Taniec ze Śmiercią
Pamiętam dzień, w którym cię naprawdę poznałam.
Szłam tamtego wieczoru ulicą, samotnie odliczając godziny do następnej zmiany. Błysk lampy porwał moje oczy, a tam, w skupieniu ulicznych reflektorów, stałeś właśnie Ty. Ofiarowując przechodnim kwiaty przy ulicy, na której od niedawna mieszkałam, wydawałeś się taki pełny życia i osobliwego uroku.
Znajome mi już mahoniowe oczy rozbłysły w oddali, w momencie, gdy natrafiły na moją osobę. W tamtej chwili moje myśli zatrzymały się na moment. Zachodzące słońce jak gdyby płonęło jaśniej, a białe gołębie zaćwierkotały wyczuwając spełniającą się przepowiednię zapisaną na nitce samego losu.
Niezliczone chwile mojej przeszłej ignorancji wobec ciebie minęły w zapomnienie, jak tylko wyciągnąłeś w moją stronę bukiet kwiatów krwistych, niczym twój własny krawat w żółte spiralki. Kąciki moich ust uniosły się w anielskim łuku, a ty odwdzięczyłeś się lekkim śmiechem. Zapach goździków w marcowy wieczór ogarnął moje życie, czyniąc je tak samo urodziwym, ale one same pozostały jedynie aluzją.
Pokazałeś mi świat przez okulary tak niezwykłe. Zwątpić bym nigdy się nie odważyła, iż sam je dawno porzuciłeś. Życie, wcześniej ciągnące mnie ostro za sznur owinięty wokół podrażnionej, czerwonej szyi, zwolniło tempo. Słodkie chwile spędzone z tobą wyryły się w mojej pamięci, przy akompaniamencie tanecznej melodii.
Wyciągnąłeś mnie z dołu w nietuzinkowo skromny sposób, aż trudno sobie wyobrazić ciebie, kopiącego w samotności identyczny. Pokalanymi brudem i ziemią rękami dotykałeś mojego ciała, a ustami splamionymi białymi kłamstewkami szeptałeś do ucha, że już zawsze przy mnie będziesz.
Twój uśmiech czarujący i pudrowe policzki nawiedzać mnie będą do końca samej śmierci. Wgłębienie w mojej talii, dopasowane od zawsze do kształtu twojej dłoni będzie żmudnie czekać na jeszcze jeden dotyk, choćby był on ostatni.
Skąd wszakże miałam wiedzieć? W jaki sposób miałam zdobyć ten skrawek informacji z zagmatwanej układanki jaką byłeś właśnie Ty? Negatywne namiętności ukryte głęboko, szpecące wszystko w twoim wnętrzu — czy nie to sama wyjawiałam ci, kiedy sznur dusił mnie pod osłoną nocy? Czemu zakluczyłeś drzwi prowadzące do kuracji, kiedy sam z czasu, łez i cierpienia wykułeś klucz do moich własnych myśli?
Jak mogłam się dowiedzieć, że okala mą talię delikatna dłoń zimna już i nieśmiertelna? Że wychodząc wtedy o poranku, między wierszami powiedziałeś mi ostatnie słowa, a ja bez pożegnania pozwoliłam, byś opuścił me objęcia?
W dniu naszego spotkania pochyliłam się nad mogiłą. Kładąc czerwone goździki na szarym kamieniu, nie żałując jeszcze własnej niewiedzy o tym, iż rozpoczynam taniec z trupem.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania