Szklane wiadra pełne ciszy
Patrzyliście kiedyś na człowieka, którego kochacie najmocniej na świecie, wiedząc, że czas go zabiera? Bo ja tak! W ciszy po prostu z nią byłam, bez słowa, towarzyszyłam...
Widzę ją, pomimo już trzech lat od tamtego momentu. Siedzi i mówi w przestrzeń przed siebie, gdzieś daleko wpatrzona, a tam – tylko dwa metry przed nią – stary telewizor, ściana i drzwi zastawione meblami do kolejnego pokoju: „Jak ja teraz będę żyć?”
Siedzę na tym czerwonym krześle, na które sama spadłam zaraz po urodzeniu, bo wykopałam się z pierzowego becika ułożonego na stole, by z niego zsunąć się na wspomniane krzesło i finalnie wylądować na podłodze jako kilkudniowe dziecko... I nie odzywam się. Bo co powiesz? Że: „Babciu, jesteś mi jak mama, a przecież odchodzisz”? Nie umiałabym. Więc po prostu, przejęta, milczałam.
To były długie tygodnie odchodzenia. Pamiętam, jak dostarczałam sześć paczek Seni Plus na rzep po trzydzieści sztuk. Na górze, tępym śmiechem echo w mojej powadze niesienia pomocy na ostatniej prostej jej życia, było to samotne sunięcie krok po kroku w stronę ukochanej osoby – z ciężarem gorszym niż te wszystkie paczki pieluch chłonnych w mojej malej jednej i drugiej dłoni. Babcia zawsze mówiła: „Lumi, przychodź jak najczęściej, bo Ty tak ładnie mi opowiadasz wszystko”. I ten jej uśmiech, gdy przekraczałam próg jej domu... Niezapomniane uczucie.
Kiedyś, gdy byłam mała, moją babcię odwiedziła stara kobieta – taka z chustą w czerwone kwiaty na głowie, gdzieś z okolic Tarnopola ,ówczesnej Polski. Mała Lumi nasłuchała się wtedy opowieści, żeby 1 listopada na Wszystkich Świętych pójść o północy do kościoła i zobaczyć dusze, które chodzą środkiem świątyni. Mówiła, że im ktoś mocniej i więcej po nich płacze, tym ten po drugiej stronie musi te łzy nosić w wiadrach szklanych. Dusze małych dzieci miały prosić, żeby tego nie robić, bo jest im ciężko.
Więc przejęta tymi wiadrami łez, które moja babcia musiałaby przeze mnie nosić, nigdy po niej nie zapłakałam. Nie pożegnałam się z nią oficjalnie, bo w moim sercu nic się nie zmieniło. Wciąż ją tam mam i kocham bez końca, a mnóstwo wspomnień widzę oczami wyobraźni tam, gdzieś w przeszłości.
Zanim odeszła, w nocy mi się śniła. Szukałam jej z dużym okręgiem lampy. Nie było tam strachu, tylko taki przejmujący stan ducha, że coś uleciało w rzece – rzece, której nie widzę z miejsca, w którym obecnie lecę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania