, póki jesz-cze możesz. Wkrótce będziesz tylko bezwiednym narzędziem w moich rękach. Narzędziem tortur. Będziesz sprawiać ból i cierpienie samym swoim bytem. Takie same jakie czułem ja, odsunięty od blasku Pana. Od światłości nadającej sens życiu. Gardzę wami ziemskie ścierwa. I tylko ta pogarda napędza mnie by wciąż istnieć. Istnieć wbrew ideałom, którymi byłem karmiony u zarania dziejów.

Oszukany i porzucony jak pies, który podrósł i zbrzydł właścicielom. Tak, tak właśnie wciąż się czuję, mimo że minęły eony… Nienawiść nie pozwala zapomnieć. Pompuje jad w żyły, zatruwa organizm. Bądź przeklęty majestacie, który wzgardziłeś pierworodnymi synami. Nadchodzę by zadać ci kolejny cios!

XXXXXX

Puszek już siedział na łóżku, kiedy wróciłam do swojego pokoju po kolacji. Mlasnął swym słodziutkim pyszczkiem i zamruczał na przywitanie.

- Dobry wieczór Moniko – powiedział ciepłym aksamitnym głosem – cieszę się, że już jesteś.

- Ty… umiesz mówić? – zdziwiłam się.

- Oczywiście, że umiem głuptasie – odparło zwierząt-ko – wszyscy umiemy

- Kim jesteś… jesteście? – zapytałam niepewnie

- Och, przede wszystkim nie bój się – szeroki uśmiech rozjaśnił oblicze przybysza – Usiądź koło mnie – po-klepał łapką materac łóżka.

Usiadłam wciąż przyglądając się tajemni-czemu przybyszowi. Co za “Słodziak”! Tylko ta myśl kołatała mi się w głowie. Pręgowane szaro-brunatnie futro lśniło przepięknie. Było gęste i cudownie miękkie. Miało maślano słodkie ślepia jak u małego kocia-ka i pucułowaty lekko pyszczek jak u persa. No cudowność sama w sobie!

XXXXXX

Czas chyba uderzać. Wóz albo przewóz, jak powiadali w cygańskim taborze. Albo ta mała łyknie “bajerę”, albo narobi wrzasku i trzeba będzie próbować szczęścia gdzie indziej. Najgorsze w tym wszystkim jest to, ze nie mogę kłamać. Żadnego blefu. Aby się udało nie mogę zełgać ani trochę, rzesz w mordę…

- Jestem demonem. Nazywam się Belial. Ten, Który Podnosi Bunt.

„No wrzeszcz teraz mała suko! Drzyj swoja gładką mordę!!!”

- Demony są złe – powiedziała tylko, cicho

„Tylko tyle? Żadnego: “Mamusiu, ratunku! Pod łóżkiem jest potwor!”. Nie wierze…”

- Tak mówił w szkole katecheta – dodała patrząc na mnie niepewnie – Ale ty nie wyglądasz jak demon

- A jak według ciebie, dziecinko, powinien wyglądać demon? – zapytałem, siląc się na jak najłagodniejszy ton głosu. Zacząłem wrzeć od środka. Całe moje jestestwo buzowało krzycząc: “Pozwól mi wejść! JUZ!!!”. Jeszcze nie czas, skarciłem w duchu moją zapalczywość. Nie mogę teraz wystraszyć tej malej. Nie, będąc tak blisko celu!

- Ma rogi. I kopyta, i jest cały owłosiony

- No to, to ostatnie spełniam w pewnym sensie. – wy-siliłem się na ujmujący uśmiech kota z Cheshire.

- Nie masz rogów- odparła

- Ano nie – odpowiedziałem udając zakłopotanie – kopyt też nie – dodałem wyciągając do niej łapę. Chwyciła ją i zaczęła delikatnie głaskać miękkie futerko. Wyglądała tak słodko. Małe ludzkie szczenię, które za moment będzie moja własnością!

- Boisz się mnie? – zapytałem

- Teraz trochę tak – odparła – ale tylko trochę

- A czy kiedy poproszę cię pozwolisz mi wejść?

- Wejść? – “zaczęła się bać, niedobrze”

- Podzielisz się ze mną swoją duszą – Bez owijania w bawełnę. Prosto, kurwa, z mostu. Nie omamiać, okłamywać, przekupywać. Być do końca uczciwym. To musi być bezinteresowne. Ja pierdole, co za paranoja!

- Dlaczego? – strach w jej glosie był już tak wyczuwalny jak smród rozkładającego się topielca. “Poszło się czesać” – pomyślałem.

- Bo potrzebuje jej aby przeżyć, jasna cholera! – wrzasnąłem, już porządnie wyprowadzony z równo-wagi. Całą ta sytuacją. Bezsilnością, która opanowała mnie w tym momencie. Znowu będę pałętać się pomiędzy wymiarami, aż los wypluje mnie w innym zakątku ziemi I będzie mamił szansa na podjęcie walki. Na opętanie jakiegoś ludzkiego pomiotu. Na cholernie nieuczciwych zasadach wymyślonych przez Metatrona, glos Pana, po naszej klęsce. Jestem już słaby, tak bardzo słaby… Od ponad wieku nie karmiłem się duszą i strachem. Cierpieniem i nienawiścią otaczającego opętanego świata. Czas zdychać, zapaść się w otchłań jak Samael kilka wieków temu. Odsunąć się w niebyt…

- Dobrze – usłyszałem glos malej jakby ze studni – nie chce żebyś umierał

XXXXXX

Nie chcę, żeby on dłużej był we mnie. Chciałam dobrze, było mi go żal, ale teraz nie lubię go już. Jestem taka słaba. Nie pozwala mi na nic. Chcę się bawić. Śmiać. On mi nie pozwala. Rodzice myślą, że jestem chora. Że zwariowałam. Lekarze podejrzewa-ją autyzm, czy jakoś tak. Boję się. On siedzi cicho gdzieś wewnątrz. Blokuje mnie. Dobrze, że chociaż pozwala jeść od czasu do czasu i załatwiać, no wiecie potrzeby.

Słyszałam, jak rodzice rozmawiali dziś z lekarzem. Zalecił hospitalizacje na oddziale psychiatrycznym. „Potrzeba poddać dziecko obserwacji, rozpocząć leczenie farmakologiczne. Tutaj już nic innego nam, drodzy państwo nie pozostaje”. Boję się. On siedzi cicho gdzieś wewnątrz.

XXXXXX

- Zabieraj tą pieprzoną igłę! Ty pieprzona sadystko w kitlu!!! Zabieraj to, słyszysz!!! – Nie dam rady powstrzymać tej piguły. Jestem jeszcze za słaby. Będzie wtłaczać chemię w żyły tego dziecka. Omamiać je. Omamiać mnie. Jasna cholera, to żre jak kwas gdzieś wewnątrz ciała. Nie dam rady się bronić, musze to przetrwać. Muszę.

„Któż jak Bóg!” – rozległ się okrzyk straszliwy po naszej prawej flance. Trzy hufce anielskie pod wodzą Michała przebiły się przez nasze skrzydło i pchały ku centrum. Jak nawałnica świecąca blaskiem same-go Pana parły na przód siejąc śmierć. Zebrałem wokół siebie resztki mojej kohorty i nakazałem odwrót ku obozowi. Chciałem skupić resztki armii na obronie rannego Lucyfera. Łącząc się po drodze z Samaelem i jego armią obwarowaliśmy obóz. Przewaga psów Pańskich była druzgocąca. Staliśmy jednak dzielnie. Jak za starych dobrych czasów, kiedy w imię i na chwałę Metatrona i Światłości pokonywaliśmy Otchłań. Minęła noc, a potem dzień i noc kolejna. Mimo strat broniliśmy się zaciekle. Tak jak zwierz walczy o życie do ostatniego tchu, tak my do końca biliśmy się o godność. I wtedy do Michała dołączył Gabriel ze swoim wojskiem. Zmiażdżyli nas jak młot miażdży orzech. Nie mieli litości, rzeź trwała dwa dni i dwie noce. Oszczędzili tylko dowódców. I to tylko po to aby dla przykładu zrobić sąd przed całym anielskim audytorium. Okrutny sąd. Sąd jakiego nie było nigdy ani przedtem, ani potem.

Sędziami byli Cherubiny, Panowania i Zwierzchności. Wolą Bożą za bunt przeciw Światłości pozbawiono nas skrzydeł, atrybutu anielskiego. Lucyferowi ścięto je tylko do połowy. Łaskawcy… Władze zaś zostały wyznaczone, aby nas pilnować. Metatron przeczytał nam nasze prawa do egzystencji na skraju światów. Do parszywego żywota robali pełzających pod ziemią z pewnymi odstępstwami. Z da-ną nam mocą opętania. Potem zepchnęli nas w prze-paść między światy gdzie los rządzi naszym przeznaczeniem. I wszystko to, bo Pan umiłował robactwo, niedoskonałe stworzenia, najnowsze swe dzieło od-suwając nas wiernych przez eony doskonałych synów pierwotnego stworzenia. Paaaaaanie jak to booooo-li!!!

Ocknąłem się z chemicznej maligny, obrazy wciąż wirowały. Farmaceutyczny ból mieszał się z wyżerającym sumienie bólem wspomnień. Przestali ją kuć. Nareszcie. Wracamy do domu.

XXXXXX

Dzwonek do drzwi. 10 minut za wcześnie. Westchnąłem i odstawiłem filiżankę z kawą na stolik. Spiąłem włosy na wysokości karku i wstałem z fotela. Podszedłem do drzwi, przekręciłem zamek i otworzyłem je. Kobieta i mężczyzna, jak zawsze przygnębieni, przytłoczeni tym co się dzieje. Z rezygnacja w oczach, Na skraju wyczerpania nerwowego.

- Państwo Gromscy jak mniemam? – zapytałem. Kobieta przytaknęła skinieniem głowy – Zapraszam. – Gestem ręki objąłem wnętrze kawalerki.

Weszli i usiedli na sofie. Małżeństwo w średnim wieku. Typowe, pospolite. Pragnące tylko normalnie przemknąć przez życie, bez zbędnych problemów. Mężczyzna, pracownik średniego szczebla w znanej korporacji. Zarabiający wystarczająco dużo, aby żona zajmowała się domem i jedynym dzieckiem. Siedmioletnią córką. Tak… Normalnie prze-mknąć przez życie. Tylko tyle i aż tyle…

Scenariusz jak zwykle ten sam. Wszystko to już kiedyś tam wcześniej było. Psychiatra. Szpital. Terapia ryjąca organizm psychicznie i fizycznie do granic możliwości. I nic. Zero efektu. A często nawet pogorszenie stanu pacjenta. Diagnoza: autyzm, schizofrenia, rozdwojenie jaźni i Bóg wie co jeszcze. Wy-rok, jednym słowem. Córka wraca do domu apatyczna, nieobecna. I nagle, trach!!! Mija tydzień, dwa ataki przybierają na sile. Dzieją się rzeczy, których w racjonalny sposób nie da się wytłumaczyć. Lekarze umywają ręce. Bezradność to taka pieprzona sucz, która każe natychmiast spieprzać jak najdalej od problemu. Oni mogą. Rodzina nie. Rodzina zachowuje się klasycznie. Zamyka oczy i zaczyna wrzeszczeć. Zagłuszyć, nie widzieć problemu! Może rozwiąże się sam… Nie, nie rozwiąże się sam. Doprowadzi na skraj rozpaczy. Popchnie do samobójstwa. Lub morderstwa. Wyssie siły witalne. Zniszczy wszystko i wszystkich na swojej drodze. Żywi się tym więc nie odpuści. Chyba, że na końcu tej ścieżki ktoś trafi do mnie lub mi podobnych. Mimo sceptycyzmu, nieufności czy braku wiary pomyśli; „ A co mi cholera szkodzi, przecież próbowaliśmy już wszystkiego”. Egzorcysta, szarlatan, Ojciec Piotr. Być może ostatnia deska ratunku…

- Zadam teraz państwu kilka pytań. Liczę na szczerość. Inaczej możemy nawet nie zaczynać.

- Dlaczego jest pan taki szorstki wypalił mężczyzna z wyrzutem – nie przyszliśmy tu…

- Wiem po co tu przyszliście – przerwałem mu – Nie wy pierwsi i pewnie nie ostatni. Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Nie będzie żadnego ględzenia. Historyjek z dzieciństwa. Całego tego psychiatrycznego bla, bla, bla. Tylko kilka niezbędnych, suchych faktów. Wtedy będę mógł określić czy to opętanie czy nie. Czy mogę wam pomóc, czy też może jest już za późno.

Spojrzeli na mnie ze strachem w oczach, ale milczeli.

- Dobrze więc. Zacznijmy od początku… - Skrzyżowałem ręce na piersiach i rozpocząłem standardowy zestaw pytań.

XXXXXX

Ciemno. Mamusiu jak tu jest ciemno i zimno. Gdzie ja jestem? Gdzie on mnie zamknął? Już prawie w ogóle mnie nie wypuszcza. Czasem, na chwilę. Że-bym mogła popatrzeć co dzieję się wokół. Mogę tylko obserwować otoczenie. On całkowicie zawładnął moim ciałem. Porusza nim. Mówi. Same złe i brzydkie rzeczy. Do moich rodziców, lekarzy i innych. Nie mogę go powstrzymać. Mogę tylko patrzeć. Przez chwilę. Potem znowu ciemność i chłód. I smutek. Tak głęboki, tak mroczny…

XXXXXX

Jestem już cholernie zmęczony przebywaniem w tej ziemskiej powłoce, tak niewinnie czystej. Do wyrzygania. Ludzkie szczenię mnie drażni. Naj-chętniej rozszarpałbym tą małą duszyczkę na strzępy. Zbyt blisko jestem jednak celu. Czuję to. On jest już blisko!

XXXXXX

- Gdzie jest dziecko? – zapytałem zaraz po wejściu do mieszkania

- W pokoju na piętrze – odpowiedziała matka

- Proszę mnie tam zaprowadzić

- Tak bez żadnych przygotowań? – zapytał z powątpiewaniem ojciec małej – bez Biblii nawet, stuły, komży…?

- O, widzę, że pan wie lepiej niż ja jak powinien wyglądać egzorcysta – prychnąłem – Gratuluje. Proszę zatem przebrać się za błazna i wykonać tą robotę za mnie. Życzę powodzenia.

Spojrzał na mnie z nie skrywaną nienawiścią. Wytrzymałem spojrzenie. Spuścił wzrok. Klasyka, jak jasna cholera! Nie pierwszy raz słyszałem to pytanie. Te wątpliwości ludzi wychowanych na „Egzorcyście” Williama Friedkina i innych tego typu pierdołach. Nie miałem nawet zamiaru wyjaśniać tych szopek. Kościołowi ten obraz był nawet na rękę. Jest robota do zrobienia. A oni? Im mniej wiedzą lepiej dla nich.

- Proszę za mną – powiedziała po chwili krępującej ciszy kobieta i ruszyła przodem. Wdrapaliśmy się stromymi schodami na pierwsze piętro. Potem prze-szliśmy na koniec wąskiego korytarza po klasycznym, granatowym dywanie z białymi liniami na bokach. Kobieta zatrzymała się przed drzwiami w kolorze fuksji z przydymioną szybą. Zawahała się na chwile nie wiedząc czy ma je otworzyć. Spojrzała na mnie pytająco.

- Może pani odejść – zauważyłem niepokój w jej oczach – Poradzę sobie. Wszystko będzie dobrze – dodałem siląc się na uprzejmość.

XXXXXX

O jest i on! Nareszcie! Trochę to trwało. W tym coraz bardziej zlaicyzowanym świecie zanim ludzie ogarną, że ktoś jest opętany mija kurewsko dużo czasu. Lepiej późno niż wcale…

- Nareszcie księżulku – powiedziałem wykrzywiając gębę małej w parodii słodkiego uśmiechu – Jak cię zwą?

- Gówno cię to obchodzi – syknął

- Brzydko, bardzo brzydko mój drogi – zarechotałem przez jej trzewia dla odmiany swoim własnym głosem – Znasz umowę. Twoje pieprzone imię aniele!

- Anafiel ty padlino. – Oczy zmieniły mu się w czarną otchłań. Twarz spięła we wściekłym grymasie. Wokół jego ciała rozpaliła się delikatna, złota poświata.

- Musi być świerzak – mlasnąłem jęzorem dla lepsze-go efektu – bo nie miałem przyjemności słyszeć wcześniej tego imienia.

- Gówno mnie obchodzą twoje przyjemności Belial. Czego chcesz?

- Ej, Anafielku. Tak od razu do interesów? A przyjacielskie pogaduchy? Tak dawno nie miałem okazji uciąć sobie rozmowę z kimś „Równym”. Wiesz: „Co tam w niebie słychać”; „Jak się ma nasz kochany Metatron”. Jak widzę dalej śpiewa, ale chyba zaczyna fałszować – uśmiechnąłem się paskudnie.

- Zamknij w końcu swój parszywy ryj! Gadaj czego chcesz! – anioł ryknął z całą mocą

- Nie, no w mordę, to albo zamknij ryj, albo gadaj – obdarowałem go najbardziej szyderczym wyrazem twarzy do jakiego mogłem zmusić to ciało. Bawiła mnie ta sytuacja, choć wiedziałem, że nie mogę przegiąć. Wtedy zabije małą a i mnie być może przy okazji. Ostatecznie zginie anioł a ja skończę z powrotem w otchłani.

- Za chwilę przestanie mi zależeć. Rozpoczniemy walkę. Nikt nie wyjdzie na tym dobrze. Mów więc ile?

- 20 lat – odparłem

- Chyba kpisz. Dostajesz pięć i zostaw to dziecko.

- Dziesięć. I to ja wybieram miejsce.

- Siedem. I ty wybierasz.

- Rząd dusz jest mój. Kto pójdzie za mną tutaj, w otchłani zasili legion.

- W takim razie sześć. I nawet nie próbuj licytować Belial. To moja ostatnia propozycja – powiedział stanowczo Anafiel. – Ile to już w otchłani? 186 lat? Może być dłużej. Mi nie zależy.

Chyba nie mam cholera wyjścia. Muszę przy-stać na jego propozycję. Tym skrzydlatym skurwielom naprawdę nie zależy. A ja jestem za słaby, żeby się dłużej tułać.

- Chyba się dogadaliśmy aniołku. – splunąłem na podłogę – Niech cię szlag…

- Obawiam się, że mi to nie grozi – zadrwił - I pamiętaj. Za sześć lat grzecznie, z podkulonym ogonem wracasz z powrotem. Inaczej…

- Wiem, wiem aniołku – przerwałem mu – inaczej mnie dopadniesz i zniszczysz. Umowa stoi…

XXXXXX

Wyszedłem z pokoju i zszedłem na dół. Patrzyli na mnie przerażonym, pełnym pytań wzrokiem.

- Proszę iść teraz do córki. Potrzebuje państwa jak nigdy wcześniej.

- Ale czy…- zaczęła kobieta

- Tak, wszystko jest dobrze. – odparłem – No idźcie już do niej do jasnej cholery.

Pobiegli na górę. Skierowałem się do drzwi. Trzeba wracać do domu i przygotować raport dla Mi-chała.

XXXXXX

- El Presidente! Senior Belialente! Niedobitki zwolenników premiera Allante ukryły się w Santo Monte. Co rozkazujesz?

- Każcie im się poddać. Jeśli tego nie zrobią rozpocznijcie szturm. Nie oszczędzajcie nikogo. Zrównajcie miasto z ziemią!

- Tak jest El Presidente!

- Poczekajcie kapitanie, jeszcze jedno. Jeśli jednak wpadnie im do głowy się poddać… Zróbcie dokładnie to samo.

„Albowiem powiedział Pan, tylko dusze przeklęte, we krwi umazane Legiony Piekielne zasilić mogą.”

- Idźcie więc i czyńcie moją wole…

XXXXXX

Na wzgórzu wznoszącym się nad Santo Mon-te, na wysokim drzewie lapacho, których wiele porasta okolice przysiadł anioł. W milczeniu przygląda się rzezi miasta.

„Jeszcze cztery lata demonie i będziesz mój. Zatańczymy wtedy, a ja będę pamiętał. Każdy najdrobniejszy fragment twego występku wypalę jak piętno na twym parszywym cielsku…”

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania