TOŻSAMOŚĆ TARY - rozdział IV
Bum! Bum! Bum! Głowa Wiki pękała od ciągłego hałasu panującego w pokoju. Jej zmysły bardzo się wyostrzyły: słyszała najcichsze dźwięki mimo krwi szumiącej w głowie, wyczuwała każde włókno pościeli, którą była przykryta, ostry, szpitalny zapach palił w nosie, w ustach czuła obrzydliwy, metaliczny posmak, a czerń pod jej powiekami wydawała się najczarniejsza, najbardziej nasycona jaka tylko mogła być. Odważyła się otworzyć oczy. Sztuczny blask jarzeniówek oślepił ją. W gardle miała sucho.
- Wika! Obudziłaś się!- ktoś krzyknął bardzo blisko, co przyniosło kolejną falę bólu. Musiała się skrzywić, bo kobieta zaczęła szeptać.- Kochanie, jak się czujesz?
- Ja... wody...- przez chrypę z jej ust wyszedł bełkot, ale kobieta chyba zrozumiała, bo chwilę później Wika poczuła chłodną szklankę przy swoich ustach.
Dopiero zimna woda uzmysłowiła Wice jak bardzo jest obolała i zmęczona. Co chwilę po jej plecach przechodziły dreszcze, mimo że była rozpalona. Każdy ruch sprawiał jej trudność.
- Wika? Możesz mówić?- spytała kobieta.
Teraz rozpoznała ten głos. To była Mira! Nagle bóle ustąpiły, temperatura spadła, a dobry nastrój wrócił Wice.
- To naprawdę ty, Mira?
- Ależ oczywiście. Słyszałam co zrobiła ci Pegi i widziałam Ceremonię Przekazania, więc uznałam, że powinnam tu przyjść i zająć się tobą.
- Ale czemu? Przecież to nie twoja wina, a podobno masz mnóstwo pracy.- w jej ton wdarła się nuta oskarżenia.
- W zasadzie to jest moja wina, bo...- zawiesiła na chwilę głos.- bo to ja wydałam rozkaz Pegi, żeby została twoją opiekunką. Na początku to ja miałam być twoja asystentką.
- To czemu nią nie zostałaś?!- krzyknęła Wika, a jej głos poniósł się echem po szpitalnej sali.
- Proszę, nie krzycz. Krzyk i tak nic ci nie pomoże, kochana.- Wika odwróciła głowę od Miry, a jej usta zacisnęły się w wąską kreskę.- Pozwól, że ci wszystko wyjaśnię.- kobieta potraktowała milczenie jako pozwolenie.- Na początku bardzo chciałam zająć się tobą, ale podczas lotu i po rozmowie stwierdziłam, że nie mogę tego sobie zrobić. Nie mogę znowu stracić osoby, na której tak bardzo mi zależy!- nagły krzyk Miry zwrócił uwagę Wiki.- Widzisz, jeszcze przed atakiem Androli miałam córkę. Katerina była śliczną, małą blondyneczką. Całym moim światem. Było tak pięknie, tak idealnie aż nadszedł ten dzień. Nawet nie pamiętam właściwej daty. Chyba nikt nie chce pamiętać. Nie obchodzimy nawet rocznicy. Mówimy na ten dzień 30-tego lutego.
- Ale przecież nie ma takiego dnia.
- I o to chodzi, kochanie. Wszyscy uznali, że tak będzie dobrze, więc niech tak zostanie.
- Dobrze, dobrze... A teraz dokończ historię o twojej córce.- nakazała szorstko Wika.
- Wiesz, ciągle mnie zaskakujesz.
- W jaki sposób?
- Nie mogę sobie uzmysłowić jak w tak pięknej, delikatnej dziewczynie może być tyle siły, arogancji, złości, tak mało delikatności i tak mało uczucia...
- To raczej nie był komplement, prawda?- spytała zmartwiona.
- Nie, raczej nie. Ale mimo to dokończę, bo Katerina zasługuje, aby ludzie w pełni poznali jej historię.- oczy Miry zaszły łzami.- Więc 30-tego lutego do wszystkich miast na świecie wkroczyli Androle. Całe armie chodziły po domach, mieszkaniach, sklepach. Ale nie zabijali ludzi. Brali ich do niewoli, w końcu potrzebowali ludzkich narządów. Katerina miała wtedy 12 lat. Była jeszcze taka młoda...- Mirze załamał się głos.- Uciekałyśmy do pobliskiego lasu na obrzeżach miasta. Tam miałyśmy większą szansę na przetrwanie. Byłyśmy już prawie na miejscu, kiedy na naszych oczach stało się coś, za co rasa ludzka powinna się wstydzić. Pewna błogosławiona kobieta...
- Błogosławiona, czyli?- przerwała Wika.
- Czyli w ciąży. Ale ja wolę mówić błogosławiona, bo przecież dziecko nie jest żadnym ciężarem. Ta kobieta miała jeszcze synka w wózku. Nie wiem jak ona chodziła. Ubrana była w wysokie, czerwone szpilki, obcisłą, krótką, granatową spódniczkę, krótki czarny płaszczyk, a brązowe włosy upięła w niechlujny kok. Kiedy chodziła, można było usłyszeć jak dzwoni jej biżuteria, której włożyła stanowczo za dużo. Nawet nie wyglądała aż tak źle, ale ten wystający brzuch... No jedno do drugiego stanowczo nie pasowało. Był luty, środek srogiej zimy, a ona stoi pod marketem z papierosem w ręku i trzęsie się z zimna. Była idealnym okazem braku odpowiedzialności. Wszyscy wokół niej uciekali, a ona stała. Widocznie na kogoś czekała, bo kiedy podjechało czarne BMW, ruszyła w jego stronę. Była jakieś 10 metrów od auta, kiedy jedno koło wózka zacięło się. Próbowała je odblokować, ale nic z tego. Więc zostawiła wózek, wsiadła do samochodu i odjechała. Zostawiła tego chłopczyka! Zostawiła go w wózku! Moja Katerina zobaczyła to i krzyknęła, że zaraz wraca. Chciałam ją zatrzymać, ale wyślizgnęła się. Podbiegła do wózka i zaczęła wyciągać chłopczyka, ale on... on był szybszy. Chwycił Katerinę i... i ... i ją po prostu zabrał!- teraz Mira płakał na całego.- Ale ona się wyrwała w połowie i wyjęła z koła wózka patyk, który blokował i popchnęła go w moją stronę. Androl zobaczył to i chciał zabrać też mnie, ale Katerina coraz mocniej się wyrywała, więc najpierw musiał dać sobie radę z nią. Ja miałam czas wyjąć tego chłopczyka i uciec do lasu. Tak więc zrobiłam, bo wiedziałam, że gdybym dała się złapać to nie wypełniłabym ostatniej woli mojej córki. Teraz wiem, że zrobiłam źle. Że powinnam walczyć o Katerinę, ale... ale instynkt podpowiadał mi, że nic już dla niej nie mogę zrobić oprócz uratowania tego chłopca.
To był koniec opowieści. Zapanowała straszna cisza, którą przerwała Wika.
- Moim zdaniem zrobiłaś dobrze. Katerina została wspaniale wychowana, a uratowanie tego chłopca było dowodem na jej wielkie serce i ogromną odwagę. Uwierz mi, że bardzo chciałabym ją poznać, bo wiem, że wiele mogłabym się od niej nauczyć...- teraz i Wika płakała.
- Dziękuję, że tak dobrze o niej mówisz. To wiele dla mnie znaczy.- objęła Wikę ramieniem.- I bardzo cię przepraszam... Nie chciałam powiedzieć, że jesteś arogancka i nieczuła... Teraz wiem, że to nieprawda.
- Dobrze, przecież nic się nie stało. A mogę zapytać co stało się z tym chłopcem?
- Ależ- zawahała się.- oczywiście. Już nawet go poznałaś. To... Tomasz.
Wika była wstrząśnięta tym faktem. Mira uratowała Tomasza? Katerina poświęciła się dla niego? Przecież teraz pomiędzy Mirą, a Tomaszem powinna stworzyć się jakaś więź, a w helikopterze nie byli dla siebie zbyt uprzejmi... Coś musiało się stać. Tylko co?
Niestety, Wika nie miała czasu zapytać o szczegóły, bo do sali wszedł lekarz.
- Dzień dobry, miłe panie.- przywitał je nie podnosząc wzroku z nad kartek, które trzymał.- Jak się dzisiaj czuje...- nie dokończył, bo zobaczył zaschnięte łzy na policzkach Wiki i Miry.- Oj, przepraszam. Może chcecie jeszcze chwilę porozmawiać?
Tak! Wika bardzo chciała wyciągnąć jeszcze więcej informacji, ale Mira była szybsza.
- Nie. Możemy później porozmawiać, prawda?- zapytała, ale nie czekała na odpowiedź.- To ja już wychodzę. Zaraz po badaniach spotkamy się znowu. Nie martw się, kotku.- posłała Wice uroczy uśmiech, zabrała swoje rzeczy i wyszła.
- Więc... Jak się czujesz?- zapytał lekarz.
Wika wiedziała, że może mu zaufać. Takim ludziom nie sposób nie powierzyć sekretu, czy mieć do nich urazę. Doktor nosił biały kitel, a pod nim kraciastą koszulę zapiętą pod samą szyję i sztruksowe spodnie khaki. Miał piękne oczy- delikatnie zielone. Bardzo subtelne. Mimo okularów w drucianych oprawkach, dostrzegła ciemne plamy pod oczami. Kiedy przyjrzała się bliżej jego twarzy zobaczyła więcej oznak przemęczenia i delikatny zarost. Nie należał do najmłodszych. Miał siwe, krótko obcięte włosy i delikatne zakola.
- Coś się stało? Jestem gdzieś brudny, że tak mi się przyglądasz?- zapytał Wikę i zaczął wycierać usta.
- Nie, nie... Przepraszam.- zawstydziła się Wika.
- Spokojnie, nic się nie stało. Przejdziemy do badań?
- Tak. Chyba tak.- powiedziała z lekkim wahaniem. Ma uraz do szpitali po tym jak uciekła Androlom.
- Nie są bolesne. Nie ma się czego bać.
- Ale ja się nie boję! Niczego się nie boję!- zdziwił ją jej własny krzyk.
- Spokojnie. Nie twierdzę, że jesteś tchórzem, ale każdy człowiek się czegoś boi. Ja na przykład boję się pająków.
Wice przypomniały się słowa Tomasza. "Ty głupi klonie!".
- Ale ja nie jestem człowiekiem. Jestem klonem. Nie miałam prawa żyć. Powinnam zostać za to ukarana.- przestraszył ją jej beznamiętny głos.
- Co ty opowiadasz, dziecko? Jesteś człowiekiem. W stu procentach.- przytulił ją w niedźwiedzim uścisku.- Ale skąd u ciebie taka nadwrażliwość na strach? Skąd taka krytyka i uległość?- pytał bardziej siebie niż dziewczynę.- Musimy szybko przeprowadzić testy. Luk! Chodź tu szybko!
Do sali wszedł chłopak starszy od Wiki, ale całkiem młody. Wika miała wrażenie, że już go gdzieś widziała. I wtedy spojrzała w jego oczy... Wielkie i brązowe. Tych tęczówek nie sposób zapomnieć. Imię też się zgadza. Dziewczyna w jej "śnie", Tara, kłóciła się z nim. To on też dusił ją na placu.
- Ja ciebie znam!- krzyknęła, ale nagle jej ciało przeszył ból. Upadła na podłogę i zwymiotowała. Kręciło jej się w głowie. Lekarz i Luk podbiegli do niej.
- Szybko, podłącz ją do kroplówki!- rozkazał doktor.- Wika, co się stało?
- Ja... ja nie wiem.
- Ale ja wiem. Powiedziała prawdę. A przecież prawda ją zabija.- rzekła Queen, stojąc w drzwiach.- Nic nie mów na razie. Opowiesz nam później. Podczas badań. A teraz zjedz coś i odpocznij. Luk, zajmij się nią, a pana, doktorze Fridrich, poproszę do siebie.- wyszła razem z lekarzem. Wika została sama z nim.
- Skąd mnie znasz?- zapytał Luk kiedy wycierał jej usta.
- Naprawdę myślisz, że to dobry moment na wyjaśnienia? Odejdź stąd!
- Nie mogę. Dostałem polecenie i muszę je wykonać.
- To przyślij kogoś innego. Kogoś mniej wścibskiego!
- Też nie mogę. Jestem tylko stażystą. Wykonuję polecenia, a nie je wydaję.
- Dostałeś rozkaz wypytywania mnie?- nie czekała na odpowiedź.- Więc się zamknij i rób co masz do roboty!
- Wiesz co? Teraz widzę, że Tekna mnie okłamała. Miałaś być taka jak moja Tara. A ona taka nie była... Nie była taka twarda... taka wredna... A czekałem na ciebie 17 lat... Tekna pogrywała z nami wszystkimi, ale nie myślałem, że zrobi mi coś takiego.- zabrał się do wycierania wymiocin i łez, które kapały z jego policzków.
- O co ci chodzi? Kim ty jesteś?- pytała Wika.
- Właśnie. My też chcemy usłyszeć te odpowiedzi, Luk!- głos Queen wybrzmiał z głośników w suficie, po czym do sali weszli dwaj strażnicy i zabrali szarpiącego się i płaczącego Luka.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania