TARO - Droga Życia. Księga I Rozdział III.
- Ellena? Czy ty w ogóle mnie słuchasz?
- Co? – dźwięk mojego imienia wyrwał moje myśli z matni, do której wpadły. Wielkie piwne oczy z pedantycznie wymalowanymi rzęsami wpatrywały się w moje, zamglone szukając jakiegokolwiek przebłysku olśnienia. – Przepraszam cię Ana. Dzisiaj nie ogarniam. Fatalnie się czuję. – było mi tak głupio!
- Widać! Ale mogłaś przynajmniej udawać, że słuchasz! Wpatrujesz się w tą ścianę jak zaczarowana. – W jej głosie nie słyszałam nawet cienia pretensji czy złości. Ana była bardzo optymistycznym człowiekiem, nie potrafiła się gniewać ani chować urazy – przynajmniej nie na długo. Znałyśmy się dopiero od roku a mimo to, nasza znajomość wydawała mi się bardzo mocna jak na tak krótki czas. Zrozumienie i dobro, które płynęło od tej ciemnookiej brunetki bardzo często było źródłem jej zawodów wśród ludzi. Mimo wszystko podziwiałam jej siłę i czystość myśli. – Wciąż masz te koszmary? Mówiłaś, że już przeszło… - powiedziała po chwili, widząc, że wciąż milczę.
- Sama już nie wiem… Wydawało mi się, że to już koniec.– Przez chwilę nie byłam pewna, czy jej o tym powiedzieć, jednak wewnętrzne pragnienie wygadania się jedynej przyjaciółce wygrała.– Pamiętasz jak opowiadałam ci o tym dziwnym śnie, o tym facecie?
- No i o tym drzewie, tak? – na jej pytanie skinęłam głową.
- Od tamtej nocy przestałam widzieć te tornada.
- No i dobrze, bo już zaczynałam się martwić.
- No, ale… Też od tamtego czasu mam wrażenie, że ten mężczyzna jest w nich obecny. Po czym pojawia się a ja myślę, że chce mi coś zrobić i staram się uciec. Myślisz, że to może coś oznaczać?
- Nie wiem… Może za dużo o tym myślisz. Skoro tamte sny minęły, te znikną tak samo.
- Może masz rację…
Nie byłam przekonana czy te sny są bez znaczenia. Tkwiło we mnie dziwne przeczucie, którego nie potrafiłam w żaden sposób wyjaśnić ani zrozumieć. To ono cały czas kazało mi wracać myślami do tego niezwykłego zamku i księgi, którą tam znalazłam. No tak. Książka… W tej chwili całkowicie powróciłam na ziemię. Ana zgubiła wątek a ja zrozumiałam, że nie zachowałam się tak, jak należy.
- Przepraszam, przerwałam ci, opowiedz więcej o tej książce.
Ana miała ogromne zamiłowanie do kryminałów. Obie zresztą byłyśmy stałymi bywalcami w szkolnej bibliotece, która choć nie duża, dysponowała naprawdę ciekawymi pozycjami. Było to doskonale widać, gdy Ana po raz setny zabierała na weekend trzy kolejne książki. W moim przypadku wyglądało to trochę inaczej. Czytałam mniej, a najwięcej czasu zajmowało mi znalezienie tej jednej książki, która mnie zafascynuje. Nie było to łatwe, bo w czasie poszukiwań zawsze odnosiłam wrażenie, że każda z tych opowieści już gdzieś się pojawiła. Gdy już jednak znalazłam tą jedną – potrafiłam pochłonąć ją bez chwili wytchnienia a potem żyć nią przez kolejne tygodnie.
Zwyczaj wymieniania poglądów i wrażeń po przeczytanej książce trwał u nas już od roku. Nastawienie mojej przyjaciółki nie zmieniło się do tego czasu ani trochę. Moje przeciwnie - w pewien sposób zaczęłam od tego uciekać i szczerze nudziło mnie wysłuchiwanie o morderstwach. Mimo wszystko nie potrafiłam zdobyć się na odwagę, aby ją o tym uświadomić. Nie opowiadałam za wiele o tym, co czytałam. Zresztą… robiłam to już coraz rzadziej oddając się – bo jak inaczej mam to nazwać - własnej wyobraźni, która w tym okresie mocno płatała mi figla.
Nim zadzwonił dzwonek po długiej przerwie, Ana pożegnała się i pobiegła na swoje zajęcia. Zaczynał się polski. Szczupła, starsza, rudowłosa nauczycielka przyszła punktualnie, aby wpuścić nas do sali. Wszyscy mówili na nią Pani Molly. Polski był moim ulubionym przedmiotem, jednak po wpół przespanej nocy nie czułam się na siłach by brać w nim aktywnie udział. W dodatku pogoda za oknem wcale tego nie ułatwiała. Silny wiatr i częste opady dawały się we znaki. Było zimno i ciemno. Lato już dawno zostało zażegnane i każdy z nas doskonale o tym wiedział. Wszyscy ziewali i z wielkim trudem wytężali umysł do interpretacji wiersza.
Mój wzrok raz za razem wędrował w stronę okna, przy którym siedziałam. Nawet teraz, gdy nie śpię, mam przed oczyma jego postać. Wysoki, ciemnooki mężczyzna z czarnymi do ramion włosami. Zawsze ten sam wyraz twarzy – maska, która nie wyraża żadnych uczuć i oczy, które kryją w sobie coś strasznego i jednocześnie tak przyciągającego – coś, czego nie jestem wstanie zrozumieć. Zauważyłam to już wówczas, w zamku stojąc przed nim, ale do tej pory nie potrafię nazwać tego po imieniu. A później pojawiał się znowu. Uciekałam przed nim, bałam się szalenie. Pojawiał się znikąd, jednak nie robił nic, tylko się przyglądał. Każdy następny sen przywoływał jego osobę, która zdawała się zapędzić mnie w ciemną otchłań w tym nieprawdziwym świecie. I zawsze coś go zatrzymywało, sprawiało, że nie był wstanie nic zrobić, a ja uchodziłam cało. Budziłam się z tymi samymi pytaniami w głowie: Kim jest? Czego chce? Co to oznacza?
Podczas szukania wyjaśnień w końcu doszłam do wniosku, że winą całej tej sytuacji jest oczywiście moja wybujała fantazja i oderwanie się na jakiś czas od książek powinno załatwić sprawę. Ale tak się nie stało.
Człowiek ten, o ile mogę tak o nim mówić, stał się nieodłącznym elementem moich snów. Choć nigdy w życiu nie widziałam nikogo podobnego w rzeczywistości, pamiętam dokładnie każdy szczegół z jego wyglądu. Jest dużo starszy, coś między dwadzieścia a trzydzieści lat. Nie skąpi urodą ani tajemniczością, co bardziej dodaje mu uroku. Zawsze ma na sobie to samo odzienie – ciemne szaty, jakby czarnoksiężnika, z mieczem u boku. Jedyne, co się zmienia to fryzura. Raz ma rozpuszczone włosy a raz uwiązane w warkocz lub kitkę. Tylko raz widziałam jak zmieniała się barwa jego oczu – wówczas, w jeziorze. Zastanawiam się, czy jest to spowodowane emocjami, które odczuwa. W każdym kolejnym śnie jest śmiertelnie poważny a jego oczy są bardzo ciemne. Nie potrafię jednak pojąć, dlaczego to wszystko się dzieje. Czy możliwe, że to duch? Czy w ogóle duchy istnieją?
Ta myśl jest przerażająca i ona nie daje mi spokoju. Najgorsze, że nie potrafię sama siebie przekonać, że to bez znaczenia. Coś wewnątrz każe mi szukać odpowiedzi na te pytania i po każdej nocy czuję się, jakbym zrobiła kolejny krok ku prawdzie. Szaleństwo…
Ta lekcja zdawała się nie mieć końca. W głębi duszy liczyłam, że nauczycielka zauważy mój zły humor i zwyczajnie da mi spokój. Bardzo lubiłam tą panią oraz możliwość dyskutowania o epokach oraz tekstach literackich. Podobało mi się, że mamy dobre stosunki, nieraz zdarzało się, że podchodziła do mnie na przerwie i wymieniała się spostrzeżeniami, pytała o dzień. Cieszyłam się, że choć jeden nauczyciel w tej szkole wykazuje odrobinę zainteresowania uczniami, że potrafi być dla nas w porządku. I tym razem nie zawiodłam się na Pani Molly. Widząc mnie na lekcji nie powiedziała ani słowa, nie zmuszała do niczego, choć widziałam, że cały czas ma mnie na oku.
Wolałabym jednak, aby nie pytała, co jest powodem tego samopoczucia. Starałam się wymyślić coś sensownego, w razie, gdyby chciała wyciągnąć ode mnie informacje. Opowiadanie o swoich przeżyciach w snach nie wydawało mi się dobrym pomysłem.
Kobieta jednak nie powiedziała ani słowa, uśmiechając się jedynie do mnie zanim wstałam od stolika i wyszłam.
Ubrana w jesienny, brązowy płaszczyk wyszłam na boisko szkolne, kierując kroki w stronę przystanku autobusowego. To był już koniec zajęć i czułam wielką ulgę, że nareszcie mogę się rozluźnić i oddać przemyśleniom. Nim zdążyłam pomyśleć, moje ciało okręciło się niemal wokół własnej osi pod nagłym pchnięciem w ramię. Chwilowy brak koncentracji sprawił, że prawie runęłam na ziemię. Zamiast jakichkolwiek słów przeprosin, słyszałam tylko złośliwy śmiech a do mojego nosa dotarł ohydny zapach papierosów. To Daray Ward razem ze swoją bandą.
- Naucz się chodzić mała! – zawołał a za nim reszta zaczęła śmiać się i gwizdać.
- Wooooo Daray, leci na ciebie! – i znów śmiech.
Kretyni – pomyślałam i mimowolnie zacisnęłam pięści. Piątka chłopaków wraz z Wardem pobiegła teraz pod furtkę napastować biedną Panią Patty, która musiała czekać razem z nami na busa szkolnego i dopilnować, aby każdy bezpiecznie wsiadł i dotarł do domu. Spluwali po drodze na ziemię a z ich ust, co chwile słychać było przekleństwa. Ci chłopacy należeli do ludzi, którymi gardziłam całą sobą, a w szczególności Darayem. Lubił dominować. Zresztą widać to było po jego wyglądzie. Był dobrze zbudowany, co dodawało mu respektu w oczach innych chłopaków. Miał jasne włosy, zawsze zaczesane w tył. Jego spojrzenie - chytre i nieprzyjemne. Wiele dziewczyn za nim szalało, choć nigdy by się do tego nie przyznały. Lubiły takich kolesi, buntowników, w przeciwieństwie do mnie. Nie miałam zresztą pojęcia, jakim cudem trzymają się jeszcze w tej szkole. Palili, przeklinali, co chwila stwarzali jakieś problemy, inicjowali bójki. Nękali słabszych i nie mieli litości. Ostatnio nawet była akcja z narkotykami w szkole, jednak nic im nie udowodnili i chłopaki wymigali się bez problemu. Jednym słowem czuli się w szkole bezkarnie i widać było, że nauczyciele nie mają zamiaru tego zmienić. Patologia. Czekałam już tylko aż jakimś cudem odejdą z tej szkoły, w końcu był to ich ostatni rok tutaj.
W tej chwili znów zepsuł mi się humor. Myśl, że jestem zmuszona spędzić jeszcze pół godziny w obecności tych idiotów przyprawiała mnie o mdłości. Nasza szkoła mieściła się w miasteczku Favemere. Mieszkałam w oddalonej o prawie dziesięć kilometrów wsi Soriswill. Podróż nie zajmowała długo, jednak z doświadczenia wiedziałam, że przez ten czas można było zwariować w busie, gdy obecny był tam Daray.
Czekaliśmy jeszcze kwadrans aż przyjechał po nas kierowca. Spora grupka ludzi zaczęła na chama wpychać się do niezbyt dużego pojazdu, by zająć lepsze miejsca. Oczywiście Daray i spółka musieli wejść pierwsi i jak zawsze usiedli na samym końcu, czując się przy tym jak królowie. Jakimś cudem znalazłam dość dobre miejsce, obok spokojniejszych ludzi. Żałowałam, że Ana jeszcze ma zajęcia i nie może wrócić tym samym kursem, co ja.
Droga nie należała do tych przyjemnych. Nie mogło być przecież inaczej. Zoo obudziło się, gdy tylko ruszyliśmy. Pani Patty wciąż upominała chłopaków o ich złe zachowanie i groziła, że powie wszystko dyrektorce. Ale co z tego, skoro powtarza te słowa niemal codziennie. Moim marzeniem w tej chwili stała się myśl, aby znaleźć się już w domu.
Po jakimś czasie nareszcie spełniło się, przetrwałam. Wykończona psychicznie padłam na łóżko, we wszystkich rzeczach, nawet nie ściągając z siebie torby i butów.
- Masakra… - szepnęłam. – Co za debile!
Zawsze, gdy wysiadałam z autobusu oni gapili się na mnie przez okno, wykrzywiając twarze w głupich minach i wrzeszcząc coś między sobą. Oni nigdy nie dojrzeją.
Wieczór nadszedł niemal natychmiast. Dni robiły się coraz krótsze, w dodatku zmęczenie szkołą dawało się jeszcze silniej odczuć. Na szczęście w najbliższym czasie nie czekały mnie żadne sprawdziany, więc nie było potrzeby nic powtarzać. Ogarnęłam jedynie zadanie domowe z matmy i anglika, wzięłam kąpiel i uciekłam do pokoju. Przynajmniej do tego momentu nie miałam czasu, aby myśleć o snach, ani o tych pajacach. Gdy jednak usiadłam na łóżku, wspomnienia zaczęły powracać. Przypomniałam sobie o pomyśle, na który wpadłam dzisiejszego ranka. A mianowicie o zapisywaniu wszystkiego, co widziałam. Ciekawa byłam, czy dowiem się w nich czegoś więcej. Pamięć bywa zawodna a wpis w zeszycie na pewno da mi możliwość przypomnienia sobie wszystkiego, tak jak to było naprawdę. Wzięłam, więc jeden z zeszytów, przeznaczonych na przedmiot lekcyjny, który do tej chwili leżał pusty w szafce. Zapaliłam aromatyczną świeczkę o zapachu lawendy i uchyliłam okno, aby wywietrzyć trochę pokój. Usiadałam przy biurku i zaczęłam pisać wszystko po kolei. Od snów tornad, pierwszego spotkania tajemniczego mężczyzny nad jeziorem, w zamku oraz późniejszych niezrozumiałych snów.
W pewnym momencie na ścianie zobaczyłam sporej wielkości cień, przemieszczający się na niej chaotycznie i nierównomiernie. Znów jakiś robal! Bardzo mnie to rozpraszało wstałam, więc i zaczęłam szukać tego uciążliwego stworzenia. Ku mojemu zdziwieniu ujrzałam ogromną, białą ćmę. Była naprawdę wielka. Nigdy jeszcze nie widziałam takiej na oczy. Leciała w stronę świeczki stojącej na biurku. Ćmy są dziwne, lecą jak głupie do światła na przekór wszystkiemu i giną poparzone przez żarówkę lub spalając się w ogniu. Nie miałam serca by jej nie złapać i uwolnić na dworze. Gdy było po problemie, powróciłam do swojego zajęcia. Opisywanie i stworzenie rysunków zajęło mi sporo czasu. Usiłowałam narysować jego twarz, która nie wyszła mi za bardzo. Nie miałam w tym wprawy, jednak pewien zarys niemal do złudzenia mi go przypominał. Wpatrywałam się w ten obrazek, czując jak rośnie we mnie zaciekawienie. Przez chwilę pomyślałam, że znów chciałabym go spotkać i dowiedzieć się czegoś więcej. Moje znużenie rosło. Po skończonej robocie położyłam się do snu. Zasnęłam niemal natychmiast.
* * *
Błądziłam między stoiskami, na których handlarze powystawiali swoje towary. Były to najróżniejsze pamiątki: bursztyny, amulety, ozdoby, figurki, muszle. Szukałam czegoś dla siebie. Nie mogąc znaleźć nic, co by mi odpowiadało zapuszczałam się coraz głębiej. W końcu trafiłam na stanowisko, otoczone regałami książek. Zaciekawiona poszłam w tamtą stronę. Na środku usadowiony był niewielki stolik, przy którym siedziała kobieta. Była starsza i miała mnóstwo bruzd na twarzy. Długie, jasne włosy opadały jej na ramiona.
- Czekałam na ciebie, Elleno. – powiedziała po chwili. Sytuacja nie wprawiła mnie wcale w zakłopotanie za to pożerała ciekawość i pragnienie odkrycia czegoś, co mogłam zdobyć dzięki niej. – Długo czekaliśmy, aby cię odnaleźć. Podejdź proszę…
Z chęcią podeszłam do miłej staruszki, w której wyczuwałam tyle dobra i ciepła.
- Usiądź – wskazała na krzesło naprzeciwko siebie. Kobieta trzymała w dłoni niewielkie pudełeczko, wielkością podobne do pudełka zapałek. Z zewnątrz ozdobione było pięknymi rysunkami i wzorami. Nienasycona tym widokiem nie mogłam oderwać od nich wzroku. Czekałam aż coś powie. Ona otworzyła jedynie pudełeczko i wyciągnęła z niego garstkę małych kart. Wyglądały trochę jak tarot. Z talii wyciągnęła jedną z nich i położyła przede mną.
- Ta karta oznacza ukrytą siłę. Cały świat złożony jest z ogromnej energii, która rozproszona przenika się nawzajem. To cała siła władająca tym światem i nami wszystkimi.
Jej niebieskie oczy starały się dotrzeć w głąb mnie. To wszystko wydawało mi się tak bardzo niesamowite. Nagle wszystko wokół zniknęło a znalazłyśmy się w całkiem innym miejscu. Stałyśmy naprzeciwko siebie przy malutkim strumyku, wychodzącym ze źródełka. Woda, która z niego wypływała, wyglądała jak płynna perła. Lśniąca, czysta, piękna. Byłam zauroczona tym widokiem.
- Czy wiesz, co to? – spytała.
Zaprzeczyłam ruchem głowy. Ona tylko uśmiechnęła się przyjaźnie.
- Spójrz – wskazała na ciągnący się w dal lśniący strumyk – To twoja Linia Życia, dziecko. Twoje życie jest czymś ważnym dla nas wszystkich i musisz go strzec.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania