Tomeczek...

Tomeczek...

​- Tomeczku – powiedziała ze naciskiem.

Zwróciłem uwagę na parę. Patrzyłem na nich dłużej, niż wypadało. Mimochodem przysłuchałem się dialogowi...

Ot zwykli przechodnie. A może nie bo znam ich z dawnych lat...

Patrzę nie dlatego, że wydarzyło się coś spektakularnego – jakieś spięcie, incydent. Właśnie przeciwnie - nic się nie działo. A jednak w tym "nic" było coś niepokojąco pełnego.

Znałem go z innej wersji życia: tej, w której nie zostaje się na długo samemu w rozmowach, bo ktoś zawsze dopowiada zdanie za ciebie. W której decyzje nie zapadają głośno, tylko układają się gdzieś pomiędzy spojrzeniem a westchnięciem. W której z czasem przestaje się sprawdzać, co się chce - bo łatwiej sprawdzić, co "będzie mniej problematyczne".

Widziałem w nim człowieka, który kiedyś miał własny kierunek, ale wiem, że gdzieś po drodze zaczął oddawać kompas. Najpierw na chwilę. Potem "na razie". A później już bez daty zwrotu.

Sygnował te swoje decyzje: Dla Niej, Dla dobra, dla pełni.

Dlatego obraz który widzę to nie wygląda to jak bunt czy złamanie. Raczej jak stopniowe wygaszanie konturów. Teraz go nie widzę wyraźnie jak by zanikł...

Znam go bo brakuje mi go w moim życiu... Teraz mówi mało. Nawet gdy mówił, sprawia wrażenie, jakby sprawdzał, czy jego słowa nie są zbyt ostre, zbyt ciężkie, zbyt "nie na miejscu". Jakby każda wypowiedź miała zostać oceniona nie pod każdym kątem, tylko ryzyka. Dziwny lęk, dziwna obawa...

Kiedyś byłem pewien, że ludzie "posłuszni" są wygodni. To słowo jednak nie pasowało do tego, co widziałem. Bo w tej "wygodzie" była też nerwowość - coś, co przypominało czujność człowieka, który nauczył się przewidywać nie pogodę, tylko nastroje.

W jego życiu nie ma już wielu punktów odniesienia poza domem. Kontakty się rozrzedziły, nie jak zerwane więzi, tylko jak coś, co nie miało kiedy być podlewane. Przyjaźnie nie umierają nagle - raczej przestają mieć wspólny język, aż w końcu nie ma już po co go używać.

A jego życie? służba? praca? Nie była już jego przestrzenią. Nie była nawet czyjąkolwiek decyzją, tylko stanem, który się wydarzył i został zastąpiony innym stanem: opieką? obowiązkiem? rutyną? Wiem też że finansowo wszystko miało swoją strukturę, ale ta struktura już nie wymagała jego udziału. Wystarczyło, że się w niej poruszał.

Widziałem, jak szedł bez życia. Szedł kilka kroków przed rodziną. Nie szli równo - raczej tak, jakby jeden rytm był ustalony, a on musiał się do niego dostroić. Jakby przestrzeń publiczna była chwilowym rozszerzeniem prywatnego układu.

A jednocześnie - i to było najbardziej mylące - nie było w nim buntu. Było coś, co bardziej przypominało zgodę. Albo przyzwyczajenie do tego, że zgoda jest najbezpieczniejszym wariantem rzeczywistości.

Pomyślałem wtedy, że łatwo jest nazwać takie relacje jednym słowem. Zbyt łatwo.

"Uległość". "Kontrola". "Dominacja". "Zależność".

Każde z nich brzmi jak diagnoza, a żadna nie opisuje tego, co dzieje się pomiędzy momentami.

Bo między nimi nie było jednej sceny, tylko tysiące drobnych korekt: kto dziś decyduje, kto dziś nie ma siły, kto dziś nie chce konfliktu, kto dziś "lepiej odpuści", kto dziś już nie pamięta, jak się zaczynało mówić "nie".

I w tym wszystkim najbardziej uderzające było nie to, jak ja czy otoczenie to odbieramy.

Tylko to, że w tym momencie, w tej obserwowanej scenie, że on nawet nie próbował już bronić siebie w sposób, który zakładałby, że "ja" nadal istnieje jako coś oddzielnego.

Stoi tam więc nie jak człowiek w konflikcie.

Raczej jak ktoś, kto dawno przestał sprawdzać, gdzie kończy się jego własna granica.

A ja, siedząc przy tej kawie, której smak już dawno zniknął, pomyślałem, że być może najtrudniejsze nie jest to, kto ma rację.

Tylko to, że czasem obie strony uczą się żyć w układzie, który nie wymaga już pytań - tylko funkcjonowania.

I że wtedy nawet cisza nie jest już przerwą.

Jest formą porozumienia, które nikt świadomie nie podpisał.

###

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania