To Tylko Biznes

Jerry stał przy oknie w swoim biurze, z satysfakcją oglądając panoramę miasta. Lubił to robić. Lubił obserwować rzesze neonowych bilbordów, chmary latających samochodów i gigantyczne ośrodki teleportacyjne. Wszystko to pośród niekończących się pasm ciemnych budynków, ciągnących się daleko za horyzont.

 

Jego ulubioną częścią była dzielnica biznesowa. Uwielbiał oglądać gigantyczne molochy jego konkurencji, wystrzeliwujące z ziemi niczym niezliczone Wieże Babel. Wysokością sięgały nieba, szerokością rozciągały się na całe kilometry. Jego mierzący pięćset metrów biurowiec wyglądał przy nich niczym zapałka.

 

Patrząc z okna, mógł udawać, że to wszystko należy już do niego. Że już teraz, w tej chwili, trzymał w dłoniach całe miasto.

 

Spojrzał na ulicę pod swoją siedzibą, gdzie znów zebrała się grupka protestujących. Ten widok lubił zdecydowanie mniej. Głupia, machająca znakami tłuszcza, znów przyszła obwiniać go za robienie biznesu. Miał ich dość. Fakt, to właśnie przez jego przejęcie stracili posady, ale co miał zrobić? Jeśli jego firma miała zaliczyć przyrost, musiał redukować miejsca pracy.

 

Dzisiaj zebrało się już z dwieście osób. Na razie było to niewiele, ale jeśli ta liczba miała dalej rosnąć, z czasem demostracje mogły się stać poważnym problemem. Wtedy musiałby zacząć opłacać policję, by pozbywała się protestujących. To oznaczało dodatkowe koszty.

 

Ale jeszcze nie teraz, pomyślał, odwracając się od okna. Na razie to tylko jakaś banda.

 

Nie żałował ich specjalnie. Dał im szansę na dołączenie do jego korporacji i dostanie nowych stanowisk. Niższych i mniej dochodowych, ale co z tego? Gdyby naprawdę chcieli lepszej pracy, składaliby teraz CV, zamiast stać pod jego biurem.

 

Sami są sobie winni, powtarzał w duchu, wracając do biurka. Musiał przejść przy tym niemały spacer, bo jego gabinet miał powierzchnię średniej wielkości mieszkania. W mieście, gdzie populacja dochodziła do dwustu milionów, taka przestrzeń biurowa kosztowała niemało. Nie mówiąc już o jej umeblowaniu.

 

W jego czterech ścianach znajdowały się meble z drzewa kapokowego, którego pozyskiwanie od lat było oficjalnie zakazane, akwaria z rybami, których dawno już nie można było znaleźć w oceanie, na jednej ze ścian wisiało nawet oryginalne godło z Gabinetu Owalnego. Zostało sprzedane, by pokryć dług publiczny w czasach, gdy rządy dopiero zaczynały tracić realną władzę nad korporacjami. Nie lubił go, ale tu nie chodziło o gusta. To godło było unikatem. Wieszając je naprzeciw drzwi, pokazywał każdemu wchodzącemu, jak daleko sięgają jego kontakty.

 

Drzwi do biura otworzyły się automatycznie, wpuszczając do środka jego sekretarkę. Młoda dziewczyna w krótkiej, czarnej spódniczce stanęła przed nim, nieudolnie starając się zamaskować drżenie kolan. Zdążyła już poznać charakter jej szefa.

 

Dziewczynę, tak jak i całą korporację, Jerry odziedziczył niedawno po ojcu, który umarł nie zostawiając oficjalnego testamentu. Żałoba po nim była krótka. Gdy tylko syn przejął stery, szybko dał ludziom do zrozumienia, że przeszłość zostawiają za sobą. Jego tatę znano z gotowości do przebaczania, uczciwości i nieograniczonej liczby „drugich szans”.

 

Jerry był inny. Gdy ktoś mu podpadał, kończył z nim raz a dobrze, bez pierdolenia się. Nie przysparzało mu to wielu przyjaciół, ale sądząc po postawie Anny, zapewniało dosyć poważania.

 

Dziewczyna podeszła do biurku i postawiła przed nim drinka w kieliszku na długiej nóżce.

 

– P-pana goście przybyli. Proszą, by ich wpuścić.

 

– Dziękuję. Wpuść ich.

 

Odpowiedziało mu nerwowe skinienie głowy. Biedne dziewczę miało problem z samym wydobyciem przy nim głosu. I dobrze. Niech wie, że jej szef nie toleruje nieudaczników. Gdyby chciał, mógłby sprawić, że nie znajdzie roboty nawet na zmywaku w podrzędnej restauracji. Albo zamknąć ją w tym biurze bez jedzenia i wypuścić dopiero po kilku dniach. Czy też sprawić, że pewnego dnia potknie się nieszczęśliwie na schodach. I ani policja, ani żaden związek zawodowy nie mógłby pociągnąć go za to do odpowiedzialności. Anna dobrze to rozumiała i właśnie to utrzymywało ją na tej posadzie. Tych, którzy nie rozumieli, już z nią nie było.

 

– Możesz już odejść – powiedział do ogłupiałej ze strachu dziewczyny. Anna znów skinęła gwałtownie głową i odwróciło się jak najszybciej. Jerry odprowadził ją wzrokiem, przy okazji zerkając na skraj jej krótkiej spódnicy. No, może było jeszcze coś, co utrzymywało ją na tej posadzie.

 

Anna na pewno to zauważyła, ale nie ośmieliła się nic powiedzieć. Posłała mu tylko urażone spojrzenie. Jerry nie wątpił, że jak i wielu jej współpracowników, w głębi serca liczyła teraz na nagły, druzgocący upadek korporacji, spowodowany despotyzmem i niekompetencją nowego właściciela. Niestety, na razie będzie musiała jeszcze poczekać. Wbrew oczekiwaniom, Jerry już teraz dziesięciokrotnie podniósł wartość akcji NewTissue.

 

Jego korporacja od lat zajmowała się produkowaniem i wszczepianiem syntetycznych zamienników różnych części ciała: począwszy od plastikowych zębów, przez robotyczne dłonie, aż po syntetyczne organy wewnętrzne. Wszystko to ratowało każdego roku miliony istnień na całym świecie, sprzedając nowe części ciała legalnie, uczciwie, po minimalnej marży i z troską o każdego klienta.

 

Ale przede wszystkim, generując żałosne zyski. Ojciec Jerrego, choć pracował nad firmą całe życie, nigdy nie wydobył nawet ułamka jej prawdziwego potencjału. Marnował pieniądze na bonusy i czas na dywagacje ze związkami zawodowymi. Pozwalał ludziom brać wolne z byle powodu i przestrzegał regulacji, które bez trudu mógł obejść. Jerry się nie tak nie pierdolił. Ograniczał dni wolne do minimum, podnosił każdą dostępną marżę, wypłacał pracownikom jedynie tyle ile musiał i nigdy nie oglądał się na ludzi, którzy nie mieli w branży znaczenia.

 

Robił sobie przez to wrogów, ale nie żałował specjalnie. Jego firma miała potencjał, by w kilka lat prześcignąć największych graczy w biznesie. A on miał zamiar to osiągnąć.

 

Jednak same usprawnienia to było za mało. By dostać się na szczyt, potrzebował czegoś więcej. I właśnie w celu dalszego rozwoju, zwołał dziś pierwsze zebranie ze swoimi nowymi partnerami. Umówiona na dziś trójka biznesmenów miała mu zaprezentować coś, co mogło wynieść ich firmę na kompletnie nowy poziom.

 

Akurat kończył swojego drinka, gdy drzwi do gabinetu otworzyły się po raz drugi, ukazując długo oczekiwanych gości.

 

– Zapraszam. Proszę, niech panowie usiądą – powitał ich młody prezes, wskazując na trzy wolne miejsca przed biurkiem.

 

Wszyscy mężczyźni mieli na sobie ciemne spodnie, zapięte pod brodę kurtki i czarne rękawiczki. Odzienie kompletnie zakrywało ich skórę, ale w tym nie było nic zaskakującego. Dla wielu sztuczne części ciała wciąż były powodem do wstydu i niejeden chował je pod materiałem. A ci gentelmani z pewnością mieli także inne powody, by zakrywać swoje.

 

Najstarszy z nich, noszący duży czarny kapelusz i z pokaźną teczką w dłoniach, zajął miejsce pomiędzy swoimi młodszymi, muskularnymi towarzyszami. Jegomość położył teczkę na kolanach i zaczął wpatrywać się w Jerrego nieprzyjemnie przenikliwym wzrokiem.

 

– Napiją się czegoś państwo?

 

Mężczyźni pokręcili głowami, wyraźnie chcąc przejść do sedna sprawy.

 

Konkretni. To mu się podobało.

 

– Dobrze. W takim razie, chciałbym zobaczyć towar. Nie muszą się państwo obawiać podsłuchu, to biuro jest szczelniejsze niż Gabinet Owalny. I dwa razy bardziej wpływowe.

 

Mężczyzna pośrodku uśmiechnął się i nacisnął jeden z zatrzasków w swojej kasetce, ani na moment nie spuszczając oczu Jerrego. Ten z trudem powstrzymywał się od uciekania wzrokiem.

 

Kilka chwil później, na stole pojawił się efekt pierwszej nowatorskiej umowy Jerrego: mały, srebrny kawałek czegoś, co niewtajemniczonym mogło przypominać otoczak. W rzeczywistości był to jednak przedmiot, który wkrótce miał wywołać w NewTissue prawdziwą rewolucję.

 

Przed jego oczami znajdowała się pierwsza w historii firmy, syntetyczna tkanka mózgowa. Towar, którego żadne korporacje organowe nie miały prawa badać, produkować ani sprzedawać. Oczywiście poza pośrednictwem odpowiednich przedsiębiorczych ludzi, tworzących własne produkty i wysyłających je do tych, którzy mogli sobie na to pozwolić.

 

Jerry miał szczęście. Grupa takich właśnie biznesmenów odnalazła go ostatnio i zaproponowała współpracę, by rozprowadzić tego typu towar do odpowiednich osób. Jego ojciec zawsze odsyłał takich z kwitkiem, twierdząc, że są zbyt niebezpieczni. On był jednak bardziej postępowy. Ta umowa nie tylko oznaczała świetny interes, ale też udowodniała, jak zwiększył już prestiż firmy.

 

Jerry wyjął towar z kasetki i obejrzał go dokładnie. Nie mógł wiedzieć, czy był dobrej jakości, ale chciał stworzyć przed swoimi gośćmi pozory profesjonalizmu.

 

– Doskonale. Mieli państwo jakieś problemy z transportem?

 

– Drobne. Parę osób chciało powstrzymać nas przed wejściem do budynku, próbowaliśmy też przejechać przez Aleję Petriego, a od jakiegoś czasu znajdują się tam slumsy. Szczerze mówiąc, przeszukiwania i identyfikacje także nie są u państwa zwięzłe.

 

Jerry uśmiechnął się przepraszająco.

 

– Proszę wybaczyć niedogodności. Ostatnio wiele osób chce wejść i dostarczyć mi różne… problematyczne prezenty. Muszę mieć pewność, że żaden z wchodzących nie stanowi dla mnie zagrożenia. Rozwój ma swoje konsekwencje, co państwo na pewno rozumieją.

 

– Oczywiście. Pozbywanie się konkurencji zawsze oznacza pewne trudności.

 

– Ale trudności oznaczają zysk. Redukcja zbędnych elementów to konieczny element biznesu.

 

Goście Jerrego wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Bez wątpienia podobała im się ta filozofia.

 

– Święte słowa. Doprawdy święte. – Uśmiechnął się mężczyzna w kapeluszu. – Może chce pan przymierzyć nowy produkt? Czy nie po to go tutaj przynieśliśmy?

 

– Przymierzyć? Nie wymaga to operacji?

 

– Operacji? Naprawdę, widać że jest pan nowy na tym polu. Operacje były wymagane w czasach, gdy tego typu działania były legalne. Dzisiaj można to załatwić znacznie prościej.

 

Mężczyzna wziął metalowy przedmiot z rąk Jerrego i zanim ten zdążył zaprotestować, przyłożył go do boku jego głowy. Nim Jerry zrozumiał, co się dzieje, rzecz zaczęła wnikać w jego wygoloną skórę. Nowa technologia dosłownie wtapiała się w ciało.

 

Jerry wygiął się mocno w swoim] krześle, próbując powstrzymać krzyk. Nie czuł bólu, ale wrażenie milionów twardych, metalowych kulek przebijających przez jego skórę, czaszkę i niknących gdzieś mózgu miało prześladować go aż do końca życia.

 

– Aaaaaoooch! – jęknął, gdy niemożliwe do opisania uczucie dobiegło końca. Spojrzał z powrotem na swoich gości, starając się zachować pokerowy wyraz twarzy. Miał nadzieję, że z nosa nie leciała mu krew. – Nie wiedziałem, że można użyć tego tak… tak po prostu.

 

– Większość legalnych źródeł wymagało operacji, bo takie zabiegi niosą ze sobą ryzyko awarii. Ale dla nas to raczej nie problem, prawda?

 

– Oczywiście – odparł, powstrzymując okrzyk zdziwienia. Nikt nie wspominał mu o żadnym ryzyku awarii! Czy ci ludzie w ogóle pomyśleli, co mogło się stać?! – No dobrze, to chyba by było na tyle. Nie widzę usterek w nowym sprzęcie, więc możemy przejść do interesów. Do ilu krajów są państwo w stanie dotrzeć, produkując to masowo?

 

Mężczyzna w kapeluszu uśmiechnął się z rozbawieniem. Jerry znał ten uśmiech. To była mina profesjonalisty, wysłuchującego błędnych założeń rozumowania laika. Jerry już miał zamiar się poprawiać, gdy nagle dostrzegł błysk na samym krańcu swojego pola widzenia. Odruchowo odwrócił wzrok i spostrzegł coś na kształt iskry, wyskakującej z przestrzeni przed nim. Za nią zaraz pojawiła się kolejna, a potem kilka następnych. Po chwili jego pole widzenia zaroiło się od plejady świateł, zapalających się i gasnących niczym tysiące fleszy.

 

– Co się… – jęknął Jerry, mając wrażenie, że całe jego biuro zaczęło się przechylać. Poczuł nagłe odrętwienie w mięśniach.

 

– Możemy bezproblemowo rozprowadzić produkt na całą Amerykę Północną, a także część Południowej i niektóre kraje Europy – powiedział do niego mężczyzna w kapeluszu. – Oczywiście, przy odpowiednich funduszach. Jest pan w stanie dać dwadzieścia tysięcy dolarów za sztukę?

 

Dwadzieścia tysięcy?! Nawet jak na początkową ofertę, to był rozbój! Jerry, rzecz jasna, miał zamiar się targować, gdy jednak otworzył usta, jego język w ogóle się nie poruszył.

 

– Nhge… yyyy… tfu… ghhf… – seplenił, kiwając głową z wysiłku.

 

– Doskonale! – Uśmiechnął się mężczyzna w kapeluszu. Skinienia Jerrego musiał odebrać jako wyrazy zgody. – A jeśli chodzi o udział w zyskach, co pan powie na dwa procent?

 

Gdyby nie paraliż, Jerry na pewno podskoczyłby ze zdziwienia. To było mniej, niż potrzebował na samo opłacenie pracowników! Czy oni oczekiwali, że nie chciał na tym zarobić?!

 

– Nnniyyyyyy… Too… – jęczał dalej, czując się jakby cały jego gabinet wirował.

 

– Świetnie! Doprawdy, wspaniale robi się z panem interesy.

 

Jerry poczuł, jak oblewa go fala gorąca. Czy ten kretyn nie widział, że nie czuł się dobrze? Czy ani on, ani jego dwa goryle naprawdę nie potrafili odróżnić bolesnych jęków od normalnych wypowiedzi?!

 

Jerry próbował coś powiedzieć, wytłumaczyć że to nie tak. Chciał zamachać rękoma, ale wszystkie mięśnie miał kompletnie zwiotczałe. Przeszło mu przez myśl, że właśnie tak musi czuć się bydło po oberwaniu w głowę elektrowstrząsem.

 

– Świetnie. Moglibyśmy też liczyć na wpływy przy wyborze nowych pracowników w pana firmie?

 

Tym razem Jerry nie poczuł nawet, by wykonał jakikolwiek ruch. Jego ciało było bezwładne, język miał sztywny jak sztacheta. Mimo to cała trójka mężczyzn uśmiechnęła się do niego, jakby otrzymali dokładnie taką odpowiedź, na jaką liczyli.

 

– Świetnie. W takim razie chyba już skończyliśmy.

 

Muszę to jak najszybciej wyjaśnić, pomyślał Jerry. Ten stan nie może trwać wiecznie, na pewno odzyskam zaraz mi przejdzie. A jeśli nie, Anna wejdzie w końcu do gabinetu i zawiezie mnie do szpitala. Cokolwiek by nie myślała, nie zostawi CEO swojej korporacji w takim stanie. A gdy tylko wydobrzeję, natychmiast muszę to wszystko anulować.

 

Mężczyzna tymczasem nadal się uśmiechał, patrząc w nieruchome, zeszklone oczy Jerrego.

 

– Jeśli warunki panu odpowiadają, proszę jeszcze tu zatwierdzić – Podsunął Jerremu czytnik linii papilarnych, ukryty dotąd w zapasowej przegródce kasetki. Jerry był pewien, że teraz, gdy nie będzie mógł ruszyć ręką, mężczyzna nareszcie coś zauważy. Tak się jednak nie stało.

 

Dłoń niedoszłego prezesa sama, bez udziału jego woli zbliżyła się do czytnika, po czym odcisnęła jego kciuk. Jerry nie mógł przeczytać całej umowy wyświetlonej na ekranie urządzenia, ale był pewien, że widnieje tam jeszcze więcej niesłychanych, idiotycznych warunków, na jakie nikt normalny by się nie zgodził.

 

– Dziękuję, panie Vimenroy – powiedział mężczyzna w kapeluszu, podnosząc się z miejsca. – Miał pan rację, w interesach należy być bezwzględnym. To najlepsza strategia.

 

Wszyscy trzej mężczyźni skinęli głowami, po czym powoli, gęsiego opuścili gabinet. Przy samym wyjściu jasno dali Annie do zrozumienia, że pan Jerry nie życzy sobie żadnych odwiedzin.

 

Jerry, w swoich ostatnich przebłyskach świadmości, po raz pierwszy pomyślał, że mże metody jego ojca wcale nie były aż takie złe.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Dobrze napisane z ciekawą fabułą. Nieco nadużywasz słowa"swój" itp. W ostatnim zdaniu popraw "mże"
    5
  • Clariosis 2 miesiące temu
    Dobre opowiadanie. Widać, że Jerry nie odrobił pracy domowej z zakresu modeli biznesowych, ani tym bardziej socjologii w biznesie. Model "po trupach" i wyzysku pracowników działa... do pewnego czasu, póki pogarszająca się reputacja firmy/reprezentanta nie zaczyna szargać wyników, czy aż w końcu nie przyjdą smutni panowie w czarnych garniturach... Praca na gorszych warunkach za mniejsze pieniądze tylko pozornie przynosi firmie dochód - kluczem jest sprawienie, bądź znalezienie kogoś, kto nie dość, że sam zarobi swoją pracą na własną wypłatę, to jeszcze przyniesie zysk firmie. ;) No ale jak mówiłam, Jerry nie odrobił pracy domowej z podstaw prowadzenia biznesu, dlatego na sam koniec pomyślał o ojcu. Ale dobra, dość już o suchej psychologii. Morał opowiadania jest taki "mój" - to co robisz, zawsze wróci, w najmniej spodziewanym momencie... i zaboli potrójnie mocniej. Niby to taki sztampowy koniec, a jednak tak realny. Bo właśnie się tak dzieje. Im więcej zła wyślesz w człowieka, tym to zło mocniej się odbije. To niczym wahadło, najpierw kołysze się powoli, a im bardziej je napędzasz, tym jest szybsze i szybsze, aż staje się śmiercionośną bronią...
    Pięć.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania