Telewizor

TELEWIZOR

 

Zgłupiałem do reszty. Dałem się namówić nieżyczliwym mi ludziom. Postanowiłem kupić telewizor. Na raty. Właściwie to inaczej nie mogłem. Cena telewizora była równa moim poborom z sześciu miesięcy. Ci sami nieżyczliwi mi ludzie podpowiedzieli, gdzie się znajduje ORS. Obsługa Ratalnej Sprzedaży.

Urząd ten mieścił się w ogromnym, ponurym gmachu. Jak zamczysko. Potężne i ciężkie drzwi wejściowe niechętnie ustępowały pod naporem nawet solidnego mężczyzny. Obronna brama. Wyspiański powiedziałby brona.

W środku mrok. Po prawej stronie pod ścianą duże szklane pomieszczenie – jak kryształowa komnata. Tylko tam jarzyło się światło. W komnacie siedziało - jak królewna – piękne, wyniosłe i kapryśne dziewczę z koroną na głowie.

Kiedy oczy przywykły do ciemności, dostrzegało się wielką grupę ludzi przed okienkiem do komnaty. Uformowani byli w grzeczny, jednorzędowy orszak. Ludzi z orszaku nie ubywało. Ciągle tylko dochodzili. W głębi mrocznej sali pod ścianami były ławy obite ceratą. Drzemały tam w dziwnej ciszy tajemnicze postacie.

Od okienka dolatywały przytłumione szepty. Czasami tylko donośniej grzmiały rozkazy królewny.

Po niemałej chwili wywnioskowałem, że muszę stanąć w karnym orszaku, aby się coś zaczęło. Długo trwało zanim dotarłem do okienka.

Pytające, ostre spojrzenie królewny.

- Ja, ja - jąkałem się - ttylko tttelewizor na raty...

Ręka królewny błyskawicznie sięgnęła po trzy papierki z pokaźnych ich piramid, uformowanych po obu stronach okienka. Papierki wylądowały mi przed nosem na pulpicie. Zanim się zorientowałem, już mnie wypchnięto z orszaku poza okienko. Żadnego pytania ze strony królewny, ani też czasu na pytania z mojej.

Stojąc na środku sali, próbowałem odczytać treść wręczonych mi papierków. Niezliczona liczba zdań pytających z wariantywnymi odpowiedziami opatrzonymi adnotacjami typu: niepotrzebne skreślić, wypełnić odpowiednio, wypełnić drukowanymi literami.

Niby wszystko jasne. Mam podać swoje miesięczne zarobki poświadczone przez zakład pracy i podobne oświadczenia mają złożyć dwaj żyranci. Tak to wstępnie wynikało z papierków. Zrozumiałem więc, dlaczego mnie tak sprawnie obsłużono przy okienku. O czym tu mówić. Trzeba być gramotnym. Tak rozumowała królewna i ludzie za mną w orszaku.

W domu okazało się jednak, że wypełnić te papierki, to zadanie niełatwe. Były dodatkowe pytania. Nawet o krewnych za granicą! Kogo więc prosić o żyrowanie? Nie każdy przecież będzie chciał podawać tak drobiazgowe informacje ze swego życia. Nie każdego można narażać na wielogodzinne wystawanie w kolejce.

Wybór padł na moją dziewczynę. Poświęci się chyba dla swego chłopaka? Ostatecznie też będzie czerpać przyjemności z tego telewizora. Drugi żyrant – to aktualnie najbliższy kolega. Znam dobrze jego życiorys. Załatwione.

Ruszyliśmy do urzędu. Zastaliśmy zamek otoczono jakby fosą. Na szczęście mosty zwodzone przerzucono nad wodą. Bronę razem z kolegą otworzyliśmy dość szeroko przed moją dziewczyną. Wewnątrz mrok wydawał się większy. Światło w kryształowej komnacie było przyćmione. Nadąsana królewna fukała na poddanych sprzed okienka.

Staliśmy w orszaku chyba do południa. Bo się jeszcze okazało, że od czasu do czasu do kryształowej komnaty wchodziła, z drzwi wiodących na zaplecze, najwidoczniej księżniczka. Miała też koronę na głowie, ale trochę inną. Księżniczka wywoływała jakieś nazwisko. I wtedy spośród tajemniczych postaci drzemiących na ceratowych ławach zrywało się kilka osób i podbiegało w uniżonych pozach do okienka. Tam coś podpisywali i rozpromienieni, mamrocząc dziękczynienia, odchodzili z licznymi ukłonami. To wszystko hamowało tempo poruszania się naszego orszaku.

Śledziłem pilnie wszelki ceremoniał, aby ewentualnie w niczym nie uchybić.

Wreszcie nadeszła nasza kolej. Drżącymi rękami podałem zebraną dokumentację. Królewna z odętymi usteczkami wzięła łaskawie plik papierów:

• Mężczyźni - książeczki wojskowe! - trzasnęło jak z bicza.

Mężczyznom, to znaczy mnie i mojemu koledze, ręce automatycznie, błyskawicznie i nerwowo szarpnęły się do wewnętrznych kieszeni marynarek, chociaż wiedzieliśmy, że niczego tam nie znajdziemy. Któż przypuszczał, że do ratalnego zakupu będą potrzebne książeczki wojskowe. Nikt nam tego nie powiedział. Trzeba było mieć język w gębie i pytać, to by nam powiedziano. Może...

Pierwsze podejście, jak w podnoszeniu ciężarów, było spalone. Trzeba organizować drugie. Mam wyrzuty sumienia wobec kolegi. Cóż jednak robić.

Zbliżamy się po raz trzeci do naszej fortecy. Jeszcze bardziej wzmocniona. W fosach pełno wody. Wyższe wały ziemne przy fosach. Brama nie ustąpiła. Nie wiedzieliśmy, że urząd w tym dniu zaczyna pracę godzinę później. Musieliśmy ponad godzinę czekać na ulicy. Pomińmy już pięciogodzinne wyczekiwanie w orszaku. Przy okienku wielkie emocje. Książeczki wojskowe w pierwszej kolejności...

- Ale...pan - i nazwisko mego kolegi - nie ma uregulowanego stosunku do służby wojskowej. Pan nie może być żyrantem.

• To nie mogła pani nam po…

Ale gdzie tam. Nie słucha. Odrzuciła dokumenty i już przepytuje następną osobę z orszaku.

Z bezradnie opuszczonymi rękami stoję na środku sali. Kolega współczuje, ale się chyba cieszy w głębi duszy. Zwolniony jest z takich obowiązków wobec wszystkich znajomych.

Dziwne, że takie przeciwności mobilizują człowieka do ich pokonywania. Przecież można było machnąć ręką na ten nieszczęsny telewizor razem z ratami. A jednak nie. Narobiliśmy sobie apetytu na telewizor. Już widzieliśmy go. W tym właśnie rogu pokoju, o! Na przeciwko obszerny, wygodny tapczan...

Znalazło się świetne rozwiązanie. Że też wcześniej tak nie zrobiliśmy. Ale któż to wiedział, że będą tego rodzaju wymagania? Na żyranta namówiła moja dziewczyna swoją koleżankę. Koniec, żartowaliśmy, z nieuregulowanym stosunkiem. Ja, szczęśliwie się składało, miałem uregulowany.

Czwarte podejście. Fosy dobrze utrzymane, napełnione wodą po brzegi. Ale tylko jeden most zwodzony. Jakaś wzmożona czujność? Mury ponurego zamczyska zwieńczono blankami. Między blankami jakby groźne, wąsate twarze i lufy samopałów. Uuu-u! W komnacie atmosfera ponura, a po pięciu godzinach wyczekiwania emocje sięgnęły zenitu. Czym jeszcze raczą nas skarcić królewna z księżniczką?

Uff, udało się!

Wreszcie zrozumiałem, kim są te drzemiące postacie na ceratowych ławkach. Teraz i my na nich siedzieliśmy, czekając na sfinalizowanie sprawy.

Po nerwowych emocjach chciało się spać. Dlatego tutaj taka cisza.

- Jak długo trzeba czekać? - pytamy sąsiadów.

- Różnie. Kilka godzin - słyszymy w odpowiedzi.

Najgorsze, że nie można wyjść z tej ciemnej komnaty. Trzeba siedzieć kamieniem i czekać; i to zarówno kupujący, jak i ich żyranci.

Trzeba podpisać umowę.

Emocje opadły. I coś się zmieniło!

To nie jest już kryształowa komnata, lecz nieudolnie sklecona meblościanka z popękanymi szybami. Po pewnym czasie z okienka w meblościance pada moje nazwisko. Spocona pod pachami dziewoja podaje mi papiery do zaparafowania; w jej włosach kawałek pretensjonalnej koronki kupionej w najbliższej pasmanterii. Było to wtedy w modzie. Podpisujemy, dziękujemy. Odchodzimy z wielką ulgą. Dziękujemy też koleżance dziewczyny za pomoc.

Wychodzimy... z zamku?

Coś mnie tknęło już tam w środku. Oglądam się na budowlę, w której przesiedzieliśmy w wielkich emocjach tyle godzin.

Jaki tam zamek! Nic szczególnego. Normalny budynek, trochę starej daty. Chyba ubiegły wiek. Stąd oryginalna attyka. Ale nie blanki. Między „blankami” łażą gołębie – to te niby groźne, wąsate twarze. Ich ogony sterczą jak lufy strzelb. Brama wejściowa rzeczywiście ciężka. Była zapewne projektowana w czasach, kiedy kobietom samotnie nie wypadało chodzić po ulicach i urzędach. Teraz, wyemancypowane, pociesznie się mocowały z potężnymi wierzejami. Przed gmachem rowy? Tak, bo wymieniano rury wodociągowo-kanalizacyjne. A że w nocy padał deszcz, więc wody w rowach było dość dużo. Wątłe deseczki położone przez te rowy pełniły rolę, pożal się Boże, mostów zwodzonych.

Co to było? Alienacja?

Ach te nerwy, nerwy.

 

*

 

Zawsze mi się wydaje, że aktualnie załatwiana sprawa jest najtrudniejsza ze wszystkich, które są przede mną. Że niby: tylko to, a reszta już z górki. A juści! Okazuje się, że ta następna jest taka sama i dalej podobnie.

Dokumentacja ratalnego kupna komunikowała, że jej ważność trwa jeden miesiąc. Z telewizorami nie było tak jak teraz: pełne sklepy aparatów różnych typów i hulaj dusza. W tamtym czasach w sklepach telewizorów przede wszystkim nie było. Pojawiały się tylko od czasu do czasu. Jak więc zrealizować umowę ratalnego zakupu ważną jeden miesiąc?

Pędzimy z dziewczyną do pierwszego w pobliżu sklepu.

- Są telewizory?

- Nie ma – odpowiedź poparta ironicznym uśmiechem, jak byśmy chcieli gwiazdki z nieba.

- Kiedy będą?

- Jak przywiozą, to będą...

W językoznawstwie istnieje pojęcie kalki. Jest to wyraz lub zwrot powstały w wyniku dosłownego przekładu poszczególnych cząstek składowych obcojęzycznego wyrazu lub zwrotu. Tak więc zwrot „jak przywiozą, to będą” jest kalką z języka bratniego narodu: „Kak prywiezut, to budiet”. Tam takich materiałów do kalk jest mnóstwo.

Drugi sklep. Telewizorów nie ma. W trzecim i czwartym podobnie.

Dawniej w handlu uspołecznionym obowiązywały takie reguły: jak pojawiały się w sprzedaży na przykład czajniki, to były w każdym sklepie; mówiło się wtedy - czajniki rzucili na rynek. Jak nie było - to również wszędzie. Chyba że jakiś sklep zamknięto z powodu na przykład remanentu, remontu, inwentaryzacji i resztka towaru została.

Dopadamy piątego sklepu. Już z daleka widzimy przez okno stojący na ladzie telewizor. Jest włączony. Na ekranie widać w wielkim powiększeniu zwiniętą dłoń i jej wyprostowany palec wskazujący. Pokazuje na stole tabletkę jakiegoś lekarstwa. Obraz jest dobry. Telewizor ogląda sprzedawca i jakiś mężczyzna. Wpadamy do sklepu:

• Kupuje pan? – zwracam się do mężczyzny.

• Nie.

• To my obejrzymy.

- Tylko niech pan szybko ogląda – mówi sprzedawca - za trzy minuty osiemnasta i zamykam sklep.

Wyciągam papiery ratalnego zakupu.

• Jeszcze to! - woła sprzedawca.

Szybko się jednak uwinął, pomógł mi nawet wynieść telewizor za próg. Drzwi do sklepu zamknął i rozpłynął się w mroku.

Stoimy z dziewczyną przed drzwiami sklepu, a na chodniku u naszych stóp telewizor.

„Topaz” miał na imię.

 

*

 

I co dalej?

Teraz mamy telefony komórkowe. Bagażówki na zawołanie. Wtedy tego nie było. Pamiętam tylko jeden postój w mieście, na którym nigdy nie było taksówek bagażowych. Poza tym, dla urozmaicenia życia ewentualnych klientów, ciągle zmieniano lokalizację postoju. Nie wiadomo było, gdzie się on aktualnie znajduje.

Mówię więc do dziewczyny:

• Ty zostań przy telewizorze, a ja poszukam bagażówki.

W normalnych taksówkach telewizorów nie chciano przewozić. Niszczyły fotele. Nie mieściły się również w ich bagażnikach. Taksówkami były wtedy tylko „warszawy” - z garbem i bez. Rzadko „skody”, „wartburgi”, „moskwicze”. A więc pojemność bagażników taksówek była z góry znana.

Miałem szczęście. Znalazłem bagażówkę. Przyjeżdżamy pod sklep. Deszcz zaczyna padać. Dziewczyna siedzi na telewizorze. Osłania go przed deszczem. Obciąga na kolana, modną wówczas, krótką spódniczkę.

Bagażówkę obsługuje dwóch mężczyzn. W czwórkę wstawiamy telewizor do ładowni. Stoi samotnie na środku podłogi. Żadnych zabezpieczeń. Siadam na telewizorze okrakiem i ruszamy. Dziewczynie znalazło się miejsce w kabinie.

Na zakrętach unosiłem się na nogach, chroniąc nimi telewizor przed wywrotką. Rękami cały czas opierałem się na stalowych kabłąkach podtrzymujących plandekę nad ładownią samochodu.

Wreszcie jesteśmy w domu. Z dziewczyną spontanicznie ruszyliśmy w jakiś taniec dookoła telewizora. Wojenny, tryumfalny?

Ech, to były czasy! Człowiek wiedział, co los mu zgotował.

Kiedyś śmiali się telewidzowie z reklamy proszku „omo”: „To się wie, co się ma! Dziękuję ci „omo”. Ja nie widziałem w niej nic śmiesznego. Była dla mnie nad wyraz zrozumiała.

Wystarczyło tylko w miejsce „omo” wstawić ORS.

 

*

 

Telewizor już raz kupowałem. Siostra prosiła o pomoc. Mieszkałem wtedy na sublokatorce na drugim piętrze. Kiedy kupiłem telewizor i przywiozłem do swego pokoju, uruchomiłem go w prosty sposób. Do gniazda antenowego podłączyłem najzwyklejszy drut. Rzecz jasna podłączyłem też telewizor do sieci elektrycznej. Odbiór był wspaniały.

Myślałem więc, że z moim „topazem” będzie podobnie.

Niestety.

Przy antenie z drutu ledwo widoczne ukośne paseczki przebiegały przez ekran. Postanowiłem zastosować antenę pokojową.

Teraz idzie się do sklepu, gdzie anten pokojowych jest bez liku. Wtedy nie było. Wykombinowałem u znajomych. Nie była to pokojowa, lecz zwykła zewnętrzna, dachowa. Antenę położyłem na telewizorze. Podłączyłem.

I nic.

Umieściłem antenę trochę wyżej na stojącym obok wieszaku do ubrań.

Bez zmian.

Do wieszaka wstawiłem kij od szczotki. Na kiju antena znalazła się pod samym sufitem.

Nadal nic.

Doszedłem do wniosku, że telewizor jest zepsuty.

Przyszedł fachowiec; koleżanka w pracy nazywała ich magikami, bo to: obraz znikł, przyszedł magik i pstryk - obraz jest.

A więc magik podłubał w moim telewizorze i nic nie zdziałał. Poradził dać telewizor do warsztatu. Przyjechali, zabrali.

Po kilku godzinach otrzymałem telefon, abym przyszedł i zobaczył. Idąc do warsztatu, zobaczyłem przez okno swój telewizor. Obraz piękny. A więc antena. Trzeba było założyć antenę na zewnątrz budynku i umieścić jak najwyżej.

Ruszyłem na miasto w poszukiwaniu kabla antenowego. Nie było nigdzie. W jednym ze sklepów poinformowano mnie, że kabel antenowy jest w sąsiednim mieście, odległym o czterdzieści kilometrów. Na drugi dzień pojechałem tam po pracy. Był kabel. Trochę jakoś licho wyglądał, ale innego nie było. Był tani, więc kupiłem czterdzieści metrów.

Po powrocie natychmiast się zabrałem do montażu. Ponieważ mieszkałem niedaleko klatki schodowej, antenę mogłem wynieść na czwarte piętro. Obraz był słaby i zaśnieżony, tak zwaną fonię zakłócał intensywny szum. Podejrzewałem, że źle ustawiłem kierunek anteny.

Przez kilka następnych dni widziano mnie chodzącego po mieście z zadartą głową. Obserwowałem ustawienia wszystkich anten w mieście.

Znów poprosiłem radiotechnika. Usterek w aparacie nie zauważył. Zawyrokował, że antenę należy umieścić na samym dachu, na kalenicy.

Sam tego nie mogłem już zrobić. Sprowadziłem brygadę anten.

Przyjechali chłopcy z rękami w kieszeniach. Było ich chyba pięciu.

• Antena jest?

• Jest.

• Kabel jest?

• Jest.

• Klucz francuski pan ma?

• Nnno, mam... - zawahałem się. To, że brygada nie miała kabli i anten, jakoś rozumiałem. Ale bez narzędzi!

• To gdzie ją mamy ustawić?

• To wy mnie o to pytacie? Przecież wy jesteście specjaliści. Milczenie, oczy płytkie. Chwila ciszy.

• No to gdzie mamy ją panu umieścić? - uznałem, że przypadek jest beznadziejny.

• Tam, niedaleko tego komina.

• Może przymocować do komina? - dopytywali się.

• Nie! - tym się pogrzebali zupełnie w moich oczach.

Wyczytałem w piśmie fachowym, że do komina niczego nie wolno montować. Pod groźbą kary. A więc to nie są fachowcy, tylko amatorzy. I to z gołymi rękami. Ale innych nie było.

Postawili antenę, gdzie chciałem. Przy nich podłączyłem antenę do telewizora. Odbiór lepszy, ale obraz w dalszym ciągu był zaśnieżony i fonia szumiąca.

- Telewizor zepsuty - orzekli chłopcy. My antenę ustawiliśmy prawidłowo. Na czym polegał błąd nie wiedzieli ani ci od anteny, ani ci od telewizora.

Zacząłem szukać znawców telewizji.

Jeden z nich orzekł:

- Nadmiar kabla leży zwinięty przy telewizorze i to może dawać zakłócenia. I zaczął rozkładać kabel po całym pokoju. Rzeczywiście była poprawa, ale niewielka.

Inny fachowiec zawyrokował:

- Jest źle, bo kabel leży bezpośrednio na dachu. Ponieważ to jest kabel płaski, mogą w nim z tego powodu występować duże tłumienia. Taki kabel należałoby umieścić na specjalnych wspornikach.

I znów z głową zadartą do góry chodziłem po mieście i sprawdzałem zgodność słów fachowca z rzeczywistością. Miał wiele racji. Rzeczywiście płaskie kable dość często prowadzone były po dachu na specjalnych słupkach. Jeszcze tylko tego brakowało, abym zachodził do mieszkań - w których telewizory funkcjonowały na płaskim kablu, leżącym bezpośrednio na dachu - z zapytaniem o jakość odbioru. Bałem się jednak, że mnie ludzie potraktują szczególnie...

Wreszcie - jeden z fachowców spojrzał krytycznie na sam kabel:

- Jest złej jakości, w lichym igelicie, niestarannie wykonany. Tutaj potrzebny jest kabel koncentryczny. Taki kabel można zabetonować w murze, a tłumienia nie będzie.

Łatwo powiedzieć, ale znaleźć taki kabel, to marzenie ściętej głowy. Szukałem jednak wytrwale. A telewizor stał bezczynnie i okres gwarancji systematycznie topniał. Właściwie to już wolałbym, żeby tej gwarancji nie było. Sprowadziłbym jakiegoś prywaciarza. Zapłaciłbym może słono, ale miałbym porządny telewizor .

Wreszcie trafiłem na kabel koncentryczny. Sprowadziłem brygadę anten. Przyjechali ci sami chłopcy. Nawet mnie poznali. Podłączyłem telewizor do nowej anteny.

- Hurra!!! - piękny obraz! - wiwatowali chłopcy od anteny.

Oglądaliśmy z dziewczyną program telewizyjny w całości. Jak leci. I tak kilka dni z rzędu. Nie mogliśmy się oderwać od małego ekranu.

Jeszcze nie opadły do końca emocje związane z montażem anteny, kiedy jednej niedzieli rano włączyłem telewizor. Na ekranie pojawił się obraz z czasów anteny na kiju od szczotki! Rzuciłem się do okna. Za oknem sterczał krótki kikut uciętego kabla koncentrycznego.

Złodziej skradł mi kabel!

Uciął. Mocno pociągnął. Urwało się. Klapnął tyłkiem na ziemię - na świeżym śniegu ślad pikowanej ortalionowej kurtki. Modne były wtedy takie.

 

*

Znów byłem bez telewizora. Jedyna pociecha to taka, że wiedziałem, o co chodzi.

Na kabel koncentryczny nie miałem nadziei. U znajomych dostałem kawałek kabla płaskiego. Lepszej jakości. Podłączyłem antenę i wywiesiłem za oknem przy klatce schodowej na trzecim piętrze. Obraz był całkiem niezły. Pogodziłem się z losem. Zwłaszcza że miałem w perspektywie przeprowadzkę do innego mieszkania; na czwarte piętro przedwojennego budownictwa. A więc wysoko. Tam, miałem nadzieję, nie będzie takich kłopotów.

I rzeczywiście, w nowym miejscu telewizor odbierał sygnał poprawnie nawet... bez anteny. Rzecz zrozumiała. Byliśmy wysoko. I mój telewizor bez anteny „widział się” z anteną nadajnika. A to jest przecież podstawowy warunek poprawnego odbioru programu telewizyjnego z pomocą anteny naziemnej. Tolerowane są niewielkie przeszkody, które mogą dawać w odbiorze pewne odbicia, cienie, ale nie burzą całkowicie obrazu.

Nie dane mi jednak było, i w nowym miejscu, cieszyć się długo dobrym telewizorem. Jeszcze w poprzednim mieszkaniu pojawiła się usterka.

Planszą telewizji była w tamtych czasach Warszawska Syrena; ta znad Wisły. Na długo przed rozpoczęciem programu wyświetlano ją zawsze z sygnałem dźwiękowym, pod który słuchacze podkładali słowa wzięte z piosenki biesiadnej: „A kto z nami nie wypije, niech go piorun trzaśnie...” Na pięć minut przed programem włączano kratkę korekcyjną. Można było wyregulować ostrość i kontrast obrazu! Że też teraz takich rzeczy się nie robi...

I oto, pewnego razu Warszawska Syrena z planszy zaczęła groźnie potrząsać swoim mieczem. Zabawnie to nawet na początku wyglądało. Myślałem - minie. Ale potrząsanie było coraz groźniejsze. Po jakimś czasie obraz zaczął falować w pionie, a następnie szybko drgać. W efekcie litera „I”, drgając, tworzyła literę „O” albo „X”. Z obrazu robiła się kompletna kasza. Stosowałem wypróbowaną metodę radiotechniczną – walenie pięścią w pudło telewizora. Często pomagało. Jeżeli pięść nie pomagała, kręciłem przełącznikiem kanałów, podejrzewając, że może w nim jest usterka. Też czasami uzyskiwało się pozytywne rezultaty.

Kiedy jednak pewnego razu telewizor tak zniekształcił twarz naszego ówczesnego wiecznego premiera, że jego broda znalazła się w jednym rogu ekranu, a nos po przekątnej w drugim, uznałem to za polityczną prowokację. Sprowadziłem magika. Pogrzebał w pudle i obraz się ustabilizował. Ale w krótkim czasie usterka wróciła.

Magików było dziesiątki i ciągle to samo. Po ich wyjściu obraz zaczynał szaleć.

Żona, nauczycielka z zawodu, która przyjemności z posiadania telewizora dzieliła razem ze mną od momentu jego ratalnego zakupu, sprowadziła prywatnie radiotechnika. Jego córka była jej uczennicą. Tacy rodzice na głowie stają, aby dobrze wypaść przed nauczycielem ich dziecka. Biedny człowiek stracił cały dzień. Jednak i po jego wyjściu w niedługim czasie telewizor wrócił do swych uciążliwych kaprysów.

 

*

 

Mijały lata. W stukaniu pięścią w skrzynię telewizora zaczął mi pomagać syn. Mała piąstka, ale zawsze...

Zainteresowałem się radiotechniką. Postanowiłem na własną rękę walczyć z przeciwnościami elektroniki. Zgłębiłem podstawy radia. Zbudowałem nawet aparat do odbioru lokalnej stacji radiowej. Już miałem przejść do telewizji, gdy nagły skok w rozwoju elektroniki zostawił mnie daleko w pobitym polu. Pojawiły się układy scalone. Tu radioamator mego formatu niewiele mógł zdziałać.

Ale dzięki tym początkom mego hobby znacznie się oswoiłem z elektroniką. Kiedy więc pewnego razu walnąłem pięścią w pudło telewizora, a ten zamilkł zupełnie, wiedziałem, że urwało się w nim coś ciężkiego: głośnik, transformator, duży kondensator. To wyczytałem w książkach.

W moim przypadku urwał się głośnik. Potrafiłem lutować. Głośnik umocowałem więc na swoim miejscu i przylutowałem kabelki. Telewizor ożył.

To mnie tak rozzuchwaliło, że postanowiłem samodzielnie naprawić swój telewizor!

Od fachowców, którzy mi telewizor naprawiali, słyszałem ciągle, że wszystkiemu jest winien zimny lut. A oni na szukanie zimnego lutu nie mogą sobie pozwolić. To zajęłoby im cały dzień i nie wiadomo, czy z pozytywnym skutkiem. Zarobek byłby za jeden telewizor. W tym czasie, gdzie indziej, oni naprawią dziesięć telewizorów.

Po cichu przyznawałem im rację.

Postanowiłem samodzielnie szukać zimnego lutu. Nie trwało to zbyt długo. Dotarłem do ogromnego kondensatora. Wielkością dorównywał kartoflowi pokaźnych rozmiarów. Fachowcy nazywali te kondensatory kartoflakami. Nie ze względu na wielkość, chociaż też pasowało. Chodziło o ich cechę konstrukcyjną. Do ich budowy używano mąki kartoflanej. Były bardzo zawodne z powodu wysychania i wykruszania krochmalu.

Swego negatywnego elektronicznego bohatera zostawiłem na pamiątkę. I nawet leżąc bezczynnie, rozpada się na kawałki.

Dotknąłem więc kartoflaka, a on się w ogóle nie trzyma płyty montażowej. Jego dwie nóżki przewleczone przez otworki w płycie montażowej były z drugiej strony przylutowane do odpowiednich ścieżek miedzianych naniesionych na płytę. I właśnie te dwie nóżki odlutowały się od tych ścieżek. Ale cyna pozostała na końcach nóżek, tworząc coś na kształt grzybków. Usterka szczególnie perfidna; mam do takich szczęście.

Kiedy więc przychodził technik do mego zepsutego telewizora, zdejmował jego tylną osłonę. Wychylał płytę montażową - do której były umocowane i przylutowane wszystkie podzespoły telewizora - z jej pionowego położenia do poziomego, aby umożliwić sobie dostęp do tych podzespołów. Przy takiej zmianie położenia płyty odlutowany kondensator wypadłby z niej, gdyby nie owe cynowe grzybki. Ale to jeszcze nie wszystko. Na domiar złego te nieszczęsne grzybki, zatrzymując kondensator, idealnie wpadały na swoje pierwotne miejsca, z których się odlutowały. Wracał kontakt elektryczno-elektroniczny. Usterka znikała. Technik uważał, że awarię usunął, kończył więc swoją pracę. Jednak płytę montażową musiał ustawić w pozycji pionowej, bo taka była konstrukcja telewizora. A to był warunek wstępny do ponownego pojawienia się usterki.

Telewizor przez pewien czas pracował prawidłowo. Na skutek jednak różnych drgań i wstrząsów z otoczenia - nie wykluczone, że przede wszystkim z powodu włączania i wyłączania aparatu - kondensator ze swoimi grzybkami, będąc w pozycji poziomej, łatwo się odsuwał od płyty montażowej. Powracała usterka. I tak w kółko. Przez piętnaście lat! Niezłą fortunę pożarła.

Tak nawiasem krótko: Miałbym pociechę ze swego telewizora, gdybym jego płytę montażową trzymał w pozycji poziomej. Ale na ten pomysł wpadłem dopiero w tej chwili.

Wracajmy do wątku.

Z niemałymi emocjami ustalałem cechy elektroniczne kondensatora i jego oznakowania. Kupiony nowy kondensator był chyba dziesięć razy mniejszy od kartoflaka. Nie wierzyłem, że pomoże. Wymieniłem kondensator. Z biciem serca włączyłem telewizor...

Obraz stał jak mur!

Wrażenie niesamowite. Odzwyczaiłem się od dobrego obrazu na swoim telewizorze.

Były jednak jeszcze inne usterki. Przeciętnie raz w tygodniu przychodził fachowiec do naprawy telewizora. Jeden z nich nawet mi przyjaźnie kibicował. Pewnego razu powiedziałem przy nim:

- Chyba wezmę ten telewizor i rzucę do rzeki z mostu!

- E, niech pan tego nie robi. Jeszcze milicjant mandat panu wlepi. Ale lampa kineskopowa jest w tym telewizorze świetna.

Kiedy więc przyszedł mój kibic, wołam do niego już od progu:

- Znalazłem usterkę i sam naprawiłem! Bardzo się ożywił. Po oględzinach zawyrokował:

• Ooo, takiej usterki można szukać latami.

I rzeczywiście tak było.

Radiomonter, oglądając telewizor, kręcił głową, cmokał. Kątem oka patrzył na mnie z podziwem:

• To może pan jeszcze te inne usterki zlokalizuje i naprawi?

• Nno, mogę spróbować.

- Ja panu tylko powiem, w którym miejscu należy szukać: To mruganie kineskopu – to tutaj i zakreślił rejon w powietrzu śrubokrętem, a to pykanie - tutaj. Dalej będziemy stopniowo przechodzić od problemu do problemu.

Niewiele mi brakowało do idealnego telewizora. Ale radość mimo wszystko nie była mi pisana. Przełącznik kanału zdezelował mi się zupełnie. Od tego przełączania na zmianę ze stukaniem pięścią, aby zlikwidować usterkę. Takiej części zamiennej nie było już w całej Polsce. Tego typu aparatów nie produkowano. Również lampa kineskopowa kończyła swój żywot. A tu dobrobyt czasów Gierka też się skończył. W sklepach brakowało wszystkiego.

Syn przychodził ze szkoły i natychmiast włączał telewizor, aby się kineskop nagrzewał. O północy ruszała transmisja z Meksyku z mistrzostw świata w piłce nożnej. Obraz wtedy był w miarę do przyjęcia.

 

*

 

Pewnego razu w wolną sobotę wstałem dość rano i - nie pamiętam dlaczego to było takie ważne - poszedłem kupić jabłek. Mijałem sklep radiowo-telewizyjny, który zawsze świecił pustkami. Ale dziś zauważyłem w nim jakiś ruch. Wszedłem. Są telewizory. Pomyślałem, że dla członków tak zwanej kolejki społecznej.

Były takie kolejki. Powstawały następująco. Kiedy do ludzi docierała informacja, że w określonym sklepie pojawi się jakiś atrakcyjny towar, formowała się natychmiast kolejka do jego zakupu. Jeżeli się zanosiło na wielodniowe wyczekiwanie, ktoś z uczestników kolejki - taki samozwańczy starosta - robił wykaz stojących w niej osób. Kilka razy w ciągu doby sprawdzano listę i w tym czasie należało być w kolejce. Oczywiście godziny sprawdzania znano - to nie była loteria. Trzykrotna nieobecność przy sprawdzaniu listy eliminowała osobę z kolejki. Kiedy już nadszedł towar, stało się bez przerwy. Tak, tak. W dzień i w nocy! W rodzinach tworzyło się wówczas kolejkę do dyżurów. Tak wystaliśmy raz z żoną akumulator do samochodu. Trudno w to teraz uwierzyć, mimo że się przerabiało taką historię osobiście.

To zjawisko społeczne zostało nawet uwiecznione w piosence: „Za czym kolejka ta stoi...” - słowa Ernest Bryll, muzyka Wojciech Trzciński, wykonawca Krystyna Prońko.

Zwracam się więc w sklepie do sprzedawcy z pytaniem wynikającym raczej z ciekawości:

- Czy telewizory są dla społecznej kolejki?

- Chce pan? – odpowiedział pytaniem.

- No, jasne!

- To niech pan bierze. Zaniemówiłem, ale szybko odzyskałem głos.

- Nie mam tyle pieniędzy przy sobie. Mam na książeczce PKO. A poczta jest obok. Zdążę?

- Zdąży pan - widocznie tych telewizorów było więcej.

Później mówiło się w rodzinie o tym niebywały zdarzeniu: Wyszedł po jabłka, a wrócił z telewizorem.

Nowy telewizor miał również ładne imię - „cygnus”.

Ustawiliśmy „cygnusa” na miejscu „topaza”. Usiedliśmy wygodnie i delektujemy się obrazem. Stabilny, doskonała geometria.

„Topaz” zniekształcał: ludzie mieli krótkie nogi, dłuższe tułowie, a najdłuższe głowy.

Gapimy się więc w telewizor i nie możemy nasycić doskonałym kontrastem i jaskrawością. Żona wyszła na moment z pokoju. Godzina dwunasta w nocy. Punkt. Telewizor gaśnie. Spojrzeliśmy z synem po sobie. Myśleliśmy, że to może w związku z godziną gdzieś coś wyłączono. Wtedy częste były takie zabiegi oszczędnościowe. Czekamy piętnaście minut. Nic. Wyłączyliśmy telewizor i poszliśmy spać.

Na drugi dzień włączamy. Ekran pusty. Pytamy sąsiadów. U nich telewizja działa.

Zadzwoniłem po magika...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Marian tydzień temu
    No, super! Miód z cebulką! Jakbym to widział.
    Brzmi jak SF, ale to prawda. Droga młodzieży, tak było.
  • befana_di_campi tydzień temu
    Były takie krótkotrwałe telewizory; pisywałam kiedyś o nich w nieistniejącym już "Echu Krakowa". Bodajże nazywały się "Star"?

    Serdecznie :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania