Poprzednie częściTeatr Cieni. Rozdział 1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

"Teatr cieni" Rozdział 4

Z punktu widzenia istoty dwunożnej wszystko wydawało się odrobinę mniejsze. Zmiana perspektywy wymagała oswojenia, tak samo jak nowa metoda polowania. Odruchowo padała na czworaka szarżując na szczury. Wychodziło to fatalnie. Z olbrzymią irytacją odkryła, że Gorycz ma poczucie humoru i w dodatku śmieje się w strasznie uwłaczający sposób. Pierwszy raz mu wybaczyła, była zbyt zażenowania, ale jak zdarzyło się to po raz drugi przypomniała mu o bolesnej stronie łączącej ich więzi.

 

Nie potrafiła już polować. Tak, przyznała to. Żal ścisnął serce, a blizna zaogniła się. Po tajemniczej transformacji była okropnie głodna, a jedyne dostępne pożywienie leżało zagryzione w kałużach krwi. Goryczy starczyło na tyle przyzwoitości, aby nie zjeść wszystkiego. Jednakże nie miała okazji najeść się w spokoju. Raz, że odór gnijącego mięsa ją zniechęcił. Dwa, że niedoszli łowcy mieli bliskich, którzy postanowili ich znaleźć.

 

Nie bała się dopóki nie odkryła, że jest za duża, aby użyć swoich stałych dróg ucieczki.

 

-Tędy, moja pani- Zasyczał jej do ucha Gorycz i owinął się wokół szyi kładąc tors na głowie. Wzdrygnęła się, ale nie miała czasu protestować.

 

Pobiegła we wskazanym kierunku, odbiła się od ściany i przeskoczyła przez mur. Gdy wylądowała po drugiej stronie drżące mięśnie nie utrzymały jej ciężaru. Oklapła oddychając głęboko.

 

-Pani. Idą tutaj.

 

Jakim cudem tego nie słyszała. Nadal miała swoje uszy i nos, a mimo tego coś przytępiło jej zmysły. Nie miała wyboru. Mimo wszystko nie ufała Goryczy, ale dała mu się poprowadzić.

 

Trafiła do nowego, podziemnego świata. Chowała się w zaułkach i zakopywała pod śmieciami. Spała do zmierzchu i żerowała po zmroku. Marzła, docierało tutaj niewiele ciepła. Mocno odczuwała brak futra. Szczecina wyrastająca z głowy sięgała, aż do stóp. Różowe kłaki przeszkadzały potwornie. Próbowała otulać się tym jak dwunożne ubraniami. Musiała zdobyć własne odzienie.

 

Napotykała coraz więcej dwunogów gnieżdżących się jak robactwo w mrocznych zakamarkach. Rany, teraz ona stała się takim robactwem? NIE. Jestem ŁOWCĄ.

 

***

 

Obrała sobie na cel jedną z grup na uboczu.

 

Gdy dwunożne szczenięta zbite w grupy pozasypiały wokoło ogniska podkradła się do tyłów namiotów. Na szczęście z palców wyrastały jej pazury. Wysunęła je i zrobiła przejście w jednej ze ścian. Wślizgnęła się do środka i z największą ostrożnością przeszukiwała ich rzeczy. Gorycz pomrukiwał delikatnie. Zasnął na jej głowie. Bezużyteczny stwór.

 

Dobrała odzież, znalazła coś jadalnego. Zrezygnowała z butów, nawet jeśli stopy bolały ją okropnie drażniła ją izolacja od ziemi. W końcu zrobiło się jej cieplej, ssanie w żołądku ustało. Ziewnęła. Wyjrzała z namiotu osądzając obozowiczów.

 

Nie była pewna, ale większość z nich dorównywało jej wzrostem. Naliczyła dwanaścioro i trójka z nich mogła uchodzić za kogoś dorosłego. Wyglądali na tak samo niedokończonych jak reszta. Szkic, koncepcja, zarys, cienie na ścianach jaskini.

 

Czy była taka sama? Gorycz drgnął, ale nie zwracała na niego uwagi.

 

Podkradła się do najbliższego dzieciaka i uklęknęła nad nim. Leżało w rozkopanym barłogu opierając głowę na wyciągniętym ramieniu leżącego na plecach współplemieńca. Dotknęła faktury skóry, czuła bijące z niej ciepło. Nacisnęła za mocno, obiekt badań warknął przez sen i zamachnął się. Nie trafił, zamlaskał i ponownie zasnął.

 

Byliby smaczni? Pożywni?

 

Krew tamtych dwunogów sprawiała jej wiele radości. Jedzenie ich mięsa nie należało do najlepszych doświadczeń, ale dlatego, że stracili świeżość. Mogłaby kazać Goryczy, aby dyskretnie pourywał im głowy, ale i tak nie zje ich wszystkich zanim się zepsują.

 

Rozmyślenia przerwał jej odgłos tłuczenia. Zamarła w bezruchu, poruszała samą gałką oczną by wyśledzić źródło hałasu. Okazało się, że jeden z dorosłych osobników dokarmił ognisko. Dodatkowe szczapy jakiegoś paliwa ochoczo zostały ogarnięte przez płomienie, na jedną chwilę światło wzmocniło się rozdając ciepłe pocałunki. Słuchała bardzo uważnie, bała się poruszyć, aż przebudzony zniknął.

 

Odczekała jeszcze chwilę, po czym powoli obróciła głowę. Ogniomistrz wrócił do snu. Postanowiła się wycofać.

 

Znalazła zadaszoną kryjówkę. Zabrała jeszcze flaszkę z wodą i zawinięty kawałek jakieś słodkawej, suchej bryły.

 

-Moja pani- Odezwał się Gorycz, gdy byli poza zasięgiem słuchu- Co planujesz?

 

-Obserwować- Odpowiedziała.- Powiadom mnie gdy wstaną. Potrzebuje odpocząć.

 

***

 

Sen bez marzeń przerwał gniewny wrzask.

 

-Moja pani, jedzenie wstało.

 

Miałgorzata nie odpowiedziała. Przeciągnęła się na leżąco, podczołgała i wyjrzała ponad krawędź kryjówki.

 

Grupka dwunogów stała w grupie, wytykała się palcami i wrzeszczała do siebie. Jeden z większych stał nad nimi, emanował spokojem zwracając się do każdego z nich osobno. Wysłuchiwał ich cierpliwie, kiwał głową, wskazywał coś palcem, aż w końcu wszyscy się rozeszli. W tym samym czasie wyższe z obozowiczów zajmowali się przygotowywaniem śniadania. Zaraza, źle trafiła, spiżarnia była w namiocie po drugiej stronie.

 

Z fascynacją obserwowała rytuały towarzyszące przygotowaniom przed posiłkiem, w trakcie i po jego zakończeniu. Młodsi patrzyli na siebie złowrogo, naburmuszone twarze dawały im komicznego wyrazu. Parsknęła w rękę. Nie tylko ją to śmieszyło, najwyżsi ze stada również zaczęli sobie dowcipkować. Co dziwne, ich sardoniczne głosy były na tyle zaraźliwe, że atmosfera się rozjaśniła. Wkrótce wszyscy zaczęli się śmiać, aż końcu podzielili się na dwie grupy.

 

Pierwsza zabrała kilka rzeczy i opuściła obóz.

 

Druga zaczęła sprzątać po śniadaniu.

 

Miałgorzata postanowiła kontynuować obserwację.

 

-Gorycz, śledź drugie stado i wróć z nim, albo następnego dnia.

 

-Rozkaz, moja pani- Koszmar wpełznął pomiędzy bloki i zniknął.

 

Skupiła się na obozie.

 

Łącznie pozostały cztery osobniki. Jedna wyższa i trzy maluchy. Mieli na sobie osobliwe stroje, chyba już je kiedyś widziała. Nazywały się "sukienkami". Najstarsza miała spódnicę sięgającą stóp, mniejsze wydawały się być tylko owinięte płachtami materiału. Nie potrafiła wskazać więcej cech, istoty wydawały się zbyt osobliwe. Różniły się wielkością, ale miały głowy, pary rąk i nóg. Twarze drapieżników, ale o wiele bardziej płaskie od niej. Poza tym różniły się wszystkim innym. Jakby za wszelką ceną pragnęli unikatowości, ale jednoczyła ich wspólna idea bycia człekokształtnym.

 

Czuła się już okrutnie znużona, ale była wytrwałym łowcą.

 

W końcu ogon zakołysał się z ekscytacji. Największa wzięła ze sobą najmniejszą z miotu. Podniosła jakiś kosz, wydała instrukcję pozostałej dwójce, po czym odeszła w kierunku przeciwnym do drugiej grupy.

 

Jedna para. Były mniej więcej podobnej postury. Wydawało się, że odprawiły jakiś rytuał mający wyłonić pana i sługę. Przyjemnie się to oglądało pomimo, że nie przelała się ani jedna kropla krwi, ale nie obyło się bez rękoczynów. Walka dobiegła końca, pomioty zaczęły przekładać przedmioty prawdopodobnie szykując się do przygotowania posiłku. Cała ta sprzeczka wydawała się bez sensu, skoro na koniec i tak działają wspólnie.

 

Co powinna zrobić?

 

Z zasadzki powinna zabić ich bez problemu, ale byłoby to rozwiązanie tylko na chwilę. Potrzebowała czegoś lepszego.

 

Zgłodniała. Pociągnęła łyk wody z flaszki, a następnie odwinęła pakunek odrywając kęsy twardo-miękkiej bryły.

 

Snucie planów przerwało jej natarczywe kłucie wewnątrz czaszki. Spojrzała w stronę wskazywaną przez intuicję i zobaczyła skradającego się Gorycz. Dziwnie się zachowywał, gdy tylko zdał sobie sprawę, że został zauważony zrezygnował z podchodów i poruszał się o wiele szybciej. Co chodzi po głowię temu przeklętemu potworowi?

 

-Moja pani, wieści.

 

-Mów.

 

-Śledzone tuszyczki zawędrowały do miejsca gdzie zbierają się inne dwunogi. Używają narzędzi, aby wykopywać doły. Odłupują kawałki bieli, składują, szlifują, kształtują. Robili to cały czas, ale teraz zmierzają tutaj. Całą grupa. Żadnych ofiar.

 

-Dobrze się spisałeś. Masz- Podsunęła mu resztę bryłki. Gorycz zaciekawiony obejrzą ją z każdej strony, odważył się delikatnie wysunąć macki i posmakować. Wycofał się gwałtownie zachowując się jakby miał torsje.

 

-Moja pani. Obrzydliwość. To obrzydliwość. To pasza dla tuszyczek. Ble.

 

-Nie jesteś głodny?

 

-Moja pani. Nie. Wokoło stada przebywało mnóstwo szczurów.

 

Pokiwała głową.

 

Najwyższa wróciła ze sprawunkami i mniejszym dwunogiem na drugiej ręce. Pogawędzili wspólnie kończąc gotowanie.

 

Pachniało wspaniale. Nad ogniskiem ustawili olbrzymie naczynie, dorzucili paliwo do ognia, a zawartość kotła bulgotała jak potworna gardziel. Wrzucali najróżniejsze porcje składników, mieszali, dosypywali coś z mniejszych pojemników. Po każdym dodatku pachniało tylko lepiej i lepiej.

 

Znowu to ukłucie. Miałgorzata popatrzyła we wskazanym kierunku. Szczury i inne podobne im stworzenia. Zwabieni przez zapachy zwiadowcy nieumiejętnie wychylali się z kryjówek obserwując obozowisko.

 

-Gorycz.

 

-Tak, moja pani?

 

-Wyczuwasz towarzystwo?

 

-Tak, moja pani.

 

-Ja też. I nie podoba mi się to.

 

Wąż rozwinął się, zawisł nad nią kołysząc delikatnie okiem jakby chciał odwzajemnić spojrzenie.

 

-Zrozumiałem, moja pani- Zadrżał z ekscytacji po czym zniknął pośród bałaganu. Nie minęła chwila gdy rozległ się przeszywający pisk mordowanych stworzeń.

 

Potępienie, zaklęła Miałgorzata, też chciałabym się rozruszać.

 

***

 

Gorycz powrócił, a jego aura samozadowolenia na jedną chwilę zastąpiła słońce. Siedziała w kryjówce i z nudów wysłuchiwała przechwałek koszmarnego węża patrząc przy tym na sklepienie pieczary. Tęskniła za otwartymi przestworzami, chciała zobaczyć świt. Brakowało jej tego pobudzającego uczucia za każdym razem gdy zalewał ją blask.

 

Obserwowała stado jeszcze przez kilka dni żywiąc się dziesięciną przynoszoną przez sługę. Zdziwiło ją, że lepka mgiełka spijana z trucheł szkodników była smaczniejsza, oraz pożywniejsza od mięsa dwunogów. Na czym polegała różnica? Potępienie, to przypomniało o upajającej słodyczy krwi. Warknęła. Obecne życie było dalekie od satysfakcji.

 

Jedzenie z kotła starczyło obozowiczom na trzy dni. Rytuały powtarzały się za każdym razem i one stały się już nużące. Nie dowiedziała się niczego nowego, nie przywykła do dziwacznego wyglądu. Irytacja. Wszystkie myśli tonęły we wrzącym morzu rozdrażnienia. Zapachy gotowanej strawy utkwiły w nozdrzach dręcząc ją nieustannie.

 

Nie może spędzić tutaj reszty życia. Musi podjąć świadome działanie, albo oszaleje.

 

Pokiwała głową, zerknęła na śpiącą Gorycz. Obudziła go dokładnie tłumacząc plan.

 

***

 

Stado podzieliło się na dwie grupy; robotnicy poszli kopać, a resztą oporządzała obóz. W ogóle dlaczego żyli w takim koczowisku zamiast w domu jak reszta ich pobratymców?

 

Nie ważne.

 

Miałgorzata zbliżyła się do pierwszego namiotu. Najwyższa z najniższą opuściły ostatnią parkę by znowu zapełnić kosz sprawunkami. Pozostała dwójka stała nad stołem i obdzierała ze skóry małe, obłe, podłużne przedmioty, a następnie kroiły na mniejsze kawałki. Wydawały przy tym lekkie, rytmiczne dźwięki. Raz na jakiś czas patrzyły na siebie, chichotały, szturchały, ale bez napięcia towarzyszącemu walce na śmierć.

 

Po tych wszystkich dniach wnikliwej obserwacji wyciągnęła jeden znaczący wniosek.

 

Obozowisko właśnie teraz najbardziej jest podatne na atak.

 

Rzuciła ostatnie spojrzenie na kucharki, po czym poszła śladem opiekunki.

 

***

 

Kosz niesiony przez większego dwunoga wyglądał na cięższy, niż ostatnio. Nawet brzdąc niósł własny pakunek. Cały czas do siebie mówili.

 

Zaczaiła się w alejce, ukryta pośród gruzu doliczyła do trzech gdy ich wyminęli. Cicho dołączyła do pochodu wyrównując z ofiarami krok. Jako, że większa często patrzyła na podopieczną kotka trzymała się jej prawej strony. Przyśpieszyła, zbliżali się do punktu ataku. Wcześniej uważnie sprawdziła trasę. Za trzynaście kroków będzie wnęka w której spędzą ostatnie chwile swojego życia.

 

Miałgorzata skoczyła na plecy opiekunki, a ta wrzasnęła. Krzyk zmienił się w bulgotanie gdy pazury z łatwością rozdarły jej gardło. Struga krwi trysnęła na chodnik, pod wpływem ciężaru napastniczki upadła na twarz drżąc w konwulsjach. Łowczyni nie czekając na atak drugiego stworzenia wycelowało w nią pazurami i spięła się do skoku.

 

Zamarła.

 

Dziecko. Dziecko patrzyło wielkimi, dziwacznymi oczami. Nabrały szklistości po czym rozpłynęły się kryształowymi kroplami. Cokolwiek trzymało w rączkach opuściło to, padło na kolana i jak robal podpełzło do wykrwawionej zwierzyny. Wtuliło się w nią w absolutnej ciszy. Szturchało, pragnęło, aby objęło ją bezwolnym ramieniem, ale nic się nie działo.

 

Miałgorzata nie była wstanie się ruszyć. Obserwowała to jak zaczarowana. Przekrzywiła głowę, dotknęła pazurami ziemi nadal była gotowa do skoku.

 

Wtedy dziecko podniosło się na kolana. Popatrzyło na nią przeszywającym spojrzeniem. Coś się działo. Coś niewidocznego od czego włosy na głowie i karku łowczyni zaczynały się stroszyć, a skóra cierpnąć.

 

Nie mogła zignorować tego uczucia zagrożenia. Rzuciła się z pazurami do gardła dziecka. Powaliła ją fala wezbranego wiatru. Zdezorientowana kotka przetoczyła się po ziemi zatrzymując na ścianie gruzu. Czując, że to nie koniec zerwała się do biegu. Miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżała zniknęło zmiażdżone niewidzialną siłą.

 

Co tutaj się dzieje?!

 

Skakała po ścianach, murach, stosach zaledwie o jeden skurcz serca wymykając się śmierci. Udało jej się kilka razy zbliżyć na długość pazurów do małej wiedźmy, ale ostrzegana przez instynkt odskakiwała chwile przed zmiażdżeniem.

 

Dziecko padło na kolana. Podtrzymywało się jedną ręką, a drugą starało się wycelować. Zauważyła jak palce zaciskają się to otwierają. Nie rozumiała tego gestu, przestała odczuwać wahania ciśnienia. Postanowiła przejść do ataku. Skręciła gwałtownie po prostopadłości, zaszarżowała i w dwóch susach wyskoczyła szczerząc kły.

 

Wiedźma wstała kolana, rozłożyła dłonie i gwałtownie klasnęła. Tylko, że zamiast połączyć wnętrza dłoni zatrzymały się, a łowczyni zawisła w lodowatym powietrzu.

 

Niewidzialna siła miażdżyła ją z dwóch stron, mordercza pantomima nawiedzonego pomiotu wyciskała z niej życie. Poderwała głowę by lepiej przyjrzeć się ofierze. Zgięła palce jak szpony po czym zaczęła wykręcać powietrze. Miałgorzata zawyła.

 

NIE. NIE ZGINĘ. NIE TUTAJ. NIE.

 

Zaczęła stawiać opór przywołując z wnętrza siłę, jakiej użyła do wyleczenia przebitej piersi. Z porów skóry zaczęło wyciekać mleczne światło, promienie zakrzywiły się naśladując kokon, aż w końcu dopasowały się do kształtu trzymających ją niewidzialnych dłoni. Pojedynek siły dobiegł końca gdy doszło do wybuchu. Łowczyni zawirowała w powietrzu i łupnęła o glebę. Wiedziała, że śmierć może nadejść w każdej chwili. Zmusiła drżące mięśnie do ruchu. Wyszczerzyła kły. Podniosła głowę.

 

Jej przeciwnik leżał.

 

Kotka skonsternowana powoli podniosła się na nogi i wykonała niepewny krok. W końcu stanęła nad ofiarą, była niewiele mniejsza od niej i wyglądała okropnie. Te dziwaczne ślepia obrosły czerwonymi pierścieniami skąd wypływały czerwone strumienie. Jucha poszła również przez nozdrza, usta. Faktura skóry nabrzmiała i popękała w kilku miejscach.

 

Spostrzegła coś jeszcze. Przeciwnik padając wyciągnął rękę w stronę opiekunki. Opuszki palców były zaledwie o włos od ramienia. Miałgorzatę zafascynował ten gest. Straciła rozum pod koniec walki i szukała pomocy u trupa?

 

Łowczyni zrobiła oględziny swojego zmaltretowanego ciała. Przed nią było jeszcze mnóstwo roboty. Jeśli reszta jest tak samo zadziorna popełniła ogromny błąd. Trudno. Podjęła decyzję.

 

Uklęknęła nad mniejszą zwierzyną i rozdarła jej gardło pazurami. Zaczęła chłeptać jeszcze gorącą krew. Jakąkolwiek mocą dysponowała ta krucha istota czuła jej światło w każdym łyku. Może polowanie jednak nie było tak dużym błędem.

 

***

 

Para pracująca w kuchni nie zdawała sobie z niczego sprawy. Radosne zawodzenie trwało w najlepsze. Pokrojone składniki zaczęły znikać w parującym kotle. Praca powoli dobiegała końca roznosząc smakowitą woń.

 

Łowczyni cierpliwie czekała, aż wszystkie składniki skończą w garze. Starsza z kucharek zaczęła mieszać we wnętrzu chochlą mówiąc coś do pomocniczki. Te wzbraniała się przez chwilę, ale gdy pani udała, że zamierza do niej podejść ta śmiejąc się odbiegła. Oczywiście pozorne nieposłuszeństwo skończyło się jak zwykle. Służąca zaczęła nakrywać do stołu. Gdy będzie już przy końcu zorientuje się, że zabraknie jednego z talerzy. Poprzedniej nocy Miałczyńska była bardzo pracowita.

 

Władczyni zajmowała się dodawaniem przypraw i mieszaniem podczas gdy druga utknęła w namiocie przekopując skrzynie w poszukiwaniu przedmiotu, którego nigdy nie znajdzie. Kotarzyna przekradła się przez obozowisko wykorzystując stukanie chochli do zamaskowania swoich kroków. Wślizgnęła się do środka, zobaczyła plecy służki nachylonej nad kufrem. Cały czas mówiła coś do siebie pod nosem. Doskonale.

 

Jednym susem skróciła dystans. Ofiara wzdrygnęła się, odwróciła się mówiąc coś podniesionym głosem, ale w ostatniej chwili słowa ugrzęzły jej w gardle. Pazury otworzyły aorty niszcząc struny głosowe. Krew trysnęła na Kotarzynę, a ta błyskawicznie pochwyciła służkę pomagając jej cichutko opaść na ziemię. Rozsmakowała się we krwi. Oprzytomniała dopiero po natarczywych nawoływaniach z zewnątrz.

 

Przetarła usta, oblizała palce. Rozcięła ścianę namiotu i wyszła.

 

Okrążyła pałatkę zatrzymując się za krawędzią. Nasłuchiwała.

 

Wyobraźnia podsuwała jej tłumaczenie nieznanego języka. Pani zaniepokoiła się, że służąca przestała nagle się tłuc szukając brakującego naczynia. Nadal mieszała w garze grożąc konsekwencjami jeśli nie przestanie się wygłupiać i karnie zjawi się przed nią by wysłuchała reprymendy jak należy. O, teraz straciła cierpliwość. Zeszła z niewielkiego podestu, podeszła do namiotu, zajrzała do środka i wrzasnęła.

 

Łowczyni podkradła się i jednym zdecydowanym ruchem przerwała nici życia. Ponownie przyssała się do tryskającej krwi. Piła życiodajne soki dopóki urzekający zapach gotującej się zupy nie przywołał jej do siebie. Wyrwała chochle i pospieszyła się z degustacją.

 

Nabrała wywaru na łychę pamiętając o ostygnięciu.

 

Cudowne. Zachwycające. Niesamowite. Zapach okazał się być niczym w porównaniu z tym smakiem.

 

W końcu pierwszy raz w tym życiu poczuła się nasycona. Rozsiadła się przy ogniu i patrząc jak unosi się aromatyczna para czekała na ostatni etap planu.

 

***

 

Wstała po usłyszeniu krzyków.

 

Hałas się nasilał, a ona się przeciągnęła przywracając krążenie w zmęczonych mięśniach. Głosy docierały z daleka, Kotarzyna przejrzała w głowię mapę terenu, wykonała kilka skłonów i pobiegła na miejsce zasadzki.

 

Przyczaiła się przed zakrętem. Wspięła się na mur porzuconego budynku, poszła zgodnie z wyznaczonym szlakiem i wyjrzała z wyrwy na rozgrywającą się poniżej scenę.

 

Gorycz był przerażający.

 

Zataczał kręgi dookoła zbitych w grupkę ofiar wzbudzając grozę chłostającymi powietrze mackami spod oka. Widziała trupy leżący w dole drogi. Wysłuchał jej instrukcji i zaczął zabijać ich jednego po drugim zaczynając od najwolniejszego osobnika. Im bliżej domu, tym poczucie bezpieczeństwa coraz większe, przez co czujność spada do bardzo nierozsądnego poziomu. Kiedyś śniła o podobnej historii.

 

Minusem tego planu był rodzaj powalonych celów. Poległy cztery najmniejsze sztuki, które nawet nie miały szansy na obronę. Reszta również wydawała się bezbronna, w końcu nie nosili narzędzi ze sobą. Dlaczego więc Gorycz jeszcze z nimi nie skończył?

 

No tak. Oczywiście byli czarownikami.

 

Gdy koszmarny wąż szarżował odbijał się od ściany światła. Gdy zatrzymywał się chociaż na chwilę inny zaklinacz łapał niewidzialnymi kończynami głazy i ciskał nimi w potwora. Miałczyńska była pod wrażeniem sprawności poddanego.

 

Gorycz ją spostrzegł. Kiwnęła mu głową.

 

Koszmar skoczył. Oczywiście odbił się od świetlistej tarczy, ale na ten moment oślepiającego rozbłysku Kotarzyna liczyła.

 

Bezszelestnie wyskoczyła z dziupli łapiąc za głowę najbliższy cel. Wytrącony z równowagi poddał się jej masie i runął twarz plując krwią z rozszarpanej gardzieli. Atak z dwóch stron wywołał panikę, pozostała trójka wpadła w popłoch. Tarczownik rozproszył się, zgromadził światło między palcami szykując pocisk. Gorycz tylko na to czekał. Podpełznął pod niego i wyskoczył chwytając i gruchocząc kark.

 

Gniew czarownika od kamieni skupił się na niej. Nie zdążyła wyrwać palców gdy rozwścieczony dwunóg pchnął w nią ścianę ryczącego wiatru.

 

Poleciała na plecy ciągnąc za sobą trupa. Jęknęła zdziwiona ciężarem ofiary.

 

Mogła jedynie nasłuchiwać, kakofonia przemocy i krzyków trwała jeszcze tylko przez chwilę.

 

Obok zwaliło się bezgłowe ciało.

 

-GORYCZ- Rzęziła- ŚCIĄGNIJ TO ZE MNIE.

 

Zdziwiła się, bo wykonał polecenie od razu. Zawisnęło nad nią natarczywe, wielkie oko.

 

-Moja pani- Zasyczał podekscytowany.- Podbój zakończony. Wygraliśmy. Wygrałaś. Obozowisko należy do ciebie. Będziemy ucztować na ich dobrach przez wiele, wiele tygodni.

 

Usiadła oceniając pobojowisko. Oblizała wargi licząc ile łyków posoki pozyska z każdego wora mięsa, aż chciwe spojrzenie nie spoczęło na maluchach rozwleczonych po drodze.

 

-Moja pani?

 

-Zabierajmy się do pracy- Powiedziała. Pokręciła głową. Wstała otrzepując się z pyłu.- Zanim zaczną gnić.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania