TARO - Droga Życia. Księga I Rozdział I
23 lipca 2024 roku
Deszczowa noc - nie jest to coś, czego był się spodziewała, nie jest nocą, którą sobie wyobraziłam. A jednak... Czy wyobrażenia zawsze są złudne? Wpatruję się w spływające kropelki wody po szybie, pozostawiona samej sobie z tą myślą, z echem i z kimś, kto w tej chwili mi nie odpowie. Ani na to, ani na żadne z moich pytań. Jeszcze nie teraz...
Wokół panuje ciemność. Gdzieś w oddali widzę pozapalane światła i telewizory odbijające się w oknach. Lampy uliczne zgasły. To jedna z tych nocy, gdy na zewnątrz panuje mrok - nie wiedzieć, dlaczego i co powoduje, że je wyłączają. Jednej nocy świecą bez przerwy, innej tylko kilka godzin. Ale, czy to teraz istotne?
Wiem dobrze, że nie. To nie lampy ani światła w oknach są przyczyną mojej bezsenności. Nie one, a jedna rzecz, na której mimo wszystko nie potrafię skupić myśli, nieświadomie uciekając do innych punktów odniesienia - aby nie oszaleć. Szaleństwo z niecierpliwości i strachu, które od dłuższego czasu panują nad moim życiem. A dokładniej od roku. Od dnia, gdy wypowiedziano ostateczne słowa, wyznaczające dzień Odrodzenia. Moje myśli bezwiednie powędrowały w pustą, odległą, dobrze znaną mi przestrzeń, do świata, który jeszcze dzisiaj miał być dla mnie niedostępny, do kogoś, kto wiedział o wszystkim i znał odpowiedzi na każde dręczące mnie pytanie. Jutro, wraz z nastaniem ranka, w chwili, gdy pierwsze promienie słońca padną na tę ziemię - wszystko się zmieni. Poznam prawdę, na którą czekałam tak długo.
Moje ciało drży, ale nie jest przecież zimno. Nie jest zimno, a mimo to, mam na sobie gruby sweter, a nogi otulone są kocem. Moje włosy, związane luźno w mało ciekawy kucyk opada mi na prawe ramię razem z głową. Ręce skrzyżowane na podkurczonych nogach nerwowo tworzą co jakiś czas dziwne symbole z dłoni i palców. Nie mogę dłużej tak czekać! Co chwila wstaję, po czym znów siadam. Zaglądam z niepokojem przez okno, za moment wpatruje się w najciemniejszy kąt niewielkiego pokoju. Trwa to już jakiś czas, ale ile można? Umrę tu nim skończy się ta noc.
Przez chwilę na mojej twarzy pojawił się jasny uśmiech. Myśl o umieraniu akurat w tym momencie, możliwość takiego obrotu sprawy wcale nie była w moim mniemaniu absurdem, a stała się jedną z alternatyw, na którą obstawiałam w trzeciej kolejności.
Zbliża się wojna, a my jesteśmy jedynie pionkami. Stoimy u wrót zagłady odliczając ostatnie godziny. Dostaliśmy szansę, która w jednej chwili może pęknąć niczym bańka mydlana. Może wydarzyć się wszystko. Nic nie zostało przewidziane do samego końca, nic nie jest pewne. Zresztą, zawsze tak było.
Moje dłonie powędrowały po gładkim blacie biurka stojącego na wyciągnięcie ręki. W ciemnościach wymacałam zapałki i niewielką świeczkę. Przestrzeń rozjaśnił promyk światła rozniecony z iskry przy otarciu o draskę. Zasłoniłam całkowicie kotarę i wskoczyłam do łóżka. Nie. Nie zamierzam zasypiać. Moje podekscytowanie było zbyt silne, podobne do tego, gdy małe dzieci oczekują na Mikołaja. Tyle, że mój "Mikołaj" raczej nie przynosi ze sobą niczego dobrego. A przynajmniej nie całkowicie. Byłam pewna, że droga, którą otworzy przede mną ten poranek, będzie wypełniona cierpieniem. Droga, którą należy pokonać za wszelką cenę. To jednak cecha niezmienna mojego całego życia. Tak jak wcześniej, tak i teraz dam radę stawić temu czoła, cokolwiek by to miało znaczyć.
Spod łóżka wygrzebałam sporej wielkości ciężką, skórzaną księgę. Na samą myśl o jej otwarciu, przeszły mnie dreszcze, mieszające się ze sobą uczucia wstrętu i pragnienia. Wszystko co złe i dobre, co piękne i podłe, co prawdziwe i iluzyjne spoczywało na moich kolanach. I każda z tych rzeczy stoi dzisiaj pod znakiem zapytania. Co było dobre, a co złe? Co prawdą a co kłamstwem? Czy to, co było tak piękne, faktycznie jest tak straszną podłością? Moje palce gładzą przez chwilę wytartą, czarną skórę przypominając sobie o bólu, jaki doznały podczas jej obszywania. Przez moment waham się przed otwarciem, ale w końcu ulegam jej sile.
Moim oczom ukazuje się dobrze znany mi rysunek księżyca i niewielkim własnoręcznym podpisem. Ellena Rose. Na samym jej środku ozdobny napis "Pamiętnik Snów". Moje zniecierpliwione dłonie machinalnie zaczęły wertować szybko kartki w poszukiwaniu najważniejszych wpisów. Tak naprawdę bez zastanowienia i na chybił trafił otworzyłam ją na jednym z nich. Wspomnienia wracają. Wciąż są bardzo świeże, zupełnie tak, jakby czas stanął w miejscu. Wszystko pamiętam w najmniejszych szczegółach, a zapisywanie wszystkiego dodatkowo ułatwiało sprawę. Przypominanie sobie wszystkich tych zdarzeń wywoływało we mnie najbardziej sprzeczne uczucia.
~ * * * ~
Wpis z dnia 5 grudnia 2022 rok
- A jeśli nie? Co jeśli tego nie zrobię?
Poczułam, że znów mi się udało, moje myśli uwolniły się z tej matni, do której trafiłam. Nerwowo czekałam na odpowiedź. Jego spojrzenie wyłoniło się spod gęstych, czarnych brwi i przebiło moje oczy, docierając do najgłębszych zakamarków mojego umysłu. Włosy, tego samego koloru co brwi swobodnie opadały mu na barki. Stał trzy metry przede mną a mimo to nie czułam się ani trochę wyższa od niego, wciąż wyglądał jak olbrzym. Dodatkowo jego nienagannie dominująca postawa stawiała mnie w jeszcze bardziej beznadziejnej sytuacji niż dotychczas. Jego wyraz twarzy był niewzruszony, zawsze ten sam i ponownie ten sam błysk w oczach w chwili, gdy udało mi się zrobić coś wbrew jego myśli.
- Znasz odpowiedź. Mogę zwrócić ci wolność, ale… wszystko zależy od ciebie.
Mój triumf nie trwał długo, ale nie było w tym już nic dziwnego. Nic nadzwyczajnego. Byłam słaba, a te małe kroki były zaledwie wyplute jego chwilowymi słabościami. Wiedziałam, co usłyszę. Mimo tych słów, poczułam lekką ulgę, bo w końcu po raz kolejny przekonuję się, jak wiele dziur jest w tym jego nienagannym systemie. Mam szansę, mogę jeszcze uciec. Chwilowa świadomość zniknęła, mój umysł ponownie zapadł się w ciemność. Byłam teraz tylko marionetką, bronią w jego rękach, którą mógł realizować swoje plany i raczej nie należały one do tych, które przyniosłyby korzyść komukolwiek innemu poza nim.
Podeszłam do niego posłusznie, nie wiedząc już zupełnie co robię. A może wiedząc, znając konsekwencje, ale nie mając żadnej kontroli nad ruchami. Coś wewnątrz mnie krzyczało, usiłowało wyrwać się temu, ale nie mogło. Tak naprawdę nie miałam wyboru. Nic w tym momencie nie zależało ode mnie. W jego dłoni pojawiły się trzy niewielkie fiolki z czarną jak smoła substancją.
Bez słowa chwyciłam maleńkie, szklane buteleczki, odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę trzech, ogromnych zwierciadeł. Stały obok siebie, jedno przy drugim, odgrodzone kamiennymi kolumnami. Boso, ubrana jedynie w białą, osiemnastowieczną halkę, wolnym krokiem zbliżałam się, po cienkiej tafli wody, do celu. Cały świat wokół składał się z pustyni wody, sunącej ponad horyzonty i sięgającej nieskończoności. Nie ma dokąd uciec, nie ma odwrotu, nie ma niczego. Wiedziałam, że za chwilę stanę się źródłem cierpienia wielu istnień i nic nie mogłam na to poradzić.
Stanęłam przed pierwszym z nich. Niczym w transie wyciągnęłam korek z fiolki i przechyliłam ją by uwolnić z niej substancję, która w jednej chwili została wciągnięta przez niezwykłe lustro. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Nic, czego bym się po nim spodziewała. Stał tuż za mną, ale zwierciadła nie odbijały jego wizerunku, nie widziałam tam też siebie. Tylko pustą przestrzeń. Nie powiedział ani słowa, nie poruszył się, nie dał żadnego znaku. Skamielina, cały on. Maska, której nigdy nie zmienia. Twarz bez mimiki. Tylko oczy, w których zaklęte było całe to jestestwo. Nienawidziłam go całą sobą.
Przyszła kolej na drugą fiolkę i następne w kolejności zwierciadło. W tej drugiej zaklinował się korek. Musiałam użyć większej siły by ją otworzyć. Wtedy to fiolka wypadła mi z dłoni i rozbiła się o przejrzystą taflę wody niczym o twardy kamień. Znieruchomiałam. I to dosłownie, gdyż była to komplikacja, która całkowicie zniweczyła wykonanie powierzonego mi zadania. Przez dłuższą chwilę nie wiedziałam co się wydarzyło, nie mogłam pojąć tego, jak dosłownie naparstek czarnej mazi z buteleczki rozprzestrzenia się po tafli wody, parzy mi ręce i brudzi halkę. On przyglądał się tylko całemu zdarzeniu z niemałym zainteresowaniem. Czekałam aż coś powie lecz on milczał.
Chwilowo znów miałam jasny umysł, nie wiem czy teraz dzięki sobie, czy przez jego manipulację. Mogłam poruszyć się zgodnie ze swoją wolą. Lecz nie mogłam niczego powiedzieć. Odwróciłam się w jego stronę. Moje przerażone, pytające oczy nie spuszczały z niego wzroku, z mężczyzny pełnego pewności i zdecydowania. Chciałam wykrzyczeć mu wszystko, dowiedzieć się, po co to robi? Jaki to ma sens? Ach, jakże denerwuje mnie to jego opanowanie!
- Rzuć ją. – odezwał się nagle.
Jego słowa dotarły do mnie niczym echo w ogromnym lesie. Czyżbym się przesłyszała? Mam ją opuścić? Na nic mógł zdać się tu mój strach, na nic sprzeciwy. Wyciągnęłam do przodu dłoń z fiolką. Moje palce się rozluźniły a ostatnia z nich również roztrzaskała się na wodzie, która w tym momencie znacznie się wzburzyła. Na jego twarzy ujrzałam coś na wzór uśmiechu. Moje serce zaczęło łomotać. Co ja zrobiłam?!
Woda pod moimi stopami przybrała czarną barwę, mnóstwo smolistej mazi rozprzestrzeniała się wokół mnie i pożerała coraz więcej. Silny wiatr, dotąd nieodczuwalny, zaczął rozwiewać moje długie, jasne włosy. Odwróciłam się szybko by spojrzeć na zwierciadła. Było już za późno. Lustra rozpadały się. Skrawek po skrawku, rozkruszały się zmieniając się w srebrzysty proszek, który zabierał ze sobą porywisty wiatr.
Wiedziałam już… Zrozumiałam wszystko w jednej chwili. Moje oczy zwróciły się ponownie na źródło całej tej sytuacji, na co on jedynie skinął porozumiewawczo głową. Co on sobie myśli?!
Poczułam jak tracę stabilność, jak wszystko się rozpada. Za chwile miał nadejść koniec. Chwila graniczna a ja nie zdołałam niczego się dowiedzieć! Mam tak wiele pytań a tak niewiele możliwości. Nie potrafię z nim wygrać. Usiłuję skupić na nim wzrok, ale wszystko się rozmazuje. Widzę jego oczy, które beznamiętnie wpatrują się w moją posturę, czuję jego energię, która znów zaczęła przenikać moje liche ciało, a raczej cień tego ciała, które rozpływało się przed jego wzrokiem. Po chwili nie widzę już nic, nie myślę o niczym, ta pustka jest mi tak znana…
~* * *~
Mimo ukłucia w sercu nie potrafiłam powstrzymać się od uśmiechu. W jego przypadku było to rzadkim zjawiskiem, nawet jeśli był to uśmiech z czystej złośliwości. Inną sprawą jest przypominanie sobie jego złości i oczu, które w tamtych chwilach mogłyby obrócić wszystko w proch. Coś nieopisanego, niepojętego, jak cała jego postać. Co zrobię, gdy stanę z nim twarzą w twarz? Czy będę potrafiła zachować siłę przed mocą, którą posiada?
~ http://blooogsaymyname.blogspot.com/
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania