Temperatura serca
Temperatura serca
Tego dnia nie planowałam żadnych odkryć.
Pojechałam z córką i jej chłopakiem, do sklepu z wyposażeniem domów.
Kafelki.
Podłogi.
Kabiny prysznicowe.
Baterie.
Umywalki.
Miejsce, do którego ludzie przyjeżdżają urządzać swoją przestrzeń. Wybierać kolory ścian, faktury drewna, baterie do łazienek. Budować przestrzeń, do której będzie się wracało.Przestrzeń, która ma dawać spokój.
Chodziliśmy między alejkami.
Dotykaliśmy blatów.
Otwieraliśmy szafki.
Śmialiśmy się z rzeczy, których pewnie nigdy nie kupimy.
Po chwili każde z nas poszło w swoją stronę.
Jak to zwykle bywa i w życiu.
Tak i w sklepie
W dużych sklepach ludzie gubią się częściej niż w życiu.
Wzięłam do ręki kran, który oglądałam już od kilku minut.
Prosty.
Zwykły.
Bez zbędnych ozdobników.
Pomyślałam, że właśnie taki chcę mieć.
Zapłaciłam.
Dopiero kiedy wychodziłam ze sklepu, przeczytałam wiadomość od córki:
„Mamo, my już wyszliśmy.”
Uśmiechnęłam się.
Szłam sama przez parking z pudełkiem pod pachą.
I wtedy go zobaczyłam.
Najpierw tylko czubek głowy.
Potem sylwetkę.
Ł. to on pomyślałam
Stał przy samochodzie.
Rozejrzał się dookoła.
Jakby kogoś wypatrywał.
Albo jakby chciał się upewnić.
Wrzucił torbę do bagażnika.
Jeszcze raz spojrzał w kierunku wyjazdu
Wsiadł.
Odjechał.
Nie zauważył mnie.
A może zauważył.
Nie wiem.
Patrzyłam jeszcze chwilę na miejsce, w którym przed chwilą stał,bo szłam przed siebie
Potem spojrzałam na pudełko, które trzymałam w dłoniach.
Kran.
Zwyczajny kawałek metalu.
I nagle przyszła do mnie myśl.
Przez całe życie patrzyłam na kran tylko jak na urządzenie.
Odkręcasz wodę.
Zakręcasz.
Działa.
Koniec historii.
A przecież jego najważniejszym zadaniem nie jest puszczać wodę.
Jego zadaniem jest regulować temperaturę.
Jednym ruchem dłoni może dać ciepło.
Drugim chłód.
Trzecim wrzątek, który potrafi poparzyć.
Sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły.
Jest tylko miejscem, przez które coś przepływa.
I wtedy pomyślałam...
Czy nasze serca nie działają podobnie?
Nie tworzymy emocji z niczego.
Przepuszczamy przez siebie to, co nosimy w środku.
Jeżeli ktoś nosi spokój, łatwiej ogrzeje drugiego człowieka
Jeżeli ktoś przez lata nosił lęk…
częściej wypłynie chłód.
Jeżeli nosi chaos, wcześniej czy później ten chaos dotknie również ludzi stojących obok.
Przypomniałam sobie nas.
Były dni, kiedy przy tobie było ciepło.
Takie zwyczajne.
Takie, przy którym człowiek rozluźnia ramiona.
Oddycha spokojniej, głębiej.
Przestaje się bać.
Ale były też dni, kiedy z tego samego miejsca płynął chłód.
Milczenie.
Znikanie.
Niedopowiedzenia.
Kłamstwa.
I stałam z wyciągniętymi dłońmi, nie rozumiejąc, jak to możliwe, że jeszcze chwilę temu było tak ciepło, a teraz marznę.
Najbardziej nie bolały mnie jednak skrajności.
Najbardziej bolała nieprzewidywalność.
Nigdy nie wiedziałam, jaka temperatura popłynie za chwilę.
Czy dziś ogrzejesz moje serce.
Czy zostawisz mnie w chłodzie.
Czy znowu je poparzysz.
Stałam na parkingu z pudełkiem pod pachą.
A miałam wrażenie, że trzymam nie kran.
Tylko metaforę całej naszej historii.
Coraz częściej świat mówi do mnie przez rzeczy najprostsze.
Przez kamień.
Przez drzewo.
Przez promień słońca.
A tego dnia…
przez zwykły kran.
Stałam jeszcze chwilę.
Słońce odbijało się od szyb samochodów.
Ludzie mijali mnie z wózkami pełnymi zakupów.
A ja myślałam o czymś jeszcze.
Żeby z kranu popłynęła woda, nie wystarczy sam kran.
Musi istnieć cała niewidzialna instalacja.
Rury schowane w ścianach.
Źródło.
Ciśnienie.
Zawory.
To, czego nie widać, decyduje o wszystkim.
Relacje są dokładnie takie same.
Nie wystarczy powiedzieć:
„Tęsknię.”
Nie wystarczy powiedzieć:
„Jesteś ważna.”
Pod tymi słowami musi istnieć coś jeszcze.
Prawda.
Odpowiedzialność.
Uczciwość.
Gotowość do ponoszenia konsekwencji własnych wyborów.
Bez tego nawet najpiękniejsze słowa pozostają tylko ozdobą.
Piękną.
Lśniącą.
Ale pustą.
Włożyłam pudełko do bagażnika.
Zamknęłam go spokojnie.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej takie przypadkowe spotkanie wyglądałoby inaczej
Wróciłabym do domu inaczej.
Tym razem było inaczej.
Poczułam pustkę.
I coś jeszcze.
Wdzięczność.
Bo zrozumiałam, że nie mam wpływu na temperaturę, którą nosi drugi człowiek.
Ale mam wpływ na to, czy chcę czy nie zamrażać właśnie serce.
Wsiadłam do samochodu.
I pojechałam kupić kolejną parę okularów przeciwsłonecznych.
Kiedyś myślałam, że po prostu je lubię.
Dzisiaj nie jestem już tego taka pewna.
Mam ich naprawdę dużo.
Zdecydowanie więcej, niż potrzebuję.
I nagle zaczęłam się zastanawiać dlaczego.
Psycholog pewnie powiedziałby, że często wybieramy przedmioty, które nieświadomie pomagają nam regulować emocje.
Okulary przeciwsłoneczne robią coś niezwykłego.
Chronią oczy przed zbyt ostrym światłem.
Pozwalają patrzeć wtedy, kiedy słońce świeci za mocno.
Ale czasami pełnią jeszcze inną funkcję.
Ukrywają spojrzenie.
A przecież oczy są pierwszym miejscem, w którym widać ból.
Może więc przez ostatnie te wszystkie lata kupowałam okulary nie dlatego, że kochałam modę.
Może potrzebowałam małej szyby między sobą a światem.
Czegoś, co pozwalało mi decydować, ile świata wpuszczę do siebie.
I ile siebie pokażę światu.
Nie po to, żeby się ukrywać.
Po to, żeby nie zostać oślepioną.
Bo zdrowienie chyba nie polega na tym, że przestajesz czuć.
Nie polega na tym, że serce zamienia się w kamień.
Zdrowienie polega na tym, że uczysz się regulować temperaturę własnych emocji.
Tak, aby już nigdy nikt inny nie trzymał dłoni na kurku twojego serca.
Odjechałam z parkingu.
W bagażniku leżał nowy kran.
Na nosie za chwilę miały znaleźć się kolejne okulary.
I pomyślałam, że może właśnie tak wygląda dorastanie duszy.
A.Kruszyna
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania