Tatsuko Hiro-San

Tatsuko Hiro-San usiadł na łóżku podciągając nogi i oparł się o zimną ścianę. Zapalił papierosa wpatrując się w pustkę, którą starał się rozproszyć dźwiękami Wish  You Were Here. Był chudy niemal kościsty z włosami zaczesanymi do tyłu próbującymi ukryć coraz większą łysinę. Siedział bez ruchu jeszcze przez chwilę, aż w końcu zgasił papierosa i sięgnął po leżący na podłodze szkicownik. Rysował w nim wszystko, czego nie umiał lub nie chciał powiedzieć.

Za dnia jego życie było ciche i przewidywalne do bólu. Wracał rano do domu, jadł śniadanie, brał prysznic i szedł spać. Był to sen urywany dźwiękami dochodzącymi przez otwarte okno, klaksonami aut i rozmowami w mieszkaniu obok.

 Wstawał około południa. Nie potrzebował wiele snu. Siadał przy stole i rzucał kilka spojrzeń na tę samą ulicę, na którą spoglądał od lat. Potem przychodziła pora, którą lubił najbardziej. Ostrzył ołówek i pochylał się nad kolejnymi kadrami. W tych prostokątnych oknach papieru świat nagle przestawał być szary i byle jaki. Mógł w usta ludzi rysowanych wkładać słowa, których nigdy nie wypowiedzieli, zatrzymywać tych, którzy odeszli, i prowadzić rozmowy, na które w prawdziwym życiu zabrakło mu odwagi.

Nie był już nocnym sprzątaczem biur w niebieskim kombinezonie, człowiekiem, którego można minąć bez jednego spojrzenia. Był kimś, kto tworzył ulice, niebo, deszcz i twarze ludzi. Nadawał imiona bohaterom podobnym do siebie, ale odważniejszym, mniej złamanym życiem, gotowym skręcić w inną stronę niż on kiedyś skręcił. Czasem rysował mężczyznę idącego nocą przez Osakę, a czasem chłopca, który płakał zamieniając łzy w czarne linie tuszu. I właśnie wtedy, gdy stalówka przesuwała się po papierze, Tatsuko czuł coś na kształt spokoju. Jakby monotonne życie na kilka godzin rozsuwało się na boki, robiąc miejsce dla świata, nad którym tylko on miał władzę.

Czasem jednak, gdy odkładał ołówek i patrzył na własne dłonie ubrudzone grafitem lub tuszem, wracało do niego tamto uczucie, którego nie potrafił się pozbyć po odejściu Izumi. Czuł wówczas, jakby ktoś wyrwał mu kawałek serca i zostawił w piersi tylko puste miejsce, które nie chciało się zrosnąć. Przez długi czas nie umiał nawet nazwać tego bólu. Chodził z nim jak z obcym przedmiotem ukrytym pod żebrami. Dopiero po rozwodzie zrozumiał, jak bardzo ją kochał i jak wiele w jego życiu opierało się na jej cichej obecności – na odgłosie jej kroków w mieszkaniu na misce zupy postawionej bez słowa na stole, na zwyczajności każdego dnia, którą kiedyś brał za coś trwałego.

Wcześniej pracował w fabryce, gdzie dni zlewały się z kurzem i hukiem maszyn. Wracał do domu zmęczony, lecz przekonany, że właśnie tak powinno wyglądać dorosłe życie: praca, zmęczenie, obiad podany przez piękną żonę, płacz dzieci, sen. Kiedy Izumi odeszła, wszystko, co dotąd wydawało się do zniesienia, stało się nie do udźwignięcia. Nie potrafił już wejść na halę, jakby tamto miejsce zbyt mocno przypominało mu człowieka, którym był, zanim został sam. Pewnego dnia po prostu nie poszedł do pracy. Po raz pierwszy od trzydziestu lat. Zostawił za sobą rytm fabryki i przyjął pracę sprzątacza biur – nocną, cichą, niemal niewidzialną. Pasowała do niego bardziej niż cokolwiek innego.

Nocne biura miały w sobie coś z opuszczonego teatru. Puste korytarze, światło jarzeniówek, kubki z niedopitą kawą zostawione na biurkach, niedomknięte szuflady, karteczki zapisane czyimś pośpiesznym pismem. Tatsuko przesuwał się przez te przestrzenie cicho i uważnie, jakby sprzątał nie tylko kurz i brud, ale także ślady cudzych myśli krążących wokół rodziny, kredytów, kochanek i spraw ważnych, a potem wracał do swojego mieszkania w Nishinari, brał prysznic, jadł skromne śniadanie szedł spać, by około południa usiąść do rysowania. Tylko tam, w kolejnych kadrach, mógł jeszcze poskładać siebie z tego, co po nim zostało.

Któregoś ranka, wychodząc z niewielkiego baru, do którego zachodził po każdej nocnej zmianie, zatrzymał się nagle na progu. Na chodniku, tuż przy krawężniku, leżał wróbel. Był taki mały, że z początku Tatsuko pomyślał, iż to tylko kupka liści. Dopiero gdy ptak drgnął, przykucnął i zobaczył jego szeroko otwarte oczy i jedno skrzydło wykrzywione pod nienaturalnym kątem. Ulica budziła się powoli, ludzie mijali go obojętnie, a on pochylał się nad ptaszkiem, jakby bał się, że najmniejszy gest może jeszcze bardziej zranić to kruche stworzenie.

Ostrożnie wziął wróbla w obie dłonie i dotykając go poczuł pod palcami jego przyspieszone, nierówne bicie serca. Zaniósł go do mieszkania, wyłożył pudełko starym ręcznikiem i przez długi czas siedział obok, niepewny, czy robi cokolwiek właściwie. Potem delikatnie zabezpieczył złamane skrzydło, przyniósł wodę, rozkruszył odrobinę jedzenia i zaczął doglądać ptaka z uwagą, jakiej od dawna nie poświęcał już nikomu. Wróbel bał się na początku każdego jego ruchu, lecz z czasem przestawał drżeć, kiedy Tatsuko pochylał się nad pudełkiem. W pustym mieszkaniu pojawiło się nagle drugie, kruche życie, którego rytm zaczął wyznaczać jego dni.

Po południu zawiózł ptaszka do weterynarz, który zrobił prześwietlenie i profesjonalnie zabezpieczył skrzydełko ptaka.

- Miał wielkie szczęście, że trafił na pana inaczej dorwałby go jakiś kot lub rozdeptał but człowieka, który nie patrzy pod nogi. Niech mu pan daje okruszki chleba, a tu ma pan trochę ziarna dla niego.

Od tamtego dnia Tatsuko rysował wróbelka niemal bez przerwy. Najpierw sam dziób, potem błyszczące oko, drobne pazury, wreszcie całe małe ciało z jednym skrzydłem opuszczonym niżej. Z tych szkiców narodziło się, coś podobnego do komiksu. Opowieść o wróblu ze złamanym skrzydłem i jego przyjacielu – człowieku ze złamanym sercem. Tatsuko nie musiał już wymyślać tej historii. Wystarczyło, że patrzył, jak ptak uczy się na nowo ufać światu i oczami wyobraźni widział go, jak lata nad domami, ulicami głowami przechodniów.

Przez ponad trzy tygodnie mały gość mieszkał razem z nim. Tatsuko przyzwyczaił się do cichego szelestu piór, do ostrożnych ruchów w pudełku wyłożonym ręcznikiem i do tego, że zanim sam usiadł do śniadania, najpierw sprawdzał wodę, dosypywał ziaren i okruszki dla ptaka. Może dlatego nadał mu imię Panko – okruszek. Pasowało do niego, bo był mały, lekki i kruchy, jakby całe jego istnienie dało się zmieścić w dłoni. Z każdym dniem wróbel odzyskiwał siły, a Tatsuko coraz częściej łapał się na tym, że mówi do niego półgłosem, opowiadając o rzeczach, których nie powiedziałby żadnemu człowiekowi.

Na drugi dzień po zdjęciu opatrunku Panko po raz pierwszy wzbił się w powietrze. Najpierw nieporadnie, jakby sam nie wierzył, że skrzydło znowu może go unieść. Przeleciał tylko kawałek, od stołu do parapetu, po czym zachwiał się i ciężko opadł na podłogę. Tatsuko wstrzymał oddech, ale ptaszek po chwili poderwał się znowu, uparty i skupiony. Każdego dnia fruwał trochę pewniej – nad zlewem, nad łóżkiem, między krzesłem a lampą – aż w końcu całe mieszkanie stało się dla niego małym niebem, które uczył się odzyskiwać centymetr po centymetrze.

Kiedy Tatsuko uznał, że Panko jest już gotów, otworzył okno. Przez chwilę wróbel siedział nieruchomo na parapecie, jakby i on rozumiał, że żegna właśnie coś więcej niż bezpieczny kąt. Potem poruszył skrzydłami i odleciał, znikając w porannym świetle między dachami Nishinari. Następnego ranka, gdy Tatsuko wrócił do domu po pracy, usłyszał ciche stukanie w szybę. To był Panko. Siedział na parapecie i patrzył na niego, jakby chciał tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku. Od tamtej pory wracał każdego ranka. I tak dzień po dniu człowiek ze złamanym sercem i wróbel ze skrzydłem, które kiedyś było złamane, uczyli się tej osobliwej, cichej przyjaźni.

Któregoś popołudnia, kiedy wracał z antykwariatu z powieścią To dla pani ta cisza pod pachą, spotkał na schodach starszą panią z pierwszego piętra. Dźwigała dwie ciężkie torby z zakupami i zatrzymała się na półpiętrze, żeby złapać oddech. Tatsuko bez słowa przejął od niej siatki i zaniósł je do mieszkania. Staruszka przedstawiła się jako pani Kiyoko i zaprosiła go do środka, żeby choć przez chwilę odpoczął i choć nie czuł się zmęczony wszedł za nią do środka. W niewielkim mieszkaniu pachniało zieloną herbatą i gotowanym ryżem.

Wtedy właśnie zobaczył jej córkę. Siedziała przy stole – piękna, spokojna kobieta o miękkich ruchach i spojrzeniu, w którym było coś znajomego. Miała na imię Riota. Była wdową i przyjechała z Tokio, żeby odwiedzić matkę na kilka dni. Była nieco młodsza od Tatsuko, a mimo to wydawało się, że i ona nosi w sobie ciężar długiej samotności.

- Mamo prosiłam cię, żebyś zadzwoniła do mnie, gdy skończysz zakupy. Boże, co za uparta kobieta.

Staruszka machnęła tylko ręką i zaprosiła Tatsuko, by usiadł, ale wykręcił się tym, że musi zerknąć na rower, bo łańcuch przeskakuje, a dojeżdża nim do pracy.

Tego samego wieczoru odwiedziła go córka. Właściwie nikt poza rzadkimi odwiedzinami dzieci go tu nie odwiedzał, dlatego długo nie umiał ukryć zaskoczenia, gdy usłyszał pukanie. Otworzył drzwi i wpuścił ją do środka, trochę onieśmielony bałaganem na stole, na którym leżały kartki, tusz i szkicowniki. Zaczął szykować kolację, krojąc warzywa i nastawiając ryż, a ona w tym czasie rozejrzała się po mieszkaniu z uwagą, jakiej dotąd w niej nie widział. Po chwili podeszła do stołu i ostrożnie uniosła jedną z teczek z rysunkami.

Najdłużej zatrzymała się przy komiksie o Panko. Przewracała kartki powoli, jakby bała się spłoszyć coś kruchego ukrytego między kadrami.

- To jest naprawdę piękne – powiedziała w końcu cicho. – Nigdy nie pomyślałabym, że masz taki talent, bo nigdy nie widziałam, żebyś rysował.

Panko przestraszony obecnością obcego człowieka schował się na szafkach kuchennych i obserwował intruza.

Tatsuko wzruszył tylko ramionami, jakby chciał umniejszyć znaczenie tych słów. Aika powiedziała, że powinien wyjść z tymi komiksami do ludzi, pokazać je komuś, wysłać gdzieś, by ktoś dostrzegł jego talent.

- Daj spokój córeczko. Człowiek w samotności trochę dziczeje i musi znaleźć dla siebie jakieś zajęcie, bo inaczej zwariuje. Robię sałatkę warzywną i tosty. Zjesz ze mną.

- Jasne tato. Jedziesz dziś do pracy?

- Dziś jest sobota kochanie i mam wolne.

Później, kiedy córka wyszła, a mieszkanie znów ucichło, Tatsuko długo siedział przy stole i patrzył na rozłożone plansze. Za oknem noc zsuwała się po dachach jak atrament, a on po raz pierwszy od dawna pomyślał, że może rysowanie nie musi być tylko schronieniem. Może mogłoby stać się także drogą, cienką i niepewną jak ślad ptasiej łapy na parapecie, ale prowadzącą gdzieś dalej niż do kolejnego samotnego poranka.

Dwa dni później, wracając z pracy, Tatsuko zobaczył go jeszcze z daleka. Małe ciało leżało przy murze obok wejścia do budynku. Podszedł wolno, jakby każdy krok mógł cofnąć to, co już się stało, lecz kiedy uklęknął, od razu dostrzegł krew i pióra obok Panko i już wiedział, że tym razem nie może go uratować.

- To musi być sprawka tego rudego kota – pomyślał i wziął ptaszka ostrożnie w dłonie i przez chwilę trwał tak bez ruchu, z głową pochyloną nad martwym ptakiem, jak człowiek, który po raz kolejny poczuł się porzucony.

Na schodach minął Riotę. Schodziła właśnie na dół i zatrzymała się, widząc jego smutną twarz. Spojrzała najpierw na niego, potem na to, co trzymał w dłoniach.

- Co się stało? – zapytała cicho. Tatsuko nie odpowiedział od razu. Tylko lekko rozchylił dłonie. Riota zamilkła. W jej spojrzeniu odczytał zdziwienie, jakby chciała powiedzieć – kto by się przejmował wróblem.

Wszedł do mieszkania, odstawił przy drzwiach torbę, z którą co noc jeździł do pracy – z termosem po herbacie i zawiniętymi w papier kanapkami – a potem wyjął z szafy małe kartonowe pudełko. Ułożył w nim Panko najostrożniej, jak potrafił i zszedł na dół do ogródka przed budynkiem. Ziemia była jeszcze wilgotna po nocnym deszczu. Tatsuko ukląkł, wykopał niewielki dołek i złożył w nim pudełko, jakby oddawał ziemi coś więcej niż tylko małe ptasie ciałko. Riota stała kilka kroków dalej w milczeniu, wzruszona tym prostym, cichym pożegnaniem. Nie odezwał się ani razu. Patrzyła tylko, jak mężczyzna zasypuje dołek, starannie wygładza ziemię dłonią, a potem zostaje przy nim jeszcze chwilę, z opuszczoną głową, jakby próbował zapamiętać dokładnie to miejsce.

- Nie da się oszukać przeznaczenia. Przedłużyłem mu życie tylko o miesiąc.

Tego samego popołudnia, kiedy cień budynku wydłużył się aż na drugą stronę ulicy, Riota zapukała do jego drzwi. Trzymała w rękach rondelek owinięty kuchenną ściereczką i niewielki pojemnik z ryżem. Powiedziała, że ugotowała nikujagę – prostą potrawę z wołowiną, ziemniakami i cebulą – i pomyślała, że nie powinien tego dnia jeść sam. Tatsuko wpuścił ją do środka bez słowa. Usiedli na poduszkach zabuton przy niskim stoliku, a w mieszkaniu po raz pierwszy od dawna pojawił się zapach domowego obiadu, boleśnie wywołując wspomnienia o Izumi.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania