Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Teatr Cieni. Rozdział 1

Złoczyń było po prostu obrzydliwe.

 

Miasto wypełniały wieżowce przypominające splecione węże. Wiły się wysoko ku sklepieniu zionąc brudnymi obłokami, a chmury rzygały toksycznym deszczem. Osiedla zapełniali niewolnicy dokarmiający piece, oraz kotły fabryk. Wszystko tonęło w cieniach, niewystarczające światło zapewniały stalowe słupy wyglądające jak kosze przetrzymujące obłąkane duchy. Budowle oblepiono siecią mostów, kładek, wiaduktów, tuneli wiecznie trzęsących się od kroków i jadących wozów.

 

***

 

Młoda kobieta szła przez pomost opatulona strojem ochronnym. Opończa z kapturem, gogle, kombinezon zapewniały ochronę przed toksycznymi podmuchami, a maska filtracyjna zasilała płuca cierpkim powietrzem. Jedyne co musiała robić to pozostać w ruchu, aby nie zostać stratowanym przez tłum i nie przykuwać uwagi stojących na murach strażników.

 

Zaryzykowała i przyjrzała się mijanemu żołnierzowi. Jaśniejący napierśnik półpancerza imponująco odznaczał się na tle czarnego munduru. Metalowy, oszklony hełm mienił się własnym blaskiem nadając mu wygląd diabelskiego gargulca. Wydawał się przenikać duszę każdego z przechodniów zasiewając w nich ziarno grozy i ponurej obietnicy nieuchronnej kary. Była na tyle blisko, że zauważyła oznaczenia strażnika.

 

66. Brygada Zastępu Straży. "Rzeźnicy z Ponurego Słupa".

 

Uciekła spojrzeniem na przeciwną stronę patrząc pod barierkę w otchłań opalizujących oparów.

 

Potknęła się, zgubiła krok, idący za nią przechodnie ryknęli. Obejrzała się na opatulone opończami straszydła. Brakowało sukna, żeby objąć potężne, muskularne sylwetki. Spod rękawów wystawały mocarne, pokryte futrami łapska zaciskające się w pięści.

 

Kobieta pochwyciła ukryty pod opończą talizman i zasiliła jeden z klejnotów otaczając się pasmami dezorientujących zaklęć. Podczas gdy mutanty zaczęły tłuc się między sobą czarodziejka popłynęła już z tłumem.

 

***

 

Weszła do iglicy mieszkalnej.

 

Ściany tunelu pokrywały wyblakłe freski. Przyjrzała się jednemu odmalowanemu malowidłu przedstawiającemu przepiękną, człekokształtną łanie tulącą płaczące dziecko do piersi. Jej troska z jaką trzymała potomka cudownie kontrastowała z jej spojrzeniem. Wzrok utkwiła daleko pośród chmur gdzie kłębiące się obłoki dawały sugestię obojętnego bóstwa.

 

Westchnęła i weszła do sieni.

 

Wszędzie bawiły się dzieci jeszcze zbyt młode, żeby pracować. Porykiwanie zagłuszało pohukiwanie wentylatorów. Nadal ukryta pod osnową zaklęć zaczęła wspinaczkę w górę klatki schodowej.

 

Gdzieś po środku wieżowca był ukryty korytarz. Wtajemniczeni w plemienną magię widzieli subtelne drogowskazy, a zaufani współpracownicy znali położenie odpowiednich dźwigni.

 

Przekroczyła próg ściągając zaklęcie. Z bocznych pomieszczeń wychyliły się mocarne postacie satyrów. Śledziły ją rozgniewane ślepia, a palce muskały rękojeści wiszących u pasów noży. Powoli uniosła dłoń i ułożyła palce w umówionym znaku, zwierzoludzie prychnęli nadal się w nią wpatrując, ale zabrali łapska z broni.

 

Przeszła korytarz zatrzymując się przed rosłym minotaurem. Miał na sobie kolczugę, twarz ukrywał za metalową maską i podpierał się glewią.

 

-Przebyłeś daleką drogę, człowieczku- Zagrzmiał głos mutanta- Nie znudziło cię jeszcze bieganie na posyłki dla Ojca?

 

-Nie- Odparła i spuściła wzrok na łapska. Nie pałał do niej większą sympatią, niż reszta stada.

 

Nie mówił już nic więcej, prychnął i rozległ się łomot kroków gdy odsunął się na tyle, aby mogła się przecisnąć. Bawiło go to, a ona wzdrygnęła się z obrzydzenia. Ukrytymi pod opończą palcami wykonała kilka znaków zaklinając falę Morza Dusz i posłała ją do rogatego łba. Strażnik sapnął, zakołysał się gdy magia bawiła się jego błędnikiem. Zrobił niezdarny krok, zaplątały mu się racice i upadł odsłaniając przejście.

 

Przeszła obok jęczącego mutanta do westybulu z parą olbrzymich dwuskrzydłowych drzwi. Westchnęła i bez pukania weszła do środka.

 

Pokój był pokryty glifami, a meble uginały się od narzędzi niezbędnych do ich tworzenia. Flakony pełne barwników, puszki rozdęte od pędzli, dłut, oraz rylców. Na końcu pomieszczenia, niczym król sztuk tajemnych widniał koziorożec. Był schludnie ubrany, pozbawiony owłosienia poza ludzkiego odpowiednika zarostu. Stał bokiem do drzwi nad zabazgranym płótnem. Wpatrywał się w plamy trzymając w palcach przybory malarskie.

 

-Co o tym sądzisz, Chreio?- Zapytał siwy kozioł.

 

-Ładne- Odparła.

 

-Mów głośniej, szczenię, albo zdejmij maskę.

 

Wciągnęła powietrze, po czym przelała słowa na telepatyczną fale i posłała do gospodarza.

 

+Możemy porozmawiać bez dźwięków.+

 

-Nie- Odparł.- Ja będę mówić normalnie, ale ty się nie krępuj, dziecko.

 

+Dziękuje.+

 

+Czcigodny Arkasie, wzywałeś mnie.+-Ukłoniła się.

 

-Istotnie. Będę miał dla ciebie zadanie stworzone dla twoich zdolności.- Popatrzył na nią, prostokątne źrenice na półdzikiej twarzy wzbudziły w niej dreszcz. Kozioł uśmiechnął się, telepatyczne połączenie mogło nieść echo emocji.

 

Odłożył przyrządy i zajął fotel przy stoliku. Wskazał wolne miejsce po równoległej stronie.

 

-Czy zabiłabyś dla mnie?- Zapytał.

 

+Nie.+

 

Złączył palce opuszkami i przyłożył do ust.

 

-A co jeśli wysłałbym cię na misję gdzie musiałabyś zabić w samoobronie?

 

+Zastanawiałabym się jakim szantażem zmusiłbyś mnie do współpracy.+

 

Arkas uśmiechnął się, splótł palce i oparł o podbródek.

 

-A co z wizją nagrody? Jeśli zrobisz dla mnie zlecenie zapłacę równowartość tego, co zarobiłaś przez ostatni rok.

 

Mogłabym opuścić tą przeklętą dzielnice, pomyślała. Zamieszkać gdzieś, gdzie jedyny akwen nie jest toksycznym ściekiem zapełnianym przez fabryki i żrące deszcze.

 

+Brzmi kusząco. Jednakże takie sumy idą w parze z ogromnym niebezpieczeństwem, a trupy nie potrzebują pieniędzy.+

 

-Pomogłabyś mojemu plemieniu uniknięcia losu Ponurego Słupa.

 

Czarodziejka zacisnęła pięści. Twarz pogrzebana w odmętach niepamięci mignęła jej przed oczami. Pozostawiła gorzki posmak popiołu.

 

-Na czym polega zadanie?

 

***

 

Na początku zwierzoludzie mieli być tylko użytecznymi narzędziami, albo orężem w rękach czystej krwi stwórców. Każdy kęs strawy, piędź przestrzeni były wyliczone. Kontrola nad niewolnikami była doskonała. Wydawałoby się, że coś tak abstrakcyjnego jak organizacja plemienna bez wiedzy państwa nie może istnieć. I nie mogło. Arystokracja własnymi rękami ukręciła sznur na swoje tłuste karki.

 

Chreia była zafascynowana dziejami plemion. Jak opowiadał Arkas wszystko zaczęło się w pierwszych latach dekadencji. Zwierzoludzie z wojowników stali się robotnikami.

 

Po ostygnięciu popiołów Wojny Wyzwoleńczej nowi panowie zachłysnęli się wolnością. Granice okrzepły, a bogacące się miasta były strzeżone przez prywatne armie oligarchów. Wkrótce nadeszła pora na dziejowe przetasowanie układu sił. Nie robiono tego oficjalnie, wybierano sztylety, trucizny, zasadzki, napady. W końcu jeden sławny jegomość zmienił zasady gry. Opętany chorobliwą ambicją arystokrata postanowił użyć niewolników jako broni. Nie swoich. Cudzych.

 

Za sprawą magii nawiedzał sny gnębionych podludzi zaszczepiając im zarzewie buntu. Umieszczał w umysłach szamanów położenie skrytek z broniom i zaopatrzeniem. Trwało to latami, ale w końcu, któregoś dnia, jedna z dzielnic Złoczynu zapłonęła. Hordy zwierzoludzi napadały na wieżowce kupców, pałace, rezydencje, rabowali spichlerze, oraz magazyny. Wynosili piece, kotły i najróżniejsze maszyny. Wojsko spacyfikowało powstańców, ale szkody zostały wyrządzone. Śledczy Rodów Założycieli dotarli do głowy stojącej za intrygą i skazali ją na zapomnienie.

 

Jednakże swoista moda pośród arystokracji pozostała. Plemiona pod patronatem tajemniczych oligarchów istnieją jako tajne armie.

 

***

 

Czcigodny Arkas nigdy nie mówił kto jest patronem jego plemienia, a Chreia nigdy nie pytała. Nie chciała i nie potrzebowała znać szczegółów. Cel był prosty, odzyskać niebezpieczne dowody mogące obciążyć plemię kozła.

 

Zastęp Straży ma własne tajne służby. Jako, że polityka Złoczynu jest skomplikowana nie może ze zdobytymi dowodami od razu pójść przed sąd. Strumienie listów i łapówek muszą pokonać misterną pajęczynę zależności, a do tego czasu bezcenne poszlaki potrzebują bezpiecznego, apolitycznego azylu.

 

***

 

Magazyn oficjalnie należący do Spółdzielni Wyrobów Jakiś Tam był średniej wielkości halą zbudowaną z blachy falistej. Budynek wyróżniał się w absurdalny sposób, miałkość budżetu nie pozwalała na zdobienia, jakie uwielbiają czystej krwi mieszkańcy. Bliźniacze magazyny zamiast metalowych osłon miały mozaiki, łuki, fasady, gzymsy. Pamiątki po lepszych czasach krzyczących o bogactwie.

 

Obeszła budynek z każdej strony. Miał aż cztery bramy, oraz drugie tyle drzwi dla pracowników. Pracowników, których nie było nigdzie widać. Kolejne zaniedbanie ze strony Straży. Przeładunek towarów trwał nieustannie wszędzie dookoła. Tylko lampy świecące nad bramami zdradzały, że trup jest pozornie martwy. Chreia wątpiła, by Arkas miał problemy ze znalezieniem tego miejsca.

 

Zaczerpnęła z noosfery otulając swoja postać dezorientującymi pasmami magii.

 

Odkleiła się od ściany i przeszła uliczką wchodząc w plamę światła pod jedną z bram. Przyjrzała się mniejszym drzwiom, podeszła do nich i dotknęła metalową płytką ukrytego obok klamki kryształu. Do głowy wdarł się jej nieprzyjemny impuls i zaskwierczały słowa w języku, którego nie używała od lat:

 

+Uwierzytelnienie zaakceptowane...+

 

Karta była jak obrazek pokazujący odbiorcy to co chciał zobaczyć. Podczas gdy duch urządzenia starał się sczytać tożsamość i porównać ją z bazą danych odrobina magii podsuwała pierwszą z brzegu pozycję. Jakiś nieszczęśnik będzie się musiał później srogo tłumaczyć. Trudno.

 

Wślizgnęła się do środka. Zamknęła drzwi i omiotła wnętrze uważnym spojrzeniem.

 

Magazyn był wysokiego składowania i rzeczywiście półki utrzymywały ciężar drewnianych skrzyń. Szybko skupiła się na budce zbitej z dykty, wyglądała jak miniatura samego magazynu. Zdziwiła się na widok oszklonych okien, których złowrogie oko łypało wprost na nią. Zamarła. Po drugiej stronie szkła siedział mężczyzna. Zdała sobie sprawę, że nie patrzy na nią, ma spuszczony wzrok.

 

Powoli wyszła z pola widzenia, omiotła sufit i rogi pomieszczenia, ale nie dostrzegła kryształów stróżujących duchów. Olbrzymie cięcia kosztów, albo faktycznie jest to tylko źle zarządzany magazyn.

 

Przyjrzała się strażnikowi. Średniej budowy młody mężczyzna.

 

Wyciągnęła spod opończy wekierę, musnęła ją myślą wywołując drżenie. Podkradła się pod drzwi, rzuciła szybkie spojrzenie za róg budy, tuż za nią wznosiła się rampa załadunkowa.

 

Dotknęła palcami drzwi i zmrużyła powieki badając wnętrze wiciami mocy. Gdy zakończyła zwiad zanurzyła się odrobinę głębiej pojawiając się kilka kroków za plecami siedzącego strażnika pod postacią astralną. Skupiła się na jego aurze. Pulsował jasnym, spokojnym światłem. Był absurdalnie zrelaksowany, odczytała powierzchowne myśli, oraz wspomnienia. Chłopak, bo był kilka lat młodszy od niej, czytał książkę. Dobrą, sprawiała mu wiele radości i szczerze nie obchodziło go to co się dzieje dookoła.

 

+O kurwa, chyba się zasiedziałem. Dla świętego spokoju zrobię obchód+ umieściła zdanie w umyśle strażnika. Robiła to w nieregularnych odstępach czasu, raz po raz, aż w końcu poczuła irytację dopiekającego sumienia.

 

-Kurwa, jebać tę robotę- Usłyszała Chreia, po czym rozległ się huk rąbnięcia pięści o blat. Chwiejnym krokiem prześlizgnęła się za róg wciskając pomiędzy rampę, a budę i czekała.

 

Chłopak kopnięciem otworzył drzwi i wyszedł przeklinając.

 

Szybko i cicho wślizgnęła się do środka, wysyłając impulsy mocy do ukrytego, drzemiącego ducha. Urządzenie niechętnie odpowiadało spod podłogi. Usiadła przed biurkiem i wyraziła chęć przejrzenia eterycznych rejestrów.

 

+Użytkownik i hasło+ warknęła maszyna.

 

Chreia omiotła spojrzeniem otoczenie. Na ścianie pod oknem widniał ciąg liter nakreślony na listwie. Przeczytała je.

 

+Wejście uwierzytelnione.+

 

Rozwinął się przed nią pergamin zapisany skodyfikowanym pismem.

 

Wyświetliła na otwartej dłoni linie znaków przekazanych przez Arkasa i pokazała je wiszącemu nad nią duchowi.

 

+Gdzie to znajdę?+

 

Pomocnik rozwinął kolejne zwoje i zakreślił interesujące ją linijki tekstu. Oczywiście to nie mogła być mapa z drogowskazami.

 

Poczuła zagrożenie. W granicę jej trzeciego oka wszedł jakiś umysł; chłopak i jego zgorzkniała dusza.

 

Wyłączyła skrybę mentalnym rozkazem. Szybko wybiegła z budy licząc, że jeśli była za głośna zagłuszą ją przekleństwa, oraz tupanie strażnika. Weszła za róg, przykleiła się plecami do ściany. Dudnienie w skroniach, uszach i w piersi kompletnie ją ogłuszyło. Zaryzykowała głębsze oddychanie by mantrą uspokoić nerwy. Odczekała dopóki potok wzburzonej krwi nie zmienił się w łagodny, szumiący strumyczek. Wyjrzała zza rogu, drzwi stróżówki zostały zamknięte.

 

Teraz musiała się tylko domyślić co zrobić z kodem.

 

Upewniła się, że młokos czyta książkę, po czym prześlizgnęła się znikając między regałami. Szukała wskazówek. Podłoga i półki zostały opisane, miały kody i niektóre jego elementy pasowały do tego co dostała od ducha. Odnalazła rząd skrzyń odpowiadający tropowi. Skrzynie zostały zbite z tak solidnych desek jakby chciano zbudować z tego chałupę. Dotknęła konstrukcji karmiąc materiał mocą. Czuła jak energia przeniknęła przeszkodę rozgaszczając się w pustce po drugiej stronie.

 

-Hm?

 

Wolną ręką zaczęła macać wieko, delikatnie pociągnęła i sapnęła zaskoczona. Ściana skrzyni delikatnie poruszyła się jak zakluczone drzwi. Przekrzywiła głowę, ostrożnie szarpnęła kilka razy chcąc wyczuć położenie zasuwy. W końcu natrafiła na ukryty przycisk. Przełknęła gule w gardle po czym wcisnęła wypustkę.

 

Mechanizm zazgrzytał dramatycznie, a zawiasy zawyły jak organy w nawiedzonym dworze. Obejrzała się, ale nic nie wyskoczyło zza rogu by ją zaatakować. Odchyliła skrzydło i spojrzała do środka. Światło wiszących pod sufitem lamp było za słabe. Nieprzenikniona ciemność podziemnego pomieszczenia odstręczała. Postawiła stopę na progu i ostatni raz obejrzała się przez ramię. Wyciągnęła przed siebie wekierę. Pozwoliła, aby stylisko spiło trochę więcej z jej duszy co rozświetliło pióra obucha niczym świecznik. Przełknęła gorycz, zdusiła zalążek ponurych myśli, pierwszego objawu nadużywania mocy.

 

Najechała mrok powoli przymykając drzwi. Schody prowadziły delikatnie w dół. Wszystko było szare, by nie zwariować ze strachu zaczęła w myślach liczyć stopnie. Nie ośmieliła się patrzeć trzecim okiem, za bardzo się bała, a to niosło ogromne niebezpieczeństwo. Najróżniejsze myślokształty z pozorną osobowością mogły skorzystać z osłabionej woli i wedrzeć się w jej duszę jak pasożyt. Miała tak kilka razy, początki tego fachu są bezlitosne dla słabeuszy. Każda ingerencja niosła ze sobą wielką traumę, wielu wykruszało się, albo popadało w obłęd. Dla Chrei perspektywa śmierci głodowej była wystarczającą motywacją do nauki, a strach przed zmianą w obślinioną, robiącą pod siebie kukłę, okuło jej umysł wytrzymałym pancerzem.

 

Sto stopni później dotarła na dno.

 

Olbrzymie, pancerne drzwi od razu rozjaśniły się od blasku magicznej pochodni.

 

Zatrzymała się. Czujniki nad wejściem. Ostrożnie wycofała się na schody i westchnęła. Recytowała w myślach mantry obiecując odpływającemu strachowi, że jeśli przeżyje pozwoli mu się pognębić gdzieś w bezpiecznym miejscu. Nad kubkiem słodzonej miodem herbaty.

 

Zaklęła. Czuła rosnące wyczerpanie. Miała nadzieję, że nie jest za późno, a oko zaklętego wartownika dało się oszukać woalowi prostej iluzji. Musiała sięgnąć po mocniejszą broń.

 

Złapała ukryty pod opończą medalion.

 

Chreia otoczyła się magiczną tkaniną zapewniającą niewidzialność. Weszła w pole widzenia czujnika i poczuła napór duchowego światła. Szła powoli podtrzymując myślokształt, chyba oszukała czuwającą istotę. Zatrzymała się przed drzwiami, nigdzie nie widziała klamki, albo panelu, za to doskonale wyczuwała obwody zasilające mechanizm zamka. Ignorując posmak krwi obciążonego organizmu położyła dłoń na zimnej powierzchni stali wykorzystując prostą psychokinezę. Zasiliła mocą obwody powodując otwarcie zamka. Zębatki zagrzechotały, naparła na przeszkodę wchodząc do środka.

 

Zawrót głowy zmusił ją do rozproszenia magii i odcięcia od Morza Dusz. Oparła się o wrota domykając je ostrożnie po czym starała się nie zwariować przez wszechogarniającą ciemność. Wyciągnęła fiolkę z bandoletu. Wypiła eliksir. Czuła jak gorzki koncentrat wartości odżywczych odnawia siły witalne. Odetchnęła dyskretnie, nadała nieśmiały impuls w poszukiwaniu niewidocznego obserwatora. Wyczuła obecność światła rzucanego przez czujniki. Sapnęła, ale ponownie stała się niewidzialna. Jeśli wzbudziła jakiś alarm może żywy nadzorca uzna to za błąd urządzenia.

 

Nadużywała szczęście. Musiała działać szybko.

 

Rozświetliła obuch wekiery.

 

Sień była prostokątna i kończyła się okienkiem z opuszczoną roletą i kolejnymi drzwiami. Westchnęła, wypiła eliksir tłamsząc buntujący się żołądek. Magia otworzyła drzwi. Korytarz ciągnął się w nieskończoność, ale przynajmniej wszystko było doskonale opisane.

 

Weszła do pokoju ochrony i znalazła szafę pancerną z katalogiem. Zapewne tutaj również był duchowy pomocnik, ale nie miała dość sił na kolejne zaklęcie, nie jeśli chciała pozostać niezauważona. Listy dowodów skodyfikowano. Dzięki uprzejmości Arkasa ilość informacji do przejrzenia znacznie się zmniejszyła. Sprawa była dość świeża, ilość teczek była dość skromna. Przeglądała opisy, aż natknęła się na słowa kluczowe "wielokrotne morderstwo". Poznała potrzebne oznaczenia.

 

Czuła narastające zmęczenie. Wypiła kolejny eliksir odwlekając co nieuniknione.

 

Poszła do drzwi na końcu pomieszczenia, sztuczką weszła do środka. Na kilkanaście regałów padło światło wekiery. Kilka chwil później stała nad niewielką skrzyneczką wykonaną z czarnego drewna, była okuta ołowiem, a wieko spinała niewielka kłódeczka. Pojemnik sam w sobie nie był magiczny, wręcz przeciwnie; tłumił szalejącą wewnątrz burze. Chreia czuła się jakby słuchała ulewy po cieplejszej stronie okiennicy.

 

Wzięła szkatułę i ruszyła do wyjścia.

 

Zatrzymała się. Wygasiła wekierę i wypiła ostatni z eliksirów. Mocno zamknęła powieki skupiając się na trzecim oku. Ciemność wypełniła się miriadami jaśniejących nici, cienie materialnych obiektów delikatnie odkształcały się pod osnową niematerialnego wymiaru. Dostrzegała blask dusz wybrzuszających widmowe nici przyjmujących ludzki kształt. Nie potrafiła ocenić jak poruszali się w całkowitych ciemnościach. Nie dostrzegała na nich żadnego magicznego piętna.

 

Złapała mocniej szkatułę, zacisnęła palce na rękojeści wekiery i wycofała się na koniec pomieszczenia. Podeszła do rogu, tam gdzie było najwięcej miejsca. Skuliła się w bezruchu rozpuszczając telepatyczne wici. Objęła umysły czterech osobników, wyczuwała ich powierzchowne myśli, słyszała słowa przed ich wypowiedzeniem, oraz te przemilczane. Podzielili się na pary, sprawdzali pomieszczenia jednocześnie. Otwierali drzwi własnymi kluczami.

 

Podeszła do wyjścia. Intuicyjnie odgadywała gdzie pada ich wzrok. Zatrzymali się w pomieszczeniach obok, ale spostrzegli uchylone drzwi do jej magazynu. Wpadła na tak głupi pomysł, że prawie się zaśmiała.

 

Stanęła za drzwiami i skupiła się na emanowaniu delikatnych, przepełnionymi sugestiami strachu fal. Obserwowała jak aury agentów ubrudzone od tej sztuczki zmusiły ich do zatrzymania. Wymienili kilka słów w służbowym żargonie, po czym przyjęli szyk do szturmu. Delikatnie wzmocniła sygnał zaszczepiając wrażenie obecności na końcu pomieszczenia.

 

Pierwszy strażnik delikatnie popchnął drzwi, doskonale widziała świetliste postacie, oraz trzymaną przez nich broń. Zza krawędzi widmowego skrzydła wychyliła się lekka kusza i ciekawski grot sterczący z łożyska już miał spojrzeć w jej stronę.

 

Wiedźma pociągnęła za jedną z nici.

 

Stos bibelotów pociągnięty psychokinezą upadł rozrywając duszną ciszę jak grom. Agenci ostrzelali źródło hałasu, widziała cztery snopy światła bombardujące wnętrze pokoju. Prześlizgnęła się za ich plecami na korytarz.

 

Dla pewności pociągnęła kolejną nicią, zrobiło się zamieszanie, które wykorzystała by zamknąć drzwi.

 

Pobiegła do wyjścia.

 

Pokonała schody w rekordowym czasie. Zamknęła przemęczone oko. Wiedziała, że gdy w końcu pozwoli sobie na odpoczynek migrena będzie próbowała ją wykończyć. Nie do końca zakotwiczyła się w naturalnych zmysłach, uderzyła w fałszywe drzwi z tępą siłą tarana. Łapała powietrze z desperacją zdychającej ryby i gdy w końcu podniosła głowę w ostatniej chwili odskoczyła w bok.

 

Za wolno.

 

Pałka boleśnie ukąsiła ją w ramię. Ból ją zdezorientował, słyszała jakiś hałas, chyba bełkot. Popatrzyła na miejsce skąd nadleciał cios. No tak, gówniarz. Patrzył na nią z dziwną mieszanką żądzy i strachu. Nie potrzebowała trzeciego oka, by widzieć, że adrenalina zaraz odbierze mu rozsądek.

 

-Wybacz- Szepnęła.

 

Poderwała się z ziemi zaskakując strażnika. Zamachnął się pałką z podręcznikową precyzją i Chreia była mu za to wdzięczna. Sparowała cios wekierą, po czym z całej siły walnęła szkatułą w dolną szczękę. Chłopak padł na ziemię. Nie miała czasu napawać się zwycięstwem, intuicja zwróciła jej uwagę na odgłosy tupania po schodach, więc rzuciła się do ucieczki.

 

Wybiegła z magazynu. Dotarła do najbliższej uliczki, euforia dodawała jej skrzydeł, ale mijające bełty przyprawiły ją o zawał serca. Zaryzykowała i obejrzała się, czwórka strażników w czarnych strojach. Trzech przeładowywało kusze, ostatni biegł. Chreia zaklęła i popędziła pomiędzy budynkami.

 

Gdy minęła pierwsze skrzyżowanie wiedziała, że im nie ucieknie. Była wykończona przez używanie magii, gorycz rozlewała się po gardle, paliła przełyk i dręczyła żołądek. Migrena nie czekała, aż będzie po wszystkim i już teraz ukłucia za oczami doprowadzały ją do szału. Gdyby miała walczyć przegrałaby. Mogłaby po prostu zostawić szkatułę i uciec.

 

Westchnęła czując sumienie dźgające paluchem w serce.

 

Wbiegła do otwartego magazynu znikając między regałami. Rzuciła się za rzędy skrzyń. Wjechała ślizgiem na kolanach, rąbnęła szkatułą o podłogę i kilkoma silnymi zamachami zaczęła znęcać się nad zamkiem. Konstrukcja nie była wytrzymała.

 

Zamek ustąpił, szarpnęła wiekiem. Od magicznego promieniowania zaswędziała skóra, oczy zalały łzy, a dusza zmarniała. Wysypała na podłogę sześć ametystowych odłamków. Potężnymi ciosami wekiery rozbijała jeden po drugim, a zaklęta w nich moc krwawiła fioletowym światłem. Magia przeszywała jej duszę, czuła się jakby szła w górę rwącego strumienia gdy strzępy wspomnień, emocji i uczuć wbijały się jak szpile. Gdy rozbiła ostatnie szkiełko powalił ją na ziemie atak padaczki. Czuła się tak okrutnie bezbronna; straciła władzę nad ciałem, ale również nad umysłem. Wspomnienia okiełznane zaklęciami zaawansowanej nekromancji były czymś więcej, niż tylko urywkami wydarzeń. To były ocalałe fragmenty dusz i teraz te resztki rozwścieczonych bytów wyżywały się w jej wnętrzu. Jedno z nich było wyjątkowo paskudne.

 

Od bardzo dawna nie pragnęła umrzeć jak w tej chwili. Ostatnim przebłyskiem samoświadomości dostrzegła zbliżających się łowców.

 

***

 

Jedną z pierwszych lekcji jakiej udziela się początkującemu magowi jest wytłumaczenie różnicy między snem, a jawą. Dla Chrei najsilniejszym znakiem był smak powietrza. Nie ważne w jak zatęchłym pomieszczeniu się znajdywała pierwszy łyk powietrza zawsze działał orzeźwiająco na umysł, pobudzał do działania, nadawał niejasną nadzieje, że wszystko będzie dobrze.

 

Obecnie wszystkie pozytywne odczucia skończyły się po drugim wdechu. Najsroższe siły we wszechświecie zrobiły z ciała tor wyścigowy. Pulsujący ból głowy, ucisk w przeponie, gorycz w ustach, ścisk w żołądku, skurcze mięśni ścigały się, które pierwsze ją wykończy. Wiedziała, że gdyby miała wybór sama by to zrobiła. Ewentualnie rzuciłaby się do najbliższego źródła wody.

 

Gdy trochę oprzytomniała zdała sobie sprawę ze ślepoty. Przed atakiem paniki uratowały ją lata szkoleń. Nie miała wyłupionych oczu, zostały jedynie ciasto owinięte kawałkiem przepoconego materiału. Poruszała kończynami. Odkryła, że leży na boku, a kończyny zostały związane za plecami. Zbyła głupie skojarzenie stłumionym sapnięciem. Do wyścigu dołączyła gorączka.

 

-Uspokoiła się- Przesz szum przedarł się niewyraźny głos- Wygląda okropnie.

 

Dzięki, pomyślała.

 

-Wygląda jakby zaraz miała umrzeć. Damy jej coś?

 

-Najlepiej specyfik na zlikwidowanie tego smrodu. Będę przeklinał los do końca życia. Nigdy więcej nie będę rzucał kośćmi- Odezwał się drugi głos.

 

-Daj spokój, możemy to obrócić na naszą korzyść.

 

-To znaczy?

 

-No cóż, widzisz, że niedomaga. Moglibyśmy jej pomóc. Umyć, przebrać...

 

-Poważnie?

 

Nastała cisza. Chreia zamarła w bezruchu odtwarzając sobie w głowie usłyszane słowa.

 

Pisnęła mimowolnie gdy poczuła szarpnięcie. Niewidoczna siła podniosła ją do pionu i oparła o ścianę.

 

-Nie patrz tak na mnie, widzisz jak się męczy. To dla jej dobra. Kto wie, może właśnie dojrzewa na niej jakaś nowa kolonia nieznanej zarazy?

 

-Zabawne. Nagle poczułem jeszcze większe obrzydzenie. Tak, mdli mnie. Bądź dobrym kolegą i idź zaparzyć herbatki dla nas, oraz gościa.

 

Znowu cisza. Nie potrzebowała swoich zdolności, aby wyczuć panujące napięcie.

 

Usłyszała westchnięcie i zgrzyt stawów, ruch powietrza, oraz odgłos oddalających się kroków.

 

-Nudziarz- Usłyszała sardoniczny głos.

 

Cudownie. Śmieszek i Maruda.

 

Zawisła nad nią burzowa chmura. Nagłe szarpnięcie uwolniło ją od knebla.

 

-Weź niewielki łyk, przepłukuj usta- Szepnął Maruda.

 

Usłuchała. Operacja powtórzyła się jeszcze trzy razy zanim pozwolił się napić.

 

Milczenie.

 

-Sprawiłaś nam sporo kłopotów.- Miał taki smutny głos, że prawie mu współczuła. Prawie. W głowie huczały wszelkie sygnały ostrzegawcze. Miała gorączkę, była obolała, spustoszona. Nie mogła sobie ufać, więc zacisnęła wargi. Czekała.

 

-Jestem pewien, że wiesz jak bardzo ważne rzeczy zniszczyłaś- Kontynuował.- Rozegrałaś nas idealnie. Mieliśmy zmianę warty, więc nie od razu zauważyliśmy alarm. Spryciaro, możliwe nawet, że odruchowo go ignorowaliśmy bo kto byłby na tyle głupi, aby infiltrować rządowy depozyt dowodów. Kto byłby na tyle głupi? Zdesperowany? Zastraszony?

 

Urwał. Milczała. Zaczęła słyszeć szum magii zasilającej urządzenia.

 

-Wiesz, to co się stało położy się bardzo długim cieniem na nasze kariery. Im więcej o tym myślimy, tym bardziej czujemy się zdesperowani. Potrzebujemy czegoś, czegokolwiek, co dalibyśmy przełożonym by wygasić pożar pod naszymi dupskami. Rozumiesz?

 

Rozumiała. Ale chyba nie to na co miał nadzieje. Oni nie zgłosili jeszcze tego incydentu. Dopiero teraz zdała sobie sprawę jak przesłodzony, spokojny głos Marudy ociekał strachem. Nie ważne ile czasu minęło Arkas na pewno wie już o całym zajściu. Na pewno właśnie teraz zmierza po nią odsiecz.

 

-Wróciłem z herbatką!- Wzdrygnęła się na serdeczny głos Śmieszka.-Nasza dziewczynka wypije jaśminową, rumianek, wyrwipaznokieć?

 

Maruda nie odpowiedział. Odszedł od niej. Szuranie sugerowało, że rozsiedli się przy stoliku i faktycznie zaczęli popijać. Trwało to w nieskończoność, ale w końcu jeden z nich demonstracyjnie odsunął krzesło. Wyszedł trzaskając drzwiami.

 

-No. Moja kolej- Powiedział Śmieszek.

 

Rzucił się na nią, pochwycił tam gdzie za żadne skarby by sobie tego nie życzyła, a drugą ręką szarpnął włosami. Pachnący jaśminem oddech osiadał parą na policzku.

 

-Kolega się już nagadał, ja jestem od tej praktycznej strony- Szeptał jadowicie- Od czego zaczniemy?

 

Nie puszczając jej włosów zaczął rozwiązywać rzemienie spodni. Sparaliżowała ją groza. Nie miała siły walczyć, nawet krztyny symbolicznego oporu.

 

Gdy odciągnął jej spodnie wpadła w panikę. Miotała się, próbowała krzyczeć, formułować słowa. Powiem, wszystko powiem, krzyczała. Tylko, że on napierał.

 

Nagle przestał. Ogłuszał ją własny oddech, był tak natarczywy, że dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że ten skurwiel się śmieje.

 

-Dlatego nie marnuje się czasu na uprzejmości- Zachichotał.- Nic osobistego maleńka, taka robota, a, i tak nie jesteś w moim typie. Nie lubię blondynek o psich oczach. Drażnią mnie.

 

Spoliczkował ją, przewróciła się, a on po prostu śmiejąc się wyszedł.

 

-Chyba dojrzała do poważnej rozmowy- Usłyszała.

 

Kurwa. Kurwa, kurwa, kurwa. Chreia powtarzała mantrę, aż się uspokoiła.

 

Wyczuła przed sobą obecność.

 

-Czy rozumiesz, jak bardzo jesteśmy zdesperowani?- Zapytał Maruda. Maruda Dobry Strażnik. Niech cię szlag, skurwysynie.

 

-Mógłbyś...Moje...Spodnie?- Po usłyszeniu własnego, błagalnego głosu, poczuła względem siebie tak niewyobrażalną pogardę, że aż własna dusza skręciła się w konwulsjach.

 

-A zasłużyłaś na odrobinę uprzejmości?- Zapytał.

 

Zatkało ją. Zająknęła się i zamilkła.

 

-Kto. Cię. Przysłał?

 

Milczała.

 

-Kim jesteś? Kto ci powiedział o lokalizacji składowiska? Czy byłaś sama? Jesteś rodowym psem, dezerterem? ODPOWIADAJ.

 

-Jestem nikim- Wyszeptała.- Nie znam szczegółów. Nigdy nie pytam o szczegóły. Dostałam zlecenie, wypełniłam je. Tyle.

 

-Gdzie miałaś się zgłosić z paczką?

 

Milczała.

 

-Ile ci zapłacili?

 

-Wystarczająco, aby już tutaj nigdy nie wrócić.

 

Nastała cisza.

 

Wzdrygnęła się gdy poczuła jak się zbliżył. Dostała torsji, gdy niezgrabnie naciągał jej spodnie i wiązał rzemienie.

 

-Zlecenie- Wycedził.- Nie powiedziałaś "rozkaz", tylko "zlecenie". Dlaczego?

 

Milczała.

 

-Ty wcale nie jesteś żołnierzem Hufca Rodowego. Dezerter?

 

Usłyszała szelest i trzask magicznego ognia. Zaczerpnął głęboki wdech, a po chwili otulił ją aromatyczny dym.

 

Okadzał ją tak przez dłuższą chwilę, aż rzucił niedopałkiem w twarz i wyszedł.

 

***

 

Zakneblowali ją, związali i użyli ustrojstwa odcinającego od magii.

 

Co ci skurwiele wymyślili? Jakie mieli opcje? Jeśli są takimi karierowiczami za jakich się podali bała się ich pomysłowości. Nie ukryją braku szkatuły. Skorzystanie z nekromantów do pozyskania zeznań ofiar sugeruje, że sprawa miała najwyższy priorytet.

 

Tego właśnie ode mnie oczekiwałaś? Chreia westchnęła. Naiwnego bohaterstwa i bezsensownej śmierci?

 

Usłyszała kroki. Poderwali ją z podłogi i wrzucili do skrzyni. Skrępowane kończyny uwierały niemiłosiernie. Opaska mocno wpijała się w oczy, a knebel drażnił gardło. Odbijała się od ścian przez całą podróż.

 

Zatrzymali się. Trwała w bezruchu nasłuchując, ale nic się nie działo. Uchyliła delikatnie trzecie oko, ale została boleśnie skarcona przez zagłuszacz. Wyjąc kopała i biła pięściami.

 

Zajęczały zawiasy. Szarpała się gdy dwie pary rąk wywlekały ją na zewnątrz, a trzecia przywarła mokrą szmatę do twarzy. Ostry zapach po kilku wdechach pozbawił ją przytomności.

 

***

 

Pomimo zamkniętych oczu widziała dookoła siebie ponury, brzydki świat.

 

Siedziała na skrzyni, a przed nią złożono jej nieprzytomne ciało. Tuż obok leżał martwy chłopak w mundurze straży. Wekierę z rozbitym łbem łączył przepiękny, idealny rozbryzg. Rękojeść obucha miała w garści. Przepiękna inscenizacja, szkoda, że wszystko spłonie.

 

Chreia podniosła wzrok na wejście do podziemnego magazynu. Widziała jak jęzory kolorowego ognia wiją się w spowolnionym tempie. Na prawdę była pod wrażeniem scenariusza wymyślonego przez agentów. Chemikalia nadające przepiękną barwę ciągnęły się za przebrzydłą sabotażystką jak posoka. Niestety nie zdążyła uciec, bo na jej drodze stanął dzielny, ambitny młodzieniec, który niestety poniósł męczeńską śmierć.

 

Miała cały swój sprzęt, nawet puste flaszki po eliksirach, ale żadne z jej zaklęć nie powstrzyma tłustej, łatwopalnej substancji lśniącej na opończy.

 

Mogłaby przedłużyć swoją śmierć chroniąc się głębiej we własnym umyśle. Ba, teoretycznie mogłaby się zestarzeć w mirażu własnego raju zanim płomienie ukradłyby resztki życia.

 

Pokiwała głową, westchnęła. Zdała sobie sprawę, że jeśli ma umrzeć pragnie ostatni raz ujrzeć Jej twarz.

 

Zaczęła tkać iluzję, gdy nagle zadrżała od nieoczekiwanej obecności.

 

Obok niej klęczała piątka dusz. Wyglądały jak niedokończone, albo zmaltretowane lalki. Patrzyli pustymi oczodołami. Emanowali słabym, ametystowym światłem, delikatne węzły łączyły się z jej własnym splotem.

 

-Nie możemy umrzeć. Ja nie mogę- Usłyszała cierpki głos.- Jesteś żałośnie słaba. Marna. Niegodna. Lepiej wykorzystam twoja ciało, tuszyczko.

 

Odwróciła głowę. Zamarła na widok czarnego kształtu. To była ciemność udająca człowieka. Zalążek głowy z setkami pustych oczodołów, pięć kikutów wystających z niekompletnego torsu, za to z jedną szponiastą ręką. Zjawa nie miała nóg, zamiast nich ciało przechodziło w czarny wir gubiący grudki popiołu.

 

-Kim...czym jesteś?- Wyjąkała.

 

Mroczna dusza ją zignorowała. W płaskiej twarzy pojawiło się pęknięcie, po chwili wyrosły onyksowe zębiska lśniące zimnym blaskiem. Zjawa wyciągnęła się jak wąż, z przeciągłym wrzaskiem oplotła pozostałe widziadła, pożarła je w kilka chwil, a gdy skierowała paszcze w jej stronę Chreia pisnęła.

 

Błyskawicznie zaczerpnęła moc. Koszmar rzucił się na nią, ale odrzuciły go wyczarowane poskręcane sople. Czarodziejka przybierała coraz bardziej astralną postać, przestrzeń się rozmywała, nabierała żywszych barw duchowego świata. Czerpała z obrzydliwej kipieli ile tylko mogła, przetwarzała surowe prądy Morza Dusz w niszczycielskie błyskawice. Rozwścieczony duch tańczył w powietrzu piszcząc wściekle, gdy tylko próbował za bardzo się zbliżyć karały go palące węzły.

 

Upiór zawisł w powietrzu. Splótł z ciemności runiczną sferę. Zmęczona Chreia zbierała moc na ostatni, desperacki czar.

 

-Rozejm- Szczeknął upiór- Popatrz.- Rozproszyła runiczną tarczę.

 

Chreia zaryzykowała spojrzenie we wskazany kierunek. Zaklęła. Upływ czasu przyśpieszył, płomienie opuściły tunel i zajęły tamtą część magazynu. Ciało dzieliły zaledwie centymetry od spopielenia.

 

-Jak?- Zapytała kobieta.

 

-Co "jak"?

 

-Jak chcesz zawrzeć rozejm.

 

-Proste. Nie mogę zginąć, ty nie chcesz zginąć. Ty nie zdążyć użyć magii zanim spłoniesz. Ja tak.

 

-Czym jesteś?

 

-Nie ważne. Żyć. Jeśli walczymy, zginiemy. Decyduj.

 

-Na czym miałby polegać "rozejm".

 

-Umowa. Daj mi przejąć kontrolę na czar. Ocalę nas. Ja ucieknę. Ty uciec. My żyć.

 

-Zaatakowałaś mnie!

 

-Byłaś słaba. Pomyliłam się. Rozejm.

 

Chreia czuła jak pęczniejąca w rękach moc zaczyna naruszać spójność duszy. Niechętnie zarysowała znaki pomocne w bezpiecznym rozpraszaniu magii. Nie śpieszyła się, uważnie obserwowała upiora.

 

-Jak mam ci zaufać?

 

-Ta walka. Za silna. Szkoda mocy na walkę. Lepiej rozejm.

 

-Pomimo fatalnego stylu mówisz dość przekonująco. Jak to ma wyglądać?

 

-Nie ma czasu- Wskazała ogonem, popatrzyła za nim, ogień zaczął się już na nią wspinać. Nie czuła bólu. Jeszcze nie.

 

-Niech cię szlag poczwaro. Uratuj nas i odpierdol się ode mnie.

 

-Zgoda. Zgoda ty.

 

-Tak, kurwa, zgadzam. Rób co masz ROBIĆ.

 

-Zgoda. Przymierze zawarte.

 

Zjawa rozpadła się w pył, onyksowe cząsteczki porwały astralną Chreie prosto do śmiertelnego ciała. Czuła się paskudnie, jakby wpadła do mulistego strumienia w którym ktoś spuścił nieczystości. Wszystko przesłoniła mgła.

Następne częściTeatr cieni. Rozdział 2

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • defiant ponad rok temu
    Opowiadanie całkiem dobrze napisane, choć są błędy stylistyczne i ortograficzne.
    Świat ciekawie zarysowany, mimo krótkiego fragmentu ma się poczucie, że wiadomo o co chodzi i jest też utrzymany ponury i dobijający klimat.
    aby nie zostać stratowanym - raczej aby nie zostać stratowaną
    Przyjrzała się jednemu odmalowanemu malowidłu - dziwnie brzmi, może chodzi o odrestaurowane malowidło?
    pozbawiony owłosienia poza ludzkiego odpowiednika zarostu. - poza ludzkim. Albo poza brodą. Albo nie miał sierści, tylko brodę.
  • Urami ponad rok temu
    Serdecznie dziękuję za komentarz!!! :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania