Tam me serce pozostało

Pragnąłbym bardzo ocalić od zapomnienia niezwykłe miejsce, bajecznie kolorową moją małą ojczyznę , w której przeżyłem swoje dzieciństwo i młodość. Tęsknię do niej często, coraz częściej całym sobą, całym swoim jestestwem.

Do tej mojej rodzinnej wsi prowadziła jedna jedyna utwardzona droga, kostka później zalana asfaltem, ona łączyła ze światem, z pociągiem, z autobusem, kościołem i cerkwią. Niespełna dwa kilometry, które musiał pokonać każdy kto pragnął tam przybyć lub stamtąd wyjechać.

Była to więc „zabita dechami” malutka, bo licząca niewiele ponad dwadzieścia gospodarstw, malowniczo położona wioseczka. Do dziś mogę wymienić z imienia i nazwiska niemal wszystkich jej mieszkańców. Z każdej strony otaczały ją mniejsze lub większe pagórki, otulały rozległe lasy, a malownicze łąki w symbiozie z polami uprawnymi poprzecinanymi wstęgami polnych dróżek dopełniały niebiańskiego wprost krajobrazu. Wszędzie królowała zieleń, a sady obsypane na wiosnę kwiatami ,jesienią wypełniały się, aż po brzegi dorodnymi owocami. Natomiast w czasie tak długich i srogich ówczesnych zim wszystko okrywała śnieżna biel , którą zakłócały jedynie dymy, płynące ku niebu z kominów chat .

Smaku pieczonych w ogniskach ziemniaków, widoku krów na pastwiskach, zapachu świeżego siana czy wreszcie wspaniałej , niespotykanej gdzie indziej, atmosfery podczas wszelkich, tak wówczas częstych sąsiedzkich spotkań, nie jestem w stanie zapomnieć! Co więcej wraz z upływem lat „ czuję” tamten świat coraz bardziej. Tak bardzo wtedy chciało się żyć i wydawało się , że tego życia jest takie całe mnóstwo przede mną!

W samym środku tej jakby wprost dla malarza stworzonej osady znajdował się stary , tajemniczy park, a w tym parku piękny staw i woda bez przerwy, zimą i latem , wiosną i jesienią tryskająca z podziemi. Woda, której królewski smak mam do dziś w moich ustach , to jeden ze smaków mojego dzieciństwa.

Tam w tym uroczym i malowniczym zakątku spotkali i pokochali się moi rodzice, chociaż ojciec urodził się w okolicach Nowego Sącza, a matka Piotrkowa Trybunalskiego. Ojca przygnała akcja „Wisła”, a mamę poszukiwania przez jej ojca, a mojego dziadka, chleba dla swoich dzieci. Poniemiecka miejscowość stała się domem dla dwóch narodów, Łemków i Polaków. Jedni i drudzy , mimo wielkich różnic kulturowo-światopoglądowych stali się tam prawdziwymi sąsiadami. Żyli w zgodzie, wzajemnie sobie pomagali w pracach polowych , a także wspólnie organizowali swój czas wolny. Najbardziej oprócz pracy jednoczył ich sport szczególnie piłka nożna , siatkówka, tenis stołowy ,narty czy hokej, a także długie wieczorne spotkania przy kartach, zabawy taneczne i inne wiejskie imprezy.

Z tej typowo rolniczej, chłopskiej wsi , leżącej gdzieś na końcu Polski Ludowej, z chłopskiej zagrody wyrósł w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, co było ewenementem na całą bliższą i dalszą okolicę absolwent AGH w Krakowie, do dzisiaj znana postać w KGHM-ie. Tam wychowało się też wielu przyszłych nauczycieli i innych cenionych fachowców, ale przede wszystkim wyrosło wielu wspaniałych rolników.

To tam już od dziecka uczyłem się szacunku do ludzi, do ciężkiej trwającej od świtu do zmroku pracy na roli, do każdej pracy. Tam z ust starszych mieszkańców poznawałem historię , odkrywałem jej prawdziwe stronice jakże często wypełnione ludzkim bólem , cierpieniem i poniewierką. Tam także nauczyłem się kochać , kochać Pana Boga , kochać drugiego człowieka . Tam śmiałem się na serio, płakałem na serio , żyłem na serio.

Gdy opuszczałem ten magiczny ogród mojego dzieciństwa i przenosiłem się do miejskich luksusów nie przypuszczałem nawet co bezpowrotnie tracę. Nigdy i nigdzie nie było mi już tak dobrze, nigdy i nigdzie nie byłem już u siebie.

Od miejsca, w którym przeżyłem swoje dzieciństwo dzieli mnie obecnie niespełna dwadzieścia kilometrów, ale faktycznie jest to odległość nieskończona, niemożliwa do przebycia, bo dzisiaj już nie ma mojej ukochanej wsi, chociaż fizycznie istnieje nadal i to dużo większa, dużo bogatsza i dostojniejsza.

Tęsknota za pracą na roli, za sztuczną żmiją, którą wymyślił mój wujek , a która bawiła całą okolicę przez dobrych kilka lat, za tamtymi kolegami, za sąsiadami, za pięknem przyrody wreszcie , tej dawnej nieskażonej i niezniszczonej, za jabłkami i śliwkami jedzonymi prosto z drzew, za mlekiem pitym prosto od krowy, za potem wylewanym podczas żniw, za walką o każdy kłos zboża, o każdą wiązkę siana, każdy ziemniak urodzony przez matkę Ziemię , nie przeminie we mnie nigdy !!!

Do końca mych dni zachowam w swoim sercu tamto najcudowniejsze dla mnie miejsce i tamtych ludzi , całe tamto życie. Lata , które mimo iż upłynęły mi w czasach ohydnej „komuny” ,w czasach bez samochodów, komputerów, internetu, komórek, marketów, kont w bankach i telewizorów plazmowych wiszących na ścianach uważam nie tylko za piękniejsze, ale też za bardziej wartościowe dla rozwoju młodego człowieka, niż te obecne !!!

W mojej rodzinnej wsi żyła jedna wielka rodzina, czy ktoś może dzisiaj tak powiedzieć o swojej miejscowości … ? Jestem szczęśliwy , że byłem jej cząsteczką. Dlatego chciałbym z całego serca, najserdeczniej jak potrafię, podziękować wszystkim dawnym mieszkańcom, dawnej miejscowości Wysokie w gminie Rudna za swoje szczęśliwe lata jakie wśród Nich spędziłem.

Ryszard Halczak

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • KarolaKorman 27.01.2015
    Nikt się nie pokusił, by skomentować, więc będę pierwsza. Namalowałeś tak piękny obraz wioski Wysokie, że mało kto taki w swoim życiu widział. Dało się wręcz poczuć smak opisywanych przez Ciebie wody i owoców. Może ja go poczułam, bo też znałam taką wieś, którą dobrobyt zmienił bezpowrotnie. Pozdrawiam :) Wcale nie przez sentyment ocenia na 5 :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania