Poprzednie częściTeatr Cieni. Rozdział 1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Teatr cieni. Rozdział 2

Tak wiele zapomniała z tego czym była. Czasami gdy zapadała w niespokojny sen miewała ułudę wspomnień.

 

W tych majakach przypominała nawałnicę, huragan, tajfun, potężną siłę natury mknącą przez korytarz światła gotowa do podbicia raju. Na końcu drogi uderza w czarną skorupę onyksowego mroku i znika w czeluści. Zwykle budzi się wtedy rozdarta fantomowym bólem.

 

Przez większość nocy nie miewa snów. Budziła się, rozprostowywała swoje pokryte różowym futerkiem łapki, przeciągała się pobudzając odrętwiałe mięśnie. Bursztynowymi ślepiami omiatała otoczenie, zaciągała się zapachami i z niejasną mapą w łebku wyruszała w poszukiwaniu śniadania.

 

Przechodząc uliczkami nie potrafiła otrząsnąć się z rozczarowania. Zupełnie jakby po przebudzeniu spodziewała się zobaczyć coś nadzwyczajnego, nieoczekiwanego, cudownego, a zamiast tego kościane ściany i granatowe niebo wydają się do bólu pospolite. Jak zbyt często przywoływane wspomnienie.

 

O, śniadanie.

 

W zaułku dzielącym dwa punktowce wciśnięto wysypisko. Wachlarz najróżniejszych zapachów na zmianę wykręcał jej nozdrza i żołądek. Jednak to nie odpadki wysunęły pazury z łap, a kły wydawały się nie mieścić w pyszczku. Stworzonka, mniejsze od niej, z braku lepszego określenia nazywała je szczurami. Dlaczego? Nie wiedziała, ale wydawało się to na miejscu. Były to jakiegoś rodzaju ssaki. Miały pyski, pazury, ogony lśniące jak kamienie, ale reszta ich ciałek wyglądała jak cienka błona wypełniona kłębiącymi się kolorowymi, mieniącymi obłokami. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że nie miały w sobie nic pożywnego, ale wypatroszona zawartość udawała się wciągnąć jak dym i to w jakiś magiczny sposób zapełniało brzuszek.

 

Kotka zaczęła podchody. Szczury były zajęte gospodarowaniem cuchnącymi resztkami. Nie pożywiały się od razu, to było fascynujące, bo mgielne szczury segregowały surowce, wielokrotnie widziała jak przybywały mniejsze stada i zabierały przygotowane porcje. Te małe pokraki potrafiły czarować. Lekko zarysowanymi, pięciopalczastymi kończynami chwytały przedmioty, zlepiali je w niewielkie kule i mocowali do pleców kurierów.

 

Łowczyni podkradła się na optymalną odległość. Była doskonale ukryta i miała czystą drogę do najtłustszego szczura. Nadzorca, oczywiście, musiał być tym największym. Mięsisty i ulany pęczniał od wewnętrznej mocy, a wąsiki dziwacznego pyska latały jak batuty. Stał na tylnych łapach, przypominał dziwaczną krzyżówkę pomiędzy latarnią, a monarszym berłem.

 

Zmysły podrażnione bliskością ofiar wyostrzyły się, ciało spięło, moment skoku został obliczony. Grupa zbieraczy właśnie odeszła z przygotowanym załadunkiem, nadzorca wydał kolejne niesłyszane dla postronnych instrukcję, robotnicy rozeszli się do swoich prac. W momencie gdy jego wysokość zmęczona i obciążona odpowiedzialnością opadła na cztery łapy i zaczęła coś chrupać, kotka zaatakowała.

 

To były dwa długie susy. Szczur alfa zareagował za późno, szponiaste łapy pochwyciły ofiarę z brutalną zawziętością, a wyszczerzone kły wbiły się w kark rozbryzgując juchę. Niezdecydowana co do własnego stanu skupienia substancja zmieniała swoją postać, ale to nie obchodziło drapieżnika. Jedyne co się liczyło to wspomnienie krwi pobudzające zmysły, satysfakcja, oraz zapełniający się żołądek.

 

Podczas gdy ginął ich przywódca, szczury rozpierzchły się piszcząc w panice, tylko w takich sytuacjach zdarzało się jej słyszeć jakiekolwiek odgłosy ze strony ofiar. Monarcha drżał gdy się nim pożywiała. Zachowała jednak czujność, ten dziwny pisk mógł zaalarmować konkurencję. Wyczuwała obserwujących ją padlinożerców.

 

Po skończonym posiłku uważnie przyjrzała się pobojowisku. Czuła się senna, to był cudownie sycący posiłek. Narysowała znak pazurem na ziemi, po czym odeszła. Gdzieś tutaj powinna być jedna z jej kryjówek.

 

***

 

Sanktuarium zostało zbrukane.

 

Z ukrycia obserwowała osobliwego intruza. Oleiste plamy ciemności nawleczone na nitki drżącego powietrza unosiły się jak upiorne korale nad wyrytymi w chodniku kręgach. To jedno z niej dziwactw których nie rozumiała, ale pogodziła się z nim. Dziwaczne, instynktowne ryty okazały się być rodzajem pułapki. Tylko czym było to co się w nią złapało?

 

Za każdym razem gdy przychodziła tutaj na drzemkę zostawiała jeden glif w losowym miejscu. W powietrzu wisiały cząstki oleistego mroku. Bała się do tego podejść, czuła mdłości i zawroty głowy od samego patrzenia. Nastroszyła futro, wysunęła pazury. Strach był bez znaczenia. Naruszono jej terytorium, sprawca musi ponieść konsekwencję.

 

Podkradła się w głąb alejki. Wszędzie piętrzyły się materiały budowlane. Z lżejszych kawałków białego surowca przypominającego deski zbudowała wiatę opartą o stosy cegieł. Zrobiła klepisko ze strzępów ukradzionych ubrań człekokształtnych mieszkańców blokowisk. Było tam ciepło, miękko i przede wszystkim bezpiecznie. Udało jej się zrobić trzy wyjścia ewakuacyjne.

 

Stworzenie wyglądało jak niedokończony, depresyjny obraz namalowany jedynie odcieniami czerni. Było to jej rozmiarów. Widziała zarys wężowego ogona przechodzącego w kadłub z widocznymi kikutami sześciu kończyn. Stworzenie zadrżało, unosiły się z niej stróżki dymu, trochę jak jęzory dogasającego ogniska. Podniosło niedokończony głowę i kotka poczuła jak treść żołądka podeszła do gardła.

 

Oko. Lekko przydługa szyja zwężała się do podstawy stając się naczyniem dla jednego, złowieszczego ślepia lśniącego jak rozżarzony węgiel.

 

Potwór spojrzał prosto na nią. Pozostała w bezruchu obserwując rozwinięcie węża. Co robić? Przegnać obrzydliwą istotę? Czuła jakby mierzyła się z dołem kloacznym w magiczny sposób powołanym do życia.

 

To przechyliło szalę, zaczęła się wycofywać.

 

Zanim stwór zniknął z pola widzenia zdążyła zauważyć jak spod oka wyrosły mu robaczywe macki. Potworny wąż spiął się i wyskoczył prosto na nią zostawiając na strunach smoliste ślady.

 

Była szybsza. Wypustki wbiły się w grunt rażąc niszczycielską mocą. Od wstrząsu rozrosła się pajęczyna pęknięć, ale nie spowolniło to stwora. Zaatakował jak trzymana w rękach fechmistrza włócznia. Tańczył w powietrzu zionąc ogniem ze ślepia, a macki gubiły łuki błyskawic. Przestrzeń wydawała się cierpieć od ruchu węża. Unikała ciosów krzywiąc się przez odór zgnilizny.

 

Męczyła się, a przeciwnik zdawał się dopiero zaczynać taniec śmierci. Bezpośrednia walka zdecydowanie nie była jej specjalizacją. Po kolejnym uniku skoczyła między stosy cegieł. Wąż uderzył o przeszkody, zawarczał.

 

Wbiegała w kolejne uliczki licząc, że stwór zniechęci się pogonią po miejskim labiryncie. Nie mogła udać się do kolejnego z gniazd. Kochała swoje sanktuaria.

 

Skok.

 

W ostatniej chwili odbiła się w lewo, instynkt uchronił ją przed pochwyceniem, ale nie wskazał najlepszego miejsca do lądowania. Przewaliła się po odłamkach kalecząc grzbiet, brzuch i łapy. Nie miała czasu na ból. Została zaproszona do kolejnego tańca. Obłąkany demon, dlaczego się na nią uwziął!?

 

Zmienił strategię. Okrążał ją i rzucał się niespodziewanie starając się owinąć ją sowim okaleczonym cielskiem. Stwór wydawał się być w amoku, ale z tego co zdołała zauważyć jego postać jakby się skurczyła. Miała wrażenie, że przez tkankę prześwitują onyksowe kości.

 

Jeśli tak stawiasz sprawę i nie doceniasz mojego honorowego odwrotu to niech tak będzie, syknęła.

 

Wyminęła napastnika czując jak traci kłaki z grzbietu. Pisnęła z bólu, ale to tylko zwiększyło prędkość. Wiedziała gdzie biec, miała pewien pomysł.

 

Wbiegła w uliczkę gdzie niedawno pożywiała się szczurem i wyhamowała wślizgiem kierując łepek w stronę przeciwnika. Otoczenie wydawało się być opustoszałe, światło zamroczyło się, a dźwięki rozpłynęły w ciszy. Nie słyszała nawet szumu własnej krwi, a jedynie odgłosy niezgrabnego, przepełnionego amokiem stwora.

 

Wyprężyła się do skoku i czekała. Wąż szarżował uszkadzając wszystko z czym miał styczność, ostatnie metry przeleciał wybijając się na swoim ogonie. Spojrzała prosto w ogniste oko. Myślała już tylko o smaku przeklętej, czarnej krwi ofiary.

 

Gdy był zaledwie krok przed nią zostawiony wcześniej znak zadziałał. Nie wiedziała jak, ale nitki drącego powietrza przeszyły demona i unieruchomiły. Widok wijącego się w agonii stwora był sygnałem do ataku. Rzuciła się na niego drąc go pazurami upierając się, że znajdzie organy w tym przeklętym, hebanowym ścierwie.

 

Zaczęła słyszeć piski, splątały się we wrzaski i po chwili zaśpiewały błagalne słowa.

 

+NIE. BŁAGAM. NIE.+

 

Zdziwiona kotka odskoczyła od ofiary. Dyszała ciężko śledząc kontur drżącego przeciwnika. Zachowała się jak berserk, gdyby chciała go zjeść nie zostawiła sobie zbyt wiele pożywki. Ochłap wisiał w powietrzu bezskutecznie starając się uwolnić z pułapki.

 

+PODDAJE. BŁAGAM. PODDAJE.+

 

-I co to niby dla mnie znaczy- Opowiedziała po czym wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia. Słowa? Głos zdolny do mówienia? Jak to się stało i czy ta potworność ma coś wspólnego z tym wszystkim?

 

+SŁUŻBA. PAKT. BŁAGAM. BOLI.+

 

-Zaatakowałeś mnie- Wyszeptała powoli cedząc każdą literę. Rozglądała się zdezorientowana wątpiąc, czy słowa rzeczywiście pochodziły od niej.

 

+JEŚĆ. SMACZNA.+

 

-Przestań już wrzeszczeć, irytujesz mnie.

 

+BOLI.+

 

Ignorując agonalne wrzaski przeciwnika zaczęła go okrążać. Nie wzbudzał już zagrożenia, politowania też nie. Czuła najszczerszą pogardę. Futro na łapach lepiło się od węglowej posoki, gorzki smak wypełnił wnętrze pyska, a nozdrza kłuły od kwaśnego odoru. Za bardzo dała się ponieść szałowi.

 

Pomimo okropnego smaku jucha zaczęła pobudzać najgłębsze wspomnienia. Nagle miała przed oczami niewyraźny obraz podobnej sytuacji z przeszłości, widziała wszystko zniekształcone, ale słowa jakie wypowiadała dawno temu powróciły niezmącone.

 

-Dobrze- Zatrzymała się przed gasnącym okiem pozbawionym macek- Od teraz, aż po czas gdy zadecyduję inaczej bezwzględnie poddajesz się mojej woli. Będziesz mi służyć pod imieniem...Gorycz.

 

+TAK. TAK. PRZYMIERZE ZAWARTE.+

 

Zniszczyła glif przerywając jedną z linii pazurem. Sługa opadł na ziemie wijąc się w niemej agonii. Zafascynowana monarchini obserwowała plątaninę światła wyglądającą jak warkocze czerwonego dymu. Zaczynały się w jej piersi, jakby serce zaczęło wić nici i połączyły się z rdzeniem węża. Obserwowała jak światło rozchodziło się w cielsku jak trucizna, a gdy w końcu proces dobiegł końca czuła się zmarznięta.

 

+IMIĘ. MOJA PANI. IMIĘ.+

 

-Przestać wrzeszczeć- Syknęła.

 

Imię. Rzeczywiście kiedyś miała coś takiego. Jak ono brzmiało? Jakie litery składały się na słowa?

 

-Miałgorzata- Wypowiedziała głuchym głosem- Miałgorzata Kotarzyna Miauczyńska.

 

Nastała cisza, którą po chwili sama zniszczyła zażenowanym śmiechem.

 

***

 

Pajęczyna. Mieszkała w wydrążonej pajęczynie, a dziwaczne prawa grawitacji pozwalały kuć budowle na całej powierzchni gargantuicznych nici. Wiele wędrowała, aby zbudować sobie w głowię obraz dziwacznego miasta. Trudno było wyobrazić proporcję, miała mdłości od skali całego zjawiska i wtedy zobaczyła "słońce".

 

W granatowej czeluści rozpalił się niewielki biały punkcik. Im był większy, tym wszystko zdawało się być jaśniejsze, zupełnie jak o poranku. Dziwny blask jakby uśmiechał się do niej, czuła ciepło pełne najmilszych uczuć niezbędnych roślinom do wzrostu i rozkwitu. Nie, to był uśmiech gwiazd pragnących szczęśliwego życia we wszechświecie.

 

Punkcik nieoczekiwanie rozciągnął się w promień trafiający w środek pajęczyny. Nie mogła przestać patrzeć na wielokolorowy warkocz. Oglądała to jeszcze kilkanaście razy zanim pogodziła się z widokiem czegoś tak cudownego. Jeśli coś zasługiwało na miano "słońca' to właśnie to.

 

Odkąd podporządkowała sobie Gorycz minęły tygodnie. Pomimo swojej strasznej postaci koszmarek był wyniszczony. Może i stał się jej poddanym, ale wynikało z tego tyle samo obowiązków, co przywilejów. Opiekowała się nim czując dziwną dumę gdy odzyskiwał siły. Dziwaczna, mroczna tkanka zakryła onyksowy kościec. Niestety nie wyhodował sobie twarzy i dostał wyraźny zakaz wysuwania macek w jej obecności. Polowanie od którego zależy czyjeś dobro dawało znacznie więcej satysfakcji. Jeszcze więcej radości sprawiały później wspólne łowy.

 

-Gorycz- Odezwała się do niego najbardziej władczym tonem.

 

+Pani Ma-u-ka?+

 

-Och- Sapnęła w udawanym oburzeniu- Dopóki nie nauczysz się poprawnie mówić wystarczy "Moja Pani".

 

+Tak. Moja pani.+

 

-Dobrze. Dawałam ci spokój przez wystarczająco duży czas- Krążyła wokół sługi stukając demonstracyjnie pazurami.- Czym jesteś? Skąd pochodzisz? Co wiesz o tym miejscu?

 

Wąż wydawał się niewzruszony, ale jej nie oszuka. Wyłapywała delikatne ruchy pod dolną powieką.

 

+Jestem Gorycz, pochodzę z ciemności, a to miejsce jest progiem.+

 

-Przyda mi się rozwinięcie tych skromnych opisów. Co rozumiesz przez "ciemność" i "próg"?

 

+Pierwsze co pamiętam to ciemność. W ciemności jadłem. Gorycz, bo Moja Pani nazwała.+

 

-Jak się nazywałeś przed Goryczą?

 

+Ja...byłem ciemnością.+

 

-Sposób twojej wypowiedzi napawa mnie zażenowaniem, Gorycz.

 

+Moja Pani, ja przepraszam.+

 

-Nie szkodzi, to ja przepraszam. Gdyby to z mojej głowy zostało samo oko pewnie nie mówiłabym lepiej. Właśnie. Jak ty w ogóle mówisz?

 

+Nie...+

 

-Nie wiesz. Tak, oczywiście.

 

Miałgorzata przystanęła i wpatrywała się w straszydło.

 

-Dlaczego mnie zaatakowałeś? Wiesz, przy naszym pierwszym spotkaniu. Przecież byłeś ledwo żywy.

 

+Byłem głodny. Moja Pani. A Moja Pani wyglądała na tak pożywnie jasną.+

 

Pokiwała łepkiem.

 

-A teraz, jak się czujesz?

 

+Moja Pani. Ja czuje głód.+

 

-A coś poza tym?- Zapytała poirytowana.

 

+Żal. Wstyd.+

 

-Hm. Żałujesz, że jesteś moim sługusem? Wstydzisz się porażki i wyraźnej przepaści miedzy nami?

 

+Nie, Moja Pani. Żal mi pustki wewnątrz mnie. Wstyd, bo przegrałem? Nie. Wstyd to dać się zabić. Trzeba przeżyć, aby móc walczyć innego dnia. Wstyd mi, bo zawiodłem. Tylko, że nie pamiętam w czym.+

 

Być może mają jednak ze sobą coś wspólnego, prawdopodobnie oboje nie należą do tego świata. Kto wie, może coś skradło im wspomnienia? Poczuła nagłe ukłucie współczucia. Jakby ona się czuła, gdyby obudziła się bez futra i skóry jako szkielet oblepiony mięsem? Czy w ogóle przeżyłaby na tyle, aby poczuć cokolwiek innego, niż ból, czy głód?

 

-Zaczynasz mówić coraz lepiej- Zauważyła kotka.

 

+Moja Pani, dzięki Tobie. Przy Tobie jest mi cieplej, wewnątrz. Jaśniej. Myśli łatwiej przychodzą i szybciej płoną.+

 

O, proszę. Bawidamek.

 

Nastroszyła futro i nadstawiła uszu.

 

+Moja Pani?+

 

-Słyszę kroki obutych stóp.

 

***

 

Kuracjusze mają sporę apetyty, tak samo jak łowcy uganiający się za zwierzyną. Czystka pośród szczurów zmusiła niedobitki do ukrycia się w niedostępnych miejscach. Pozbawiona opcji Miałgorzata zaczęła wdzierać się do zagród otaczających kamienice. Miała z tego olbrzymią satysfakcję, oczywiście, nie rozumiała dlaczego. Widok dwunogów napawał ją wstrętem i niechęcią. Ignorowała ich obecność, a gdy nie mogła unikała. Zapachy, dźwięki, kształty wzbudzały w niej żądze mordu, ale rozsądek cierpliwie jej tłumaczył, że jest za mała by dać upust swojej krwiożerczej chuci.

 

Dwunogi hodowali własne zwierzęta. Żyły na podobnych zasadach co szczury, przeźroczyste flaki wypełnione pożywną mgiełką. Tylko, że zdarzały się wyjątki. Istoty przypominające ją samą. Nie, nie koty hodowane na mięso i futro. Miała na myśli poziom...urzeczywistnienia. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że tak jak szczury były tylko luźnym konceptem, tak ona była ideałem pośród cieni w jaskini.

 

Stworzenia jakie obserwowała wyglądały znajomo. Miały obłe głowy z przyczepionymi do nich rozszczepialnymi, spiczastymi grotami. Przemieszczały się na patykowatych nóżkach i za każdym krokiem irytująco poruszały łbami jak wahadłami. I jeszcze te bezużyteczne skrzydła, potrafiły zrobić za ich pomocą troszkę wyższy skok, ale i tak tylko wtedy gdy czegoś bardzo się wystraszyły. Na przykład jej.

 

Nigdy by się nie domyśliła, że pod sprasowanymi płatami futra nakładającymi się na siebie jak zbroja kryje się tak smakowite i słodkie mięso! Ach, było tak cudowne, że z pomocą Goryczy zapuszczali się do zagród raz, czy dwa. I właśnie ta niefrasobliwość była powodem naruszenia jej terytorium przez dwunogów.

 

Obserwowała ich z ukrycia. Wyglądali...osobliwie. Teraz gdy o tym myślała wydawali się niedokończeni zupełnie jak Gorycz. Mieli dwie nogi, ręce, głowy, ale całość przypominała jak niepasujące do siebie części układanki. Maskowali ubytki elementami odzieży, inni nosili metalowe konstrukcje pomagające w poruszaniu się, jeszcze inni wydawali się produktem leniwego artysty nie chcącego wykonać ostatniego ruchu pędzlem, albo rysikiem.

 

Było ich czterech. Mieli przy bokach okute lagi, a w dłoniach oszczepy. Toż to wypowiedzenie wojny, spięła się kotka.

 

Postanowiła zrobić test lojalności dla Goryczy, kazała mu wkroczyć w chwili największego zagrożenia. Wcześniej powiedziała mu gdzie rozstawiła pułapki. Teraz musiała postanowić co zrobić z intruzami. Mogła przeczekać wtargniecie. Mogła też sprawdzić, czy jest zwinniejsza od dwunogów z patykami. Chciała być racjonalna, ale oni zaczęli rozkopywać z trudem zbudowane gniazdo.

 

Wybrała moment, gdy zadowoleni ze swojego dzieła zniszczenia intruzi patrzyli w jednym kierunku i cieszyli się do rozkopywanego bałaganu. Łomot walących się cegieł i desek pozwolił jej bezkarnie zaszarżować na pierwszego z brzegu człeka i wskoczyć mu na plecy. Pysk wiedziony intuicją największego z łowców zacisnął się na karku. Powietrze uszlachetnił odgłos szoku zmieszany z cudownym aromatem krwi. Słodkie krople rozpłynęły się na języku, po tym wiedziała, że to wszystko może się skończyć w jeden sposób.

 

Zanim uderzył ją drzewcem puściła się i wylądowała na ziemi. Uniknęła kopnięcia, rzuciła się miedzy stosy biegnąc ku szczelinie w ścianie kamienicy. Goniły ją wyzwiska z oszczepami. Usłyszała zgrzyt metalu o elewację. Zaśmiała się. Nie zwalniając mknęła tunelem, aż wybiegła z prostopadłego otworu skacząc na plecy innemu najeźdźcy.

 

Jeszcze nie traktowali jej poważnie. Śmiali się z pierwszej krwi, ciekawe jak będą rechotać po drugiej.

 

Dopadła gardło kolejnej ofiary. Szyja eksplodowała rozkoszą w pysku. Poczuła się jak ognisko dokarmione oliwą. Wrzask gryzionego szybko przeszedł ze zdziwienia w skowyt. Poczuła żałosne uderzenia pałki. Puściła go, rzuciła się slalomem między stosami wskakując do ślepego zaułku z desek. Przyjrzała się dwunogom.

 

Pierwsza ofiara miała ubranie zalane krwią, nie wgryzła się tak mocno jak chciała, pomagał właśnie towarzyszowi zatamować upływ słodkiej cieczy. Pozostała dwójka zbliżała się ostrożnie z uniesionymi do rzutu oszczepami. Gdyby potrafiła rozróżniać ekspresje na ich dziwacznych twarzach nazwałaby je "gniewem" i "strachem". Dobrze.

 

Rzucili. Oszczepy leciały żałośnie wolno, nie musiała nawet drgnąć, jakby bali się ją trafić. Popatrzyli po sobie zmieszani, zaczęli coś do siebie wygadywać w tych irytujących dźwiękach po czym dobyli pałek. Podchodzili powoli, ostrożnie, z szacunkiem. Dobrze.

 

Gdy ten po lewej rozdarł się nagle, prawy wzdrygnął się i obejrzał się zdezorientowany. Wtedy ruszyła na niego, wyminęła i wskoczyła na plecy. Wrzeszczał komicznie wymachując badylem, ale to niewiele mu pomagało podczas gdy kły rozrywały mu aortę. Poczuła jak grawitacja wygrywa z opadającym z sił dwunogiem, odbiła się od niego. Spokojnie obeszła pole walki łukiem szukając miejsca gdzie będzie mogła mieć wszystkich w polu widzenia.

 

Ten, który wrzeszczał po wejściu w pułapkę nie wiedział co się dzieje. Z jego perspektywy jakieś niewidzialne druty wystrzeliły z ziemi i przebiły mu stopę w kilku miejscach. Szmaciarze piszczeli coś do siebie, ten jeden co przegrał drżał, ale nie uczestniczył w rozmowie. Kłócili się nad dalszym postępowaniem.

 

Och, pomogę wam podjąć decyzję.

 

Rzuciła się na uwięzionego. Nie wiedział co się dzieje dopóki nie wgryzła mu się w szyje pod brodą. Na prawdę zrobiła się tak potężna? Czuła jak delikatne, ciepłe mięso eksploduje pod naciskiem szczęk. Zniewalająca rozkosz pochłonęła ją, rozrywała gardło, chłeptała krew. Trwała tak dopóki dwa sople lodu nie przebiły jej boków.

 

Ból ją otrzeźwił.

 

Wykończyliby ją od razu, gdyby nie byli takimi głupcami. Wyszarpnęli oszczepy szykując się do drugiego dźgnięcia, ale ona już wylądowała na ziemi i odbiła się w bok. Najbliższy w ostatniej chwili zmienił kąt uderzenia i trafił ją w pierś. Poczuła mdłości jak ostrze ześlizgnęło się po jej żebrach. Odskoczyła, zwiesiła łeb szykując się do skoku. Jeden z nich pomagał zatamować krwawienie, ale nagle wiatr poniósł jego cudowny krzyk. Nie zauważyła pułapki.

 

Ostatni na nogach najeźdźca patrzył na nią z czystą nienawiścią. Znowu uczucie wtórności, kiedyś widziała takie spojrzenia bez przerwy. Kiedyś miała słodkiej krwi pod dostatkiem. Kiedyś dwunogi mogły jedynie przebywać przed jej obliczem na kolanach, a ona siedząca na tronie śmiała się z...

 

Skoczył. Lśnienie grotu otrzeźwiło ją w ostatnim momencie. Odbiła się w tył wszystkimi łapami, ale oszczepnik tylko na to czekał. Z łatwością zmienił kąt ataku i wepchnął ostrze w pierś. Tym razem nie wyszarpnął drzewca. Naparł całym ciałem przyszpilając ją do ziemi. Szum wewnątrz czaszki starał się zagłuszyć ból, ale szał w końcu się poddał. Zaryczała. Żałosna broń utkwiła w żebrach, ale dwunożny nadrabiał marność oręża siłą.

 

Nagle poczuła, że umrze. Pole widzenia pochłaniała ciemność. Czuła jak się rozwarstwia i najcieńsze fragmenty są ciągnięte przez dziwaczne siły tego świata. Spojrzała oprawcy w oczy, były one takie znajome, takie...ludzkie. Znowu widziała migawki poprzedniego życia. To nie pierwszy raz gdy przemierzała białe krainy i polowała na te obrzydliwe kreatury. Kiedyś biel mroziła krew w żyłach, a ciepło wypruwane z trzewi cieszyło podwójnie. Tylko dlaczego ich tak nienawidziła?

 

Grot nareszcie przebił się przez żebra boleśnie kąsając kryjące się za nimi wnętrzności. Umrze patrząc człeczynie w oczy. Umrze...

 

Czarna smuga błyskawicznie owinęła się dookoła głowy człowieka i jednym, pełnym obrzydliwego chrzęstu ruchem kończyna została oderwana. Fontanna krwi rozrzucała czerwone krople, a macki spod samotnego oka łapczywie je spijały. Miałgorzata patrzyła beznamiętnie na ucztującego potworka, dała się zdradzić w najgłupszy sposób. Mogła go puścić przodem, użyć jako wabika i wykończyć ich gdy robiliby pod siebie ze strachu przed tym dziwactwem. Tymczasem wykrwawiała się z oszczepem wbitym w pierś.

 

Złapała łapą za trzon, była zbyt słaba by zdziwić się palcami, czuła jak całym ciałem spijała ciepło z otoczenia, a ono wibrowało w jej wnętrzu. Jednym, silnym szarpnięciem wyrwała grot. Drugą rękę przyłożyła do rany wlewając w nią tyle mocy ile tylko była zdolna.

 

Kiedyś potrafiłam więcej, pomyślała, po czym straciła przytomność pod czujnym spojrzeniem jednookiego koszmaru.

 

***

 

Gdy podsuwano jej mięso pod nos, jadła. Po pewnym czasie smak surowego jadła napawał obrzydzeniem, wymiotowała od wmuszanych łyków krwi. Spokój spłynął wraz z pierwszym łykiem wody. Wtedy czuła olbrzymi ból w piersi, ogień okalający ranę, promieniujący na całe ciało i pozbawiający sił resztę ciała. Starała się otworzyć oczy, pomiędzy opuchniętymi powiekami majaczył cień koszmaru. Orała klepisko palcami, kopała stopami, nie mogła wyć, bolało ją oddychanie, więc pozwalała sobie jedynie na bezgłośny płacz.

 

Znowu ten sen. Pędziła na falach nawałnicy korytarzem światła z przeświadczeniem o własnej potędze. Rozbiła się o próg domu, który miała najechać, spadała z nieba jak strącona gwiazda, utonęła w miażdżącym płaszczu nieznanego świata i została przez niego wypluta.

 

Pokaż mi co było przed tym. Pokaż mi dlaczego wyruszyłam w drogę.

 

Rozbłysk, a po nim ciemność. Setki punkcików skromnego światła przegrywającego z ciemnością. Pośród lodowatych cieni, po środku niezrozumiałego bełkotu wyrytego przez potwory została pochwycona niewyobrażalna groza. Poruszenie w mroku spiło skromny blask ukazując niepojętą bryłę stworzenia, któremu nie zdążono nadać imienia. Setki oczu otworzyło się chciwie spijając światło i wszystkie za sprawą jednej myśli skupiły się na niej.

 

Miałgorzata Kotarzyna Miałczyńska wrzasnęła.

 

-KURWA- Wypluła to słowo. Usiadła na klepisku, uderzyło głową o sufit.- KURWA MAĆ.

 

Rozmasowała zbolałe czoło odgarniając lepkie, przetłuszczone włosy. Było ciemno, zbyt ciemno, aby ten dziwaczny kształt w miejscu jej łapy był prawdziwy. Panika rzuciła nią o podłogę, wygrzebała się z dziury chwiejąc się na nogach. Czuła miękkość walczących z grawitacją mięśni, kołysała się, ale z każdym krokiem stąpała z rosnącą pewnością. Zatrzymała się, szybkie spojrzenie nie powiedziało jej nic więcej, niż to, że stoi na jakimś podwórzu.

 

Spojrzała w niebo w chwili gdy rozdarł je świt. Węzeł wielobarwnych świateł, taniec najzimniejszych i najgorętszych barw zalał ją najpiękniejszym blaskiem w życiu. Czuła się jakby zdjęto z niej ślepotę. Słońce rozpromieniło jej ręce, nogi i pokrywającą je gładką skórę. Spomiędzy brudu przedzierały się alabastrowe płaty. Dziura w piersi została zakryta świeżą piekącą blizną. Ogon zataczał energiczne łuki, strzelał jak bicz gdy z każdym wdechem oglądane palce drżały coraz bardziej.

 

-Moja Pani- Ciszę przerwał chropowaty głos- Przebudziłaś się.

 

-Nie- Odparła po chwili nadal wpatrując się w palce- Obudziłam się jedynie z większą ilością pytań.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania