TOŻSAMOŚĆ TARY - rozdział I

- Przestań! Stop! Nie mogę... - powiedziała Tara, odsuwając od siebie Luka. - To jeszcze za wcześnie. Przepraszam...

- Oj, daj spokój. Przecież rozumiem...

Tara spojrzała w jego nienaturalnie wielkie oczy koloru brązowego i od razu chciała w nich utonąć... Ale czy nie wolała zanurzyć się w szarości Simona? Nawet gdyby tak to jest już za późno.

- Ale moje słońce... - Luk przerwał ciszę. - Przecież Simona nie ma już od ponad roku. Myślę, że powinnaś o nim zapomnieć.

- Co?! - Tara zdenerwowała się. - Jak mam zapomnieć o najlepszym co mnie w życiu spotkało! No jak! Pomyśl!

- Ej, ale spokojnie... - chłopak odsunął się od niej. - Przecież ja tylko coś sugeruję...

- To następnym razem daruj sobie te dobre rady, ok?

- Jasne, przepraszam... Chciałem dobrze.

- Wiem, ale to jednak dla mnie jeszcze za wcześnie... Zrozum.

- Wiesz co? Czasem zastanawiam się czy nie jestem tylko misiem na pocieszenie! - Te ociekające pogardą słowa wypluł jej w twarz tak niespodziewanie, że Tara nie wiedziała jak mu odpowiedzieć.

- Ale... yyyy... To przecież nie tak... Ja ciebie kocham, Luk!

- Tak? A czy ludzie, którzy się kochają nie powinni być ze sobą blisko? Fizycznie blisko?

- Co?

- Nawet nie mogę cię pocałować! Nie mogę objąć, bo przecież to przypomina ci o Simonie! Nie mogę używać twojej ulubionej męskiej wody kolońskiej, bo takiej używał też kto? Oczywiście Simon!

- Błagam cię! Nie naciskaj!

- Taro, popatrz na mnie. - Nagle zaczął mówić szeptem. - Czy ty kochasz mnie, czy Simona?

- Ja... Ja kocham was obu.

- Nie Taro, nie ma takiej odpowiedzi!- krzyknął na nią i wybiegł z korytarza.

Tara oparła głowę o ścianę i zsunęła po ścianie. Tym korytarzem mało kto przechodził, bo znajdował się w starym skrzydle, które nie nadawało się do użytku, więc zrobiono z niego drogę ewakuacyjną. Nie było to mądre rozwianie, bo podczas jakiegoś wypadku, korytarz też mógł ulec zniszczeniu. Dziewczyna myślała i próbowała odpowiedzieć na pytanie Luka. Jednak bezowocnie. Była tak wyczerpana, że nie miała siły wyjść z korytarza, a co dopiero dojść do łóżka. Skuliła się na zimnej podłodze i zasnęła. Obudził ją dopiero dźwięk alarmu i tupot stóp zmierzających w jej kierunku.

Tara błyskawicznie wstała i zaczęła biec w stronę wyjścia na zewnątrz. Kiedy obejrzała się przez ramię zobaczyła jak zbliża się tłum ludzi i woła: Tara! Tara! W ich oczach można było dostrzec ten charakterystyczny ogień, który ujawnia się w sytuacjach zagrożenia życia. Coś jakby obłęd.

Mimo tego, że dziewczyna biegła jak najszybciej, oddalała się do drzwi, a przybliżała do tłumu. Zwalniała, choć wkładała w bieg wszystkie swoje siły. W końcu nie dała rady i upadła na ziemię. Spojrzała w stronę nadciągających ludzi. Z trudem uklękła i zaczęła wypowiadać słowa modlitwy. Na sekundę przed zderzeniem i stratowaniem, Tara zamknęła oczy. Czekała i czekała, ale nic nie poczuła. Żadnego bólu, żadnego uderzenia.

Kiedy otworzyła oczy, nie była już na korytarzu. Klęczała teraz na zimnej betonowej podłodze. W ciasnym pomieszczeniu nie było nic poza umywalką i lustrem w kącie. Tara wstała i podeszła do niej. W lustrze odbiła się blada twarz, którą okalały lekko kręcone, brązowe włosy. Oczy były nienaturalnie duże, a rozszerzone źrenice, zatopione w brązowo- zielonych bajorach. Wyglądała na przestraszoną. Spod skóry wystawały kości. Nie miała też żadnych ubrań.

Coś zaskrzypiało w innym kącie pokoju. Kiedy Tara tam zerknęła, nic nie zauważyła. Ponownie spojrzała w lustro, ale tym razem coś się zmieniło- miała zaszyte usta.

Próbowała krzyknąć, ale nie wydobyła żadnego dźwięku. Podłoga pod jej stopami zaczęła się odsuwać do ścian, uciekając jej spod nóg. Dziewczyna runęła w czarną otchłań. Desperacko próbowała się czegoś złapać. Nagle zdała sobie sprawę, że nie spada, ale leci w górę. Podniosła głowę i ujrzała zbliżającą się białą plamę- światło.

Tara z ogromną siłą wyleciała na powierzchnię. Udało jej się utrzymać równowagę. Kiedy spojrzała za siebie w nadziei, że będzie mogła wrócić i poszukać wyjścia, zobaczyła kopiec ziemi. W miejscu dziury, którą wydostała się na powierzchnię, był grób. Odruchowo cofnęła sie kilka kroków i krzyknęła. Nie miała już zaszytych ust. Widać było, że grób jest świeży. Nie było jednak żadnych kwiatów ani wstążek z napisami "tęsknimy za tobą". W ziemię był tylko wbity krzyż z wydrapaną datą: 31.12.19998.

Tara nie mogła się uważniej przyjrzeć, bo coś ciągnęło ją z niewyobrażalną prędkością w przód. Próbowała zorientować się gdzie jest, ale wyłapała tylko wielki dąb, dziurawe ogrodzenie i polanę ze zlewającego się obrazu.

Nabierała jeszcze większej prędkości. Wystające gałęzie smagały jej nagie ciało. Niespodziewanie zatrzymała sie na środku jakiegoś zatłoczonego placu. Padał śnieg, a ludzie trącali ją żeby znaleźć się bliżej sceny. Instynktownie chciała zasłonić gołe ciało, ale tym razem była ubrana w szary kombinezon i ciężkie szare buty, tak jak wszyscy na placu. Ze strony sceny usłyszała część jakiegoś przemówienia.

- ...to musi się skończyć! Teraz my przejmujemy władzę! Naprawmy to, co oni niszczyli przez tyle stuleci!

Wszyscy dookoła zaczęli wiwatować i powtarzać: Ki-ra! Ki-ra.

Coraz więcej osób zaczęło ją trącać, co przerodziło się w bicie z premedytacją. Dwaj mężczyźni podeszli do niej. Jeden z nich miała brązowe, a drugi szare oczy. Brązowooki zaczął ją dusić, a szarooki- odciągał ją od sceny.

Dziewczyna obudziła się z trudem łapiąc oddech. Ktoś przyłożył jej maskę do twarzy co polepszyło sytuację. Rażące światło przysłonił mężczyzna w białym fartuchu i maseczce na twarzy. Sprawdził czy strzykawka działa i chciał wbić ją w szyję dziewczyny, ale ta odsunęła głowę. Wstała z metalowego stołu, zrywając przy tym wszystkie przezroczyste rurki, które wprowadzały w jej żyły płyny o różnych kolorach i wykorzystał cenne sekundy zaskoczenia lekarza, na ucieczkę.

Wybiegła na biały korytarz i ruszyła do drzwi na samym końcu. Za nimi było małe pomieszczenie z otworami w ścianach, z których wyleciała biała para. Przestraszona dziewczyna chciała wydostać się, ale drzwi z zamkiem na skanowanie siatkówki oka nie chciały się otworzyć. Skuliła się w kącie i czekała aż lekarz po nią przyjdzie. Dziewczyna nie bała się. Była tylko bardzo zdezorientowana. Para rozprzestrzeniła się po całym pomieszczeniu. Rany po wyciągniętych rurkach zaczęły krwawić i piec. Kiedy przy skanerze zaświeciła się zielona lampka, dziewczyna odzyskała nadzieję. W drzwiach pojawiła się kobieta. Jej czarne i mokre od potu włosy przykleiły się do czoła.

- No chodź, nie bój się!- wyciągnęła rękę.

Nieznajoma wyciągnęła z plecaka szlafrok i podała dziewczynie, która trzęsła się z zimna. Wzięła go i ubrała. Para pomału się ulotniła, więc kobieta stała się bardziej wyraźna. Dziewczyna zaufała nieznajomej, kiedy spojrzała w sobie w oczy. Zielone, pełne nadziei, strachu i niecierpliwości. ?Co mam do stracenia?? ? pomyślała i poszła za kobietą. Biegły przez budynek przechodząc przez kolejne drzwi, pomieszczenia i schodząc po schodach.

- Jestem Mira. ? powiedziała nieznajoma w trakcie biegu. - Mamy mało czasu. Pośpieszmy się.

Oszołomiona dziewczyna pędziła ile sił za kobietą. Nieznajoma wyważyła drzwi i oślepił je blask reflektorów, a mocny podmuch wiatru uderzył w twarz. Dziewczyna nic nie widziała przez światła, ale Mira poprowadziła ją do środka jakiejś maszyny. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do nagłej ciemności, odkryła, że są w helikopterze i właśnie wznoszą się w powietrze.

- No to blondyneczko, powiedz nam wszystko, co wiesz. - Powiedziała z uśmiechem Mira.

- Ale co mam mówić? Kim wy jesteście? Co się dzieje?- krzyczała dziewczyna. Miała łzy w oczach. Zaczęła się miotać, szukając wyjścia z helikoptera.

- Ej, co ty wyprawiasz? Jeśli teraz stąd wyjdziesz to zginiesz. Jesteś dla nas zbyt cenna żebyśmy dali ci zginąć, kotku. - zaśmiała się Mira, ale nikomu oprócz niej nie było do śmiechu.

-Nas, czyli kogo? Co ja tutaj robię? Co ja tam robiłam?- teraz już dziewczyna siedziała spokojnie, bojąc się, że faktycznie może wypaść.

- Kotku, nie bój się. Zaraz wszystko ci wyjaśnię. - uspokajała Mira, przytulając dziewczynę.- Teraz może połóż się, zdrzemnij, a pogadamy jak dolecimy, dobrze?

- Co? Mam teraz spać? Czy wy jesteście poważni?- krzyknęła, odpychając ramiona Miry.- Postawcie się w mojej sytuacji. Mieliście jakiś dziwny sen, uciekliście jakiemuś psycholowi, który chciał zrobić wam zastrzyk, a teraz siedzicie kilkanaście metrów nad ziemią z ludźmi, których nie znacie i macie spać! Myślę, że okoliczności temu nie sprzyjają!- dziewczyna znowu zaczęła miotać się i krzyczeć.

- Dobrze, kotku. Wyjaśnię ci wszystko tylko uspokój się i przestań krzyczeć. Dobrze?

- Postaram się...

- Alice, podaj mi proszę zapasowe ubranie.- powiedziała Mira do dziewczyny siedzącej na drugim końcu helikoptera.

Alice wstała i podała jej złożone ubrania.

- Proszę, załóż je. Będzie ci cieplej, perełko.- dziewczyna posłuchała i ubrała szaro-czarne spodnie, koszulkę i kurtkę.

- Oj, przepraszam. Gdzie moje maniery...- powiedziała Mira i wszyscy zachichotali,- zapomniałam cię, moja droga, przedstawić. To jest Alice, nasza najlepsza opieka medyczna. - pokazała na dziewczynę, która podała jej ubrania.

- Oj, bez przesady. - zaczerwieniła się Alice. Miała długie, falowane, blond włosy i niebieskie oczy. Na jej lewym policzku w bladym świetle rzucanym przez kokpit można było zobaczyć bliznę, która ciągnęła się od oka do brody. Gdyby nie to, Alice byłaby prześliczna.

- Tam siedzi Daniel i Max.- wskazała niemal identycznych mężczyzn, którzy siedzieli koło Alice.

- Hej!- powiedzieli i pomachali dziewczynie równocześnie co było trochę przerażające.

- Nie przejmuj się. To bracia bliźniacy i geniusze w jednym. Daniel jest głównym inżynierem, a Max naukowcem i wynalazcą.- wyjaśniła kobieta, jakby czytała dziewczynie w myślach.

- A jak ja mam na imię?- zapytała dziewczyna.

- Nie wiem. Możesz nazwać się jak tylko chcesz.

- Ja wiem! Może nazwiesz się... Maria?- zaproponowała Alice.

- Maria? Nie, to ładne imię, ale nie pasuje do niej. Może... Paulina?- powiedziała Mira.

- Szczerze mówiąc to macie beznadziejne pomysły, dziewczyny. Chyba nazwę się Wika. ? dziewczyna podjęła decyzję.

- Ej, to bolało...- powiedziała Alice z udawaną obrazą.- Wika... ładne. Podoba mi się.

- Mnie też.- przytaknęła Mira.

- Dobra. Teraz możecie mi wszystko wyjaśnić.

- Chwila! Mnie to nikt nie raczy przedstawić?

Z ciemnego kąta wyszedł młody chłopak. Połowę twarzy zakrywały mu gęste, czarne włosy. Ubrany był w czarne spodnie i szarą koszulkę, która opinała jego mięśnie.

Wice odebrało mowę kiedy go zobaczyła. Ale nie z powodu wspaniałej budowy ciała chłopaka, a z faktu, że trzymał nóż. Długie metalowe ostrze błyszczało odbitym światłem. Dziwne było to, że Wika nie bała się. Stała się ostrożniejsza i przygotowana do ataku. Każdy mięsień jej ciała napiął się. Mira wyczuła to. Wika kątem oka dostrzegła wymowne spojrzenie kobiety. Chłopak westchnął i schował nóż.

- A to jest Tomasz- nasz najlepszy żołnierz. Prawdziwa maszyna do zabijania.- przedstawiła nieznajomego Wice, ale bez entuzjazmu w głosie.

- Jest bardzo młody.- zauważyła Wika.

- Przeszkadza ci to, klonie?- warknął na dziewczynę.

- Tomasz, przestań! Wiesz dobrze, że jest nam potrzebna!- pierwszy raz Mira podniosła głos.- Lepiej idź i pilnuj tyłów. Chyba nie chcesz żebym znowu cię zawiesiła?

- Nie, raczej nie popełnisz tego samego błędu.

- Tomasz, odejdź.- nakazał spokojnie Daniel.

Chłopak stopił się z ciemnością na tyle helikoptera. Wika zauważyła jak Alice tuli się do Daniela. Mirze nic nie umknęło, więc wyjaśniła jej:

- Alice i Daniel są małżeństwem. Czasem zbiera im się na amory.- mrugnęła do Wiki.- Ale nie zwracaj na to uwagi. Alice dużo przeszła i potrzebuje Daniela.- Wika zrobiła minę, mówiącą, że nie rozumie. - Ta blizna na jej twarzy... Zrobił ją Tomasz. Kiedyś ci o tym opowiem, kotku.

- Za chwilę lądujemy!- powiedział pilot.

- Dokończymy naszą rozmowę w ośrodku, kochanie.- rzekła Mira i wydała rozkazy reszcie ekipy.

Każdy stanął na wyznaczonym przez Mirę miejscu oprócz Wiki. Każdy wiedział co ma robić oprócz Wiki. Dziewczyna nie wiedziała co począć, więc usiadła i czekała. Nikt nic nie mówił po wydaniu rozkazów, więc Wika też milczała.

Nagle niebieskie światło kokpitu zgasło i ogarnęła wszystkich całkowita ciemność. Wice coraz szybciej biło serce. Starała się skupić na burczeniu silnika. Kiedy udało jej się utrzymać nerwy na wodzy, kojący dźwięk maszyny zniknął. Zaczęli spadać. Wika krzyknęła krótko i piskliwie. Na szczęście zdążyła złapać uchwyt skrzyni, na której siedziała. Czuła jak wszystkie wnętrzności podchodzą jej do gardła, miała wrażenie, że głowa zaraz wybuchnie z bólu. Zacisnęła powieki najmocniej jak mogła jednak odważyła się spojrzeć przez okno. Nic jej to nie dało. Na zewnątrz panowała taka sama ciemność jak w środku.

Do głowy przyszła jej tylko jedna myśl: umiera. Jej bardzo krótkie życie właśnie się kończyło. Po policzku spłynęły jej gorące łzy. Pociągnęła jak najdyskretniej nosem. Zaraz po tym poczuła ciepły oddech przy swoim uchu. Otoczył ją delikatny zapach migdałów i miodu. Ktoś wyszeptał jej: nie martw się, to nic strasznego. Odruchowo odwróciła głowę w stronę tej osoby, ale nikogo nie zobaczyła, tylko wszechobecna czerń. Chciała wytłumaczyć, że nie boi, a martwi się, ale nie pisnęła ani słowa.

W jednej sekundzie z pędu z ogromną prędkością ogromna maszyna stanęła. Nieprzyjemną ciemność zastąpiła równie nieprzyjemny blask. Drzwi otworzył Daniel i cała załoga zaczęła wychodzić. Wika nadal trzęsła się i ściskała mocno uchwyt.

- Hej, kotku. Już po wszystkim. Przepraszam, że cię nie uprzedziłam, że tak wygląda u nas lądowanie, ale dla mnie to już norma, a nie pomyślałam, że ty możesz się przerazić.- tłumaczyła Mira.

- Nie przeraziłam się! - krzyknęła z oburzeniem Wika. - Jestem po prostu zdezorientowana...

Wice przypomniało się o głosie, który dodał jej otuchy. Spojrzała w tamtą stronę. Ku jej zdziwieniu stał tam tylko Tomasz, który pakował narzędzia. Kiedy wyczuł spojrzenie Wiki, a ich oczy się spotkały, Tomasz nie wykazał żadnego zainteresowania dziewczyną ani nie dał po sobie poznać, że cokolwiek zaszło podczas tej "ciemnej chwili". On po prostu przesunął wzrok po niej i wrócił do pracy... Nie wiadomo czemu, ale Wice zrobiło się z tego powodu przykro.

Jak zwykle Mirze nic nie umknęło, nawet to przelotne spojrzenie.

- Nie radzę, kotku... To zamknięty człowiek. Bardzo zimny. Może cię tylko zranić. Uwierz mi, znam go wystarczająco długo. - Wika spuściła ze wstydu głowę. - No, ale teraz czas żebyś przygotowała się do Ceremonii! - powiedziała bardzo entuzjastycznym głosem i charakterystycznym dla niej uśmiechem Mira.

- Jakiej Ceremonii? - zapytała Wika. Z wielką ulgą stwierdziła, że nadal może mówić, choć miała lekką chrypę od pisku na początku spadania.

- Oj, perełko! Ceremonii Przekazania. - Wika nadal nie rozumiała.- Podczas niej powiesz nam informacje dotyczące Tary.- wyjaśniła kobieta.

- Ale kim jest Tara i czemu miałabym coś wiedzieć na jej temat?

- Sama chciałbym wiedzieć kim ona jest. I właśnie do tego jesteś nam potrzebna.

- Ale w jaki sposób mam wam pomóc?- Wice pomału puszczały nerwy.

- Jak to? Nie miałaś proroczego snu? Musiałaś go mieć! Dzięki niemu wydostałaś się z pomieszczenia zabiegowego!- Wika chciała coś powiedzieć, ale Mira nie dała jej dojść do słowa.- Ciii! Wszystko opowiesz nam podczas Ceremonii. A teraz czas na odświeżenie się i oprowadzenie po NGL-u (czyt. englu)

- Po czym?

- Po NGL-u, czyli Nowej Genezie Ludzkości- tak nazywa się nasz nowy dom.

- Nasz, czyli czyj?- pytała Wika. Chciała jeszcze dostać tyle odpowiedzi, ale dobrze wiedziała, że to nie jest ani miejsce, ani pora. Szczególnie, że całej rozmowie, zapewne, przysłuchiwał się Tomasz.

- Ludzi. Ludzi, którzy przeżyli, czyli jakieś 3% dotychczasowej populacji dawnego świata. W NGL-u znajduje się 99,9% dzisiejszej ludności. To dom dla wszystkich, którzy przeżyli wojnę albo nie zostali złapani.

- Co? Jaka wojna? Jaka...

- Nie czas na to!- przerwała Wice Mira i po raz pierwszy podniosła głos na dziewczynę.- Przepraszam...- zarumieniła się przez swoje zachowanie.- Nie chciałam krzyknąć. Po prostu... nie lubię jak ktoś zadaje mi pytania. Ale nie martw się. Pegi wszystko ci wyjaśni. Będziesz mogła zamęczać ją swoimi pytaniami.- mrugnęła do dziewczyny.- A teraz chodź. Straciłyśmy już za wiele czasu. Queen nie lubi jak ktoś spóźnia się. A szczególnie ty, moja droga. Jesteś bardzo ważna i myślę, że ludzie już wystarczająco długo na ciebie czekali.- wzięła Wikę za rękę i wyprowadziła z helikoptera.

Jasne światło neonówek zmusiło Wikę żeby zmrużyła oczy. Przez chwilę nie wiedziała gdzie idzie. Kiedy przyzwyczaiła się do blasku spojrzała na nowe otoczenie. Była w szoku.

Znajdowała się niewyobrażalnie dużej hali, której nie mogła dojrzeć ani początku, ani końca. Ściany, które widziała były zrobione z szarej, miejscami przerdzewiałej blachy. Stąpała po betonowej podłodze pobrudzonej smarem i innymi płynami, których nie rozpoznawała. Wszędzie stały różne maszyny, od samolotów przez helikoptery po wózki widłowe i inne, które wyglądały jak potężne stalowe potwory. Krążyli dookoła nich ludzie. Mnóstwo ludzi w roboczych ubraniach, którzy coś spawali, majstrowali pod maskami tych wszystkich maszyn. W nosie paliło od ostrego zapachu benzyny. Po hangarze niosła się wesoła muzyka. Dzięki niej w hali panowała miła atmosfera. Wszyscy pracownicy śpiewali, co mimo wszystko, nie zawsze było miłe dla uszu pozostałych... Mira zaprowadziła Wikę do windy. Kiedy drzwi się zamknęły, cały szum pracy robotników zniknął. Wika mogła delektować się dużo przyjemniejszym, delikatnym szumem windy.

Z małej euforii wyrwał dziewczynę dźwięk otwieranych drzwi.

- AAAA! Nareszcie przyjechałaś!- rzuciła się Wice na szyję kobieta w szarym kostiumie i miodowych włosach upiętych w elegancki kok.

- To jest Pegi, twoja osobista asystentka.- wytłumaczyła Mira.

- Ale po co mi asystentka?- zapytała Wika, odciągając od siebie kobietę.

- No jak to po co? Ależ kotku! Ktoś musi o ciebie zadbać, pilnować twojego planu, oprowadzić cię po ośrodku, wdrożyć do tutejszej społeczności!- Pegi mówiła strasznie szybko i z przesadzonym entuzjazmem.- Od teraz będę twoją przyszywaną matką, opiekunką, ale też najlepszą przyjaciółką i asystentką.- ponownie przytuliła się do dziewczyny.- Mam nadzieję, że spodoba ci się tutaj. Czy coś się stało, kotku?- zapytała, widząc grymas na twarzy Wiki.

- Nie, nie... Tylko myślałam, że to Mira się mną zajmie.

- Och, ależ skąd! Kochana, bardzo bym chciała, ale mam mnóstwo innych obowiązków...- wyjaśniała Mira.- Ale mogę cię zapewnić, że Pegi świetnie się tobą zaopiekuje. Oprócz bycia jedną z Matek jest także naszym prywatnym centrum pomocy i wsparcia. Jeśli ktoś w NGL-u ma jakiś problem to idzie do Pegi, która zapewnia 100% dyskrecji.- przelotnie spojrzała na Pegi jakby to było ostrzeżenie dla niej, a nie stwierdzenie. - Nie masz czym sie martwić, perełko. A jeśli będziesz chciała ze mną porozmawiać to powiedz o tym Pegi, a ona zorganizuje nasze spotkanie, dobrze?

- Oczywiście.- przytaknęła Wika i wysiliła się na lekki uśmiech.

Znowu ten denerwujący dźwięk otwieranych drzwi windy.

-No, słoneczko moje kochane, pora wysiadać. To jest piętro, na którym znajduje się twój pokój.- powiedziała Pegi, którą niemal rozsadzały emocje.

Wika spojrzała na numer na wyświetlaczu nad drzwiami. -55. Jej pokój był 55 pięter pod ziemią. Na samą myśl o tym, dziewczynie robiło się niedobrze. Nim zdążyła zaprotestować, Pegi już prowadziła ją za rękę przez długi biały korytarz, wzdłuż którego umieszczono co kilka metrów szare drzwi bez żadnych oznaczeń.

- To tutaj, kotku!- poinformowała Pegi kiedy stanęły przed niczym nie różniącą się parą kolejnych drzwi.

- Skąd mam wiedzieć, który pokój jest mój?

- Wyczujesz to kiedy założymy ci opaskę identyfikacyjną. Jest ona połączona z nadajnikiem w pokoju oraz wszystkimi twoimi rzeczami. W NGL-u nie ma kradzieży. Tu każdy wie co jest czyje, więc nie radzę ci brać czegoś bez pytania, Wiki.

- Nie jestem Wiki, tylko Wika...

- Oj przepraszam, przepraszam...

- Różne... ale najczęstszą jest... niestety, śmierć.

Pegi otworzyła szare drzwi, za którymi był prawdziwy raj...

Wika nie mogła uwierzyć, że za tak niepozornymi drzwiami może znajdować się coś tak pięknego. Jej pokój nie był jakoś nadzwyczajnie duży, ale większego nie potrzebowała. Ściany koloru delikatnego fioletu idealnie komponowały się z meblami z jasnego drewna. Podłogę wyłożono wykładziną z materiału podobnego do tego, z którego robi się pluszowe misie. Nad dużym, wysokim łóżkiem z mnóstwem poduszek i lawendową pościelą, wisiał czarny żyrandol z setkami drobnych, migoczących, czarnych kryształków. W pomieszczeniu było tylko jedno okno, które okalała biała, długa firana z kwiecistym haftem wzdłuż krawędzi. Całości dodawał uroku obraz wilka z zielonymi oczami na tle ośnieżonego lasu.

- I jak? Podoba ci się, kotku?- zapytała Pegi.

- Oczywiście! Jest wspaniale. Lepiej niż mogłabym sobie wyobrazić. Dziękuję!- krzyknęła Wika i rzuciła się Pegi na szyję. Zażenowana swoim wybuchem emocji dziewczyna, odsunęła się szybko i usiadła na łóżku.

- Wiem, że to musi być trudne, słońce.

- Nie wiem o czym mówisz.- skłamała Wika.

- O zaufaniu mi. W końcu nic o mnie nie wiesz. Wolałabyś żeby to Mira była twoją opiekunką, ale to niemożliwe. Mira jest odpowiedzialna za coś innego. Ale jeśli bardzo będziesz chciała to mogę zorganizować wasze spotkanie. Przecież po to tu jestem.- lekki uśmiech dodał jej dużo więcej uroku niż ten sztuczny służbowy.- Nie ma co się teraz zamartwiać, moja droga!- powiedziała Pegi przerywając krótką ciszę między nimi.- Musimy przygotować cię do Ceremonii.

- A na czym ona będzie polegać?

- Nie bój się skarbie. To nic strasznego. Queen zada ci kilka pytań i będzie po sprawie.

- Nie boję się!- krzyknęła zdenerwowana Wika.- A gdzie haczyk?

- Spokojnie kochana... A haczyk... No cóż, będziesz odpowiadać na pytania przy wszystkich z NGL-u.

- Że co?!- poderwała się z łóżka.

- Ale to nic strasznego. Nie chodzi o to żeby cię stresować, perełko, a żeby każdy mieszkaniec mógł usłyszeć to, co powiesz. Szczerość i jawność- to jest tutaj najważniejsze.

- Ale co ja mam wam powiedzieć? Przecież ja nawet nie wiem gdzie jestem i gdzie byłam wcześniej!

- Na pewno będziesz znała odpowiedzi. O to nie musisz się martwić, skarbie.

- Więc o co?

- Na przykład, jaką sukienkę włożysz, jak upiąć ci włosy. To jest teraz najważniejsze- dobry początek!- powiedziała Pegi i otworzyła szafę pełną sukni, żakietów i butów.

- Ale ja nie wiem jak mam się ubrać...

- A po co mnie masz?

- Żebyś mi pomogła.- stwierdziła z uśmiechem Wika.

- No to zabierzmy się do pracy. Nie zostało nam dużo czasu.

Przez następne dwie godziny upiększały Wikę. Dziewczyna przymierzyła mnóstwo sukienek i zmarnowała litr płynu do demakijażu. Oczy szczypały ją od ciągłego zmazywania cieni i tuszu. W końcu zdecydowały się na cytrynową, zwiewną sukienkę za kolano, czółenka, szal na ramiona, delikatny makijaż i szeroką opaskę na głowę. Wszystko w tym samym cytrynowym kolorze, który pięknie podkreślał jej lśniące blond loki...

Wikę zaciekawił fakt, że jest blondynką, a w swoim śnie widziała brunetkę. Tak, dokładnie zapamiętała tą chudą, bladą twarz, na tle której odznaczały się czarne kosmyki spadające na zapadnięte policzki. Skoro Wika nie była bohaterką swojego snu, to kto? Kim była ta dziewczyna?

- Już czas, kotku.- z rozmyślań wyrwał ją naglący głos Pegi.- Pięknie wyglądasz...

- Wiem.- odrzekła chłodno Wika.

- Nie musisz być taka...- przerwała nagle zdanie jakby przypomniała sobie oczywisty fakt.- Wszyscy na ciebie czekają. Musimy iść.

Kiedy wychodziły z pokoju, Wice zrobiło się słabo, a wnętrzności były jednym, wielkim supłem podchodzącym jej do gardła. Kolana miała jak z waty, a każdy krok to był kolejny atak pulsującego bólu głowy.

- Wypij to kochanie. Zrobi ci się lepiej.- Pegi podała jej małą buteleczkę.

- Ale nic mi nie jest.

- Jest, to widać złociutka. Pij i nie dyskutuj, a podziękujesz mi później.

Wika wypiła gorzki płyn. Jednak wcale nie zrobiło jej się lepiej. Wręcz przeciwnie. Ból zaostrzył się.

- Teraz jest jeszcze gorzej.- wydukała Wika.

- Wiem. Przepraszam. Ale to nie potrwa długo.

Dziewczyna chwyciła asystentkę za ramię, bo zawroty głowy były tak mocne, że prawie się przewróciła. Z jednych z drzwi wyszedł młody chłopak w białym fartuchu, który coś pchał, ale nie potrafiła zobaczyć co przez załzawione oczy. Ostatnie co poczuła Wika to delikatny dotyk dłoni chłopaka, który posadził ją na wózku. Potem już tylko ciemność. Znowu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania