Takie życie
I
Papieros ciążył w dłoni jakby ważył kilka kilogramów. Szary dym szczypał w oczy, wszystko piekło i bolało. To, co działo się wokół było nie do końca realne. Nieprzyjemny metaliczny posmak w ustach, duszące opary w płucach. Wydech. Znowu kłęby dymu przed oczami. Cholera, jeszcze te chaotyczne dźwięki pianina i dziki szept zgromadzonych wokół półpijanych ludzi. Niby nic mnie nie obchodzą, a jednak przeszkadzają. W szklance piana wolno ściekała po szkle. Na dnie zostało kilka kropel piwa, a w kieszeni tylko kilka złotych. Za mało na kolejne, za dużo, żeby już wyjść.
Papieros parzył palce, ale zgnieciona paczka Marlboro na stoliku nie pozwalała go zgasić. Jeszcze jeden mach, jeszcze trochę dymu, może się wreszcie uduszę i będę miał spokój. Ktoś mocno popchnął mnie w ramię przechodząc obok stolika. Powiedział coś niewyraźnie. Przepraszał? A może mnie wyzwał, bo siedzę na środku i przeszkadzam. Mam to w dupie, wychodzę.
Zimny wiatr nieco otrzeźwił umysł, ale i tak wszystko wokół lekko wirowało. Tylko męska duma trzymała plecy prosto i równała krok. Przynajmniej tak mi się wydawało. Sądząc po trajektorii mojego ciała nie do końca było to prawdą. Raz pojawiała się latarnia po jednej stronie drogi, za chwilę ławka, nieco z prawej i znowu latarnia, o, kubeł. Nowe, kurwa kubły postawili, żeby ludziom przeszkadzały w drodze do domu, bo mało mam zmartwień, jeszcze to gówno muszę omijać. Barierka mostu była lodowata, ale alkohol, który zdążył już nieco spłynąć z głowy w dół ogrzewał ciało. Papierosowe opary zostały zastąpione białą parą prosto z ust. Smród był gorszy niż z papierosów.
Kolejny lodowaty podmuch odczuwalny na plecach, przez szparę powstałą w wyniku oddzielenia poszczególnych warstw odzienia wierzchniego sprawił, że wstałem z ławki. Troszkę mi umknęło jak się na niej znalazłem, ale wciąż najważniejsze było, że idę. Potworny głód targnął moimi wnętrznościami. Kilka monet w kieszeni, które, po uprzednim sprawdzeniu, oceniłem na około trzy złote, dało nadzieję na zakup czegoś na ząb. Sprawdzenie zawartości kieszeni skłoniło mnie do sprawdzenia, czy ja się w ogóle ubrałem wychodząc z knajpy. Kurtkę mam, szalik… szalika nie ma, ale może i nie było, trudno to ocenić w tych warunkach. W każdym razie nie czas na sentymenty, nie przywiązuję się, nie, nie będę się od dziś przywiązywał do rzeczy. Do ludzi się też nie będę przywiązywał, chociaż z tym będzie łatwiej, bo na razie do nikogo się nie przywiązałem, to i dalej nie muszę. Mógłby się ktoś do mnie przywiązać, ale nie mam sznurka. Kurwa, czemu ja znowu siedzę?!
Zza mroźnej mgły wyłonił się zielony neon sklepu. Mój żołądek był skurczony i pomarszczony jak penis po stosunku. Jeść! Krzyczał, a echo niosło się po trzewiach i huczało w głowie. Pozostał tylko przekroczyć jezdnię. Krok był już pewniejszy, bo praktyka czyni mistrza. Przypomniały mi się nauki pobierane w przedszkolu i wczesnych latach szkolnych. Najpierw w lewo. Później w prawo. I jeszcze raz szybko w lewo, a nuż cos nadjechało, gdy patrzyłeś w prawo. A jeśli wtedy coś podjedzie z prawej, gdy ja patrzę w lewo? Jeszcze raz w prawo i w lewo. Dla pewności jeszcze w prawo i pierwszy krok wykonany. Teraz umysł zajęło wspomnienie reklamy telewizyjnej: „dziesięć mniej ratuje życie…” mówi smutny głos. Kierowco zwolnij! – to z przejazdu kolejowego, ale też się nada, bo jeżdżą kutasy jak na wyścigach, a to miasto jest przecież i ja się rozglądam w niepewności, czy mnie aby nic nie trzepnie z prędkością o dziesięć za wysoką albo i więcej. Już sobie wyobrażałem swoje włosy na przedniej szybie i czerwoną plamę na masce, szkło wokół i krzyk kierowcy: Jak chodzisz debilu! I nagle, jak nie wyrżnę o beton. Jezdnia się skończyła, a ja zajęty imaginacjami katastroficznymi ruchu drogowego nie zauważyłem czyhającego niebezpieczeństwa w postaci krawężnika. Ale to nic, idę dalej, może nikt nie widział. Najważniejsze, że żaden samochód mnie nie trafił.
Ciepło sklepowe ogarnęło moje ciało. Żółte światło rozjaśniło też umysł, z którego powoli parowały procenty. Było ich jeszcze sporo, więc operacja odszukania stosownego pożywienia nie była wcale prosta. A zrobić to w stylu trzeźwego i pewnego siebie klienta z pełnym portfelem graniczyło z cudem. Ale to była noc cudów, więc może się uda. Zaczęło się od szarmanckiego uśmiechu w stronę znudzonej i zmęczonej kasjerki w wieku nieco ponad pełnoletnim. Brzydka jakaś była to i się specjalnie nie starałem z tym uśmiechem, ale kultura wymagała żeby coś tam się jednak przez usta przewinęło. Dalej prosto do lodówy, dużej, białej i buczącej cicho w kącie sklepu. Biel mlecznych produktów mnie onieśmieliła. Jakie one niewinne, przewinęło się przez myśli, ale szybko się otrząsnąłem – nie bądź sentymentalny – pomyślałem. Trzy złote, około, to niewielki majątek, ale przy takim wyborze problemu wielkiego być nie powinno. Skierowałem się do części z kanapkami. Chciałem największą, ale była za droga. Mniejsza też była droga, ale tańsza niż większa. Musi to być takie drogie, kurestwo, bułka z szynką, we łbach im się poprzewracało. Idę do zwykłego regału z pieczywem. O tej porze, to rewelacji nie będzie, myślę sobie, ale idę żeby iść, bo to najważniejsze, żeby się ruszać, żeby przed siebie. Patrzę się na bułeczki i już bym wziął, ale w sumie mam tylko trzy złote. A jak w drodze do domu mi będą potrzebne. Jak sobie tak pomyślę, to coś tam w lodówce zostało, a w sumie aż taki głodny nie jestem.
II
Gęsta ślina w ustach miała smak spalonego tytoniu wymieszanego z alkoholem. Przełknąłem, bo co innego zrobić. Oczy mnie pieką, ale otworzyć trzeba. Ale razi, matko jedyna, nie zasłoniłem rolet. Jak ja w ogóle dotarłem do domu? Coś tam przewijało się w pamięci, ale nie do końca. Nawet się przebrałem. Koszulkę mam na lewa stronę, ale chyba nie było tak źle. Rzut oka na pokój – całkiem nieźle, szkód nie odnotowano. Na krześle wisiały bezwładnie ubrania i kurtka.
Plecy i nogi bolały, ale to nic w porównaniu z ołowiem w głowie. Chciałbym zostawić ją w łóżku, a całą resztę zawlec pod prysznic. Kapcie zostały w przedpokoju, więc pierwsze kroki po zimnej podłodze nie napawały optymizmem. Przynajmniej się rozbudzę, myślę i niezdarnie stawiam kilka kroków w kierunku łazienki. Mijając radio klikam na przycisk zasilania i z głośników bucha z całą mocą Rammmstein. Już rozbudziłem sąsiadów, dziękuję. Jezu, jak mnie boli głowa. Ściszam i przełączam z CD na radio, coś spokojnego, myślę sobie, coś delikatnego, co uśmierzy ból i ukoi skołatane nerwy. Classic, o tak, tego mi trzeba. Krótka modlitwa dziękczynna do boga, jakiegoś, jeśli istnieje, za to że ktoś wymyślił taką muzykę. Po drodze do łazienki wypiłem chyba z pół litra wody niegazowanej i zjadłem kruche ciastko. Wbrew moim oczekiwaniom lodówka ziała pustką. Oddałem dług naturze, zadziwiająco duży i umyłem zęby, co niestety nie pomogło jakoś bardzo na „kapcia” w ustach. Usłyszałem dźwięk wiadomości sms na telefonie, który został gdzieś w pokoju. Dobrze, że nie zgubiłem – pomyślałem.
Woda przyjemnie masowała ciało, a ulubiony żel pod prysznic był najmilszym zapachem jaki czułem od kilkunastu godzin. Nie miałem pojęcia czym pachnie, ale ogólne wrażenie było całkiem przyjemne, więc nie wnikam. Z resztą i tak nie umiem na głos przeczytać nazwy rośliny, z której został zrobiony. Zmyłem z włosów dym i nieco zmniejszyłem temperaturę wody żeby do końca się rozbudzić. Miałem nadzieję, że jak coś zjem, to ból głowy się zmniejszy. Ręcznik śmierdział wilgocią, więc starłem nim cały piękny zapach żelu, zanim się zorientowałem. Wrzuciłem go do kosza z brudami, ale zapomniałem, że nie wyprałem trzech poprzednich i nie miałem się czym wytrzeć. Postałem chwilę aż skóra nieco się wysuszyła i wciągnąłem domowe ubranie.
Teraz w radiu leciała muzyka filmowa. Nie mogłem sobie przypomnieć z jakiego filmu, ale musiał być dobry, skoro taki ładny ten utwór. Narzuciłem kurtkę, inną niż poprzedniego wieczoru, bo miałem dosyć knajpianych smrodów i okręciłem szalikiem szyję. Przekręciłem klucz w drzwiach, zszedłem do sklepu na dole. Mały oddział wielkiej sieci mieścił się niedaleko kamienicy. Z zielonego neonu patrzył na mnie uśmiechnięty płaz. Wszedłem do środka. Tłumów nie było, nie ma się czemu dziwić, bo ceny tu mają wysokie – pomyślałem. Z drugiej strony nie będę biegł nie wiadomo gdzie po bułki, soczek i coś do smarowania. Szybko załatwiłem sprawę i już, już miałem wychodzić, gdy napotkałem gniewny wzrok ekspedientki układającej nabiał w lodówce. Ale brzydka – pomyślałem – i jeszcze się gapi, o co jej chodzi?
Kupiłem jeszcze parówki, bo lubię parówki. Poza tym dobrze zjeść coś ciepłego na kaca. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo specjalistą nie jestem. Wdrapałem się jakoś na górę, zamknąłem za sobą drzwi i zabrałem się za gotowanie. Nie wymagało to wielkich zdolności kulinarnych, ale podobno nawet wodę można przypalić, więc policzyłem to jako sukces. Trochę keczupu po wierzchu, dwie bułeczki z masłem i szklaneczka soku pomarańczowego. Woda w czajniku też już buzuje, więc zaraz będzie kawka. W tle nadal cichutko snują się filmowe rytmy mieszane z muzyką poważną, choć same często są muzyką poważną, ale mniejsza o to. Przypomniało mi się, że dostałem sms-a. Tylko gdzie dałem telefon? I proszę – pierwszy strzał w dziesiątkę, był w kieszeni spodni, tak jak się spodziewałem. Musze przyznać, że mam jedną zdolność, z której jestem bardzo dumny – nie gubię po pijaku swoich rzeczy. Choćbym nie wiem ile wypił, to zawsze pilnuję moich skarbów. Nie przywiązuj się do rzeczy – zabrzmiało mi nagle w głowie, jakbym już to gdzieś słyszał. Poczułem na plecach chłód, chociaż w mieszkaniu było ciepło, a nawet duszno. Jak przez mgłę zobaczyłem most i brudną ławkę, kubeł i latarnię. Nie wnikam, pomyślałem, co było a nie jest nie pisze się w rejestr, jak to mówią.
Wróżka Anna przepowiedziała, że w moim domu jest ktoś, kto źle mi życzy. Rozejrzałem się odruchowo wokół, ale nikogo nie zauważyłem. Wróżka się pomyliła, jak zwykle. Ale miło, że napisała, zawsze to przyjemnie jak się ktoś rano odezwie. Nawet mnie zachęciła do dalszego kontaktu, ale po tej pomyłce zwątpiłem w jej umiejętności. Wyłączyłem telefon i zabrałem się za parówki, które już oczywiście wystygły. Po pierwszym kęsie czajnik zaczął dziko gwizdać. Ja pierdolę, tak to jeszcze nigdy nie wył – pomyślałem rzucając widelec na talerz. Wyłączyłem wodę i nasypałem kawy do kubka. Powinienem odczekać, bo podobno bariści radzą, żeby nie zalewać wrzątkiem. Tylko, że nie będę przecież stał i czekał aż ostygnie. A później zanim się zaparzy nie można wlewać mleka, więc znowu bym musiał czekać, a w tym czasie parówki miałyby już temperaturę w okolicy zera. A w dupie z tym, zalałem wszystko razem, fusy wypłynęły na zewnątrz, zamieszałem i wróciłem do jedzenia – i tak zaraz opadną.
Jedząc myślałem o tym, co się wydarzyło i o tym co muszę dzisiaj zrobić. Nic mi się nie chciało, więc nie przewidywałem ciężkiej pracy, a sama myśl o zmuszeniu się do siedzenia i klepania w klawiaturę przyprawiała mnie o mdłości. Wyobraziłem sobie pustą kartkę i blade światło monitora, a parówki już mi się kończyły, więc nieuchronnie zbliżałem się do tego momentu. Na szczęście miałem jeszcze gorącą kawę, więc kolejnych kilka minut lenistwa usprawiedliwionych. Zaciągnąłem kilogram fusów i aż mi się w głowie zakręciło. Trzeba było poczekać – pomyślałem. Siorbiąc kofeinowy napój przez zęby siedziałem na bujanym fotelu i gapiłem się w okno. Nie musiała tego robić, przecież wszystko by się jakoś ułożyło.
Wstałem i zmusiłem nogi do pierwszego kroku, bo zawsze najgorsze są te pierwsze. Czułem, że elektroniczna bestia na biurku już szykuje się do tortur, które sprawią, że znowu poczuję się jak szmata, albo nikomu niepotrzebny mebel. Wszedłem do drugiego pomieszczenia zawalonego książkami i gazetami. W głębi pod oknem stał on – czarno-szary oprawca, wysysacz chęci życia, niszczyciel marzeń i jedyny prawdziwy przyjaciel. Włączyłem komputer.
Wkurwiająca melodyjka na początek to idealnie groteskowy podkład dla mojego skacowanego umysłu. Już zacząłem się rozglądać za czymś, co mogłoby odciągnąć mnie od pisania, ale nic nie znalazłem. Nikt nie dzwonił, nikt nie pukał. Nudny i do bólu spokojny sobotni poranek. Moglibyśmy dziś gdzieś razem wyskoczyć – pomyślałem gapiąc się w słońce za oszronionym oknem. Nie myśl o tym – skarciłem się, jak przystało na twardziela. Pisz! Przypomniał mi się filmowy Rocky, jak wstawał w środku nocy i wychylał szklaneczkę surowych jajeczek w obskurnym mieszkaniu, nakładał brudny , podarty dresik i dawaj na dwór, na mróz. Ależ to był gość. Na samą myśl o takiej woli walki zacisnąłem wszystkie dostępne mi mięśnie. Nie było ich wiele, ale pracowały w tej chwili na najwyższych obrotach. Już biegłem obok Rocky’ego, uśmiechałem się do niego, stado dzieciaków nam dopingowało, ktoś rzucił jabłka na przekąskę i pomachał porozumiewawczo. I muzyka, i fanfary, a my coraz szybciej i szybciej, jak Superman, jedna ławka – skok, druga ławka – skok i jak się nie przyrżnę w blat biurka. Kurwa! – wyrwało mi się mimo woli. Z bólem wróciłem do szarego mieszkania, którego opłacenie pochłaniało trzy czwarte marnej pensji. Rocky pobiegł przodem prosto do celu, żeby za chwilę spuścić łomot dwumetrowemu drągalowi, a ja zostałem przykuty do krzesła i bezradnie gapiący się w ekran. Mogłem wyprowadzić prawego sierpa w monitor, ale żeby kupić drugi musiałbym nie jeść przez dwa miesiące. Ostrożnie wysunąłem klawiaturę i dotknąłem myszki. Ufff – pomyślałem, teraz już jakoś poleci.
Godzinę później ściskałem myszkę tak mocno, że aż skrzypiała. Na blacie pojawiły się już wgniecenia od dociskania jej do powierzchni. Kursor delirycznie mrugał na białej kartce zamkniętej w monitorze. Druga dłoń spoczywała na klawiaturze. Palce delikatnie przesuwały się po literach alfabetu w nadziei, że może wreszcie nad którąś poczują wibracje, że same litery dadzą znać, od której zacząć i poprowadzą dalej. Ale tak się nie stało. Jeszcze kilka minut i symbole na klawiszach zaczęły by się rozmazywać. Ja pierdolę – myślę sobie. No nie mogę, kurwa. Wymyśl coś przygłupie. No pisz, kurwa…Wstałem. I wyszedłem.
Druga kawa była lepsza od pierwszej, bo tym razem poczekałem aż się zaparzy i dopiero wtedy dolałem mleka. Już mi się nie spieszyło. Najlepiej mi się pisało w myślach. I z daleka od komputera. Jak tylko przychodziło coś zapisać, to dysk się czyścił i brakowało pomysłów. Nie będę pisał – pomyślałem. Nie umiem, to znaczy, że nie powinienem próbować – ciągnąłem wywód winowajcy i przegranego – albo się umie pisać, albo nie i koniec. Telewizor sobie pooglądam. Albo gazetę poczytam, albo książkę. Lepiej poczytać mądrą książkę mądrego pisarza niż samemu się męczyć. Gdzie mi tam do Prousta, czy Manna. Żeby pisać, jak oni trzeba żyć w innych czasach. Mógłbym pisać, jak Pilch, ale do tego trzeba więcej pić i być intelektualistą pierwszej wody. Mógłbym, jak Masłowska, ale nie znam tylu brzydkich słów. No i nie mieszkam na blokowisku. Chciałbym jak Stasiuk, ale najdalej byłem nad morzem i to z rodzicami. Po drodze odwiedziliśmy McDonald’s. Ale nie byłoby czego opisać. Smród starego sera, to nie materiał na książkę. Jednym słowem – nie nadaję się. Nawet moje życie biegnie tak, żebym nie miał o czym pisać, takim mnie stworzył Bóg i takim już pozostanę.
Gorąca para unosiła się nad kubkiem, a ja powoli poddawałem się, byłem tak rozmyty jak ona. Zacząłem myśleć o tym, o czym myśleć nie chciałem, ale jednocześnie wiedziałem, że od tego nie ucieknę. Złość przemijała, więc coraz trudniej było godzić się z tym, co się stało i odpuścić, to co się stać mogło, ale nigdy się nie stanie. Co zrobić, skoro tak się to wszystko potoczyło. Trzeba jakoś przeżyć wyższy czynsz i samotność w łóżku. Zapomnę o wspólnej kawce rano i wieczorem, o spacerach na Odrą i kłótniach o, to kto dziś zmywa. Przecież i tak ostatnio było inaczej, gorzej, smutniej. Więcej w tym było agresji niż miłości. Może tak będzie lepiej. Tak, na pewno będzie lepiej, tylko, że to do mnie dotrze dopiero po czasie. Póki co pozostaje cierpienie w ciszy i samotności.
Zaczęły się sentymenty – część wielce bolesna okresu po związkowego. Przypominałem sobie delikatne dłonie i zapach jej szamponu. Uśmiech i błękitne oczy, smród lakieru do paznokci, długie włosy na fotelu, a to, że tak siedziała na łóżku, a to inaczej, a tak leżała, a tak chodziła, a tak patrzyła, a tak, a siak, a mam to gdzieś. Popatrzyłem w okno, z którym zimowe słońce w pełni już widoczne na niebie przyjemnie rozświetlało ulice mojego miasta. Czułem się jak w klatce, z której nie mogę wyjść. Wiedziałem, że to minie, ale co z tego, póki trwało. Do tego ból głowy i zmęczenie po wczorajszym, głupim dodajmy, zalaniu smutków alkoholem. Wynajmę inne mieszkanie – tańsze i mniejsze i napiszę wreszcie tę głupią książkę – postanowiłem. To był jeden z momentów, w których wydaje się, że wszystko będzie inaczej, że jakoś sobie poradzę. Po tych kilku sekundach upadek był jednak boleśniejszy, bo z wyższej wysokości. Plask o beton, a nawet o ziemię gołą, zabłoconą i chlust pomyje na głowę i jeszcze kopa w jaja – to codzienność, to moje życie, a nie jakieś tam uniesienia miłosne, ekstazy duchowe i natchnienia artystyczne. Znikąd przyszedłeś i donikąd zmierzasz przyjacielu – szepnął głos w głowie.
Muszę zmienić pracę – pomyślałem. Oczywiście myślałem o tym już po kilku dniach od jej uzyskania, ale teraz jakby bardziej to do mnie dotarło – stało się częścią planu, jednym ze sposobów na nowe życie. Zmiana mieszkania i pracy mogły stać się moim kołem ratunkowym, moją brzytwą, której się chwycę w chwili beznadziejnej rozpaczy i melancholicznego smutku. Z tym było jednak, tak jak z pisaniem – łatwo pomyśleć, trudniej zrobić. Miałem trochę oszczędności, zawsze odkładałem kilka złotych na czarną godzinę, więc mogłem przez około miesiąc pozostać bez pracy. W tym czasie na pewno coś bym znalazł, a jeśli uda mi się zamienić mieszkanie na mniejsze, albo na jakiś pokój, to powinienem dać radę. Rzeczy nie było zbyt wiele, więc sama przeprowadzka nie powinna stanowić problemu.
Po kilku pozytywnych zrywach uznałem, że może nie będzie aż tak źle, jak wydawało się na początku. Naprawdę uwierzyłem, że sobie poradzę. Rozejrzałem się po pokoju i wzrok spoczął na rzeczach powieszonych na oparciu krzesła. Kurtka wydawała mi się jakaś inna, coś było z nią nie tak. Pomyślałem, że to kac przytępił zmysły i nie pozwala na poprawne postrzeganie świata. Po chwili tępego wpatrywania się w ubrania przy akompaniamencie motywu przewodniego z filmu „Bandyta” powstałem i ruszyłem w ich kierunku. Kurtka była wygnieciona i jeszcze wilgotna. Rękawy i przód były ciemniejsze niż wcześniej, tak jakby coś się na nią wylało. Ciemne plamy tworzyły dziwny wzór na brązowym tle. Nagle rozległ się przeszywający moje ciało do szpiku kości, przerażająco dogłębny, świdrujący i przeciągły dźwięk dzwonka do drzwi. Gdy ból w głowie przestał pulsować i odzyskałem psychiczno-zmysłową równowagę ruszyłem w stronę wejścia. Wyobraziłem sobie jej piękną, smukłą sylwetkę i jagnięce oczy. Przepraszam, to moja wina, to wszystko moja wina – z jej cudownych oczu spływały po gładkich policzkach kryształowe łzy. Wybacz mi proszę i pozwól wrócić, bez ciebie nie mogę żyć – szeptała szlochając. Zwolniłem zamek w drzwiach i uchyliłem je powoli mając przed oczyma skruszoną byłą ukochaną. Posterunkowy Waldemar Jankowski – przedstawił się odziany w błękit funkcjonariusz Polskiej Policji. Cudowne imaginacje natychmiast uleciały z prędkością światła, a w głowie ponownie zagościł chaos wymieszany z paniką. Czy Pan Paweł Kowalczyk? – zapytał uprzejmie, ale stanowczo jegomość w mundurze. Tak – wydukałem niepewnie i otworzyłem drzwi nieco mocniej. Czy możemy zadać kilka pytań? – każde jego słowo kłuło mnie jak tysiące igieł. Moja chora wyobraźnia wspinała się na wyżyny abstrakcji tworząc ponure obrazy średniowiecznych lochów, w których ja – samotny, brudny i wychudzony przykuty ciężkimi łańcuchami do wilgotnej i zimnej ściany odbywam dożywotnią karę pozbawienia wolności. Oczywiście – odpowiedziałem z trudem robiąc dwa kroki w tył zesztywniałymi nogami. Dopiero wtedy zauważyłem, że funkcjonariuszowi towarzyszył dwóch mężczyzn w średnim wieku – obaj ubrani po cywilnemu. To komisarze Bromski i Popiel – prowadza sprawę, której, jak się domyślamy, jest pan istotnym elementem. „Istotnym elementem”? -powtórzyłem cicho słowa Pana posterunkowego. Musiałem mieć najmizerniejszą minę jaką tylko można sobie wyobrazić. Wiedziałem, że taka mina to dla tych doświadczonych policjantów niezbywalny dowód mojej winy. Problem w tym, że nie miałem pojęcia czego ta wina mogła dotyczyć.
Komentarze (1)
Dialogi pisz od myślników są wtedy bardziej czytelne, troszkę się na końcu zagubiłam.
Opowiadania psychoanalityczne, powiedziałabym nawet, że od początku czuć, iż coś jest nie tak, jednocześnie bohater wydaje się zagubiony, ale w pewien sposób obłąkany, tak jakby wszystko mu przeszkadzało, a wizje zmieniają się co minutę. Nie wiem czy taki był efekt, ale skupiłabym się na jednym ciągu, troszkę nie przeskakujesz płynnie z jednego wątku do drugiego - mam takie wrażenie, choć może być mylne. Spodobał mi się natomiast rysopis bohatera, od początku pomyślałam sobie "no widzę, że ciekawy bohater" i tak zostało do końca, obarczony problemami człowiek, który jednocześnie ma gdzieś otaczający go świat, a z jednej strony sobie go taki wyobraża. Pogmatwane to. Nie oceniam :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania