TARTACZNIK
Jolanta Szymska-Wiercioch
TARTACZNIK
Ubi onus, ibi sonus
Gniewko lubił słuchać.
Znajdował w tym i przyjemność, i szczyptę adrenaliny.
Ten niewysoki muskularny kawaler miał czterdzieści lat, oczy czarne jak smoła i permanentnie zaciśnięte usta. Ktoś mógłby rzec, że doskwiera mu szczękościsk, ale byłby w błędzie. Gniewko nie lubił otwierać ust bez konkretnego powodu. A tym konkretnym powodem było picie, jedzenie, mycie zębów i przyjmowanie Eucharystii. Taki miał nawyk i nie obchodziło go w tej kwestii zdanie innych. Ignorował więc wszystkich, którzy chcieli go zmienić, pociągnąć za język, by w końcu – jak mówili – komuś się wygadał. Niby dla swojego dobra. Bo podobno jeśli się człowiek zwierzy, wszystko się zmienia, nawet powietrze. Gniewko jednak nigdy nie dał się ani wodzić za nos, ani ciągnąć za język. Lubił wprawdzie słuchać ludzi, ale z nimi nigdy nie rozmawiał. Albo udawał, że ich prześlepia, albo stał jak mim na krakowskim Rynku. Nie widział sensu w rozmowach. Bo co takiego on mógłby powiedzieć ludziom? Że wszystko to marność, pogoń za wiatrem i nic nowego pod słońcem? Chyba tylko tyle. Jego Monika odeszła, a z nią i on umarł. Jego dni i noce człapały prosto w jakąś pustać.
A wiódł życie niemal pustelnicze. Był sobie dla siebie i powietrzem, i ziemią, i ogniem, i wodą. Gdy mu było źle, lał wodę na swój ogień, a gdy mu było dobrze, unosił się z wiatrem nad ziemią. Ale z czegoś żyć musiał, więc już od szesnastu lat pracował w tartaku. Zwykle w pojedynkę sterował – mygłował i rozmygłowywał drewno żurawiem lub wciągarką bębnową – ale bywało też, że i sam ciął drewno pilarką łańcuchową.
Nie służyła mu ta praca. Zbyt głośna to była samotność. Na początku po robocie, po ośmiu godzinach warkotu i turkotu, mimo używania nauszników przeciwhałasowych, do ciszy poza tartakiem ciągnął jak pszczoła do kwiatów. I tak sobie w tej ciszy siedział, nic nie robiąc, gapiąc się tylko na leśne drzewa i słuchając pogwizdywania kosów. Z czasem przywykł do tartacznego hałasu, ale cisza stała się dla niego czymś niemal świętym i zawzięcie przez niego strzeżonym.
Innego rodzaju ciszę, ciszę wypełnioną upojnymi słowami i obrazami, podarował mu któregoś dnia ksiądz Bożydar, który otworzył przed nim swoją bibliotekę. Na czytaniu zleciało Gniewkowi parę ładnych lat. Księdza polubił na tyle, że zgodził się do mszy świętej służyć, a nawet sprzątać kościół od czasu do czasu. Pewnego dnia tartacznik jednak przestał czytać i zaczął łazić po wsi, by słuchać rozmów ludzi. Podsłuchiwał, a potem wszystkie te słowa zapisywał. Całymi wieczorami i nocami. Stos zapisanych kartek rósł w zastraszającym tempie. Gniewko nie wiedział, co z nimi począć, regularnie znosił je więc do piwnicy i pisał dalej.
♦♦♦
Wyczyścił właśnie dywan przed ołtarzem i odniósł odkurzacz do magazynu przy zakrystii. Jeszcze musiał tylko błoto spod chóru pozamiatać, ktoś wczoraj naniósł go co niemiara, i to była jego ostatnia powinność przed wieczorną mszą świętą. Potem zjawi się ksiądz Bożydar. Gniewko pomyślał, że zanim nałoży komżę, by później, podczas liturgii usługiwać proboszczowi, zdąży sobie i dymka puścić, i odpucować zabłoconą posadzkę. Już nacisnął mosiężną klamkę, by wyjść z kościoła bocznymi dębowymi drzwiami, gdy nagle zobaczył panią Wandę, żonę wójta, i jakąś szesnasto- czy siedemnastoletnią dziewczynę. Ładną długowłosą blondynkę ubraną na czarno. Siedziały tuż obok wejścia, na ławeczce pod lipą.
Gniewko cofnął się szybko do przedsionka kościoła, zostawiając drzwi podchylone, i nadstawił uszu.
– A tyś, dziecko, coś taka markotna? – Głos wójtowej. – I łezka się w oku kręci? Oj, niedobrze, ale dobrze, żeś do Pana Boga przyszła, dobrze. On pomoże. Nie wchodzisz? Drzwi już uchylone, można wejść. – Jeśli dziewczyna odpowiadała na owe pytania, mówiła zbyt cicho, Gniewko jej nie słyszał. – No tak, do mszy jeszcze ze dwa kwadranse, za wcześnie – ciągnęła pani Wanda. – Ja też sobie usiądę. Pusto pewnie będzie w kościele, na te wieczorne w środku tygodnia to mało kto chodzi. Koronawirus jak jakiś demon wygnał ludzi z kościoła. Ciebie tu nie widziałam, ty nie stąd, prawda? Ja tu wszystkich znam. Z miasta pewnie przyjechałaś, mam rację? Do gimnazjum już chodzisz, tak? Na podstawówkę to za duża jesteś. Młoda panienka, życie przed nią, a popłakuje smutna pod kościołem! Ty jeszcze, dziecko, problemów nie masz, tak, tak, wierz ty mi, problemy dopiero się zaczną. Nie żebym ci kłopotów życzyła, nie, absolutnie nie, ale życie, jak to mówią, usłane różami, co to kłują, ile wlezie… Pięknie dziś, prawda? Ale na jutro to już deszcze zapowiadali. Tak, tak… Widziałaś tego tam, co z kościoła przed chwilą wyszedł? Rafałek. Syn Marioli, co to w naszym sklepie pracuje. Chudy jak niteczka. Studencik. On to dopiero naburmuszony chodzi! Jakby go milionami róż pokłuli. Oj, życie to nie przelewki! Pewnie jakiś dzień paskudny Rafałek ma dzisiaj, bo żeby tak w środku tygodnia do kościoła zachodzić… No tak, jak trwoga, to do Boga! Ale nie myśl, że egzaminów jakichś nie zdał i poprawiać musi! Nie, nie, wiem od Mariolki, że najlepszy jest, prymus taki, że marzenie, a cudak taki zdolny, że ministrem może zostanie. Mariola mocno ostatnio biadoliła. Bo to ponoć Rafałek pobił jakiegoś Jędrka, o dziewczynę się pobił, o jakąś Maję… Maja… piękne imię… No, zakochał się tragicznie, taki z niego bidula, nieboraczek. A ja Marioli, to jest tej matce, mówię, że to jest właśnie szczęście, że ta Maja tego Jędrka wybrała, bo po co Rafałkowi teraz jakaś panna? Nauką trzeba się zająć, pracę znaleźć, dom zbudować, drzewo zasadzić, a Mariola się boi, oj, boi się bardzo, bo na jego komputerze podpatrzyła, że niedobre rzeczy czyta. Wiersze Grochowiaka i takie tam! Ja ze szkoły pamiętam, że Grochowiak o jakiejś płonącej żyrafie i mięsie pisał, nic przyjemnego ci powiem, a Rafałka to może do kobiecego mięsa ciągnie, może pomiędlić by chciał, a tu Maja kuku zrobiła! No i zioła go dziwne zainteresowały, nie takie zwyczajne, tylko trujące, takie, co to śmierć niosą. No i Mariola się boi, że Rafał o trupach czyta i że mu coś głupiego do głowy przyjdzie… A pilnować go stale nie może. Wyjeżdża taki w niedzielę do wielkiego miasta, do akademika, gdzie, jak mówią, w każdym kącie rozpusta – oj, piekło już na nich czeka, nie będą się mieli gdzie schować – no i w piątek dopiero wraca, a potem w niedzielę znów jedzie. A czasem w ogóle nie wraca. Skaranie boskie z tymi studentami, natura zmącona. Jedno ci powiem, dziecko, każdy bunt przemija, każdy… Ale jak się komuś dusza wyrywa, to już jest inaczej! Już po nim, nic mu nie pomoże. Kiedyś przylało się pasem w dupę, a dziś? Teraz to młody człowiek ma drogę do piekła prościutką, jakby od linijki odmierzoną. Nie mówię, że ty, panienko, nie, nie, ale inni! A jak ci na imię? Danusia, no, ładnie. Piękne imię. A rodzice żyją? To dobrze, że żyją, dobrze, dziecko powinno mieć i ojca, i matkę jak najdłużej. Ile już tu siedzisz, Danusiu? Nie trzeba by do domu wracać? Martwić się będą.
Nagle Gniewko usłyszał płacz dziewczyny.
– Matko Przenajświętsza, co tak ryczysz, dziewczyno? Weź, smarknij do chusteczki i powiedz. Razem coś zaradzimy, co dwie głowy to nie jedna. No, nie rycz już, mała, nie rycz, nie chcesz wracać, to siedź… A co, w domu niedobrze? No tak, niedobrze, nigdzie łatwo nie jest. Biją cię tam, jeść nie dają? Nie chcesz, to nie mów, ale na twojej ręce to ja już widziałam siniaka. Dziwnie kiwasz tą głową, ale chyba biją, a to naprawdę niedobrze. Tak żyć dalej się nie da, z tym coś trzeba zrobić, na policję zgłosić czy jak. Nie?! Ojciec policjant?! Jezus Maria! No to ci powiem, że nic tylko się utopić, ja bym się utopiła, bo kto by mi uwierzył, jakbym tak na ojca policjanta doniosła!? Wszyscy święci boży, co ja wygaduję?! Nie, nie, ty, dziecko, ty tego nie rób, trzeba pomyśleć, jak to rozwiązać. Bije, bo pije, aha, nie dość, że policjant, to jeszcze pijak. A pije, bo co? Pije, bo się wstydzi, że pije? Znalazł sobie jakiś pretekst? Bo lubi? No proszę, to jest właśnie najgorsze w moczymordach: lubią i nie chcą przestać lubić pić. To tak jak proboszcz mówi: w całej Polsce szaleje epidemia pijaństwa. Nawet w sierpniu, miesiącu trzeźwości! Episkopat do wstrzemięźliwości wzywa, a ci chleją i chleją. I już cię nie biją za przesoloną zupę, za ziemniaki rozgotowane, za kopnięte pod łóżko pantofle, to już przeżytek. Teraz biją, bo bić lubią… O, choćby taki Florek! Biedaczysko. Tak go ojciec bił, że chłopak ogłupiał, coś mu teraz w głowie nie styka, włóczy się po wsi i tylko kotów szuka, a palcem w domu nie kiwnie. I na co to było staremu? Teraz już Florek w niczym nie pomoże, nauczył się uciekać od ojca, no i zamiast za babami, to za kotami lata. Zupełnie postrzelony, kaleka taka życiowa, a jak kogoś zobaczy, o złotówkę prosi. Śmieją się z niego młodzi, a zdarza się, że i pobiją. No i człowiek z nim w ogóle nie pogada. Nie da się ze wszystkim, nie! Rano na kawę pod Grapę poszłam, do takiej jednej Maryśki – zawsze z nią gadam, jak mnie coś gryzie – i tak mną u niej wytrzęsło, jakby mnie kto do pralki włożył! Ale ta Maryśka mnie wkurzyła! Kłapie jęzorem, ile wlezie. Wszyscy we wsi wiedzą, jaka z niej plotkara, ale lubić da się, nie powiem. Życzliwa taka i uczciwa, niech jej Bóg wybaczy całe to gadanie: „Połóż się tu, Wandziu – mówi do mnie – o tu”, i pokazuje ten swój twardy jak kamień tapczan, i dalej nawija jak ta katarynka Prusa: „Kapę czystą dziś narzuciłam, ale to nic”. A co? Ja to niby brudas jakiś czy co?! I stuka tymi swoimi obcasami, bo po domu w butach chodzi, i stuka prosto do kuchni, i trzaska drzwiczkami szafki, i woła: „Nervocalmu ci zaraz przyniosę, połkniesz trzy tabletki i zaraz będzie dobrze”. Że niby jak? Ta kapeczka melisy lekarskiej ma mi pomóc?! Ta kapeczka szyszek chmielu, kapeczka różeńca górskiego i krzynka czegoś innego, co powypisywali na opakowaniu? Niedoczekanie moje! Niech sama łyka. Leżeć też nie będę, bo nie uleżę. Potem rosołem mnie chciała napoić, że ja niby taka mizerotka jestem. A jak tu nie być?! Rogi mi Pyzdra przyprawia już od roku. Niech go Bóg skarze, niech go piekło pochłonie! Lamentuję jak nie ja. Rzadko narzekam, bo właściwie na co się tu żalić, jak człowiek zdrowy, prawda?! No i w końcu Marycha radzi, żeby go zostawić, uciec. Pytam ją: A z dziećmi co? Ona, że z dziećmi trza uciec. To ja się pytam, a niby dokąd? Ona na to, żebym do matki wróciła. Nie wytrzymałam i mówię jej: Maryśka, ty to już mnie nie pouczaj, bo w takiej samej czarnej dupie jesteś jak ja. Ona pytluje dalej, że Pyzdra nie pierwszy i nie ostatni, któremu się w głowie popieprzyło, że może mu przejdzie, że może poczekać trzeba. Ale ile ja się już naczekałam, to Bóg tylko wie! Ile ja tą kurą nioską w domu byłam! Trzydzieści lat po ślubie przecież, na studia nie poszłam, tylko brudy prałam, kapustę gotowałam, pierogi kleiłam, sprzątałam, dzieci chowałam, drób oporządzałam. Na szczęście tylko gęsi mamy. I na co mi to przyszło? Gdy Pyzdrę wójtem zrobili, nawet się nie obejrzałam, a już na językach u ludzi byłam! No i zaczęłam żelazkiem po koszulach codziennie machać, choć wcześniej koszule tylko od święta wkładał. No i wciąż te jego spotkania, służbowe, mówił. Do jego pustego łba nie docierało, że to nie wójt, a proboszcz trzęsie gminą. A puszy się Pyzdra jak paw. I niby wielką politykę zaczął uprawiać, i zawsze jakąś wymówkę sobie znajdzie, żebym tylko przy gospodarce została. No to ja ciągle przy tych garach stoję, i krochmalę, i rozwieszam, i dzieci szykuję do szkół, i gęśnik z gnoju czyszczę. „Pyzdra – rzekłam kiedyś – ja to wszystko dla ciebie i dzieci robię, z miłości robię, i dalej robić będę, ale ty mnie kochaj, bo jak kochasz, to dobrze będzie”. A on mi na to, że miłość to mu dawno z głowy wywietrzała, że jak obowiązki są, to trzeba robić i pierdołek nie gadać. W domu prawie nie mieszka, choć czasem jak w hotelu nocuje. Ale gdzieżbym myślała, że Pyzdra się szlajać może! U Maryśki od początku zdradami cuchnęło. Maryśka to jakaś ślepa chyba, jej Paweł to już od ślubu innych bab szuka. Mnie też za dupę łapał i pchał do stodoły, alem do stu diabłów go posłała. I mówię jej to, niech wie, że jej chłop też wcale święty nie jest, a ona mi w pysk daje, jakbym jej kłamstwem w oczy rzuciła! Oddałam, a co?! Ale trochę wstyd, że drugiego policzka nadstawić nie umiem. Nerwowa zawsze byłam. Ale Pyzdra przed ślubem mówił, że i za to mnie kocha. Bo jestem jak klacz, narowista i dzika. A Maryśka po tym plasku w ryk! No i się zaczęło pomstowanie, ona na mnie, ja na nią, aż w końcu za drzwi mnie wyrzuciła, krowa kulawa! Niech mi Bóg odpuści, w imię Ojca i Syna. No, wstawać trzeba, ksiądz Bożydar zawsze punktualnie mszę zaczyna.
Organizm Gniewka domagał się nikotyny. Tartacznik przez chwilę się wahał, ale w końcu nie wytrzymał i wyszedł z ukrycia. Ruszył przed siebie szybko i elastycznie.
– No nie, krucafiks! – Gniewny głos pani Wandy był coraz cichszy, ale nie na tyle, by Gniewko go nie słyszał. – Ten znowu za drzwiami stał i słuchał, a przecież kościół ma sprzątać, a nie ludzi podsłuchiwać! Już niejeden go przyłapał, jak tak stoi jak ta żona Lota, co się w słup soli obróciła, i słucha. Ale po co słucha, nikt nie wie.
Oddalając się od świątyni, mężczyzna udał, że nie dostrzega i nie słyszy pani Wandy, pogrzebał teatralnie po kieszeniach wiatrówki, aż w końcu wyciągnął paczkę LD, przystanął pod klonem i skupił się na papierosie. Mignęła płonąca zapałka. Gniewko się zaciągnął.
– Patrz, dziecko. – Wzburzenie w głosie pani Wandy ustąpiło już miejsca czułej melancholii. – To Gniewko, który nigdy się nie gniewa. Spokojny, cichy jak myszka. A wiadomo, mysz w domu nie wadzi nikomu. Tylko te jego uszy wielkie jak u słonia. Tu we wsi wszyscy go znają, bo kto by się w takiej dziupli osobno uchował… Dziwny jakiś ten Gniewko, trochę jak kot, trochę jak jeż, nazwisko też jakieś kolczaste. Pecha ma chłop, i tyle. Rodzice poumierali młodo, a że jego jednego mieli, to teraz sam jeden mieszka, tam, pod lasem. Za to modli się ładnie od dziecka. Ale był czas, gdy wojował z Panem Bogiem, bo narzeczona mu na raka umarła. I studiów wtedy nie skończył, i od miasta już się trzymał z daleka. Młody jeszcze przecież, mógłby inną znaleźć. Pewnie już nie chce. W tartaku pracuje, a po nocach książkę pisze. Dziesięć lat już pisze. A po polach to lubi się włóczyć. Czasem jak na miedzy stanie, to stoi godzinę i ani drgnie, a ludzie się śmieją, że robi za stracha na wróble. Ale on się nie gniewa, w ogóle, spokojny taki, ale dziwaczny… A te jego patrzałki ciągle za ludźmi wodzą, jakby ich chciał przewiercić na wylot. Ale złego słowa nigdy nikomu nie powie. Szanują go ludzie, choć trochę pomylony. Oczy… Jakieś takie wywrócone na drugą stronę… Aż człowieka ciarki przechodzą. No, taki ten Gniewko jakiś odwrócony, z Bogiem trzyma teraz, na szczęście. No ale teraz to chyba się Go nie boi, bo zamiast zamiatać, uszy wystawia, tajemnice łowi, a przecież sprzątać trzeba, prawda? W domu Bożym musi być czysto!
♦♦♦
Gniewko kiwnął głową księdzu Bożydarowi, gdy ten wychodził po mszy świętej z kościoła. Kiedy trzasnęły drzwi, tartacznik zgasił wszystkie świece, po czym wszedł do zakrystii, by wyłączyć boczne lampy i dwa żyrandole. Kościół zalała ciemność. Tylko przed tabernakulum paliła się wieczna lampka. Gniewko założył czołówkę i włączył ją, następnie zamknął zakrystię na klucz. Pobrzękując kluczami, ruszył do wyjścia.
Światło latarki czołowej omiotło kilka ostatnich ławek. Przez ułamek sekundy coś złapało, coś na posadzce za ławką, i wypuściło.
Mężczyzna zatrzymał się, zdezorientowany i trochę przestraszony, i znowu skierował latarkę w tamto miejsce.
Coś tam leżało.
Podszedł ostrożnie bliżej.
Nie coś. Ktoś.
Następny krok.
Blondynka…
Danusia…
Dziewczyna, która wcześniej siedziała na ławce z panią Wandą.
No tak, była na mszy, widział ją, ale myślał, że już dawno temu wyszła z kościoła. Musiała upaść, gdy skończyło się nabożeństwo, bo przecież ktoś by ją zauważył. Jeśliby siedziała tu, gdy wychodził proboszcz Bożydar, ten na pewno by do niej podszedł, zagaił rozmowę, może nawet odprowadził. Nie zauważył, że leży! Co się dzieje?! Zemdlała? Jest chora? Zażyła coś?
Gniewko zbliża się prędko do dziewczyny leżącej na wznak, klęka i dotyka jej ramienia. Nic. Przełamuje się i otwiera usta.
– Danusiu… – Z jego gardła wydostaje się chrapliwy głos. Zbyt długo nie mówił. Przełyka ślinę, odchrząka, po czym znowu wypowiada imię blondynki.
Dziewczyna nie reaguje.
Tartacznik potrząsa nią, krzycząc, żeby się obudziła. Też nic.
– Boże mój… – szepce przestraszony Gniewko i na chwilę zamiera. Znowu kilka razy wymawia imię dziewczyny. Odgarnia jej włosy, klepie ją po policzku. Nadal nic. Żaden bodziec się nie sprawdza. Danusia wydaje się blada jak jakaś senna mara, zamkowa biała dama.
Sprawdza puls. Słabiutki. Skóra ciepła.
Przykłada ucho do ust. Cichy świst. I cisza.
– Jezus Maria, ona chyba umiera…a taka młoda, taka młoda…
Gniewko odnosi wrażenie, że dziewczyna jest już jedną nogą po drugiej stronie. Że tonie w odmętach kosmosu – albo wkracza w jakieś niepojęte niebo.
Mężczyzna wyciąga szybko komórkę i chrypliwym, acz pewnym siebie głosem wzywa pogotowie. Zerka na zegarek na ręce, dziewiętnasta dwadzieścia. W głowie szeleści pytanie: ile czasu zajmie ratownikom droga? Czy zdążą?
Wstaje jak z bicza strzelił i – szukając naprędce właściwego klucza w pęku – biegnie do zakrystii, by włączyć światło w kościele. Po powrocie ponownie sprawdza puls Danusi. Ledwo wyczuwalny. I oddech.
– Nie oddycha…
Gniewko nie ma wyjścia, musi reanimować. A jeśli dziewczyna ma Covid? Nieważne.
Klęka u boku nastolatki, lekko podciąga jej brodę do góry i zaczyna odliczać.
Trzydzieści uciśnięć, wydech.
Jego usta na ustach nastolatki.
Lekki szok!
Obrzydliwa fuzja zapachów – grillowana kiełbasa plus niezidentyfikowane medyczne specyfiki.
Drugi wydech.
Miękkość warg Danusi przywołuje obraz Moniki, jej usta, uśmiech, piersi i pępek. Nagie ciało rozpostarte na niebieskim prześcieradle, ciało smakujące miętą, konwalią i trawą. Tylko nie to! Nie teraz! Gniewko ekspresowo odcina od siebie te myśli.
Trzydzieści uciśnięć, dwa wydechy. Trzydzieści uciśnięć, dwa wydechy. Trzydzieści uciśnięć, dwa wydechy …
Uciska, uciska, uciska…
Czas wydaje się poturbowany. Sekundy mają długość minut, minuty – godzin.
Wycie koguta. Jest erka! Nareszcie!
Gniewko cały czas uciska. Już lekko sapie, czuje pot na czole i pod pachami.
Wydech.
– Oddychaj, Danusia, oddychaj… – szepcze, roztrzęsiony.
Drugi wydech.
Kątem oka widzi, że do kościoła wchodzą ratownicy, lustrują otoczenie.
Bogu niech będą dzięki!
– Tutaj! – krzyczy do czerwonych koszulek i znowu zaczyna liczyć. – Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć…
– Przejmuję po wydechu – woła jeden z nich. Drugi stawia obok torbę medyczną i skrzynkę defibrylatora, wkłada rękawiczki ochronne. Wyjmuje z torby samorozprężalny worek i czerwone opakowanie w kształcie gruszki, a z niego silikonową maskę tlenową.
Gniewko liczy dalej, do trzydziestu, po czym przesuwa się na kolanach w stronę głowy Danusi, robiąc miejsce ratownikowi. Dociska usta do warg dziewczyny. Dwa razy wpuszcza do jej dróg oddechowych życiodajny tlen. Potem wstaje, zaciskając zęby, by nie jęknąć z powodu bólu w kolanach. Ratownik już podpina maskę tlenową do worka.
W klatce piersiowej tartacznika serce tłucze się niczym średniowieczny pielgrzym walący w bramy miasta.
Gniewko obserwuje ratowników. Ten, który krzyknął, kontynuuje resuscytację. Gdy dolicza do trzydziestu, drugi ratownik przykłada do twarzy nastolatki maskę. Naciska worek dwa razy i pochyla się nad twarzą dziewczyny.
– Jest oddech! – krzyczy. – Lecimy!
Dwie czerwone koszulki podstawiają nosze. Jeszcze chwila i Danusia odjedzie karetką.
Na zewnątrz świat bodą już poczerwieniałe promienie zachodzącego słońca. Na moment oślepiają Gniewka, ten od razu się odwraca, dzwoni pękiem kluczy, po czym zamyka kościół.
Czuje się bardzo zmęczony. Ale lekki duchem. Jakby wzleciał na iglicę wieży kościelnej i tam, smagany wiatrem, rozpostarł ramiona, chcąc polecieć jeszcze wyżej.
Zrobił, co musiał, i najlepiej jak potrafił. Może dziewczyna się wyliże.
Wyciąga z kieszeni papierosy i zapałki, przypala i zaciąga się, obserwując kościelny dziedziniec. Spostrzega księdza Bożydara, który rozmawia z jednym z ratowników. Ratownik siada za kierownicę, trzaskają tylne drzwi karetki. Ambulans rusza.
Gniewko też. Mija wielką kałużę, która pozostała po wczorajszym oberwaniu chmury, i wchodzi między pola kukurydzy. Po dziesięciu minutach przekręca już klucz w drzwiach swojego domu, chwilę później zasypia na fotelu, w ubraniu.
♦♦♦
Wygasły dwa dni, a trzeci rozpalił się pięknym słońcem.
Gniewko wsiadł na rower i przed pracą podjechał do sklepu po maślankę i bułki. Zanim wszedł, usłyszał głos pani Wandy. Stanął więc tuż pod drzwiami, niewidoczny dla ekspedientki i klientów. Zawsze tak robił. Sporo rzeczy usłyszał, tak stojąc. Miał potem o czym pisać.
– Ksiądz Bożydar z moim Pyzdrą rozmawiał. Stąd wiem. Bohatera we wsi mamy! Życie dziewczynie uratował! I kto by pomyślał?! Taki spokojny, boczkiem chodzący, i ani me, ani be, ani kukuryku. Żeby on tylko takich uszu długich nie miał! Ja to jestem wściekła na to jego podsłuchiwanie. Ale dobry chłop z niego, dobry. A ta dziewczyna na mszy ze mną była. Widziałam pod kościołem, że płacze na ławce, bidula jedna, to się przysiadłam. Musiała się już wcześniej tych świństw nałykać, bo nic nie zauważyłam. Danusia, tak jej na chrzcie dali. Ale skąd dziewczyna jest, nie mam pojęcia.
– A co jeszcze mówiła? – Tartacznik od razu rozpoznał piskliwy głos pani Marioli, ekspedientki.
– Eee, niedużo, ale i tak powtarzać nie będę. Tyle powiem, że w domu ma ciężko. Aż żyć się nie chce. Ale żeby jakaś nieprzytomna wtedy była, to nie. Oczy mokre, owszem, ale energia w nich była. Jak to się człowiek pomylić może!? Matko święto, przecież normalnie mówiła. Ubogo, bo ubogo, ale coś tam rzekła. Na siłę miałam z niej wyciągać, dlaczego tak łzy leje? Mówię wam, że musiała truć się wcześniej. Innej możliwości nie ma. Przecież nie przy mnie i nie w kościele! Całe szczęście, że Gniewko ją zobaczył. Umarłaby jak nic! Wielki ten nasz Gniewko. Ale i wielkie uszy ma. Kiedyś za nie w pysk jeszcze od kogo dostanie, i na co mu na to, ja się pytam. Na co? Trzeba by go, krucafiks, oduczyć tego podsłuchiwania. Ale patrzcie no, chodził po wsi jak ten duch, a potem wielką moc pokazał! Ja wiem, on własną drogą idzie, nie trzeba się wtrącać. Ale uszy trzeba by przyciąć! Tak dalej być nie może! Nie żyjemy już w PRL-u, prawda?
Nagle Gniewko złowił uchem ironiczny głos męski, należący, jego zdaniem, do pana Kazimierza, emerytowanego nauczyciela.
– Ale jakże to, pani Wandziu, obok pani dziewczyna siedziała, a pani nic nie wyczuła, nie spostrzegła?! Może do okulisty iść trzeba?
– Oj, tam, oj, tam! – obruszyła się wójtowa. – Oczy dobre mam.
– Ale duszę niewrażliwą. Wolę takich, co to słuchają, jak ten Gniewko, niż takich, którzy gadają i gadają, ale już niczego nie potrafią usłyszeć.
Sklep zamilkł. Tartacznik dałby sobie rękę uciąć, że wójtową właśnie zamurowało.
Cisza zabrzęczała jak natrętna mucha.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania