Tamta Dziewczyna

Rozdział I

The Night We Met

 

Średniego wzrostu, zgrabna blondynka o ciemnych oczach siedziała przy wielkim, syto zastawionym stole. Jadła świąteczną kolację w towarzystwie swych rodziców w kompletnej ciszy. Anastazja pragnęła skończyć posiłek, odłożyć sztućce i wrócić do swojej sypialni. Marzyła o jak najszybszym powrocie do Francji, która od kilku lat była jej domem. Paryż był jej najukochańszym miastem.

Chłodny głos matki przeciął tę głuchą ciszę, oznajmiając, że musi ostro przyłożyć się do nauki, by dostać się na Uniwersytet Barceloński.

– Barcelona? – zdziwiła się, otwierając szeroko oczy. – Jaka Barcelona? Moim marzeniem jest Sorbona. Tam mam przyjaciół, moje plany na przyszłość dotyczą Francji.

– Twój ojciec tam studiował, dziadek, pradziadek…

– Sorbonie też niczego nie brakuje, a francuski znam znakomicie.

– Poradzisz sobie – odparła ostro, popijając wino.

– Jestem dorosła. Idę na Sorbonę.

Jej głos był stanowczy i spokojny, choć w środku zaczynała się gotować.

– Nie, kochanie, jedziesz do Barcelony – rzekła matka z wymuszonym uśmiechem na ustach, klepiąc ją po ręce. – Wszystkie dzieci naszych znajomych tam się wybierają, więc ty też musisz.

– Tatko, proszę… – spojrzała błagalnie w stronę ojca, lecz on nie uniósł nawet głowy znad swego talerza.

– To nasza wspólna decyzja.

William Black był wziętym prawnikiem, który pracował dzień i noc, by sprostać wszystkim zachciankom swojej żony, Victorii Black. To ona sprawowała rządy w posiadłości rodziny Black, żądając coraz to droższych kosmetyków, samochodów czy podróży w nieznane. Słowo „nieznane” nie oznaczało dzikiej Amazonii, lecz trzytygodniowe przegrywanie pieniędzy męża w najbardziej prestiżowych kasynach Las Vegas.

Jako dziecko Anastazja Black spędzała całe dnie w biurze ojca, gdzie uczyła się, jak konstruować skomplikowane kontrakty handlowe oraz analizować pisma prawnicze.

– We Francji mam przyjaciół i chłopaka. Wiesz, że taki związek na odległość nie wyjdzie nam na dobre?

Matka roześmiała się, a w jej oczach pojawiła się pogarda.

– Anastazjo, jesteś jeszcze taka młoda. Ten… – zwiesiła głos, próbując przypomnieć sobie jego imię.

Choć ich związek kwitł od trzech lat, Victoria nie przepuściłaby żadnej okazji, by pokazać, jak niskie mniemanie ma na temat jej chłopaka.

– Victor – wysyczała przez zaciśnięte zęby.

– Właśnie, Victor! On i tak zapomni o tobie prędzej, niż jesteś to sobie w stanie wyobrazić. Poza tym jego pochodzenie jest dość… niskie – rzekła z odrazą w głosie. – Koniec dyskusji.

– Mamo… – szepnęła Anastazja.

– Koniec!

Victoria wytarła serwetką ciemnoczerwone usta, po czym rzuciła ją na talerz i ostentacyjnie opuściła jadalnię.

Kilka dni później nadszedł upragniony Sylwester. Anastazja planowała wrócić do Paryża, by spędzić go w towarzystwie najlepszych przyjaciół, ale niestety jej matka miała inne plany.

W całej rezydencji kręciła się setka ludzi, a Victoria stała na środku salonu, wyżywając się na każdym, kto zrobił coś nie po jej myśli. Anastazja ukryła się w swoim pokoju, by na spokojnie porozmawiać z Victorem. Siedziała na łóżku z laptopem na kolanach.

– Ty idziesz na bal maskowy Juliette, a ja na bal… ze starymi zgredami – powiedziała, wykrzywiając usta w grymasie niezadowolenia.

– Stacy, pomyśl o tym, jak o inwestycji na całe życie – westchnął ciężko. – Ty masz dostęp do tego świata na wyciągnięcie ręki.

– Czy naprawdę myślisz, że siedemnastolatka chce spędzać Sylwestra, rozprawiając o prawie? – Victor uniósł brwi i spojrzał na nią z ekranu laptopa. – Czy ty zawsze musisz być taki pragmatyczny?

– Nie, ja tylko szukam pozytywów tam, gdzie ty ich nie widzisz, ma chérie.

– To może się zamienimy?

– Ja nie mam obycia z arystokracją.

– Jesteś Francuzem. Twój stan majątkowy nie ma znaczenia. Masz talent i inteligencję, a poza tym masz to we krwi.

– Słuchaj, jeszcze wiele takich imprez i Sylwestrów przed nami. Obiecuję, że każdy następny rok będzie tylko lepszy. Pamiętasz nasz plan?

– Sorbona, praca, ślub, dom, dzieci.

– Dokładnie. Dasz radę. Muszę lecieć, twoja kochana kuzynka Juliette zaraz mi głowę odgryzie, jeśli jej nie pomogę. Je t’aime! – Uśmiechnął się i przesłał jej całusa.

Cichy dźwięk oznajmił zakończone połączenie. Gdy tylko odłożyła komputer na bok, do pokoju z głośnym hukiem wkroczyła Victoria.

– Jakim cudem ty chcesz być gotowa na czas? Zbieraj się i nie przynieś mi wstydu!

Po czym wyszła, zanim Anastazja zdążyła znaleźć jakąkolwiek odpowiedź.

Zegar wybił godzinę ósmą wieczorem, gdy Anastazja ze swoimi rodzicami stała w salonie, witając przybywających gości. Miała na sobie suknię z delikatnej, pudroworóżowej tafty, która przy każdym ruchu subtelnie połyskiwała w świetle. Dopasowany gorset podkreślał jej talię, a asymetryczna spódnica odsłaniała nogi z przodu, podczas gdy z tyłu przechodziła w długi, miękko układający się tren. Spomiędzy warstw tafty wypływały kaskady tiulowych falban, nadając sukni lekkości i sprawiając, że poruszała się wraz z każdym jej krokiem. Bok sukni zdobiły trzy duże kwiaty wykonane z tej samej tkaniny. Jeden z nich podtrzymywał udrapowany materiał, pozostałe układały się poniżej, tworząc efektowne wykończenie. Całość była elegancka i wystawna, ale dzięki krótszemu przodowi miała w sobie również coś młodzieńczego i odważnego. To jedyna suknia, która przypadła do gustu zarówno młodej dziewczynie, jak i jej matce.

Mimo że Anastazja nie była w humorze, by spędzać czas w towarzystwie partnerów biznesowych swojego ojca, witała każdego z szerokim uśmiechem i kilkoma ciepłymi słowami. Idealnie weszła w rolę dziedziczki rodu Blacków. William, obserwując córkę, która tak świetnie radziła sobie w jego naturalnym środowisku, czuł dumę, która rozpierała go od środka.

– Już są! – zapiszczała Victoria z podniecenia, poprawiając córce włosy i sukienkę. – Antaresowie nie dorastają Blackom do pięt, ale… – chwyciła jej dłonie, a oczy zdradzały powagę sytuacji – …fuzja z nimi zabezpieczyłaby nasz ród na kolejne pokolenia.

Znudzona dziewczyna przewróciła oczami.

– Zobaczysz, skończę prawo, przejmę interesy ojca i sama zapracuję na swoją przyszłość – odpowiedziała hardo, ciskając z oczu piorunami.

– Chcesz przejąć Black Holdings? – Victoria musiała powstrzymać się od głośnego śmiechu. – Praca jest dla mężczyzn, a ty masz być błyszczącym klejnotem u boku bogatego męża. A jak zobaczysz Arrakisa…

– Mam Victora – ucięła szorstko, wyrywając swoje dłonie z jej żelaznego uścisku.

– Córciu, obawiam się, że twoja matka ma rację, choć przyznaję to z bólem serca – mruknął ojciec, nachylając się nad córką.

Tatko doskonale wiedział, jak bardzo kochała Victora i jako jedyny w tym domu go akceptował. Dlaczego więc teraz twierdził, że straci głowę dla jakiegoś wysoko urodzonego jaśniepana?

W tym momencie podeszła do nich dystyngowana para. Kobieta miała na sobie długą, lodowobłękitną suknię z połyskującej tafty. Gorset z odkrytymi ramionami był idealnie dopasowany do sylwetki, a szeroka spódnica miękko opadała aż do ziemi, układając się w długie, eleganckie fałdy. Materiał delikatnie odbijał światło żyrandoli przy każdym jej ruchu. Całość dopełniały subtelne diamentowe kolczyki i niewielka, srebrzysta kopertówka. Jej złociste, lekko falowane włosy opadały na odkryte ramiona.

– Anastazjo, cieszę się, że wreszcie mogę cię poznać.

Jej uśmiech wydawał się ciepły, choć pod maską serdeczności czaił się chłód i obłuda.

– Rośniesz na piękną kobietę. Mam przeczucie, że złamiesz wiele serc swoją urodą. Nieprawdaż, Orionie?

Zwróciła się do mężczyzny o długich, platynowych włosach, stojącego obok. Orion Antares miał na sobie klasyczny, idealnie skrojony czarny smoking. Pod marynarką nosił śnieżnobiałą kamizelkę i białą koszulę z czarną muszką. Całości dopełniała biała poszetka oraz srebrne spinki do mankietów. Jego strój był pozbawiony zbędnych ozdób, lecz doskonały krój i najwyższej jakości tkanina zdradzały jego pozycję znacznie skuteczniej niż jakiekolwiek logo. Jego lodowate spojrzenie przyprawiało Anastazję o dreszcze.

– Oczywiście, Katherino – ucałował dłoń Victorii, a potem jej córki. – Oby tylko jej łupem nie padł nasz syn.

– Ależ Orionie, co ty opowiadasz! – zaśmiała się Victoria z wyuczoną uprzejmością. – A gdzie Arrakis?

– Jestem pewna, że zaraz przyjdzie się przywitać, jednak nie udało mi się go namówić, by z nami został – wyjaśniła Katherina. – Kilka dni temu wrócił z wymiany międzynarodowej i bardzo mu spieszno do jego przyjaciół.

– Anastazjo, słyszałem, że chcesz studiować prawo? – spytał Orion swoim chłodnym głosem.

– Tak, na Sorbonie.

Victoria natychmiast chwyciła córkę pod ramię, próbując ratować sytuację wymuszonym uśmiechem.

– Barcelona. Nasza córka miała na myśli Barcelonę.

– Widzę, że tradycja Blacków pozostała niezachwiana?

Orion przeniósł wzrok na Williama. Ich oczy spotkały się na krótką chwilę. Anastazja nie rozumiała, co właśnie wydarzyło się między mężczyznami, ale jedno było pewne – wzmianka o Barcelonie nie była przypadkowa.

– Już jestem.

Męski głos przywołał wszystkich do porządku. Napięcie między głowami obu rodów natychmiast zostało schowane pod maskami dumy i samokontroli.

Anastazja odwróciła głowę w stronę tego magnetycznego głosu. Przez jedną, krótką chwilę czas stanął w miejscu, a dech zaparło jej w piersi. U boku Katheriny stał jej syn – przystojny, dobrze zbudowany chłopak o oczach barwy głębokiego oceanu i złocistych blond włosach okalających twarz.

– To właśnie nasz dziedzic, Arrakis – oznajmiła Katherina z dumą wymalowaną na twarzy.

– Dobry wieczór.

Z nienaganną uprzejmością ucałował dłoń uradowanej Victorii, a potem stanął bezpośrednio przed oszołomioną dziewczyną.

– Cieszę się, że wreszcie mogę cię poznać, Anastazjo.

Jego szelmowski uśmiech i dotyk, gdy ujął jej dłoń, sprawiły, że żołądek wywinął bolesnego koziołka. Krew gwałtownie uderzyła jej do głowy. Oczy Arrakisa błysnęły w jaskrawym świetle kryształowych żyrandoli. Doskonale widział, że dziewczyna na ułamek sekundy straciła grunt pod nogami.

– Williamie, dobrze cię znowu widzieć.

– Ciebie też, synu.

Uścisnęli się mocno, jak starzy, dobrzy przyjaciele. Anastazja obserwowała ich ze zmarszczonymi brwiami – wyglądali, jakby znali się całe wieki. Szybko jednak otrząsnęła się z tego nagłego amoku, na powrót przywdziewając swoją chłodną maskę absolutnej obojętności.

– Możesz dotrzymać mojej córce towarzystwa? – spytał William, obejmując ją ramieniem. – Nie ma tu dzisiaj za wielu kawalerów w waszym wieku.

– Tatko, Katherina wspominała, że Arrakis ma już plany na dzisiejszy wieczór – zaoponowała szorstko, wreszcie odnajdując swoją wewnętrzną kontrolę, by za wszelką cenę naprawić nadszarpnięty wizerunek niezależnej dziedziczki Blacków.

– Owszem, mam – Arrakis schował ręce do kieszeni spodni, patrząc na nią z góry z dumnie uniesioną głową.

W jej ciemnych oczach natychmiast dostrzegł dzikie, prowokujące ogniki. Zaintrygowany jej hardą postawą, w ułamku sekundy całkowicie zmienił taktykę.

– Przyjaciele czekali kilka miesięcy – na jego ustach pojawił się szeroki, cyniczny uśmiech. – Mogą poczekać jeszcze jedną noc.

– Przepraszamy na chwilę.

Katherina z wyraźnym zaniepokojeniem odciągnęła syna od towarzystwa. Anastazja widziała z daleka, że na boku prowadzą bardzo burzliwą, cichą dyskusję. Orion i William w tym samym czasie ruszyli w kierunku baru, a Victoria zniknęła gdzieś w gęstym tłumie gości.

Zrezygnowana dziewczyna skierowała swoje kroki w stronę bankietowego stołu z przekąskami. Od samego rana nie miała niczego w ustach.

Kilka minut później Anastazja siedziała przy stole, delektując się swoją niewielką kanapką. Już po pierwszym kęsie zdała sobie sprawę, jak potwornie była głodna. Nareszcie była sama. Twarz autentycznie bolała ją od tych wszystkich sztucznych, wyreżyserowanych uśmiechów. Kątem oka zauważyła Katherinę, która w odległym kącie sali wciąż prowadziła żywą, pełną napięcia rozmowę ze swoim synem. Anastazja natychmiast odwróciła wzrok, mając głęboką nadzieję, że młody Antares w końcu da za wygraną i bezpowrotnie opuści posiadłość Blacków.

Goście wokół tańczyli w takt romantycznego walca. William śmiał się głośno w towarzystwie swoich partnerów biznesowych, swobodnie kołysząc w dłoni szklanką z ciemną whisky. Victoria była w swoim żywiole, krążąc między stolikami i upewniając się, że wszyscy wpływowi znajomi bawią się wyśmienicie. Anastazja opadła ciężko na zimne oparcie krzesła, delikatnie obracając w palcach nóżkę kieliszka. Rozejrzała się po sali, nie chcąc przyznać przed samą sobą, że jej oczy podświadomie szukały intrygującego, a jednocześnie potwornie irytującego blondyna.

– Zawsze tak szybko uciekasz?

Ten sam magnetyczny głos pojawił się tuż obok niej. Dziewczyna momentalnie zamarła, a jakiekolwiek słowo ugrzęzło jej w gardle.

– Miałam nadzieję, że to ty uciekniesz do swoich przyjaciół – odpowiedziała beznamiętnie, nawet na ułamek sekundy nie zaszczycając go swoim spojrzeniem.

Arrakis bez słowa wyciągnął z kieszeni telefon, sprawnym ruchem palca wybrał numer i ustawił rozpoczętą rozmowę na głośnik.

– Michael, przepraszam, ale dziś nie przyjadę.

– Wszyscy na ciebie czekają – z głośnika dobiegł niski, zmęczony męski głos.

– Sorry, ale impreza u Blacków jest o wiele bardziej interesująca, niż się tego spodziewałem.

– Ar, na litość boską, coś ty znowu wymyślił?

– Zadzwonię jutro – Antares bezceremonialnie zakończył połączenie, ani na moment nie spuszczając z Anastazji swojego przenikliwego wzroku.

Serce Anastazji przyspieszyło, lecz za wszelką cenę nie zamierzała dać mu tego po sobie poznać. Z przesadną uwagą skupiła wzrok na swoim krwistoczerwonym winie.

– Widzisz? Grzecznie ich uprzedziłem, że nie zaszczycę ich dzisiaj moją obecnością.

– A ja nie mam najmniejszego zamiaru zaszczycać cię moją – skwitowała hardo, w końcu rzucając mu lodowate, pełne dumy spojrzenie.

Po tych słowach zdecydowanie odłożyła puste szkło na blat stołu i wstała z krzesła. Już miała odejść, odwracając się na pięcie, gdy Arrakis nagłym ruchem złapał ją za rękę. Spojrzała na jego silne palce z niekrytą, palącą irytacją. Chciała się szarpnąć i gwałtownie wyrwać z uścisku, ale dokładnie w tym samym momencie dosięgnął ją świdrujący, ostrzegawczy wzrok matki z drugiego końca sali. Dziewczyna zastygła.

– Chociaż jeden taniec? – spytał, spoglądając na nią z góry z triumfującym uśmiechem.

– Jeden – rzuciła niechętnie.

Arrakis sprawnym ruchem poprowadził ją na parkiet. Jedna dłoń spoczęła pewnie na jej talii, drugą mocno chwycił jej dłoń. Z wielką niechęcią Anastazja położyła rękę na jego ramieniu, a on delikatnie przyciągnął ją bliżej siebie.

W jej nozdrza natychmiast wdarł się intensywny, oszałamiający zapach drzewa sandałowego i słodkiej wanilii. Muzyka rozniosła się po sali, a Anastazja pozwoliła, by chłopak całkowicie przejął kontrolę nad ich tańcem.

– Twoja matka wygląda na zadowoloną z takiego obrotu spraw.

– Za to twoja zaraz pożre mnie spojrzeniem.

– Nie przejmuj się. Ona myśli, że zatańczę tak, jak mi zagra, a ja bardzo nie lubię być kontrolowany.

Anastazja uśmiechnęła się pod nosem, po raz pierwszy zaszczycając go nieco cieplejszym spojrzeniem.

– A moja zaplanowała mi życie we Francji, by za pół roku bezwzględnie wysłać mnie do Barcelony.

– Francja? Piękny kraj – pozwolił jej na swobodny obrót w tańcu, by po chwili przyciągnąć ją jeszcze bliżej siebie. – Język nieco mnie przeraża, ludzie bywają sztywni, ale za to robią najlepsze wina, jakie w życiu miałem okazję spróbować.

Jego bliskość i wypite wcześniej czerwone wino powoli zaczynały ją odurzać. Ciepły, niski głos sprawił, że Anastazja nieco się rozluźniła, co oczywiście nie umknęło jego uwadze.

– Nie uważam Francuzów za sztywniaków. Są bardzo otwarci, serdeczni i kochają życie.

– To aroganci, Anastazjo, nie daj się zwieść ich urokowi. Nie widzą nic poza czubkiem własnego nosa. Uważają, że są pępkiem całego świata!

– Myślę, że to ty uważałeś się za pępek świata, a oni po prostu nie pozostali ci dłużni.

Usta Anastazji wygięły się w figlarnym uśmiechu. Arrakis czuł już jej delikatne palce tuż przy swoim karku.

– Sugerujesz, że jestem nadętym, angielskim bufonem?

W jego oczach pojawił się rozbawiony błysk. Dłoń dziewczyny, którą do tej pory tak mocno ściskał, ułożył na swoim karku, a jego własna ręka powędrowała wyżej, na jej nagie plecy. Czując ten niespodziewany dotyk na swojej nagiej skórze, Anastazja wtuliła się w niego nieco mocniej, by szepnąć mu prosto w ucho zmysłowym głosem:

– Gdy Francuz jest zakochany, to zrobi wszystko dla tej drugiej osoby. Jest jak książę z bajki.

Jej cichy szept, zapach słodkiej mandarynki połączonej z delikatną różą oraz palce drażniące jego złociste włosy u nasady głowy sprawiały, że Antares powoli tracił nad sobą kontrolę. Nie szukał tego, co właśnie niespodziewanie znalazł w jej ramionach.

– Znam Anglików, którzy działają dokładnie tak samo.

– Mówisz z własnego doświadczenia?

– Jestem człowiekiem cholernie poturbowanym przez życie.

Na parkiecie pojawiało się coraz więcej par. Ścisk stawał się nie do wytrzymania, a głośna muzyka skutecznie zagłuszała ich rozmowę.

– Chodźmy w bardziej ustronne miejsce. Wtedy opowiem ci więcej – wyszeptał prosto do jej ucha.

Przełknęła głośno ślinę, zdając sobie nagle sprawę, co właściwie wyprawiają jej palce i jak niebezpiecznie blisko niego się znajduje. Powoli, skrupulatnie kalkulując każdy ruch, odsunęła się od chłopaka. W jej głowie lotem błyskawicy pojawiła się paraliżująca myśl, że przecież Victor czeka na nią w Paryżu, a ona bezwstydnie tuli się do nieznajomego. Bez słowa skierowała się w stronę schodów prowadzących na piętro. Jedynym miejscem w tej wielkiej posiadłości, w którym potrafiła odnaleźć upragnione ukojenie, była rodowa biblioteka.

Na schodach na moment przystanęła, nerwowo szukając wzrokiem Victorii w gęstym tłumie gości. Arrakis błyskawicznie sprawdził, czy i jego matka nie patrzy w ich stronę, po czym bez wahania złapał dziewczynę za rękę.

– Hej – oburzyła się cicho, natychmiast zatrzymując się na stopniu.

– Przepraszam, to taki odruch – odparł z rzadko spotykanym u niego zmieszaniem, natychmiast cofając dłoń.

Pragnęła jego dotyku, choć rozum wrzeszczał, że to potwornie zły pomysł.

Dalej szli już w kompletnym milczeniu. Arrakis nie spuszczał z niej swojego badawczego wzroku. Doskonale widział drastyczną zmianę na jej twarzy, jaka zaszła w sekundzie, gdy przestali tańczyć. Wyglądała teraz tak, jakby jego bliskość była dla niej wręcz nie do zniesienia. Kroczyła korytarzem z idealnie opanowaną, arystokratyczną gracją, lecz on bezbłędnie potrafił dostrzec, że ta chłodna maska obojętności kosztuje ją w tej chwili mnóstwo sił. Wiedział, że powinien odejść. Powinien dla jej własnego dobra dać jej święty spokój. Ale ta dziewczyna była tak intrygująca, że instynkt samozachowawczy już dawno całkowicie się poddał.

W bibliotece Arrakis podszedł do wysokich półek, z zaciekawieniem oglądając grzbiety książek. Były tam pierwsze egzemplarze dzieł Szekspira, Blake'a czy Byrona, a nawet średniowieczny rękopis Beowulfa, który nie wiadomo jakim cudem znalazł się w posiadaniu rodziny Blacków. Chłopak chwycił jedną z książek oprawioną w grubą skórę i zaczął ją leniwie kartkować.

– To pamiętniki moich przodków – wytłumaczyła Anastazja aż nadto spokojnym głosem. – Pisali o swoich nieszczęśliwych małżeństwach, podbojach miłosnych, a niektórzy po prostu opisywali codzienne życie w dawnej Anglii.

– No proszę, rodzina Blacków w czystej postaci – odparł, nie podnosząc głowy znad stron. – Chyba trafiłem na nieszczęśliwe małżeństwo…

– W wyższych sferach uczucia nigdy nie były najważniejsze. Liczyły się nazwiska, majątek i odpowiednie układy. Blackowie po prostu opanowali grę pozorów do perfekcji.

Podeszła bliżej i delikatnie zabrała mu pamiętnik z dłoni, przelatując wzrokiem po kilku starannie zapisanych zdaniach.

– To akurat zapiski świętej pamięci dziadka Jacka.

Z wielką ostrożnością odłożyła tom z powrotem na jego stałe miejsce.

– Cała historia rodu Blacków zamknięta w tej właśnie bibliotece.

Arrakis obserwował ją w milczeniu, urzeczony tym, z jakim szacunkiem opowiadała o swojej rodzinie. Z nieobecnym wzrokiem wodziła długimi palcami po skórzanych grzbietach woluminów. Było w niej coś, czego nie widział w żadnej innej wysoko urodzonej dziewczynie. Anastazja emanowała autentyczną dumą, ale nigdy tanią wyniosłością. Bił od niej chłód i mrożąca obojętność, a jednocześnie przyciągało go jakieś głęboko ukryte ciepło. Mogła zniszczyć młodego Antaresa jednym kąśliwym komentarzem, który bezlitośnie wbiłby go w ziemię, a potem po prostu odejść, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.

– Napijesz się wina?

Spokojny głos dziewczyny gwałtownie przywrócił go do rzeczywistości. Odmówił, kręcąc głową, więc uzupełniła tylko jeden kieliszek dla siebie.

– Nasi ojcowie to kuzyni, nieprawdaż?

– Bardzo dalecy – odpowiedziała, upijając kilka łyków alkoholu, po czym usiadła na kanapie, podczas gdy on wciąż podziwiał bibliotekę.

– Jak dalecy?

– Naszym prapradziadkiem jest Henry Black, który miał córkę Olivię i syna Alexandra. Olivia wyszła za Christophera i urodziła Elizabeth. Płynęła w niej krew Blacków, którą wymieszała z Antaresami. Resztę chyba znasz?

– Skąd to wiesz? – spytał z nieukrywanym podziwem.

– Dzięki pamiętnikom. Są w zasięgu mojej ręki, więc kiedy tu przyjeżdżam, poznaję historię Blacków dla zabicia czasu.

– Moja babcia to Lizzy – sprostował, zajmując miejsce na kanapie tuż obok niej. – Nikt w rodzinie nie mówi do niej Elizabeth.

– Cóż, znam ją tylko z opowieści dziadka Jacka, który, tak na marginesie, nienawidził się z twoim dziadkiem.

Arrakis prychnął pogardliwie.

– Cefeusza nikt nie lubi. To snob i gbur.

– Cefeusz, Orion? – zmarszczyła brwi. Wszystkie te imiona brzmiały dla niej dość kosmicznie.

– Stara, rodzinna tradycja. Wiesz, nazwisko zobowiązuje.

– Tylko jakoś Arrakis burzy tę całą gwiezdną harmonię.

– Moje imię pochodzi od Alrakis w gwiazdozbiorze Smoka. Matka oczywiście musiała dodać coś od siebie – przewrócił oczami.

– Gwiazdozbiór Smoka do ciebie pasuje – skwitowała krótko i dolała sobie wina.

– Z Twoich ust to brzmi jak kąśliwy komentarz.

Anastazja roześmiała się cicho. Po raz pierwszy tego wieczoru usłyszał jej delikatny, całkowicie prawdziwy śmiech. Chłopak przetarł zmęczone oczy, ukradkiem ukrywając własny uśmiech.

– Smok jest potężnym, mitycznym stworzeniem – powiedziała, powoli przechadzając się po pokoju z kieliszkiem w dłoni. – Nieprzewidywalny… – zmrużyła oczy i odwróciła się w jego stronę. – …niebezpieczny, trudny do ujarzmienia.

– Jakby nie patrzeć, właśnie opisałaś mnie jednym zdaniem. I wiesz co, panienko Black?

Spojrzała na niego z nieudawaną, nagłą ciekawością.

– Nikt nigdy nie odważył się igrać ze smokiem tak bezczelnie jak ty.

– Siedzisz w rodzinnej bibliotece, otoczony historią jednego z największych angielskich rodów – rzuciła zuchwale. – Myślisz, że jakaś mała, ładna gwiazdka z kosmosu jest w stanie stawić nam czoła?

Stała dumnie tuż przed regałami, na których spoczywała potęga Blacków. Upiła kolejny łyk wina, spoglądając na niego z uniesionymi wysoko brwiami. Arrakis aż gotował się w środku, by odgryźć się jej równie złośliwie, lecz ku własnemu zaskoczeniu nie potrafił znaleźć odpowiedniej riposty. Nabrał powietrza, ale po chwili tylko uniósł dłonie w geście kapitulacji.

– Poddaję się – rzekł, a w jego oczach znowu pojawił się ten drapieżny błysk. – Ale na swoją obronę dodam, że Alrakis wcale nie jest taką małą gwiazdką. Widać ją gołym okiem.

Triumfalny uśmiech zagościł na jej twarzy. To drobne zwycięstwo w zupełności jej wystarczyło. Wolnym, dostojnym krokiem podeszła do wielkiego okna rozciągającego się od podłogi aż po sam sufit, spoglądając na nocne niebo.

– A jeśli urodzi się dziewczynka?

– Od stuleci w rodzie Antaresów mamy tylko chłopców – jego ciepły, niski głos rozległ się nagle tuż za jej plecami. – Ale jeśli byłaby dziewczynka, mogłaby to być Kasjopeja, Andromeda, Bellatrix lub Sirrah.

– To brzmi jak imiona z Harry’ego Pottera – stwierdziła cicho, nie odsuwając się i podświadomie pozwalając, by intensywne ciepło jego ciała znów ją otuliło. – Czy Syriusz, Regulus i Bellatrix nie pochodzą czasem z gwiazdozbioru Wielkiego Psa?

Roześmiał się cicho. Bez namysłu uniósł rękę, chcąc przyciągnąć ją do siebie, lecz w tej samej chwili przypomniał sobie mur, jakim odgrodziła się od niego po tańcu. Błyskawicznie schował dłonie głęboko do kieszeni spodni, przybierając pozę kompletnie rozluźnionego.

– Regulus i Bellatrix są w konstelacji Oriona, a trzy bardzo jasne gwiazdy tworzące Pas Oriona wskazują Syriusza.

– Ale zabłysnęłam… – szepnęła Anastazja, z nagłego zawstydzenia ukrywając twarz w dłoniach.

– Każdemu się zdarza – odparł miękko, z trudem powstrzymując się przed jakimkolwiek kontaktem fizycznym. – Gorzej by było, gdybyś powiedziała, że Gwiazda Polarna znajduje się na południowym niebie – posłał jej ciepły, rozbawiony uśmiech. – Orion sąsiaduje z Wielkim Psem.

– Marne pocieszenie – spojrzała na niego z nietęgą miną, czując, jak jej policzki momentalnie płoną pod wpływem jego bliskości.

– Chodź – otworzył zdecydowanym ruchem ciężkie drzwi balkonowe i gestem ręki zaprosił ją na zewnątrz, w rześkie, zimowe powietrze. – Spójrz…

W tym samym ułamku sekundy telefon Anastazji wściekle zawibrował na ciężkim, dębowym biurku. Arrakis mocno zacisnął szczękę, a dziewczyna stanęła w bezruchu, rozdarta między rozsądkiem a nieodpartą pokusą, by zatracić się w jego świecie gwiazd.

– Halo? – rzuciła szybko do słuchawki i odwróciła się plecami do swojego towarzysza, by ukryć nagłe zmieszanie.

– Szczęśliwego Nowego Roku! – w głośniku rozbrzmiały radosne, przekrzykujące się głosy jej francuskich przyjaciół.

– U nas jeszcze została cała godzina do północy – przypomniała z delikatnym uśmiechem.

– Coś ty taka nie w sosie? – spytała Juliette, natychmiast wyczuwając dziwne napięcie w jej głosie.

– Nic takiego. Jestem… – Anastazja rzuciła ukradkowe spojrzenie na blondyna, który stał w progu balkonu, zadzierając głowę do góry i ze stoickim spokojem spoglądając na nocne niebo.

Wyglądał niebezpiecznie pociągająco: zimowy wiatr lekko targał jego złocistymi włosami, szerokie barki idealnie układały się pod skrojonym na miarę smokingiem, a dłonie, którymi przed chwilą tak desperacko pragnął ją objąć, miał teraz schowane głęboko w kieszeniach spodni.

– …zajęta – dodała nieobecnym głosem, nerwowo przygryzając dolną wargę.

Antares w tej samej sekundzie spojrzał prosto na nią, na co Anastazja od razu gwałtownie odwróciła się w stronę barku, opróżniając resztę zawartości butelki prosto do swojego kieliszka.

– Spokojnie, Stacy, bo gryziesz dzisiaj gorzej niż pies Baskerville’ów.

– Ok, przepraszam – wymamrotała, autentycznie zawstydzona swoim zachowaniem przed przyjaciółką. – Wszystkiego najlepszego, kochani.

– Tak już lepiej – ucieszyła się Juliette. – Jak tam bal?

Arrakis bezszelestnie postąpił krok naprzód i stanął tuż za jej plecami. Widząc, jak potwornie spięte są jej ramiona, położył duże, ciepłe dłonie na jej karku, powolnym ruchem masując zesztywniałe mięśnie. Francuskie wino przyjemnie rozgrzewało ją od środka, coraz wyraźniej szumiąc w głowie. Na tę krótką chwilę przestała myśleć o narzuconych sobie granicach i obietnicach danych Victorowi. Przymknęła oczy, pozwalając mu na tę jedną, paraliżującą chwilę czystej przyjemności. Ciepło jego dłoni było obezwładniające.

– Hmm, cudownie… – wymruczała pod nosem, zupełnie tracąc wątek rozmowy i podświadomie delektując się tym, że ktoś w końcu zdejmuje z niej ten cały ciężar wieczoru.

– Serio? – Juliette brzmiała na szczerze zaskoczoną jej nagłą zmianą tonu.

Anastazja drgnęła, nagle uświadamiając sobie, jak dwuznacznie to brzmi. Gwałtownie otworzyła oczy i zamrugała parę razy, z przerażeniem przypominając sobie o trzymanym przy uchu telefonie i przyjaciółce czekającej na linii.

– Halo? Stacy, co jest? Co tam się u ciebie dzieje?

– Co? Nic, nic – dziewczyna wyprostowała się jak struna, delikatnie, ale stanowczo zrzucając ręce chłopaka ze swoich ramion. – Juliette, odezwę się jutro. Muszę kończyć.

Przez kilka długich, męczących sekund kurczowo ściskała telefon w drżących rękach. Serce biło jej jak oszalałe od nadmiaru skrajnych emocji. Czuła wręcz fizyczny strach przed tym, by odwrócić się i spojrzeć mu prosto w te głębokie, oceaniczne oczy. Mur, który tak ciężko i skrupulatnie budowała wokół siebie przez całą tę ostatnią godzinę, runął z głośnym hukiem w mgnieniu oka, gdy tylko pozwoliła mu się dotknąć.

Arrakis stał tuż za nią, w absolutnej ciszy przełykając ślinę. Przeklinał się w duchu za to, że okazał się tak potwornie słaby i bezwzględnie poddał się impulsowi, byleby tylko poczuć pod palcami ciepło jej skóry. Ta nagła, gęsta cisza między nimi zaczęła mu ciążyć nie do zniesienia. Gorąca fala krwi uderzyła mu do głowy, a całe ciało dosłownie gotowało się pod ciężkim, wełnianym smokingiem. Czym prędzej wycofał się i wrócił na balkon, ciężko opierając dłonie o chłodny, kamienny murek.

Anastazja szybko opróżniła kieliszek. Czuła, jak wino przyjemnie rozchodzi się po jej ciele, desperacko próbując zniwelować palące wspomnienie jego dotyku. Wreszcie otrząsnęła się z nagłego amoku i dołączyła do niego, zachowując się z pełną rezerwą – tak, jakby ostatnie minuty w bibliotece w ogóle nie miały miejsca.

Arrakis natychmiast się wyprostował, czekając na jej słowa jak na wyrok.

– Więc gdzie jest ten Syriusz? – zaszczebiotała z wymuszonym, ciepłym uśmiechem.

Przez następną godzinę młody Antares cierpliwie rozszyfrowywał dla niej całe nocne niebo. Uczył ją trudnych nazw gwiazd i skomplikowanych konstelacji. Był ogromnie wyrozumiały, gdy reagowała cichym chichotem na kolejne mitologiczne historie, bo zwyczajnie była już lekko odurzona alkoholem.

Dokładnie o północy na czystym, gwieździstym niebie rozbłysnął potężny pokaz sztucznych ogni, który Victoria zaplanowała z należytą starannością. Anastazja stała jak urzeczona, a Arrakis patrzył tylko na to, jak jej ciemne oczy mienią się intensywnymi kolorami fajerwerków. Pragnął w głębi duszy, by kiedyś patrzyła na niego dokładnie w ten sam sposób.

Dziewczyna czuła na sobie jego gorące, świdrujące spojrzenie. Wolnym ruchem położyła swoją dłoń na kamiennym murku, tuż obok jego męskiej dłoni. Ich palce delikatnie się stykały, ale Arrakis, pamiętając jej wcześniejszą barierę, nie odważył się na żaden gwałtowny gest. Gdy jednak zauważył, że zaczyna telepać się z zimna, bez namysłu ściągnął swoją ciężką marynarkę.

– Trzęsiesz się – szepnął, a po ułamku sekundy Anastazja poczuła jej przyjemny ciężar na swoich ramionach.

Naciągnęła materiał mocniej, podświadomie chcąc poczuć zapach drzewa sandałowego i wanilii, który natychmiast przywołał wspomnienia jego bliskości. Spojrzała wprost w jego niebieskie, zadziwiająco spokojne oczy. Patrzył na nią z góry z autentyczną troską i czułością, powoli odgarniając pojedynczy kosmyk jasnych włosów za jej ucho. Na dole, w ogrodzie rezydencji, goście głośno wiwatowali i składali sobie noworoczne życzenia. Nikt w tym tłumie nie zwracał uwagi na dwójkę młodych ludzi, którzy ponad ich głowami z całych sił walczyli, by nie dać ponieść się rozrywającym ich emocjom.

– Dziękuję – burknęła zawstydzona, uciekając wzrokiem. – Powinnam już chyba zejść na dół do gości. Matka pewnie wyśle po mnie całą ekipę poszukiwawczą.

– Owszem, powinnaś – odparł nieobecnym głosem, powolnym, niezwykle delikatnym ruchem gładząc jej rozpalony policzek. – Ale wcale tego nie chcesz. Nie lubisz tych wszystkich imprez, fałszywego przepychu i sztucznych uprzejmości.

– Nie lubię – przyznała cicho.

– A ja potwornie nie lubię faktu, że zaraz będziesz musiała mnie opuścić.

Nagle jego oczy niebezpiecznie pociemniały, a w piersi poczuł ostre ukłucie. W jednej sekundzie bezwzględnie odrzucił wszelkie logiczne wołania swego rozumu, w pełni świadomy następnego, niszczycielskiego kroku.

– Arrakisie… – zaczęła niepewnie, opatulając się szczelniej jego smokingową marynarką.

Jego intensywny zapach sprawiał, że po raz pierwszy od bardzo dawna w tym domu po prostu chciała poczuć się wolna.

– Nic nie mów – położył delikatnie palec na jej pełnych wargach. – Pozwól mi się po prostu rozkoszować tą ostatnią minutą. Nie wiem, czy jesteś wiedźmą, czy może dobrą wróżką, ale bezwzględnie rzuciłaś na mnie urok i tkwię pod nim od pierwszej minuty naszego spotkania.

– Jestem czarownicą, Arrakisie – wyszeptała z kokieteryjnym, niezwykle zuchwałym uśmiechem.

Sposób, w jaki z pełną śmiałością wymawiała jego rodowe imię, rozpalał chłopaka do żywej czerwoności.

Sprawnym ruchem chwycił jej podbródek i uniósł go do góry. Anastazja głośno przełknęła ślinę, całkowicie bezbronna zamykając zmęczone oczy. Cały świat wokół nich w jednym ułamku sekundy ucichł. Tylko głośne, szaleńcze bicie dwóch rozpędzonych serc wypełniało lodowate, zimowe powietrze.

W tym samym momencie drzwi do biblioteki otworzyły się gwałtownie. Do środka wkroczyły dwie rozzłoszczone kobiety.

Anastazja i Arrakis czym prędzej od siebie odskoczyli, obydwoje wciąż potwornie oszołomieni własnym zachowaniem i siłą, z jaką przyciągała ich ta chwila.

– Tu jesteś! – zagrzmiała Victoria, bezceremonialnie łapiąc córkę za rękę. – Jak możesz? Tylu gości chce złożyć ci życzenia, a ty się tu ukrywasz. Już na dół, niedobra pannico. Porozmawiamy sobie jutro.

– Victorio…

– Lepiej zamilcz – zagrzmiała Katherina, patrząc na syna lodowato-niebieskimi, pełnymi wściekłości oczami. – Pożegnaj się, synu, bo już nigdy więcej się nie spotkacie.

– Nie masz prawa decydować, z kim będę się spotykać, matko – odparł hardo Arrakis, mocno zaciskając zęby.

– Przesadziłeś. Chcesz nas wszystkich wpędzić do grobu?

Anastazja gwałtownym ruchem wyrwała się matce i stanęła tuż przy drzwiach, spoglądając na wściekłego, napiętego do granic możliwości blondyna.

– O co tyle szumu, skoro my tylko rozmawialiśmy? – rzuciła zuchwale dziedziczka Blacków.

– Już ja znam tego mojego syna… – powiedziała Katherina drżącym, pełnym paraliżującego strachu głosem. – Przepraszam was, drogie panie, mój syn po prostu nie nadaje się do tak dystyngowanego towarzystwa. Dobranoc.

Anastazja odprowadzała chłopaka wzrokiem, choć on pod czujnym okiem matki nie miał w tej chwili za grosz odwagi, by odwrócić głowę w jej stronę.

– Zapomnij o nim, Anastazjo. Raz na zawsze, zrozumiano? – Victoria zagroziła jej palcem jak małej dziewczynce, gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły.

– Ty już sama nie wiesz, czego chcesz – syknęła przez zaciśnięte zęby.

– Masz trzymać się od niego z daleka, zrozumiano? Nie pozwolę, by kolejna Blackówna została zniszczona przez Antaresa.

– Pójdę na dół, mamo, ale tylko po to, by go odnaleźć.

Stały naprzeciwko siebie w skrajnie bojowych nastrojach. Anastazja zupełnie nie rozumiała, o czym właściwie mówiła jej matka. Najpierw Victoria wręcz piała z zachwytu na sam widok Arrakisa, a teraz z paranoją w oczach chciała ją od niego odciąć. W jej głowie wściekłość mieszała się z wypitym alkoholem. Miała już serdecznie dość tej toksycznej kontroli nad jej własnym życiem.

Z walącym jak oszalałe sercem zeszła na dół i ponownie dołączyła do tłumu. Zmuszając się do zachowania pozorów, składała noworoczne życzenia wszystkim wpływowym gościom. Piła drogiego szampana, sztucznie śmiejąc się z drętwych żartów starszych panów. Idealnie odgrywała rolę spokojnej, opanowanej dziedziczki, podczas gdy w środku desperacko próbowała zgasić pożar, który rozpalił w niej Arrakis. Ten sam, którego tak uparcie szukała teraz pośród tańczących par, a który przepadł jak kamień w wodę. Nie było także śladu po Katherinie. Orion za to, jak gdyby nigdy nic, wciąż świętował przy barze z Williamem.

– Tatko, szczęśliwego Nowego Roku! – zawołała z wyuczoną radością, całując ojca w oba policzki.

– Dla ciebie również, kochanie. A gdzie twoja matka? Szukała cię tuż przed północą.

– Nie wiem – odparła szybko Anastazja i natychmiast zmieniła rozmówcę, przenosząc wzrok na starszego Antaresa. – Orionie, a gdzie twój syn? Czyżby jednak pojechał do swoich przyjaciół?

– Widziałem, jak wychodził z Katherine… – serce Anastazji w ułamku sekundy podskoczyło aż do samego gardła. – …do ogrodu. Wypadałoby, żeby złożył życzenia gospodarzom.

– Williamie, wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.

Arrakis jak zwykle potrafił zrobić idealne, filmowe wejście. Pojawił się obok nich znikąd. Uścisnął się najpierw z ojcem dziewczyny, a potem z Orionem, choć wobec własnego rodzica był to o wiele chłodniejszy, wymuszony gest.

– Szczęśliwego Nowego Roku – ucałował wolno dłoń dziewczyny, jak na nienagannego dżentelmena przystało. Nie spuszczał przy tym z niej swoich hipnotyzujących oczu.

„Czarownico” – wyczytała bezbłędnie z ruchu jego warg, które w tej samej sekundzie tak potwornie pragnęła pocałować. Bardzo powoli, jakby celowo przedłużając tę chwilę, puszczał jej smukłą dłoń.

– Córciu, blado wyglądasz. Coś się stało? – William zmarszczył brwi, patrząc na nią z troską.

– Nie, tatko, jestem po prostu trochę zmęczona. Pójdę się położyć.

Grzecznie, z arystokratyczną klasą pożegnała się z mężczyznami i ruszyła na górę. Na szczycie schodów ostatni raz omiotła całą salę spojrzeniem w poszukiwaniu blondyna. Wciąż stał na dole z Orionem i Williamem. Śmiał się, rozmawiał swobodnie, ale kątem oka patrzył na nią z głęboką tęsknotą, którą tak rozpaczliwie próbował ukryć pod pancerzem twardego, niedostępnego arystokraty.

Mimo że zmęczenie faktycznie dało jej się we znaki, zamiast do własnej sypialni, ponownie trafiła do biblioteki. Złote szpilki zsunęła z nóg na podłogę, rozpuściła jasne włosy, po czym opadła bezradnie na skórzaną kanapę i włączyła kojącą muzykę. Głos znanej piosenkarki leniwie pieścił jej uszy. Zamknęła oczy, próbując wyciszyć kłębiące się w głowie myśli.

– Podzielisz się tą chwilą, Czarownico?

Ten niski, głęboki głos wydawał się w pierwszej chwili niemal nierealny.

– Rozgość się – odparła lekko pijanym, obojętnym tonem.

Poczuła, jak skóra kanapy ugina się pod ciężarem osoby siadającej tuż u jej boku. Do tej pory była święcie przekonana, że to odurzony winem mózg płata jej figla, a jego obecność jest tylko wytworem wyobraźni. Gdy jednak poczuła jego fizyczną postać tak blisko siebie, momentalnie otworzyła oczy i włączyła nocną lampkę.

Arrakis rozsiadł się wygodnie z rękami na oparciu kanapy. Miał całkowicie rozwiązaną muchę i kilka górnych guzików koszuli nonszalancko odpiętych. Anastazja poczuła nagłe, paraliżujące uderzenie gorąca. Wrócili dokładnie do punktu wyjścia.

– Jakim cudem znowu tu jesteś?

Wyprostowała się gwałtownie, odruchowo poprawiając sukienkę. Na jego ustach niezmiennie widniał ten sam magnetyczny, szelmowski uśmiech.

– Widzisz, jestem czarodziejem.

– Masz czarodziejską różdżkę i po kryjomu biegasz z nią po wielkim zamku? – spytała szeptem, z przesadną powagą wymalowaną na twarzy.

Zaśmiał się cicho, spuszczając na moment głowę, a potem znowu spojrzał jej prosto w oczy.

– Nie pasuję na dzielnego i grzecznego Harry’ego Pottera – odparł z cieniem autentycznego smutku, lekko wzruszając ramionami. – Wolę Malfoya.

Podkuliła pod siebie nogi, mocno zacisnęła usta i zaczęła badać go uważnym wzrokiem.

– Blondwłosy arystokrata z niebieskimi oczami z konstelacji Smoka. Dlaczego nie poszedłeś na casting?

Spojrzał na nią przenikliwie, jakby w pierwszej chwili doszukiwał się w tym pytaniu jakiegoś podstępu.

– Cóż… – zamyślił się na chwilę. – Jestem wystarczająco popularny, dziewczyny omal się o mnie nie zabijają, gdziekolwiek się nie pojawię. A poza tym, przyćmiłbym swoją grą aktorską całą resztę obsady – wyszczerzył zęby w zniewalającym uśmiechu.

– Aha – odpowiedziała, unosząc brwi wysoko do góry. – Ale wiesz, że zyskałbyś ogromne grono fanek?

– Wolę to grono, które już mam. Chcesz do nich dołączyć? – spojrzał na nią zuchwale kątem oka.

„O ty narcyzie” – pomyślała rozbawiona, obiecując sobie w duchu, że da mu nauczkę.

– Nie, dzięki, może później – odparła z przekąsem, sprawnym ruchem uciekając przed jego ramieniem, którym chciał ją objąć.

– Anastazjo, ranisz moje uczucia. Spójrz, jaki jestem uroczy, przystojny i…

– …skromny – skończyła za niego z jawną ironią w głosie. – Czujesz to? – pociągnęła parę razy nosem.

– A co mam czuć? – zmarszczył brwi.

– Ten smród…

Wziął głęboki wdech, a potem zdezorientowany potrząsnął przecząco głową.

– Jaki smród?

– Śmierdzi mi tu narcyzem.

– Ty wredna czarownico!

Trącił ją lekko łokciem, na co ona natychmiast oddała mu uderzeniem aksamitnej poduszki. Śmiali się przez dłuższą chwilę, bezczelnie dokuczając sobie nawzajem. Po chwili jego ramię pozostało oparte na oparciu kanapy, tuż za jej głową. Jego bliskość – intensywne ciepło męskiego ciała, które wręcz fizycznie wyczuwała przez cienki materiał białej koszuli – doprowadzała ją w tej sekundzie do absolutnego szaleństwa. Tak potwornie pragnęła po prostu przestać walczyć, podkulić nogi, oprzeć głowę o jego pierś i posłuchać spokojnego bicia serca, byleby tylko zapomnieć o całym świecie. Rozum jednak wciąż uparcie krzyczał, że to potwornie zły pomysł.

– Lubię cię – wyznał nagle, a jego oczy niebezpiecznie pociemniały. W jego głosie po raz pierwszy pojawiła się surowa, pozbawiona kpin powaga. – Naprawdę cię lubię, Anastazjo.

– Ja ciebie nie.

– Dlaczego? – spytał, a w jego głosie wyczuła nagłą nutkę tłumionej złości.

– Bo zupełnie o mnie nie dbasz. Gdzie jest nowe wino?

– Boże – odparł, z głęboką ulgą chwytając się za serce. – Już myślałem, że naprawdę mnie nie lubisz.

Chciał wstać, by podejść do barku, ale dziewczyna odruchowo chwyciła go za rękę, zatrzymując na miejscu.

– Jeśli jesteś czarodziejem, to po prostu przywołaj je tu.

Roześmiał się życzliwie, po czym ucałował koniuszki jej palców.

– Widzisz, zapomniałem swojej różdżki, ale ty, jako czarownica…

– Ja tylko rzucam uroki na niegrzecznych, narcyzowatych chłopców – patrzył na nią, lekko marszcząc brwi, gdy ona odsunęła dłoń. – Oj, idź już, idź.

Oparła ramię na miękkim grzbiecie kanapy, zsunęła brodę na wierzch dłoni i bez mrugnięcia okiem wpatrywała się w jego oddalającą się sylwetkę. Przyglądała się jego szerokim plecom, mocnym barkom i wąskim biodrom. Sposób, w jaki ten chłopak się poruszał, doprowadzał ją w tej sekundzie do szału. Jej wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach, gdy podświadomie zastanawiała się, co kryje się pod tą sztywną, elegancką koszulą…

Antares stał przy barku ukrytym w wielkim globusie, uważnie czytając etykiety poszczególnych win. Kiedy jej racjonalny rozum poniósł ostateczną klęskę pod wpływem alkoholu, Anastazja wstała i ruszyła w jego stronę z niemym zamiarem przytulenia się. Skierowała swoje kroki bezpośrednio ku niemu, gdy chłopak nagle odwrócił się z butelką w dłoni.

– Sądzę, że to… – uciął gwałtownie, zdając sobie sprawę, że dziewczyna stoi tuż przed nim, zaledwie centymetr dalej.

– …będzie wspaniałe – dokończyła szeptem, zabierając mu alkohol z ręki i uśmiechając się figlarnie.

– Czarownica – szepnął, mocno zaciskając dłonie w pięści, by powstrzymać impuls.

Nagle wzrok Anastazji padł na etykietę i cała krew momentalnie odpłynęła jej z twarzy. Otrzeźwiała w ułamku sekundy. Dotarło do niej, że trzyma w dłoni jedno z najdroższych i najlepszych francuskich win. To był osobisty prezent od Victora, który dostała na pożegnanie tuż przed Wigilią. Jeszcze wtedy nie miała pojęcia, że ich wspólna przyszłość będzie zagrożona tak drastyczną, długą rozłąką.

– To wino jest… – zaczęła ostrożnie, ciężko przełykając ślinę.

– Idealne na tę okazję?

– Nie, Arrakisie – minęła go chłodno, odkładając butelkę głęboko na jej stałe miejsce w barku. – Jest na specjalną okazję.

– A ta noc taka nie jest? – spytał, rozkładając bezradnie ramiona i mocno marszcząc brwi. – Mamy Nowy Rok.

– Obiecałam bliskiej osobie, że wypiję je tylko z nią, gdy przyleci do Anglii.

– Bliskiej osobie? To znaczy…?

– Komuś, kogo kocham i z kim jestem szczęśliwa od kilku lat.

Prychnął gorzko i gwałtownym ruchem przeczesał włosy dłonią, by ukryć malujące się na jego twarzy zażenowanie.

– Wybacz, że to mówię, ale czuję się w tej chwili jak skończony kretyn.

– Przeze mnie? – spojrzała na niego zdumiona, automatycznie wyciągając z szafki zupełnie inny trunek.

Chłopak odsunął się od niej na kilka kroków, a jego twarz stężała.

– Tak! – Ze złości całkowicie przestał panować nad tonem własnego głosu. – Przez całą noc dawałaś mi do zrozumienia, że jesteś mną zainteresowana. Odwzajemniłem to, a teraz nagle dowiaduję się, że masz chłopaka we Francji, ale z jakiegoś powodu nie chciałaś przyznać tego wprost. Wstydzisz się go, czy co?

– W życiu nie wstydziłam się Victora! – skwitowała hardo, a jej rodowa duma zapłonęła. – Jest jedyną osobą, która jest ze mną zawsze, gdy tego potrzebuję.

– Więc dlaczego nie wspomniałaś o nim ani razu? Rozmawialiśmy o Francji, ale słówka nie pisnęłaś, że masz kogoś, kto na ciebie tam czeka.

– Okej, przepraszam! – przerwała jego wywód, unosząc ręce w geście całkowitej bezradności. – Zagalopowałam się i dopiero to wino przypomniało mi o rzeczywistości.

– Świetnie! – zaśmiał się z bolesną ironią. – Szkoda, że nie przypomniałaś sobie o nim później.

– Jakie później?!

– A może rano? – Zbliżył się do niej gwałtownie, doprowadzając dystans między nimi do zera. – Przytulona do mnie… – Powolnym, prowokującym ruchem przesunął palcem po jej delikatnym policzku. – …w samej bieliźnie i z kompletną pustką w głowie? – Na jego usta powrócił ten wredny, zimny uśmieszek, a oczy niebezpiecznie zwęziły się ze złości.

– Więc dlatego zmieniłeś swoje plany? – Odepchnęła jego dłoń od swojej twarzy. – Żeby potężny Antares po prostu zaliczył Blackównę?!

– Nie, broń Boże! Myślałem, że spędzimy razem wspaniałą noc, poznamy się bliżej, że… – Wziął głęboki, rwany oddech. – Nie potrafię ci się oprzeć, bo jesteś fascynująca. Nigdy nie spotkałem dziewczyny, która z taką gracją rzuciłaby mnie na kolana, bezczelnie porównując do małej, ładnej gwiazdki z kosmosu! – Przeczesał dłonią złociste włosy z wściekłością wymalowaną na twarzy. – Nie chciałem cię zaliczyć. To brzmi tak… cholernie prostacko!

– Dobrze, więc czego chciałeś?

– Chciałem cię pocałować – odrzekł chłodno, nieco spokojniejszym, ale surowym głosem.

– A ja ci na to nie pozwoliłam. Nie masz prawa do zabawy dziewczynami i żonglowania nimi, jak ci się żywnie podoba! Dziś ja, jutro inna, a pojutrze następna? Myślisz, że masz prawo traktować nas jak przedmioty? Jak zużyte zabawki po jednej nocy albo jednym, szybkim numerku? Tak to tutaj u was jest? Wymieniacie się panienkami, bo to jest fajne?! Może nie byłam w porządku wobec ciebie, Victora ani siebie samej, ale to nie daje ci najmniejszego upoważnienia, by ściągać mnie do swojego poziomu! Playboy się znalazł, co to myśli, że każdą może mieć. Mam ci uwierzyć, że naprawdę masz sumienie i solidaryzując się z Victorem, już mnie nie chcesz?

– Skończyłaś? Cieszę się. Po pierwsze, sam byłem w przeszłości potwornie zdradzany. Wiem, jakie to uczucie i jak potrafi zniszczyć człowieka od środka. Nikomu tego nie życzę. Nawet swojemu najgorszemu wrogowi – chwycił gwałtownym ruchem swoją marynarkę ze skórzanej kanapy. – Po drugie, nie miałem najmniejszego zamiaru się tobą bawić. Lepiej już pójdę. Nie chcę, żeby ktokolwiek myślał, że spędziliśmy tu całą noc. Dobranoc, Anastazjo.

Anastazja została sama w pustej bibliotece. Siedziała na kanapie, patrząc na drzwi nieobecnym wzrokiem. Odruchowo zerwała się z miejsca, ale zatrzymała się z ręką na klamce. Jej przeprosiny nie naprawią jej wizerunku rozkapryszonej, samolubnej pannicy, która uważała, że boski Casanova chciał ją skrzywdzić, skoro to ona zataiła prawdę o Victorze.

Właśnie, Victor. Wielki plan wisiał na włosku. Mimo że fizycznie go nie zdradziła, na poziomie emocjonalnym przekroczyła granicę.

Westchnęła ciężko, odkładając butelkę na miejsce. Płyta się skończyła, gwar dochodzący z dołu ucichł, goście wracali do swoich posiadłości. Siedziała samotnie, obejmując rękami swoje kolana.

Drzwi ponownie otworzyły się i stanął w nich nie kto inny, jak sam Arrakis.

– Zostawiłem telefon – burknął cicho, wyciągając po niego rękę w kierunku stolika.

Poczuł, jak jej długie, drobne palce zamykają się na jego nadgarstku.

– Przepraszam – powiedziała cicho, szukając jego wzroku, który błądził po całej bibliotece. – Arrakis, przepraszam ze szczerego serca.

– Muszę iść – odparł beznamiętnie, wyrywając się z jej uścisku.

– Rozumiem, nie chcesz mnie znać.

Szybkim krokiem odszedł, ale zatrzymał się przy wyjściu. Wyglądał, jakby bił się z własnymi myślami. Chciał zniknąć, bo był wściekły, ale co go powstrzymywało?

– Obawiam się, że chciałbym cię poznać w inny sposób, niż ty mnie – mówił powoli, dobierając słowa tak, aby wyrazić to, co w nim siedziało.

– Możemy być przyjaciółmi – zaproponowała bez namysłu.

– To nie wyjdzie – zaprzeczył czym prędzej, kręcąc głową. – Najważniejszym fundamentem przyjaźni jest zaufanie, a ty…

– Zdradziłam Victora, wiem – dokończyła za niego. – Ale zapłacę za to najwyższą cenę. Czy to nie wystarczy? Czy ty też musisz mnie karać?

– To nie jest kara, Anastazjo – odwrócił się w jej stronę. Jego niebieskie oczy błyszczały niebezpiecznie w słabym świetle lampki. To zwiastowało kolejną kłótnię, na którą żadne z nich nie miało już sił. – To są konsekwencje twojego zachowania. Gdybyś była odpowiedzialna, wiedziałabyś o tym.

– Uważasz mnie za nieodpowiedzialną smarkulę?

– Skoro mówisz o konsekwencjach jak o karze… – wzruszył ramionami.

– Zagalopowałam się, robiąc z siebie ofiarę, a to przecież ja jestem wszystkiemu winna. Wybacz, zrozumiem, jeśli wyjdziesz.

Odwróciła głowę w stronę okna, by ukryć ból w oczach.

Arrakis westchnął ciężko, po czym usiadł przy niej bezszelestnie. Przez chwilę panowała między nimi głucha cisza, aż w końcu zdecydował się objąć ją ramieniem i przyciągnąć do siebie.

– Przepraszam – głaskał ją po rozpuszczonych włosach. – Ja też się rozpędziłem.

– Victor mi tego nie wybaczy… – szepnęła. – Cała moja przyszłość legnie w gruzach.

– Dlaczego z góry zakładasz, że to koniec?

– A ty byś wybaczył swojej dziewczynie? – uniosła głowę, patrząc mu prosto w oczy.

– Cóż, wolałbym usłyszeć prawdę od niej, niż od swojego kumpla – uśmiechnął się smutno.

– Ale czy byś wybaczył?

– Nie wiem, Anastazjo, to bardzo… trudne. Jeśli dochodzi do zdrady, to znaczy, że w związku coś nie gra. Jedna ze stron nie jest szczęśliwa i dlatego szuka tego szczęścia gdzie indziej. W każdym razie, ja czułem się koszmarnie.

– Ale ja byłam szczęśliwa… – ziewnęła, zakrywając dłonią usta. – Tak mi się wydawało… – ułożyła głowę wygodnie na jego piersi. Bicie serca Arrakisa kołysało ją do snu. – …dopóki nie poznałam…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania