TARO - Droga Życia. Księga I Rozdział II

POZA ZASŁONĄ:

UPADŁE KRÓLESTWO...

 

Szedł powolnym krokiem w kierunku zwęglonych drzew. Powietrze było tu gęste, swąd spalenizny drażniący i bardzo nieprzyjemny. Zieloną niegdyś trawę pokrywał teraz popiół, który ruszony podmuchem wiatru rozpraszał się niczym śnieżny puch. Światło nie docierało tu prawie wcale zatrzymane przez wciąż żarzące się chmury wulkaniczne.

 

Przystanął. Jego wzrok zatrzymał się na skalistym posągu. Była to postać dziewczyny, wyraźnie zniszczona i zasmolona. Wyraz jej twarzy był zimny, bez żadnych uczuć, oczy wyrażały jedynie pustkę. Ręce skrzyżowane na piersi utrzymywały rękojeści mieczy, w których umieszczone niegdyś lśniące ostrza dzisiaj były tylko tępymi wyłamanymi kawałkami metalu. Była jedną z sześciu Sióstr wyznaczających granicę między dwoma królestwami: królestwem Oidreaht, w którym lśniła Najświętsza Pochodnia i królestwem Dorchadas owładniętym przez siły mroku. Dysponujące niegdyś potężną mocą niosły zgubę każdej przeklętej duszy chcącej przedrzeć się do Płomienia. Moc, jaką dawało im światło przewyższała najgłębszy mrok. Teraz stojąc puste nie mogły ani ochraniać ani dawać nadziei.

 

Nieuchronny jest los tego świata, którego cały blask pogrzebany został przez popiół. Niepowstrzymana siła niczym trucizna wdziera się przez Granicę królestwa obracając w pustkę każdą, nawet najmniejszą iskierkę światła…

 

On to widział. Widział jak wszystko się zmienia. Był tam… gdy chmury po raz pierwszy osłoniły blask Płomienia, gdy zawiał pierwszy lodowaty wiatr. Widział jak Królestwo, nad którym trzymał pieczę, teraz upada tonąc w oceanie nicości.

 

Wstrzymał przez chwilę oddech, patrząc prosto w oczy martwej dziewczynie. "Nie zdołałaś tego powstrzymać…” przeszło mu przez myśl.

 

"Nikt i nic nie zdoła już tego zatrzymać. Twoja słabość stała się zgubą dla nich wszystkich. ” Wtedy jego usta wykrzywiły się w jadowitym uśmiechu. Zamknął oczy i otworzył dłoń, wewnątrz której zaczął pojawiać się ledwo widoczny, jasny symbol. Nagle popiół leżący na ziemi uniósł się w górę. Silny, lodowaty wiatr poruszył wszystkim wokół. Zaskrzypiały spalone konary, rozszalała się zamieć. Jego długie, białe włosy zatańczyły wśród popiołu. Zimne, do granic możliwości powietrze wydawały nie robić na nim większego wrażenia. Wręcz przeciwnie, poczuł, że w końcu może uwolnić się od tego zaduchu panującego w Oidreacht. Czuł swobodę i orzeźwienie. Obojętnym krokiem przeszedł obok posągu idąc w stronę pustyni lodu, popiołu i ognia rozcierającą się poza zapieczętowaną Granicą. Świat, do którego wkroczył nie był mu w żaden sposób obcy ani niebezpieczny. Czuł, że tutaj może być sobą. Lekkim krokiem, niby sunąc nad ziemią, niby idąc zmierzał na północ królestwa, w stronę czerwonej, smolistej łuny ognia unoszącej się nad szczytami gór Cheadh. Nie mógł pozwolić sobie na marnowanie czasu, wiedział, że sprawa, z jaką idzie do Bastionu Seath jest sprawą niecierpiącą zwłoki. Wieść, z jaką przybywał miała zadecydować o wszystkim.

 

* * *

 

Stał już u progów bram ogromnego bastionu. Miejsce to było całkowicie odgrodzone od światła. Nawet najmniejsza iskierka nie miała tu prawa bytu. Cała okolica cuchnęła spalenizną, wszystko płonęło, dusiło się w gęstym, czarnym dymie. Piekło mogłoby być dobrym określeniem na nazwanie tego miejsca.

 

Wkrótce miał stanąć przed Jego oblicze. Najpotężniejszego ducha ciemności. Wielkiego Kalazarha. Szedł swobodnym krokiem. Minął duszące się w ciemnych norach demony, przeszedł przez most, pod którym płynęła rzeka upadłych dusz. Były to przyćmione światełka, które razem z prądem rzeki płynęły w stronę Kręgu Nihilum. To tam właśnie dusze zostawały unicestwione. Cała ich energia, niezależnie od tego czy stały po stronie światła czy mroku, zostawała wyssana, znikała, obracając je w pustkę. Krąg Nihilum wywoływał trwogę przed każdym. I nawet Wielki Kalazarh nie miał kompletnej władzy nad tą przepotężną siłą, która porywała wszystko, co stanęło na jej drodze. Nigdy nikomu nie udało uwolnić się od jego macek. Dusza raz wciągnięta, nie miała szans na to, aby się ocalić.

 

* * *

 

Nie śmiał podnieść oczu wyżej niż Jego stopy. Z całej swojej potęgi, jaką posiadał uczuł z momentem wejścia do komnaty, że jego wartość nie jest wyższa od straconych dusz topiących się w przepaściach. Po jego skroniach spłynęły dwie krople potu. W zamczysku było upiornie gorąco. Pomieszczenie tonęło w głębokim mroku oświetlonym lekko jedynie przez ogień wznieconego poza zamkiem pożaru. Postać stojąca w oddali przed nim w całej swojej formie i okazałości budziła w zebranych przerażenie. Siła, władza i potęga, która sprawiała, że nikt nie śmiał odetchnąć zbyt głośno, ruszyć się z miejsca albo nawet spojrzeć w inną stronę bez wyraźnego znaku. Nie chodziło tu o sam autorytet, ale o moc, jaka od niego emanowała. Kalazarh, bowiem nie przybierał zwykle postaci ludzkiej ani niczego podobnego – zwierzęcia czy też potwora. Jego postać była niezłożona, zawiła, nigdy nie mógł złożyć się w jedną całość. Był niczym chmura albo jakaś materia płynąca w przestrzeni. Obejmował sobą wszystko i wszystkich. Nie miał jednej twarzy, miał ich mnóstwo zawsze ukryte za srebrną maską. Niekiedy w jego formie można było dostrzec coś na kształt ludzki, z dłońmi, które za każdym razem miały szpony, stopy, które lekko wystawały poza jego togę. Ale cały ten obraz był dla świadków niczym sen. W pewien sposób wiadome, bo i dostrzegalne, ale tak bardzo iluzyjne, niezłożone, deformujące się z każdym podmuchem wiatru. Znikające w jednej chwili i przenikające sobą wszystko i wszystkich.

 

Po prawej stronie poczuł jeszcze jedną potężną energię płynącą od znanej dobrze mu postaci. Ach gdyby mógł go zniszczyć... Nienawiść, jaką uczuwał do niego była silniejsza niż wszystko, co czuł do tej pory. Dostojna i dumna postać bezimiennego mężczyzny przyglądała mu się teraz z góry. Ubrany w ciemne szaty z mieczem u boku obserwował przybysza w skupieniu i ciszy oczekując nowych wieści. Miał czarne włosy uwiązane w warkocz a brązowe oczy nie wyrażały żadnych emocji. Był jak posąg. Podobny do tych, które otaczały wrogie królestwo.

 

- Mów. – Rzekł sucho Kalazarh.

- Starszyzna wpadła na trop Napiętnowanej.

Kalazarh zachichotał. Jego mętna postać rozszczepiła się w gęstą chmurę pyłu i złożyła z powrotem.

- Bardzo dobrze! – Rzekł. – Jesteśmy coraz bliżej! – Mów! Mów więcej. Kto to?

- Dziecko. Słabe. Aktywność jej duszy wzrasta teraz gwałtownie. To może być jedyna taka okazja. Jest...

- Jest już nasza! – Skończył. - Starszyzna ma w posiadaniu pozostałe. Nam wystarczy Ona by zdobyć je wszystkie. Nie możemy pozwolić, aby byli pierwsi! – Skierował się teraz w stronę ciemnookiego mężczyzny. – Wiesz, co robić.

- Nie sprawi to problemu. – Odpowiedział kłaniając się nisko.

- Zaczniesz natychmiast!

- Ale Panie… – Przerwał cicho przybysz. – Jest jeszcze coś.

Kalazarh zbliżył się do niego.

- A cóż takiego Bohrug?

- Płomień walczy. Aktywność jej duszy wzrosła w zbyt szybkim tempie. Starszyzna podejrzewa, że może to być próba odrodzenia się Płomienia. Zauważono także aktywność Bramy. Została otwarta, ale niezupełnie. Las Firinne ingeruje. Duchy będą stały w jej obronie. – Spojrzał w stronę mężczyzny obok. – Nie sądzę, aby działania naszego "niezawodnego” Dowódcy wystarczyły. Myślę, że tutaj potrzebna będzie bardziej fachowa interwencja. – Jego usta wykrzywiły się w wzgardliwym, pełnym satysfakcji uśmiechu. – Jego niestabilna moc mogłaby…

 

Nie zdołał skończyć, gdy nagle poczuł jak ogromna fala energii wbija go w mury zamczyska a żelazny uścisk dłoni ściska mu gardło. Jego wątłe ciało poszybowało w górę. Mimo lekkiego oszołomienia uśmiech nie schodził mu z twarzy. Widział przed sobą już tylko bijące gromem oczy szaleńczej wściekłości, których barwa przechodziła teraz od ciemnej szarości po biel.

 

- Śmiesz wątpić w moją siłę?! Może powinienem ci ją zademonstrować Bohrug! – Syknął.

- Niedoczekanie. – Odpowiedział nie spuszczając wzroku od jego spojrzenia.

Po komnacie rozległo się klaskanie. Kalazarh krążył wolno, bijąc brawo.

- O potędze naszego niezawodnego Dowódcy dowiedzieliśmy się już niejednokrotnie. Nie sądzisz chyba Bohrug, aby pokonało go małe dziecko? To byłaby prawdziwa hańba. – Kalazarh kiwnął a dłoń spoczywająca na szyi Bohruga w jednej chwili rozluźniła się i jego ciało runęło bezwładnie na ziemię. - A jeśli chodzi o duchy światła... W zanadrzu mamy cały garnizon demonów. On je poprowadzi. – Powiedział, wskazując na swoją Prawą Rękę, po którym nie było widać już nawet cienia jakichkolwiek emocji.

 

Bohrug z trudem podniósł się z ziemi oszołomiony energią, jaka go przeniknęła. Wyprostował się podnosząc wysoko głowę. Gdyby stanął do pojedynku z tym duchem nie miałby najmniejszych szans. Był tego całkowicie świadomy.

 

- Mamy w garści Starszyznę, Temidrium i ich strażników. Jeżeli dobrze rozłożymy karty to wygramy tę wojnę. – Przybrał teraz człowieczą postać, usiadł wygodnie na ogromnym kamiennym tronie i ruchem dłoni wykreował z otaczającej go czarnej mgły złoty kielich. – Utopimy naszą Strażniczkę w mroku... Jak za dawnych lat.

 

~ http://blooogsaymyname.blogspot.com/

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania