To nie ciemność
Ciemność wali się ze wszystkich stron, naciera z zaciętością szaleńca w ataku furii i z hukiem ląduje na moim ciele skurczonym w obronnym spazmie. Widzę ją wszędzie wokół siebie, gdy rzuca we mnie ostrymi mackami czarnej otchłani, czują ją w sobie; wyziera z mojego umysłu i duszy, by odzyskać wolność. Ciemność jest we mnie i poza mną; atakuje i naciera; przypochlebia mi brzmiącymi jak klątwy słowami mroku i obraża frazami eksplodującymi goryczą; pragnie walki i ucieczki; szczerzy czarne zęby w uśmiechu zwycięstwa i grymasie zemsty. Ciemność jest pustką, jest niczym, ale pustka i nic istnieją.
Wrzeszczę tak, jak jeszcze nigdy nie wrzeszczałam, kłujący sztylet głosu wydostaje się na zewnątrz, ramię w ramię z ciemnością i pod prąd ciemności. Elektryzuje pustą otchłań czerni, drży w niej i zwielokrotnia się po odbiciu o ściany kamiennego pokoju. Odprawia szaleńczy taniec, jego wstęgi splatają się ze sobą w obłąkańczych figurach, okrążają pnące się kolumienki wielkiego łoża i drżą w kryształach żyrandola. Wrzask nagłymi falami zwiewa z pokoju, rozpływa się w labiryncie korytarzy, błąka po zaułkach, owiewa setki portretów czarnym oddechem i zlewa się w cichnącą arię chóru potępieńców.
Na długo po tym, jak ucichłam, z pełnym zafascynowaniem wsłuchuję się w echo. Strach prowokuje instynkty człowieka, który stracił rozum. A to nie była ciemność. To był strach.
Strach.
Nie zwracam już uwagi na zroszone potem śnieżnobiałe poduchy, jednym kopnięciem zrzucam na posadzkę skotłowaną w nogach pościel. Cień okiennych ram rzucany przez blady księżyc gładko pada na kamienne płytki i marszczy się na dywanie. Korzystam z niego, sięgając na stolik nocny po świeczkę, której knot wydaje się być jeszcze ciepły, a niezastygnięty wosk kapie na moją rękę. Zapalam ją, a pozór stabilności i bezpieczeństwa otumania moje zmysły.
Zsuwam bose nogi na zimną podłogę i nie zważając na bijący od niej chłód, robię kilka kroków. Pod opuszkami palców wyczuwam chropowate płyty, lecz mój chód jest lżejszy niż można by się spodziewać. Mimo co rusz ogarniających mnie dreszczy, poruszam się bez wysiłku i cicho, jak gdybym w połowie szła, a w połowie unosiła nad ziemią na niewidzialnych skrzydłach.
Z rozświetlającą ciemności świecą maszeruję przez pogrążony w mroku kamienny pokój, kierując się do drzwi. Skrywają za sobą korytarz. Nie dostrzegam żadnego załomu po prawej ani po lewej stronie, bo ciemność uniemożliwia mi ujrzenie czegokolwiek poza najbliższymi portretami, które zdobią ściany. Ponure matrony w wielkich sukniach skrywających równie bujne kształty spoglądają na mnie wzrokiem pełnym potępienia. Z kolejnych obrazów wyzierają monstrualne wąsy protoplastów mojego rodu. Zgorszenie bijące zza zasłony zarostu sprawia, że serce zaczyna mi bić szybciej i najchętniej zamknęłabym oczy.
Nerwowo uciekam na sam środek wydeptanego dywanu. Ogromne oczy zdają się śledzić każdy mój krok, usta szeptać bolesne słowa, a całe sylwetki wychylać z portretów. Kurczowo zaciskam oczy. Pod powiekami materializuje mi się obraz jak ze zdjęć, które po kolei wypadają z szuflady; widzę mozaikę samej siebie, przemierzającej biegiem kilometry korytarza. Mam lat dwa i ledwo utrzymuję się na nogach, mam lat siedem, zaplecione warkoczyki i łzy ściekające po policzkach, mam wreszcie lat trzynaście i biegnę przed siebie, obrzucając portrety nienawistnym spojrzeniem.
Czuję, jak na powrót ogarnia mnie przerażenie dzieciństwa, jak znów czuję ten sam strach, który czułam kiedyś na samą myśl o galerii zawieszonych na ścianie głów ociekających pogardą i wiecznym potępieniem. Opędzam się dłońmi przed pochylonymi zarysami kobiet i mężczyzn z portretów, unikam dotknięć lodowatych rąk, które jak pajęcze odnóża lgną ku mojej sylwetce. Przed sobą widzę tylko falę bladych jak stygnące ciało nieboszczyka ramion.
Wtem ogień drży i omal nie gaśnie, a również mnie owiewa lodowate powietrze niosące ze sobą woń wilgoci i stęchlizny. Na coraz bardziej uginających się nogach przebiegam jeszcze kilka metrów i skręcam na prawo, korzystając ze schodzącego w dół zaułka. Moje stopy równie lekko jak dotychczas zsuwają się po kamiennych schodach. Łukowate sklepienie wznosi się kilkanaście centymetrów nad moją głową i jeszcze przez chwilę odbija potępieńczy szum z głównego korytarza. Zatykam jedno ucho, bo drugą rękę mam zajętą kagankiem, ale nic to nie daje i dopiero po przebiegnięciu kolejnych schodków chór powoli cichnie nade mną.
Powoli odpycham się dłonią od wilgotnego kamienia i bezszelestnie wysuwam za róg korytarza. Moim oczom ukazuje się sczerniały od wilgoci portyk z rzeźbami wokoło i dwoma pochodniami zatkniętymi po obu stronach przejścia. Pomieszczenie za nim tonie w mroku, ale makabryczne zdobienia portyku nie pozostawiają wątpliwości co do przeznaczenia tej zakopanej pod ziemią ciemnicy. Robię parę kroków i wstępuję do mauzoleum.
Mdłe światło mojej świeczki rzuca blask na jamę przestronniejszą niż niejeden salon. W miejscu szezlongów wyzierają z ciemności matowe płyty nagrobne, a zamiast portretów przodków zerkają na mnie spode łba zastygłe w kamieniu facjaty topornych aniołów.
Tym razem nie muszę zamykać oczu. Najbliższy otwarty grób otoczył wianuszek żałobników, których spuszczony wzrok utkwiony jest w dwóch malutkich trumienkach. Dobrze wiem, że tylko spojrzenie równie małej dziewczynki spoczywa na uroczyście wypastowanych bucikach. Mimowolnie zerkam na kosmyki opadające na moje prawie ramię i porównuję je z finezyjnie zaplecionym warkoczem małej dziewczynki. Nie do pomylenia.
Śmierć, wisząca w powietrzu, przytłacza zebranych. Pozbawia ojca siły do honorowego wyprostowania pleców, zaciska kleszcze gorsetu pod żałobną suknią matki. Wyciska łzy z opuchniętych oczodołów siostry, prowokuje szalony błysk w ślepiach brata. Przywołuje bolesne wspomnienia małej dziewczynki, która chce krzyczeć, lecz cały czas, póki stojący w cieniu słudzy nie opuszczą trumienek na dno grobu, wbija wzrok w buciki. Zaciska zęby, by wytrwać w milczeniu, aż z przegryzionej wargi spływa strużka krwi i znacząc każdą wypukłość podbródka, plami biały kołnierzyk sukienki.
Kolejny raz wrzeszczę. Z mojego gardła wydobywa się skowyt, który czekał lata na uwolnienie. Odwracam się na pięcie skostniałej z zimna panującego w mauzoleum i zataczam ze świecą w ręku ku wyjściu. Gdy dobiegam do portyku, sprowokowany tym pęd powietrza gasi z sykiem pochodnie, a w blasku kaganka widzę unoszący się dym. Jego opary duszą mnie i powodują spazmy, podczas których zginam się wpół.
Wypadam z wąskiego zaułka wprost na szeroki korytarz pogrążony w ciemności równie głębokiej jak wcześniej. Między kamiennymi ścianami dźwięczy cisza, a portrety są jedynie ziejącymi czernią otchłaniami. Nadal oddycham z trudem, ale bez zatrzymywania się idę po szarej ścieżce wydeptanej w wykładzinie. Nie chcę nigdzie dojść i znów musieć patrzeć na coś, co wydarzyło się dawno i zostawiło po sobie niezacieralne ślady, równocześnie obca siła pcha mnie i sprawia, że zmuszam się do biegu. Wpatruję się uparcie w migoczący punkt na końcu korytarza, a rzędy portretów po bokach zlewają się w jeden czarny pas.
Chwytam się ramy szerokich, otwartych do wewnątrz drzwi i zatrzymuję w progu przestronnego holu. Po jego podłodze i ścianach pełzają dziesiątki cieni rzucanych przez dziesiątki świec, którymi oświetlono ową noc ciemniejszą niż zwykle. Rodzina i straż stoją na przeciwległych krańcach holu. Jej dowódca marszczy brwi, wyciąga zza pazuchy zwinięty w rulon papier, prostuje go i zbliża do płomienia.
Patrzę na poruszające się usta dowódcy, gdy ten czyta rozkaz aresztowania ale nie mogę znieść tego widoku. Przesuwam wzrok i unoszę głowę do góry, by sprawdzić, czy między fragmentami balustrady na pierwszym piętrze dojrzę wykrzywioną twarz dziewczynki ze spojrzeniem równie przerażonym jak w mauzoleum. Kątem oka zauważam, że dowódca skończył czytać rozkaz, zwinął papier i podsunął go pod ogień, a gdy ten zajął się płomieniami, upuścił świstek na płytki podłogi. Po chwili pod stopami ma tylko kupkę popiołu.
Stoję wmurowana i patrzę na piekło, które rozpętało się w holu. Strażnicy jak jeden mąż ruszają do przodu, a domownicy bezwiednie cofają się o schodek lub dwa. Ojciec odpycha resztę rodziny w górę i staje pomiędzy nimi a dowódcą. Gdy otrzymuje cios od potężnie zbudowanego mężczyzny, jego usta otwierają się szeroko, ale to ja wrzeszczę. Zrywam się, by podbiec do krwawiącego ojca, ale jakaś siła trzyma mnie w miejscu.
Opieram dłonie na niewidzialnej barierze, gdy matkę i siostrę w długich nocnych koszulach i wzorzystych szlafrokach strażnicy biorą pod ramiona, szturchają włóczniami i wleką, choć ich kolana suną już prawie po podłodze. Krzyczę, widząc, że ostatni wychodzący strażnik muska płomieniem pochodni szlafrok ojca, który zajmuje się ogniem. Ojciec unosi się na kolana, zrywa tlące się ubranie, odrzuca je i pozostaje w tej pozycji, patrząc tylko na niedomknięte przez straż drzwi.
Krztuszę się połykanymi łzami, które ciekną przez kurczowo zaciśnięte oczy. Czuję, że niewidzialna uprzęż opadła z moich nóg i biegnę przed siebie. Potykam się na schodach, ale dalej podążam na piętro. Gdy mijam balustradę i skryty za nią cień małej dziewczynki, ta odwraca powoli głowę i unosi ją, aż nasze spojrzenia spotykają się. Fala dreszczy przejmuje kontrolę nad moim ciałem, zalewa mnie ocean rozpaczy, złości i strachu, które przekazała mi wzrokiem. Ciemnieje mi przed oczami od ciężaru zwalonego na moje ramiona, ale po mrugnięciu nie widzę już nikogo.
Biegnę, choć teraz nie wiem nawet, w którym kierunku. Dyszę z przerażenia, oglądam się za siebie z przekonaniem, że dziewczynka goni mnie ze wzrokiem utkwionym w tył mojej głowy i przelewa na mnie wszystkie swoje żale. Wokół mnie miga otchłań czerni, czarne ściany, czarne drzwi, czarne dywany i czarne żyrandole. Drewniane drzwi zauważam dopiero, gdy uderzam w nie z całej siły i osuwam się po nich na kamienną posadzkę. Klucz o zaostrzonym końcu sterczy tuż koło mojego oka.
Wystarczyłoby tylko obrócić głowę…
Jeden ruch…
Szybciutko, bez ociągania się…
Raz, dwa, trzy…
Zrywam się na nogi, przekręcam klucz, żeby wpaść na wąską klatkę schodową prowadzącą na wieżyczkę. Na ostatnich stopniach potykam się i leżąc na kolanach, patrzę w górę.
Coś się na mnie wali.
Cień.
Nie, nie wali się.
To nie cień.
To też nie dwa cienie.
To mężczyzna z szyją zaplątaną na pętli z grubego powrozu.
To dziewczyna stojąca przed nim, nie ma już warkoczyków.
Skulona na podłodze obserwuję górującą nade mną sylwetkę ojca, groteskowo przytroczonego do stropu. Zasycha mi w gardle i nie mogę oderwać wzroku od jego wytrzeszczonych oczu, zbladłej twarzy i rozluźnionego po kilkudziesięciu latach udręki ciała. Nie krzyczę. Nie płaczę. Jedynie drżę i kulę się bardziej.
Dziewczyna również wciąż na niego patrzy. Jest już na tyle wysoka, że jej wzrok pada wprost na zapadniętą klatkę piersiową ojca. Jej gardło drży, kiedy próbuje przełknąć ślinę. Jej ręce trzęsą się, kiedy wyciąga je i chwyta lodowate dłonie ojca.
Następnie odwraca się na bosej stopie i kieruje ku drzwiom. Schodzi na dół, aż czuję drżenie desek i wibrowanie powietrza od jej niesłyszalnego krzyku, gdy nieprzytomna zwala się na ziemię. Wiem dobrze, że spędzi tam następne parę dni.
Powoli unoszę się z kolan i zawieszam ostatnie spojrzenie na nieżywym mężczyźnie. Mimo że jego sylwetka zajmuje niemalże całą przestrzeń okrągłego pomieszczenia, samotność i poczucie opuszczenia mnie przytłaczają. Szurając ciałem o drewnianą ścianę, obchodzę wieżyczkę dookoła, starając się nie zawadzić choćby jednym palcem o wiszącego trupa, który nagle zaczął napawać mnie nie tylko rozpaczą, ale i obrzydzeniem.
Wiatr targa moje włosy, gdy otwieram trzeszczące drzwi w drewnianej ramie. Kątem oka zauważam, że powiew rusza ciałem ojca, wprawiając je w powolne kołysanie. Czym prędzej robię krok wprzód i wychodzę na wąziutki balkonik, od razu przymykając za sobą drzwi. Stoję wciśnięta w barierkę z kamienia, wiszę nad czarną otchłanią, a wokół mnie nie błyska żadne światło – prócz kaganków w pokoju niemalże naprzeciwko mnie.
Za zamkniętą szybą, zaparowaną lekko od panującego w pokoju gorąca, widzę ogromne łoże, tak podobne do tego, z którego wstałam ledwo… Kiedy? W szaleństwie straciłam rachubę czasu. Z przerażeniem uświadamiam sobie, że nie tylko łoże jest podobne, ale i komnata ta sama – nawet obsypany płatkami dywan wydaje się identyczny jak ten, na który jeszcze tak niedawno padała księżycowa poświata.
Mrużę oczy, bo dopiero teraz dostrzegam, że w jedwabiach wielkiego łoża leży kobieta. Na jej odwróconą twarz pada głęboki cień, ale pomiędzy fałdami pościeli widzę koronki zdobnej koszuli nocnej, odsłaniającej ramiona i głęboki dekolt. Długie włosy kobiety skromnie opadają na jej ciało, a ona wlepia błyszczące niespokojnie w cieniu jej twarzy oczy w przeciwległy kraniec pokoju.
Ścieżka wydeptana w płatkach róży, które w tak bladym świetle wydają się czarne, prowadzi ku parawanowi. Bogato zdobiona tkanina zasłania cały róg pokoju, a na jej powierzchni tańczą cienie męskiej sylwetki. Podmuchy powietrza zwiewają płatki w stronę łóżka, gdy za parawanem kolejne przedmioty upadają na podłogę. Ujrzawszy to, kobieta zaczyna wyraźnie drżeć i siada na łóżku.
Teraz spoglądam prosto w jej oświetloną twarz i zamykam z przerażenia oczy. Poczułam się, jakbym patrzyła wprost w lustro.
Odważam się i zerkam raz jeszcze spod półprzymkniętych oczu. Kobieta ma opuszczony wzrok, lecz dokładnie widzę już różnice między nią a obrazem, jaki ujrzałabym po zerknięciu w taflę lustra. Brak obwódek wokół oczu. Brak głębokich bruzd. Delikatniejsze rysy. Jedynie kilka sińców w okolicach szyi.
Jak gdyby czując mój wzrok, unosi się z łóżka i nerwowo podchodzi w stronę okna. Wyciąga rękę w moim kierunku i aż wstrzymuję oddech, gdy jej palce rysują zawiłe kształty na zaparowanej szybie. Wreszcie zatrzymuje rękę, ale wciąż trzyma dłoń wyciągniętą w moim kierunku. Widzę dzięki wyczyszczonej szybie, że jej usta poruszają się w bezgłośnych słowach, wyciąga rękę coraz bardziej, aż szkło okna rozbija się z hukiem i rani jej bladą skórę.
Chcę krzyczeć, ale z mojego zaschniętego gardła wydobywa się jedynie charkot, a kobieta wychyla się przez okno. Niepewna, podciągam się i kucam na balustradzie balkonu, również wyciągając rękę, ale z coraz większą żądzą spoglądając w dół. Wreszcie słyszę słowa szeptane przez kobietę, ale znów targający mną wiatr zagłusza je ze świstem.
Czuję się jak w oku cyklonu, coraz bardziej wychylając nad czarną przepaść i równocześnie próbując pojąć szeptane głośniej i głośniej słowa. Huczący wiatr przywiewa kropelkę krwi z jej ręki, lecz ja już wiem, że zdecydowałam. Spoglądam ostatni raz na bladą twarz wychyloną przez okno, wyciągam jeszcze trochę dłoń, coś we mnie pragnie spróbować chwycić rękę kobiety, ale i ta chęć zamiera, kiedy rzucam się z balustrady wprost w nicość.
Buzuje we mnie satysfakcja ze spełnionej żądzy, gdy przez ułamek chwili zatrzymuję się w powietrzu tuż na linii balkonu. Szaleństwo mnie rozpiera i przejmuje władzę nad rzuconym w nieważkość ciałem, usta rozwierają się w opętańczym śmiechu, kończyny odzyskują siłę, miotam się w przestworzach. Czystość stężonego obłędu mnie oszałamia, upajam się rozkoszą, wiruję w locie, krzycząc wreszcie bez opamiętania. Wtem spadam i spadam, a pode mną zaczyna majaczyć biel.
Minęły może sekundy, może dni, lata albo dekady, gdy zaczynam zbliżać się do upadku. Bezlitosna perspektywa rozjaśnia mi umysł i zrozumienie uderza we mnie jak piorun, a gniew na samą siebie wstrząsa wiotczejącym ciałem, choć wiem, że teraz to już bez różnicy. Bezwiednie a tęsknie spoglądam w górę, w kierunku kobiety.
Z rezygnacją opadam w nicość.
W strach.
Nie boli.
Ale ja już wiem.
To się powtórzy.
Strach. Szaleństwo. Strach.
Potępieńczy duet.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania