Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
"Teatr cieni" Rozdział 9
Oślepiająca biel pękła uwalniając powódź wielobarwnego światła.
Ból. Istniało tylko cierpienie. Ciągnięta przez nieznaną siłę czuła miriady igieł przeszywające astralne ciało. Dziwaczna erozja magicznego świata wymazywała ją warstwa po warstwie, aż została pozbawiona możliwości odczuwania czegokolwiek.
Żadnych uczuć, myśli i emocji. Tylko niebyt.
***
Lodowate zimno przywróciło przytomność. Zdezorientowana krzyczała ze zgrozy starając się zaprząc zmysły do pracy. Nic nie widziała, nie słyszała, chwyciła dłońmi do twarzy, ale nie miała kończyn. Miotała się w ciemnościach szaleńczo szukając czegokolwiek do pochwycenia się, bo uparcie odmawiała pogodzenia się z kalectwem.
Udało się. Złapała coś, ale nie potrafiła zacisnąć palców, więc spadała dalej. Młóciła przestrzeń napotykając coraz więcej przeszkód, aż zaplątała się i zawisnęła w przestrzeni. Czuła naprężenie, drżenie nici, a może pnączy.
Zobaczyć. Pragnęła otworzyć oczy, bo przecież wie, że je miała. Jedno lazurowe, drugie szmaragdowe. Dwie gałki oczne umiejscowione w czaszce, wystarczy tylko przemóc lodowaty nacisk i podnieść powieki...
Kurtyna odkryła scenę pełną obłędu. Rozglądała się we wszystkie kierunki, aż utkwiła wzrok we własnym ciele.
Zniknęło. Jej ciało zniknęło. Zamiast korpusu i kończyn patrzyła na plątaninę powykręcanych gałęzi udających ręce, oraz nogi jak w jakieś ponurej grotesce. Kościane witki były częścią większej osnowy, była jak mucha przyklejona do pajęczyny i dostrzegała inne ofiary tkwiące w abstrakcyjnym gąszczu.
Dostrzegała gałki oczne na szypułkach podobnych do ślimaków, oraz zlepki najróżniejszych kończyn wijących się w desperackiej próbie wyrwania się z pułapki. Gdzieniegdzie widziała usta, uszy, oraz inne niezrozumiałe narządy.
Spojrzała w górę. Miała nad sobą baldachim z białych pnączy i abstrakcyjne stworzenia desperacko wyrywające się z matni. Pomiędzy prześwitami migotało lazurowe światło, powietrze drżało jak woda, ale obraz nie był rozmazany. Dlatego dostrzegła dziwaczne istoty żerujące na więźniach.
Zamarła skupiając wszystkie zmysły na leniwie przelewające się obłoki. Miały mleczny kolor i kłębiły się jakby z każdej strony były uderzane przez niewidzialnych oprawców, tylko, że nie zdawały się przez to cierpieć.
Obserwowała jak chmura zatrzymała się nad grupką sąsiadów. Z pomiędzy oparów wysuwały się odnóża, macki, ręce i łapska. Chwytały, wyrywały, rozrywały i miażdżyły uwalniając z kośćca wrzeszczące mleczne płomienie. Kończyny podawały esencje do uformowanych otworów gębowych. Po skończonym posiłku chmura wracała do pierwotnego kształtu kontynuując wędrówkę do kolejnej grządki.
-NIE- wrzasnęła.- NIE. NIE. NIE.
Patrzyła na zbliżającego się potwora.
Chciała się obronić. Pragnęła stawić opór. Przeczuwała, że potrafi. Wiedziała jak to zrobić, ale potrzebne ku temu wspomnienia były nieobecne. Czuła się jak spustoszony plaster miodu.
Potworny obłok zatrzymał się nad nią i zaczął się przeobrażać. Przyjmował kształty drapieżników. Zupełnie jakby stwór żerował na głęboko zakorzenionych lękach. Nagle chmura stała się niedźwiedziem, pająkiem, wężem, albo konglomeratem wszelkich mięsożernych stworzeń o których kiedykolwiek się dowiedziała.
Pożeracz rozpostarł kończyny. Słyszała jak sąsiedzi są już pożerani, uformowane mordy, paszcze, żuwaczki otwierały się przyjmując pokarm. Zanim mleczne płomienie znikały w otchłani na jedną, krótką chwilę przyjmowały zarys postaci.
Poczuła palący, lodowaty dotyk. Patrzyła w otwór gębowy stworzony specjalnie dla niej. Miotała się, wyrywała, a gęba zmieniała się szukając kształtu jaki ostatecznie złamie jej wole. Gdy kształtowanie się skończyło nie patrzyła w oblicze abominacji, ale piękne niewinne rysy twarzy kogoś ważnego. Kogoś, kogo niedawno wyrzeźbiła z czerwonego światła. Ogarnięta przytłaczającą tęsknotą, żalem, smutkiem odrętwiała z rozpaczy, dlatego nie poczuła jak pękły pierwsze kości.
Ból. Znowu wypalający świadomość ból. Patrzyła jak stwór pożera resztki jej istoty i wtedy wykrzywiona w ekstazie piękna twarz ugryzła splątaną z esencją karmazynową nić. Istota zamarła. Przeżuwała przez chwilę krzywiąc się coraz bardziej, aż zniknęła maska, a po niej gęba. Obłok zadrżał i otworzył nieprzeliczone ślepia skupiając na niej różnorodne źrenice.
Pożeracz stworzył smukłe dłonie i wydłubał karmazynową nić. Nawijał włóczkę, a dotyk pokrywał splot szronem. Zawyła czując kaleczące wnętrzności kryształki lodu.
Usłyszała coś jeszcze. Jakby drżenie biegnące wzdłuż nici. Pochwyciła irytacje, gniew, aż w końcu splot zaczął krwawić smołą. Pożeracz przerwał pracę skupiając oczy na substancji. Gęsta ciecz napuchła formując smukłą głowę, a w niej pięć oczu. Czarna twarz wpatrywała się w Pożeracza, po czym obróciła się w jej stronę, a rytm gniewu zmienił się w zaciekawienie.
-Interesująca z ciebie tuszyczka- usłyszała.
Pożeracz zaatakował zmieniając całą swoją postać w plątaninę zniszczenia, ale kaskada ciosów rozbiła się o runiczną tarczę. Smoła uformowała dłoń i wbiła ją w stwora wyciągając włóczkę, po czym rozciągnęła się jak płaszcz okrywając ofiarę i wyrywając z sieci.
Popłynęła w dół kloacznego strumienia.
***
Podczas podróży czuła się obserwowana, badana, prześwietlana. Nie tylko przez swojego wybawiciela, ale czające się na granicy percepcji podmioty. Przemieszczała się błyskawicznie, ale wystarczająco długo, aby zauważyła uformowane z chaosu barw ściany.
Nagle wszystko się skończyło. Plasnęła o coś twardego i rozlała się jak kałuża. Nie zdążyła pomyśleć, gdy zewsząd rzuciło się na nią robactwo. Czuła jak nieprzeliczone żuwaczki, palce, mordy starają się rozerwać na strzępy. Zmieniła jednego pożeracza na miriady pomniejszych.
Nie czuła bólu, a jedynie pierwotną potrzebę ochrony i ucieczki. Czuła jak kipiel w którą się zamieniła stara się uformować kończyny jakimi mogłaby się odpędzić od padlinożerców. Próbowała zacieśnić swoją istotę, zmusić płynną postać do zmiany stanu skupienia, aby pokryć miękkie wnętrze czymś twardym takim jak skóra.
Była słaba. Nie miała siły. Instynkt przetrwania to za mało, potrzebowała energii. Musiała się pożywić.
Ogarnięta gniewem złapała garść robactwa i wepchnęła do krzyczących ust. Mieliła, miażdżyła niewielkie duchy więżąc w swoim wnętrzu i zmuszając do pracy. Jednych jeńców wykorzystywała jako robotników, drugich jako budulec. Zmieniała swoją postać w obsadzoną fortecę na tyle potężną, że próbujące żerować robactwo wreszcie rozpierzchło się ze strachu.
Tkwiła w bezruchu starając się zapanować nad konstrukcją. Czuła się ucieleśnieniem nowego świata. Czuła jak tkwiące w niej duchy pod wpływem jej woli formują cywilizacje wznosząc gmachy mające ułatwić jej funkcjonowanie, a im zapewnić bezpieczeństwo.
Wreszcie zachłysnęła się zatęchłym powietrzem, wydobyła z siebie krzyk nowonarodzonej istoty i otworzyła oczy.
Nie pojmowała co widzi. Nie była wstanie pojąc na co patrzy. Natłok obrazów i kształtów doprowadził gałki oczne do wybuchu. Wrzasnęła z bólu, padła na kolana, a samoistnie wyrośnięte uczy pochwyciło niewyobrażalny pisk i implodowały. Padlinożercy wyczuli jej słabość, poddani odczytali omeny dając początek wojnie domowej.
Ponownie zmieniała się w kałuże, w pierwotną maź, nie mogąc sobie poradzić z boskim aktem stworzenia.
***
Poczuła kojący dotyk obcej woli i spływający na nią spokój.
-To byłoby fascynujące- Usłyszała.- Patrzeć jak od zera starasz się zbudować własną postać, tożsamość i tak dalej. Problem w tym, że w obecnych okolicznościach, brakuje mi czasu.
Była pyłem, któremu nadawano kształt. Wisiała w ciepłych objęciach odcięta od grozy życia. Ciemność przestała być straszna, stała się kojąca. Bezpieczna.
-Jak masz na imię?
Niespodziewane pytanie dźgnęło w mózg, palący ból otworzył oczy. Wrzące barwy wdzierały się do oczodołów, wlewały się do czaszki i krzyczały. Nieprzeliczone głosy domagały się czegoś, błagały, groziły, a ona nie miała najmniejszego pojęcia o co im chodzi. Czuła jak dygocze ze strachu. Pragnęła zatrzasnąć powieki, ale nie była wstanie.
-Jak masz na imię?- Usłyszała.
Ból. Znowu ból. Była już nim zmęczona. Dlaczego, cokolwiek się dzieję, nie mogło się po prostu skończyć?
-Masz pecha. Jesteś mi potrzebna. A teraz mów. JAK MASZ NA IMIĘ?
Imię. Imiona. Miała ich kilka, które było prawdziwe?
-Które tylko zechcesz.
Nie chciała żadnego. Jakiekolwiek próbowała przywołać z odmętów pamięci niosło jedynie gorycz.
-A co z imieniem, którym zwracała się do ciebie Ona?
Powódź kolorów zatrzymała się, zawirowała przyjmując kształt postaci. Dziewczynki, nastolatki, młodej kobiety. Piękna twarz, zawsze życzliwie uśmiechnięta i oczy, roześmiane, za każdym razem gdy tylko miały okazje się spotkać.
-Jak się ONA do ciebie zwracała?
-Kas. Sandra. Kasandra. Jestem Kasandra.
Chaos nagle przeminął. Mrugnęła patrząc w obce sklepienie. Rozłożyła palce i przesunęła nimi chłonąc fakturę podłoża. Reszta jej nagiego ciała czuła jedynie szczypiący chłód.
-Wreszcie- Usłyszała- dostroiłaś się do Baśni.
-Co?- Odwróciła się do źródła głosu i wzdrygnęła się, poderwała na drżące kończyny starając się jak najszybciej oddalić od Upiora.
Była słaba jak dziecko. Płaszczyzny pomieszczenia były rozświetlone własnym światłem, im dłużej patrzyła się na ściany tym szybciej traciła chęć do ucieczki. Ugrzęzła pomiędzy potworem za plecami, a grozą groteskowej scenografii.
Usiadła na piętach i zwiesiła dłonie patrząc na niezliczone twarze składające się na fakturę ścian i podług. Dostrzegała pulsujące żyły roznoszące światło pomiędzy osobliwymi organami. Spojrzała na posadzkę i gapiła się na prześwity pomiędzy kościanymi płytkami. Siedziała na poskręcanych cielskach obcych stworzeń, a pomiędzy nimi żerowało robactwo, albo miniaturowe człekokształtne stwory.
-Co to jest? Gdzie my jesteśmy?
Wzdrygnęła się słysząc jak N.I.A sunie przez przestrzeń jakby ocierał się łuskami o zatęchłe powietrze. Nim zdążyła zareagować pochwycił ją, unieruchomił i rozwarł szczęki.
-Nie mam czasu na twoje kwilenie, tuszyczko. Musimy ruszać, a nie chce, żebyś się za mną wlekła. Jesteś osłabiona. Potrzebujesz pokarmu.
Patrzyła rosnącymi oczami jak Upiór wyrywa z posadzki plątaninę soczystych narządów, po czym wyciska zawarte w niej soki prosto do gardła. Miotała się jak mogła, ale strumień słodkawej cieczy nieubłaganie wdzierał się do wnętrzności.
Puścił ją. Upadła na kolana, podparła się czując torsje.
-Ani się waż. Ruszamy.
Złapał ją za kark jak niesfornego szczeniaka i wepchnął w jeden z korytarzy.
Szła przed siebie walcząc z mdłościami.
***
Na końcu tunelu było światło. Skupiła się na blasku za wszelką cenę ignorując rodzące się w głowie teorie. To sen, nic więcej, przecież była w tajnym laboratorium na zielonym poziomie Złoczynu. Jej ciało przebywa w makiecie statku astralnego i to tylko kwestia czasu zanim mieszanka eliksirów wyrwie ją z tego koszmaru.
Tylko, że nie czuła nawet najmniejszej bodźca pochodzącego od materialnego ciała. Nasuwający się wniosek spowolnił krok, a bolesne klepnięcie w pośladek pomogło przyśpieszyć kroku. Warknęła, zaciskając pięści. Poszukała w pamięci jakiegoś zaklęcia ofensywnego, ale zdała sobie z czegoś sprawę:
-Magia zniknęła.
Upiór nie odpowiedział. Złapał ją za ramię i ścisnął zatrzymując. Usłyszała łomot, wzdrygnęła się na odgłosy pękania, rozrywania i lepkiego mlaśnięcia. Pisnęła jak chłodna tkanka uderzyła ją w plecy, zupełnie jakby przyłożono do pleców kawałek mięsa.
-Co ROBISZ?
-Milcz i nie ruszaj się.
Musiał ją przytrzymać, a później zatkać usta gdy dziwaczna tkanka zaczęła się rozrastać, aż w pełni pokryła ciało tworząc czarny kombinezon. Po chwili oderwał kolejny kawałek ściany i zmusił do przekształcenia w płaszcz z kapturem. Ostatni fragment ukształtował w maskę.
-Nie afiszuj się ze swoim ciałem.
Złapała za odzież nie mogąc znieść dziwacznej faktury. Materiał idealnie dopasował się do jej ciała, przylgnęła jak mokra tkanina, ale była mięsista jak druga warstwa skóry.
-Jak mam niby się nie afiszować? Myślałeś nad tym co robisz kreaturo?
-Dlatego dostałaś płaszcz. I zważ na język. On i cała reszta jest darem, który z łatwością mogę ci odebrać.
-Czego ty ode mnie chcesz?
Zatrzasnął palce na gardle i podniósł Kasandrę kilka stóp w powietrze zrównując swoje pięć oczu z jej spojrzeniem.
-Żyjesz. Ale jesteś bardzo daleko od domu. Jeśli będziesz chciała wrócić cała i zdrowa będziesz mi służyć najlepiej jak potrafisz.
-Czy...to...Pakt?
-Nie masz pozycji do paktowania. Jesteś niczym więcej jak zwierzątkiem. Bądź grzeczna, a być może nie pożrę twojej marnej duszy. Nie potrzebujesz wiedzieć niczego więcej. Od teraz odzywasz się tylko za pozwoleniem.
Kasandra przytaknęła.
-Doskonale. A, ja też potrzebuję przebrania.
Puścił ją. Boleśnie wylądowała na podłodze. Patrzyła jak Upiór zmienia wygląd. Smolista postać zagotowała się, rozciągnęła, po czym skurczyła jakby starała się dopasować do niewidocznego manekina.
Przybrał wygląd bezpłciowego człekokształtnego osobnika o rozmytych rysach twarzy wyższego do niej o dwie głowy. Postąpił krok w stronę wyjścia gdy zatrzymał się krzywiąc się w złośliwym uśmieszku.
Ponownie zmienił wygląd przyjmując postać młodej kobiety na której widok serce Kasandry popękało.
-Dlaczego?- Szepnęła.
-Bo cię nie lubię i chce żebyś cierpiała- Sarknęła- Poza tym, czy zasługujesz na coś więcej po tym co Jej zrobiłaś?
-Jeszcze jedno. Od teraz masz się do mnie zwracać Pani. Bądź grzeczna i idź przy nodze. Nie każ mi zakładać smyczy.
Kasandra zapatrzona w delikatną twarz wykrzywioną pogardą nie była wstanie się odezwać.
***
Zachłysnęła się widokiem.
Przed nią rozpościerała się niepojętych rozmiarów olbrzymia pajęczyna. Wydrążone w niciach tunele, kamienice, nory zdawały się móc pomieścić nieskończoną ilość ludzi. Tam gdzie krzyżowały się trakty wzniesiono budowle.
Zatrzymały się przy balustradzie.
Spojrzała w górę. Nad nią rozpościerał się obcy gwiazdozbiór, ale ciemność spajająca gwiazdy zdawała się być porowata, jakby skręcona z gałęzi koron drzew. Od perspektywy kręciło się w głowię.
Opuściła wzrok. Zmrużyła oczy starając się dostrzec kres pajęczyny, ale jedyne co widziała to chropowate ściany, wychyliła się i nie mogła pozbyć się wrażenia, że gargantuiczna konstrukcja powstała w wyłomie plastra miodu.
Spojrzała w dół. Nie była na to gotowa. Pod pajęczyną rozpościerała się wirująca otchłań. Kipiel błękitnego ognia. Patrząc tam czuła jakby otwierała drogę dla czegoś niezmierzonego. Myśli, uczucia, emocje. Widziała ocean, projekcje niezliczonych dusz wrzących pod bursztynową skorupą.
-Całun- Szepnęła. Pacnęła pośladkami na ziemię i cofała się, aż ponownie zniknęła w ciemności tunelu.- Umarłam. To już koniec. Nie żyje.
Czuła rosnącą panikę i gwałtowne szarpnięcie za zwoje umysłu pomogło odzyskać spokój. Zadrżała. Popatrzyła na stojącego w progu Upiora.
-Nie rozumiem. To jest Całun, prawda? Jesteśmy martwi.
-Na kolana gdy ośmielasz się do mnie zwracać bez pozwolenia, tuszyczko.
Nienaturalnie spokojna Kasandra skrzywiła się, ale ciało posłuchało się samo.
-Nie. Nie jesteśmy. Weź się w garść. Nie mogę grzebać ci w mózgu za każdym razem gdy podniesie ci się ciśnienie.
-Musisz...proszę...Powiedz mi o co tutaj chodzi?
-Źle. Spróbuj jeszcze raz.
-Tak, tak. Pani. Proszę. Powiedz mi gdzie jesteśmy.
-Nie.
Zdezorientowana Kasandra popatrzyła na ponure oblicze upiora.
-Powiem to ostatni raz. Panuj nad sobą. Jeśli nadal będę musiała grzebać ci w mózgu z czasem staniesz się bezużyteczna. A teraz do nogi. Przede mną długa droga.
Usta odrętwiały jakby odcięto od nich kanaliki zasilające mięśnie twarzy. Za to nogi bezproblemowo podniosły ją z ziemi. Szła u boku otulonej mrocznym woalem poczwary.
***
Po zobaczeniu pierwszych mieszkańców z bliska Upiór znowu musiał pomóc się uspokoić. Nie byli ludźmi, tylko człekokształtni. Każdy z nich był jak aktor w ledwo dopasowanym stroju odkrywający role w sztucę o miejskim życiu.
Czy każda z tych dusz musiała przechodzić przez to co ona w pierwszych chwilach pobytu tutaj? Duchy ukształtowane jako budulec to śmiertelnicy tak samo jak ona zbyt słabi, aby narzucić wole otoczeniu? Czy gdyby trafiła tutaj samoistnie skończyłaby jak płytka w korytarzu, albo szamoczący się o resztki robal?
Zaczerpnęła głęboki wdech zmuszając się do spokoju.
Weszły w tłum. Ogrom różnorodnych kształtów, kolorów, zapachów, dźwięków dezorientował. Gapiła się na wykute w jedwabiu kamienice, sklepowe witryny zapisane niezrozumiały pismem. Obserwowała fasady murowanych budowli. Dostrzegała windy, kładki, schody, a nawet migające łuki błyskawic łączące poszczególne odnogi sieci.
Spojrzała przed siebie i zamarła. Upiór zniknął pochłonięty przez tłum. Zatrzymała się powodując kolizje, oraz pomruki niezadowolenia. Nie wiedziała co robić, zawołać ją? Użyć telepatii? Nie potrafiła. Zdała sobie sprawę, że nie tylko została odcięta od magii, ale ciało samo w sobie jest dziwnie puste.
Jakiś manekin szturchnął ją bełkocząc coś i żywo gestykulując. Pisnęła i pragnąc wyjść z tłumu skierowała się na obrzeża potoku zatrzymując się pod jakimś szyldem.
Zajrzała do wnętrza sklepu przez szybę. Klienci targowali się ze sprzedawcą. Westchnęła. Widok czegoś znajomego podziałał kojąco. Coraz bardziej czuła się jak w teatrze gdzie aktorzy postanowili szybko wyskoczyć do sklepu kupić jakieś drobiazgi nie mając czasu ściągnąć kostiumów. Tak. To nie Zaświaty, a jedynie pełna ekscentryków dzielnica artystów w Złoczynie.
Zwróciła uwagę na przedmioty. Przekrzywiła głowę. Kryształowe graniastosłupowe pudełka wypełnione dymem podawane przez sklepikarza klientowi, a ten zapłacił jaśniejącymi kulami. Na widok gazowej zawartości poczuła coś na kształt głodu, ale przypominał bardziej zmęczenie spowodowane nadużywaniem magii. Dziwne, nowe doznanie.
Zadumę przerwał jej dreszcz. Wiedziona przeczuciem spojrzała na tłum i dostrzegła najbardziej ludzką postać do tej pory poza N.I.A.
Potężnej postury mężczyzna w płytowej zbroi i wielkim mieczem wystającym zza placów. Hełm trzymał w zgięciu łokcia a płonące lazurowymi płomieniami oczy natarczywie się w nią wpatrywały. Blask płomieni podkreślał bladość cery, oraz splecione w warkocz rude włosy.
Ruszył ku niej. Grymas malujący się na twarzy nie wróżył nic dobrego. Skuliła się patrząc po ulicy, ale nie wiedziała gdzie mogłaby uciec. Nawet gdyby się udało skąd miałaby wiedzieć, czy nie odleci w kosmos przez taką głupotę jak kopnięty nieodpowiedni kamień.
Nagle poczuła zaciskającą się na szyi pętle i gwałtowne szarpnięcie wciągnęło ją w tłum. Nie mogła się obejrzeć, tajemna siła trzymała jej głowo nisko przy ziemi. Ciało uzyskało samodzielnie niosło ją przez korowód osobliwości, aż padła na kolana w jednej z uliczek.
-Ostrzegałam.- Usłyszała. Obroża zacisnęła się utrudniając oddychanie.
Stwór chciał powiedzieć coś jeszcze, ale wciągnął tylko powietrze. Kasandra bała się zrobić cokolwiek. Wyciszyła się i tak jak uczyła się przez większość życia mimowolnie recytowała w myślach mantrę.
-Idziemy.
Szarpnięcie poderwało ją na nogi. Truchtem zagłębiały się w uliczkę, przecięły drogę, przedarły się przez tłum do kolejnej odnogi i tak kilka razy, aż wróciły do normalnego marszu wraz z tłumem. Upiór nic nie mówił, a Kasandra nie pytała.
***
Wędrowały przez lata, albo odnosiła tylko takie wrażenie. Nie odczuwała zmęczenia, pomimo gwiazd na niebie nie było słońca, albo księżyca. Tylko krótkie rozbłyski światła, raz widziała tego źródło- olbrzymi słup białego ognia mknący z kosmosu w środek pajęczyny. Dusze, było jej pierwszą myślą. Całun zaczerpnął kolejny morowy wdech.
Tłumy na drogach nigdy się nie zmniejszały.
Cały czas chodziły głównymi drogami, ale eteryczny wiatr nosił różne zapachy i dźwięki. Gdzieś wytapiano i przekuwano metale. Rąbano, cięto i strugano drewno. Zażynano, oraz oprawiano zwierzęta. Zastanawiała się, czy duchy na prawdę potrzebowały tej całej infrastruktury? Wytarzały przedmioty pierwszej potrzeby, czy dawały zadość zwyczajnej nostalgii?
Skoro Upiór potrafił narzucić swoją wolę duchom i stworzyć z nich odzienie, to czy potrafili to również inni?
***
Szarpnięcie smyczy zatrzymało Kasandrę w miejscu. Spojrzała na porywaczkę z wyrzutem. Zjawa utkwiła okryte woalem oblicze na otynkowanym murze zza którego wyglądała fasada pełnego spiczastych wieżyczek dworku.
Bez słowa pociągnęła smycz w stronę zakratowanej bramy.
Wejście zdobiły białe pnącza przypominające portal. Wyglądało jakby kościotrupi strażnicy postanowili wieść swoją służbę przez wieczność.
Ornament drgnął. Kościotrupy odkleiły się od łuku i rozwinęły jak węże celując w intruzów pikami. W oczodołach zapłonęły purpurowe ogniki.
Oględziny trwały tylko chwilę. Truposze ponownie wróciły na swoje miejsce w akompaniamencie otwierającej się bramy. Zjawa szarpnęła za smycz ciągnąc Kasandrę do środka.
***
Po przekroczeniu bramy szok omal ściął ją z nóg, a po nim gniew wyostrzył zmysły. Rysowała w myślach glify pragnąc rozerwać wszystkich na strzępy, a budynek spalić na żużel.
Ludzie. Przypominali projekcje astralne synalków i córeczek szlacheckich rodów Złoczynu. Przywitały swoją boginię klęcząc w westybule. Z niedowierzaniem patrzyła na ich pełne upojenia twarze. Szczerze czcili tego potwora.
-Zaprowadźcie zwierzątko do celi. Jest cennym aktywem.
-Tak, Wasza Wiekuistość.
Chłopak odebrał smycz, ale uprzejmie wskazał jedne z bocznych drzwi. Kasandra popatrzyła tylko jak otoczona poplecznikami Zjawa wychodzi przez główne wejście.
-Proszę tędy.
Kasandra spiorunowała go spojrzeniem, ale usłuchała. Chwilę później była w czymś na wzór pokoju gościnnego z okratowanymi oknami i solidnymi drzwiami zamykanymi od zewnątrz.
Została sama.
Zerwała z siebie maskę. Po chwili pozbyła się płaszcza i kombinezonu. Spojrzała na swoje dłonie, tułów i resztę ciała. To było jej ciało, oprócz tego, że skóra przypomina wyschnięte płótno. Czuła się jak szmaciana lalka.
Zacisnęła pięści i szczękę.
-Skurwysyny.
Zdrajcy. Odszczepieńcy. Sekciarze. To przez nich tak skończyła.
Czuła jak gniew podsyca migający wewnątrz płomyczek. Migające światełko duszy rozpaliło się do rozmiarów latarni, wypełniło ciepłem szmaciane kończyny, a oczodoły światłem. Znowu widziała wyraźnie karmazynowy węzeł prowadzący do jej prześladowczyni.
Kasandra usiadła na piętach i położyła dłonie na kolanach.
***
-Siostrzyczka Ira.
Od progu rozległ się jedwabisty głos dojrzałego mężczyzny. Ira skierowała okrytą woalem twarz w jego stronę.
-Korach.
-Och, jak oschle. Myślałem, że sama się obsłużysz.
Podszedł do stolika ze spoczywającą na niej karafką ze szklanicami. Obserwowała jak uśmiechnięty gospodarz nalewa trunku i podaje naczynie. Przyjęła podarunek, pozbyła się woalu, podniosła napój pod nos chłonąc wszelkimi zmysłami agonie destylatu z dusz śmiertelników.
-Widzę, że ci się powodzi.
-Każdy kiedyś zaczynał Ira, niedługo dorobisz się własnego łowiska.
Napiła się. Poczuła błogość odżywczego eliksiru. Rozluźniła się, ale zwalczyła pokusę powrotu do prawdziwej postaci. Krzyk przerażonych duchów niesie się bardzo daleko.
-Zwykle wpadasz jak masz kłopoty. Widząc twoją wyniosłą postawę domyślam się, że nawaliłaś i to, aż za bardzo. Nie patrz tak na mnie, tylko mów jak ci pomóc?
Ira osuszyła szklankę i podstawiła pod dolewkę.
-Przedarłam się do Wyraju.
-Gratuluję! Nadal pamiętam moje pierwsze Zstąpienie. Ta ekscytacja z poznawania nowych praw fizyki, magii i zagłębiania natury śmiertelników. Istny natłok wrażeń. Łatwo popełnić błąd. Do dzisiaj noszę blizny po tamtych dniach.
Nie odpowiedziała. Poczekała na kolejny łyk.
-Jawia jest...skomplikowana.
-Odurzająca.
-Tak. Straciłam kontrolę i od tamtej pory wszystko sypało się coraz bardziej.
Korach dopełnił szklankę.
-Przenikanie wymiarów jest trudniejsze, niż się Starszyźnie wydaje.
-Dlatego Starszyzna wybiera do tego zadania tylko najlepszych. Nie przejmuj się, dopiero zaczynasz, masz prawo do potknięć.
-Ale nie aż takich. Ja...rozpadłam się. Zgubiłam strzępy własnego bytu. Próbowałam zebrać się w całość w płytkich warstwach Astralis, ale tuszyczki...zaatakowały mnie. Kult który zbudowałam był taki... bezużyteczny. Zupełnie jakbym przyciągnęła samych nieudaczników. Nadal brakuję mi niektórych fragmentów.
-Ira, siostrzyczko, spójrz na mnie. Każdy kiedyś zaczynał. Opowiadałem ci już o tym. Ja by naprawić własne błędy musiałem wymazać z powierzchni planety cały naród. Misterne budowanie folwarku poszło na marne, bo zlekceważyłem tuszyczki. A teraz? Widziałaś moją służbę. Pochodzą ze świata gdzie powstała cała cywilizacja wokoło mojej osoby jako boskiego założyciela. Cierpliwości, siostro, popełniaj tyle błędów ile potrzebujesz. Najważniejsze, żebyś wyciągała z nich wnioski.
-Dziękuję Korach. Potrzebowałam tego.
-Do usług. A, właśnie. O co chodzi ze zwierzątkiem? Jest Żywą Duszą, co z nią planujesz?
-Cóż. Mój kult został zniszczony, a ona jest jedynym drogowskazem do Jawi jaki mi został.
-Jeśli chcesz mogę...
-Nie. Dziękuję, braciszku. Rada kazała mi odzyskać Wyraj i zamierzam to uczynić. Masz wystarczająco dużo własnych obowiązków. Właśnie. Już wystarczająco długo ci przeszkadzam. Będę się zbierać.
-Och daj spokój. Nie przeszkadzasz. Jeśli chcesz zostań tutaj na trochę, odpocznij, zbierz myśli.
-Nie mogę. Muszę działać. Muszę odzyskać resztę siebie i nie wiem jak długo utrzymają moją sunię przy życiu...
***
Kasandra odczepiła się od splotu.
Skupiona na Więzi odbierała zmysły Zjawy jak swoje własne. Gdy podzieliła smak osobliwego eliksiru poczuła niewyobrażalny przypływ mocy. Przez chwilę poczuła się jakby żyła. Nadpobudliwość przeszkadzała w szpiegowaniu i ze strachu przez zdemaskowaniem wycofała się z powrotem.
-Czy ja właśnie odkryłam spisek duszojadów z Zaświatów? Obłęd. Organizacja wampirów z innego wymiaru infiltrująca i podbijająca całe światy. Muszę...muszę...
Wszystko zaczęło drżeć jakby rozpętał się pożar. Popatrzyła na siebie i czarne płomienie z których utkano całą postać. Dostrzegała zarysy mikroskopijnych istot jakie zamiast trafić do Koła Żywotów poprzez Całun skończyły jako kawałek zeschniętej tkanki. Omiotła spojrzeniem pokój. Meble, panele podłogowe, tynk na ścianach. To wszystko przetworzone duchy śmiertelników zdegradowane do roli budulca dziwacznego świata. Duchowe płomienie trzaskały, skrzeczały, pochwyciły jej spojrzenie i zaczęły wyć, jęczeć i błagać.
-Nie- Złapała się za głowę i przylgnęła czołem do kolan.- Nie wiem jak wam pomóc. Przepraszam. Przepraszam...
Poczuła poparzenie. Pisnęła i skoczyła czując coś pełzającego po plecach. Zaczęła się tarzać, szamotać, aż w końcu pochwyciła jęzor błękitnego ognia próbujący wyswobodzić się z uścisku. Kolor płomienia przypominał jej spojrzenie osobliwego mężczyzny w płytowej zbroi.
Kasandra podskoczyła gdy cała rezydencja zadygotała.
***
Zza drzwi i okien dochodzi hałas. Kasandra spojrzała na pustkę w miejscu klamki. Jeszcze raz prześledziła kraty. Nie miała dość sił by sforsować cokolwiek, więc skłoniła się do jedynej opcji.
Wróciła na miejsce i usiadła na piętach skupiając się na Więzi.
***
Ira okryła się woalem i wybiegła za bratem.
Wymieniała w myślach wszystkie okoliczności w jakich mogło dojść do ataku i wszystkie niechybnie prowadziły do niej.
Korach nic nie mówił. Wyszczerzył się tylko jak podekscytowany dzieciak, ale gdy myślał, że nie widzi jego twarzy przybierał złowrogi grymas.
Wybiegli na dziedziniec.
Przed roztrzaskaną bramą stała grupa ciężko opancerzonych wojów przypominających wyidealizowane postaci z ludzkich legend. Stojący pośrodku rudowłosy mężczyzna prześwietlał wszystko płonącymi, lazurowymi ślepiami. Na tle towarzyszy uzbrojonych w tarcze i włócznie on podpierał się dwuręcznym mieczem z powieszonym na głowicy hełmie.
Wściekłe spojrzenie zatrzymało się na niej.
-TY- Ryknął.- Idziesz ze mną.
Korach postąpił naprzód zasłaniając ją. Uzbrojona czeladź zbierała się na placu w ponurej ciszy, każdy trzymał w rękach broń.
-Obawiam się, że musi pan wysilić się na parę słów wyjaśnienia. O ile chce pan zdać przełożonym sprawozdanie o własnych siłach.
Rudzielec przyjrzał się zbieraninie krzywiąc się z pogardy.
Korach zwrócił się do niej telepatycznie:
+Jeśli dojdzie do walki, uciekaj.+
+Dobrze.+ Odpowiedziała. Słowa były nasączone autorytetem, które używał gdy sprawa na prawdę była poważna. +Kim oni są?+
+Gwardia miejska. Zwróciłaś uwagę na ich wygląd? To najstarsze dusze. Tarczownicy muszą być szlachcicami, a miecznik arystokratą. W świetle prawa jesteśmy równi i tylko dlatego jest zmuszony z nami rozmawiać.
-Jestem Ruryk z Wybrańców Ingwara. Mam całkowitą pewność, że ta odziana w czerń kurwa jest odpowiedzialna za wielokrotne morderstwo na mieszkańcach Dreszczu. Wydaj ją, albo resztę wieczności spędzisz jako kloaka.
-Po pierwsze- Odparł lodowatym tonem Korach.- Za obelżywe zwrócenie się do mojej siostry nie opuścisz tego miejsca żywy. Po drugie jesteś w błędzie. Dopiero co przybyła do Dreszczu w odwiedziny. Zostawię chociaż jednego z was przy życiu aby wrócił tutaj ze stosownymi przeprosinami z magistratu.
Ruryk uśmiechnąć się paskudnie ściągając hełm, tarczownicy wyrównali mur. Czeladź skuliła się jak gotowa do ataku horda szczurów.
-DOSYĆ.
+Co robisz?+
+Oby nic głupiego.+
-Panie Ruryku. Nazywam się Ira i znam naturę tego nieporozumienia. Jeśli pozwoli mi pan wyjaśnić jestem pewna, że unikniemy okropnego nieszczęścia.
Wojownik skrzywił się, ale odwiesił hełm i kiwnął głową.
-Wiem jak to zabrzmi, ale zarówno pan jak i ja ścigami mojego sobowtóra. Podczas jednej z moich podróży zostałam zaatakowana i napastnik ukradł część mojej esencji. Od tamtej pory przemierza najróżniejsze Baśnie, a nawet materialne wymiary dopuszczając się zbrodni pod maską mojej tożsamości.
-Brzmi jak kurewsko na szybko wymyślona wymówka.
-Panie Ruryku. Na znak dobrej woli nie tylko oddam się w pana ręce, ale i pomogę pochwycić sprawcę.
-Niby jak?
-Na prawdę przybyłam do Dreszczu do brata, ale nie w odwiedziny, tylko po pomoc. Jest wybitnym magiem i chciałam, aby pomógł mi namierzyć złodzieja. Jeśli pozwoli mi pan towarzyszyć sobie, choćby w łańcuchach, jeszcze dzisiaj wytropimy zbrodniarza.
-Długo zwlekałaś z udaniem się do Strażników.
-Co Baśń to obyczaj. Najpierw szukałam rady u brata. Poza tym nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Do tej poru łotr jedynie kradł. Do tej pory nikogo nie zabił.
-A ta Żywa Dusza co prowadziłaś ją na smyczy? Długo razem spacerowaliście zanim dotarłaś do brata.
-Zgubiłam się. Dawno nie byłam w Dreszczu i potrzebowałam czasu, aby zebrać myśli.
Ruryk zabębnił palcami po hełmie.
-I mówisz, że dorwiemy sukinsyna jeszcze dzisiaj?
-Jedyne czego potrzebuje do czasu na splecenie zaklęcia.
-Dobrze a ta Żywa? O co z nią chodzi?
-To moja dłużniczka. Próbowała mnie oszukać i teraz płaci za to cenę.
-Dobra. Rób swoje i zapraszam.
-Zaraz- Wtrącił się Korach.- MY jeszcze nie skończyliśmy.
-Tak. Skończyliście- Syknęła Ira.
-Wdarł się do mojego domu, groził nam i obraził moją rodzoną siostrę.
-Dziękuję...braciszku. Ale wyjątkowo nie potrzebuję być bronił mojego honoru. Po wszystkim sama się tym zajmie.
Ruryk prychnął.
-Nie mam czasu na to pierdolenie. Czaruj i ruszamy. A zażalenia kierować do Magistratu. Chyba, że faktycznie wyjaśnimy sobie wszystko tu i teraz.
***
Kasandra wyszła z transu. Przetarła twarz i pomału zaczęła się ubierać. Zanim służący po nią przyszedł miała już zalążek planu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania