Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Trójkąt mazurski

Błyszczące w półmroku cyfry budzika wyświetlały siódmą rano. W sypialni rozległo się rytmiczne piszczenie. Wpatrzony w sufit Zbigniew Chełmiński po omacku wyłączył alarm i usiadł na skraju łóżka. Trzy głębokie wdechy później wstał na równe nogi po to by natychmiast przejść do skłonów.

Raz.

Dwa.

Trzy.

Cztery.

Ostatni z nich zatrzymał w pół-zgiętej pozycji i przez sześćdziesiąt wdechów wpatrywał się w przeciwległą ścianę. Potem powoli się wyprostował, założył na bose stopy grube kapcie i poszedł do kuchni. Ustawił czajnik na ogniu. Do szklanki wsypał szczyptę czarnej herbaty. Usiadł przy stoliku i patrzył w niebo za oknem do czasu aż rozległ się gwizd.

Z parującym kubikiem w ręku wszedł do salonu i usiadł na nowym (w porównaniu do reszty mieszkania) obrotowym krzesełku ustawionym przy masywnym, obdrapanym stole z ciemnego drewna. Cały blat, poza niewielką powierzchnią przeznaczoną do pracy, był wypełnionym stosami teczek. Za plecami Chełmińskiego, nad komodą z poprzedniej epoki, wisiała przybita do ściany, korkowa tablica z umocowaną mapą północno-wschodniej części kraju. Pomiędzy niteczkami lokalnych dróg rozlewały się na niej błękitne, jasnozielone, żółte i białe plamy jezior, lasów, pól oraz terenów zabudowanych. Wyrastały z nich kolorowe, krawieckie szpilki. Białe, czerwone, zielone, niebieskie, pomarańczowe. Z pozoru w kompletnym nieładzie.

Chełmiński odchylając się na krześle przez chwilę wpatrywał się w coraz mniej chaotyczny wzór na mapie. Odwracając się z powrotem do biurka przeniósł wzrok na otwartą teczkę. Skanował kolejne linie tekstu co jakiś czas zakreślając je jaskrawo-żółtym flamastrem.

Pewien mężczyzna był widziany ostatni raz tu i tam. Poprzedniego wieczora robił to i tamto. Następnego dnia miał być gdzieś tam lecz nie pojawił się o umówionej godzinie.

Strona po stronie analizował techniczny zapis czyichś (najprawdopodobniej) ostatnich dni życia. W notesie zapisywał kolejne punkty.

Ubrany na czerwono.

Nie zabrał telefonu.

Inteligentny.

Nigdy nie pił.

Brak oznak problemów psychicznych.

W końcu zamknął teczkę i odłożył ją na jeden z dwóch mniejszych stosów. Wyrwał kartkę z notesu zgniatając ją w kulkę. Celnym strzałem posłał ją do wnętrza metalowego kosza, wystającego jak krater wulkanu ze starty chybionych śmieci. Rozsiadł się na krześle i upił łyk herbaty parząc sobie usta.

Teczka po teczce dotarł do dziewiątej rano. Kilka minut później zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz po czym szybko odebrał połączenie.

– No co tam Maruś? – zapytał rozkładając przed sobą kolejną teczkę.

– Zajęty? – Zachrypiał głos po drugiej stronie.

Chełmiński usłyszał syk zaciąganego papierosa.

– Zawsze – odparł zamykając z powrotem teczkę. – Co tam?

Głos po drugiej stronie przeszuflował kartki, zaciągnął się kolejny raz i opowiedział Chełmińskiemu krótką historię.

*

Robert przekręcił się na drugi bok. Dzwonek telefonu przywrócił go do przytomności. Przez moment walczył z ochotą na dalszy sen. Potem złapał za komórkę i odebrał połączenie.

– Tak – powiedział udając rozbudzonego. – Już nie śpię. Możecie przyjechać.

Odłożył telefon i zatopił się ponownie w kołdrze. Leżał przez chwilę jakby kilka wdechów z zamkniętymi oczami mogło dodać mu jeszcze odrobinę energii. Wstał, potrącając przy okazji pustą butelkę po piwie sterczącą w towarzystwie kilku innych na podłodze.

To był dziwny tydzień i jeszcze dziwniejszy miesiąc. Po dziesięciu latach w dużym mieście musiał wrócić na prowincję.

Dziesięć lat zasypiania przy szumie samochodów, krzykach pijanych imprezowiczów, dudnienia pralki kilka pięter wyżej. Dziesięć lat wdychania smogu. Stania w korkach. Sprintów za autobusami. Nagle to wszystko przeistoczyło się w klasztorny spokój.

Po raz pierwszy od wielu lat mógł zasnąć na trzeźwo bez śliskich, woskowych stoperów w uchach. Wstawał o której się obudził. Jadł obiad ugotowany własnymi rękami.

I pracował. Naprawdę pracował. Nie siedząc przed komputerem tylko zginając się nad podłogą. Szorując stare kafelki z warstw odłożonego brudu. Polerując porysowane parkiety. Myjąc okna i parapety. Demontując stare meble. Piorąc firanki nadające się jeszcze do rozwieszenia i wywalając te, które były już zbyt zniszczone. Naprawiając cieknące krany. Wygładzając i odmalowując zszarzałe ściany. Błagając w myślach by to się już skończyło.

I wszystko to w pojedynkę.

Pierwsze tygodnie były koszmarne. Każdego wieczoru zasypiał z piwem w ręku siedząc w rozlatującym się fotelu. Rano budził się obolały. Przyspawany do oparcia.

Walka z rodzinnym domem udowodniła mu w jak słabej był kondycji.

Po miesiącu przyzwyczaił się, a nawet polubił tę robotę. Widząc ciągły postęp pierwszy raz od lat poczuł się dowartościowany. Miał wrażenie, że wreszcie coś osiągnął. Ciemne od brudu podłogi pojaśniały dawnym blaskiem. Kolorowe, obdrapane ściany stały się białe i równe jak w nowym domu. Puste pokoje w złudny sposób powiększały powierzchnię dwukrotnie.

W środku zostawił tylko to, co było niezbędne. Na śmietniku wylądowały sterty porozkładanych, a czasami wręcz porąbanych szaf. Stare telewizory. Dywany. Jedno łóżko i dwie kanapy. Niezliczona ilość uszkodzonych krzeseł. Zanim wziął się za czyszczenie nie podejrzewał ile tego wszystkiego dało się upchnąć w jednopiętrowym budynku.

Ale było już po wszystkim. Koniec. Wreszcie mógł zrobić kilkanaście fotografii i wysłać je do biura nieruchomości. Mógł spakować ciuchy, laptopa, parę szpargałów do codziennego użytku i wrócić do swojego życia.

Gdyby nie kolejny, ten sam telefon.

Tym razem dziadek. Człowiek, którego nie widział od szesnastu lat. Którego nieszczególnie znał i z którym nie miał za bardzo ochoty mieć do czynienia.

Przestał oddychać.

Tak po prostu. Został odnaleziony bez tętna o szóstej rano z minutami, kiedy nie przyszedł na śniadanie.

Koniec.

Został tylko on.

*

Najpierw powlókł się do łazienki. Przez chwilę oglądał w lustrze przekrwione białka swoich niebieskich oczu. Potem używając zmoczonych rąk spróbował okiełznać rozczochrane we wszystkich kierunkach strąki jasnych włosów.

Zszedł po schodach na parter domu i chwiejnym krokiem obszedł zagradzającą korytarz torbę podróżną i worek ze spakowanym namiotem. Wchodząc do kuchni przystanął na chwilę. Szybko chwycił butelkę niegazowanej wody chociaż wiedział, że było już za późno na to żeby się nawodnić. Między uszami czuł ciężkie kroki nadchodzącego się kaca. Wiedział, że połknięcie aspiryny na pusty żołądek tylko pogorszy sprawę. Myśl o zjedzeniu czegokolwiek wykręcała go na lewą stronę.

Miał co najwyżej dziesięć minut zanim zjawią się Jurek i Patryk. Zbyt mało żeby pozbierać się do kupy.

„Trzeba było wczoraj nie chlać” stało się już jego mantrą.

Wrócił do sypialni na górze, która od ponad miesiąca stanowiła jego główny pokój. Szybko nałożył krótkie spodenki i koszulkę. Wcisnął nogi w podziurawione skarpetki i w klapkach wrócił na dół do kuchni. W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi.

– Ja pierdole Beny – powiedział Jurek, kiedy Robert otworzył drzwi. Nie pamiętał kiedy ktoś ostatni raz go tak nazwał. Ksywka z przeszłości przywróciła go do rzeczywistości. – Schlałeś się wczoraj? – zapytał go kumpel.

Prawie go nie poznał. Poza zdjęciami, które sobie wysyłali, widział go ostatni raz na żywo prawie trzy lata wcześniej. Od tamtej pory przybrał zdecydowanie na wadze. Stracił też kolejną łatę włosów i teraz linia jego krótko przystrzyżonej fryzury zaczynała się w połowie głowy.

– Gdzie Piro? – Odpowiedział pytaniem rozglądając się za plecami Jurka.

– Siedzi w samochodzie – wyjaśnił Jurek wchodząc do środka. Rozejrzał się po korytarzu. – Ja pierdole – rzekł przechodząc do salonu. – Ale odjebałeś chaciorę.

– Dzięki.

– Spakowany?

Robert potwierdził.

– No to lecimy. Szkoda czasu. Jak wrócimy to musisz mi pokazać resztę domu.

Na chodniku stał dwudziestoletni nissan patrol. Robert przynosił z garaży sprzęty, które Jurek pakował do bagażnika. Łopata. Grabie. Miotły i szufelki. Pakowali środki czystości i worki na śmieci. Gumowe rękawiczki. Grubą linkę, podręczną drabinę, sekator i ciężkie nożyce do metalu. Robert nie był pewien co im się właściwie przyda ale nie chciał szukać rzeczy na miejscu. Wolał się przygotować na wszystko.

– Na pewno potrzebujemy te namioty? – spytał Jurek wkładając torbę na stertę narzędzi. – Nie możemy spać w domu? W tej chacie starej?

– Nie wiem – odpowiedział Robert. – To stało dwa lata puste. Starzy tam nie zaglądali. Nie wiem nawet jak to wszystko wygląda wszystko w środku. Równie dobrze cały dach może być rozjebany. Lepiej się zabezpieczyć.

Juras po chwili namysłu przyznał mu rację.

Piro siedział na tylnym siedzeniu i bawił się telefonem. Widać było tylko jego chudą, ogoloną głowę wystającą znad zagłówka.

– Może byś nam pomógł? – warknął Juras.

Mężczyzna z ociąganiem otworzył tylne drzwi pasażera i podszedł do kolegów stojących przy otwartej klapie bagażnika.

– Co mam przynieść? – zapytał spoglądając na wypełniony tył samochodu.

– Teraz to już nic – odpowiedział Robert pakując na stertę narzędzi swoją torbę i spakowany namiot.

– Mamy wszystko? – spytał Jurek.

– Browar? – odparł Patryk.

Robert powiedział, że prowiant kupią po drodze bo na takim słońcu wszystko się zepsuje w samochodzie. Jurek zamknął klapę bagażnika i usiadł na fotelu kierowcy. Robert usiadł na fotelu pasażera a Patryk na tylnej kanapie.

Zanim jeszcze opuścili osiedle z tyłu rozległ się głośny pstryk, a potem ciche siorbanie. Beny spojrzał w lusterko na zgarbione oblicze Pira upijającego pianę z puszki trzymanej w dłoniach.

– To jednak masz zapas? – zapytał.

Wyjaśnił, że wziął sobie dwa na drogę.

– Chcesz jedno?

Robert odmówił. Echa poprzedniego wieczora wciąż odbijały się w jego głowie.

Spojrzał jeszcze raz na twarz starego kolegi. Jego nieogoloną brodę wciąż przecinała różowa szrama. Pamiątka z ich pierwszej popijawy.

Mieli wtedy po czternaście lat i choć od tamtego czasu minęło drugie tyle, Robert nadal pamiętał ten dzień. Przynajmniej do czasu kiedy był jeszcze przytomny. Obaj już wcześniej próbowali tu i tam po puszce browaru. Prio twierdził, że na jednej imprezie walnął nawet kielicha, ale obaj nigdy nie byli tak naprawdę pijani. Nigdy nie zataczali się idąc chodnikiem. Nie spali w rowie. Nie rzygali do kosza na śmieci.

Piro wpadł zaraz po ósmej. Rodzice Benego pojechali już do pracy i jego chata miała być przez następne kilka godzin całkowicie wolna. To była idealna okazja żeby wdrożyć się w tajniki chlania w kontrolowanych warunkach.

Kumpel przyniósł dwa czteropaki, które dzień wcześniej kupił im w monopolowym Juras chwaląc się niedawno wyrobionym dowodem osobistym. Piro był nakręcony jak katarynka i nie mógł się już doczekać zanim zgniecie w rękach pierwszą pustą puszkę. Beny obawiał się, że to może się źle dla nich skończyć. Że wpakują się poważne kłopoty. Podejrzewał, że całkowicie się skatują i jego rodzice znajdą ich nieprzytomnych w piwnicy.

Beny pił powoli, przełykając każdy łyk browaru jakby nie wiedział czego się mógł po nim spodziewać. Nie rozumiał jak to mogło komukolwiek smakować. Jak ktoś mógł czekać cały tydzień tylko na to, żeby w piątek przez cały wieczór wlewać w siebie to gówno. Piwo przypominało mu mieszankę zupy pomidorowej z płynem do naczyń i najchętniej wylałby całość do kibla, ale po drugim zaczęło mu się robić inaczej. Na twarzy pojawiły się niewidzialne mrówki a w żołądku buchał urojony grzejnik. Gadał i gadał z Pirem o wszystkim i o niczym zarazem a w worku lądowały kolejne plastry zgniecionych puszek. Piro schował aluminiowy cmentarz do plecaka i obaj z Benym wyszli na osiedle. Wydawało im się, że wszystko było świetnie. Szli, śmiejąc się z byleczego. Na zewnątrz słońce niemiłosiernie parzyło ale im to wcale nie przeszkadzało. W ich mniemaniu to był najlepszy dzień w całym ich życiu. Poszli na plac zabaw gdzie huśtali się na huśtawkach prawie obracając się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Potem ruszyli do niewielkiego lasu gdzie Piro skakał po konarach drzewa, a Beny rozłożył się w cieniu pnia. Patryk darł się wniebogłosy zwisając na rękach z gałęzi. Przeciągał się jak szympans z jednej na drugą. Robertowi robiło się coraz gorzej. Świat kręcił się jak szalony i nie potrafił go zatrzymać. Kiedy zamykał oczy, było jeszcze gorzej. W końcu zebrał się na kolana i poczłapał w krzaki. Zaczął wymiotować. Piro nadal się darł. Darł się i darł aż rozległ się trzask gałęzi i szamotanie. Potem coś huknęło o ziemię. Beny wypuścił z siebie ostateczną salwę śniadania z piwem i zebrał się na najrówniejsze nogi na jakie pozwalał mu jego stan. W pół zgięty wrócił pod drzewo. Piro leżał na plecach z twarzą ukrytą w dłoniach. Krew ściekała mu po szyi na kępy dzikiej trawy. Płakał. Kilka zdań pełnych bełkotów później pokazał twarz koledze. Robert od razu wrócił w krzaki. Piro miał głęboko rozciętą brodę. Sprawa nadawała się do zszycia, ale obaj wiedzieli, że nie mogą iść do szpitala. Nie mogą nikomu powiedzieć. Ledwo stali na nogach. Byli zbyt zamroczeni by zrozumieć powagę sytuacji. Beny zdjął koszulkę i dał ją Pirowi w ramach opatrunku. Siedzieli w lesie aż do wieczora. Aż wytrzeźwieli na tyle, by mogli wrócić każdy do swoich rodziców.

To był ciężki wieczór.

Piro nigdy nie pojechał na zszycie i blizna, która w przyszłości mogła być jedynie cienką linią, na zawsze stała się szeroką szramą dzielącą jego zarost na dwie, nierówne części.

*

Wpadające przez szyberdach promienie słońca parzyły im łokcie. Juras zamknął go kiedy zbliżali się do granicy miasta. Głos redaktora skrzeczący z radia zapowiadał słoneczny weekend w całym województwie. Zero chmur. Żadnych opadów. Pogoda nad jezioro. Na grilla z piwkiem. Na wypad za miasto.

– I co? – zapytał Juras. – Na serio cała ta gospodara będzie dla ciebie?

Beny odpowiedział, że tak. Tak samo jak dom. Że wszystko odziedziczył.

– I co ty z tym teraz zrobisz? Sprzedasz?

Na to Robert nie miał już konkretnej odpowiedzi. Na początek chciał tam zrobić porządek i strzelić kilka fotek. Wysłać do tej samej agencji, która miała zająć się sprzedażą jego domu. Podejrzewał, że po dwóch latach spędzonych przez dziadka w domu opieki, na jego posiadłości wszystko uległo ruinie. Jeszcze zanim się stamtąd wyprowadził chata była w kiepskim stanie. Nawet nie wyobrażał sobie jak to wszystko wyglądało teraz.

*

Władysław, a raczej dziadek Władek, był dziwny. Ekscentryczny. Nie chodziło o to, że żuł tytoń, albo że pił bimber po którym przestawał widzieć w nocy. Był dziwny przez to, że mówił niedorzeczne rzeczy. Opowiadał historie, które nie mogły się wydarzyć. Cała rodzina podejrzewała, że popadał w jakąś formę demencji i stąd brała się jego bujna wyobraźnia. Nikt jednak nie próbował go lepiej zrozumieć.

Robert rzadko u niego bywał. Ostatni raz kiedy miał piętnaście lat. Spędził wtedy kilka dni z rodzicami na jego gospodarstwie. Wspominał to jako najnudniejszy moment swojego życia. Pamiętał dobrze jedynie pijackie majaki dziadka, kiedy ojciec pomagał mu wieczorem wrócić z werandy do domu. Bełkotał, że las chce go zabić. Że Bóg zsyła po niego anioły. Że niedługo odejdzie w zaświaty.

Tego typu głupoty.

Podobno to nie było nic nadzwyczajnego. Jego historie nie zmieniały się wiele kiedy trzeźwiał. Las patrzył. Las czuwał.

Las czekał.

Robert nie pamiętał by kiedykolwiek rozmawiał z dziadkiem. Ten człowiek żył we własnym świecie, w którym dla Roberta niebyło miejsca.

Informacja o jego śmierci nie zrobiła na nim wrażenia. Nie wiedział jednak o tym, że przyjdzie mu otrzymać w spadku całą jego posiadłość. Nie znał się na nieruchomościach, ale podejrzewał, że trafił szóstkę na loterii. Nie był pewien czy uda mu się je szybko spieniężyć, bo gospodarstwo było oddalone od najbliższej wsi o ponad dziesięć kilometrów.

Totalne odludzie.

Z tego co pamiętał nie prowadziła tam nawet utwardzana droga. Jedynie coś w rodzaju poszerzonej piaszczystej ścieżki. Pola nie były od lat uprawiane a ostatnie żywe jeszcze zwierzęta zostały oddane w czasie przeprowadzki dziadka do domu opieki. Budynki prawdopodobnie nadawały się jedynie do rozbiórki, ale nawet gdyby dało się je wyremontować, to kto by chciał tam zamieszkać?

 

Od posiadłości dzieliło ich niecałe sześćdziesiąt kilometrów ale droga wydawała się o wiele dłuższa. Co chwilę zwalniali wjeżdżając do wsi albo skręcając w starą leśną trasę. Na palcach ręki można było policzyć odcinki, na których mogli jechać szybciej niż osiemdziesiąt na godzinę. Narzędzia w bagażniku trzaskały na nierównościach. Radio łapało i gubiło sygnał do momentu aż Juras całkowicie je wyłączył.

Rozmawiali o tym co się u nich pozmieniało. Głównie to rozmawiał Robert i Juras. Piro był niezwykle (jak na siebie) małomówny. Może miały na to wpływ piwa, które wysączył na tylnym siedzeniu. Czasami dorzucał coś do dyskusji ale przez większość czasu gapił się jedynie w krajobraz za szybą.

Juras planował oświadczyny. Co prawda był ze swoją dziewczyną tylko niecały rok, ale sądził, że lepiej już nie trafi. Robert rozstał się ostatni raz ponad dwa lata temu i od tamtej pory był sam. Piro podobno dymał na boku jakąś licealistkę, ale przewrót oczami jaki zrobił Juras podpowiadał Benemu, że było to mało wiarygodne.

Poza tym bez zmian. Juras nadal pracował w fabryce, a Piro zmieniał robotę co kilka miesięcy. Raz był kelnerem, raz kurierem, raz jeździł wózkiem widłowym. Nic konkretnego. Zamierzał wyjechać do Anglii ale Beny wątpił, by sobie poradził.

Po czterdziestu kilometrach skończyły im się tematy do rozmowy i ostatnią prostą cywilizacji spędzili w ciszy.

Kiedy nawigacja w telefonie Benego głośno oznajmiła, że za kilometr będą musieli skręcić ostatni raz w prawo, mężczyźnie przypomniało się, że nie zrobili jeszcze zakupów. Zaklął pod nosem i kazał kierowcy zawrócić do poprzedniej wsi. Ten stwierdził jednak, że lepiej pojechać jeszcze kawałek prosto.

– Może coś się jeszcze trafi po drodze.

Dosłownie kilkadziesiąt metrów przed zakrętem, na końcu czegoś co ledwo można było nazwać osadą, przy drodze stał pordzewiały szyld reklamujący archaiczną czcionką sklep spożywczo monopolowy. Zatrzymali się na małym piaskowym placu przed blado-żółtym blaszakiem wielkości morskiego kontenera. Zakurzone szyby chronione były odmalowanymi na biało kratami. Mężczyźni nie byli pewni, czy sklep w ogóle jeszcze funkcjonował, ale woleli sprawdzić zanim cofną się o kilka kilometrów do spożywczaka, którego minęli przejeżdżając przez poprzednią wioskę. Weszli do środka. Wewnątrz panował półmrok. Cała lewa strona była obudowana starymi regałami z luźno poukładanymi produktami. Padały na nie mdłe promienie słońca tamowane przez zakurzone szyby. Na końcu pomieszczenia terkotała wąska, przeszklona lodówka na mięso. Obok niej stała na blacie kasa fiskalna. Z zaplecza wynurzył się starszy facet w berecie i grubych jak szkła powiększające okularach.

– Co potrzeba? – zacharczał przez zdarte gardło.

Na szczęście za ladą był browar a w lodówce wyglądająca na w miarę świeżą kiełbasa. Poprosili dodatkowo o dwa bochenki chleba, kilka konserw i zgrzewkę wody. Z tym co mieli już w wozie byli gotowi do podróży. Wyszliby bez zbędnych ceregieli gdyby ekspedient nie zapytał ich gdzie się wybierają. Robert w kilku zdaniach opowiedział facetowi o gospodarstwie. Gość przestał się uśmiechać.

– Na pewno chceta się tam zapuszczać?

Był zdziwiony bardziej niż wymagała tego sytuacja. Tak, jechali do opuszczonego gospodarstwa na totalnym odludziu, w którym nie ma prądu i bieżącej wody ale facet wyglądał tak, jakby zmierzali do wnętrza uszkodzonego reaktora.

– Jak się rozpada, to już tam stamtąd szybko nie wrócita – przestrzegł oczekując od nich reakcji.

No ale miała być przecież świetna pogoda. Cały tydzień słońca. Wręcz zagrożenie suszą. Tak się tłumaczyli.

Facet machnął ręką i wyjaśnił im, że tam, na tym gospodarstwie to różnie bywa. Że tam czasami pada ni stąd ni zowąd. Ot tak, po prostu.

Może dlatego, że to spore pole w środku gęstego lasu.

– Jakaś animalia – stwierdził.

Podobno jak drogę podmyje, to można zapomnieć o powrocie przez tydzień.

Piro miał gdzieś gadkę faceta i wyciągając spod pachy Jurka puszkę z piwem wyszedł ze sklepu w progu pstrykając zawleczką. Juras wyglądał na zaniepokojonego. Beny obawiał się, że słowa dziada zniechęcą kumpla na tyle, że będą musieli wrócić.

– Co myślisz? – spytał go Juras po wyjściu ze sklepu.

Robert odpowiedział, że to jakieś pierdolenie. Banialuki.

– Droga podmyta przez tydzień. Już to widzę.

– Racja. Chuj z nim – odparł kumpel bez przekonania. – Poza tym nissan wszędzie wjedzie. Nie w takie bagna się już wciskałem – powiedział siadając za kierownicą.

*

Dziesięć ostatnich kilometrów szło im jak krew z nosa. Piro otworzył czwarte piwo co zmusiło Benego do zwrócenia mu uwagi. Zamierzał tego dnia jeszcze coś porobić na gospodarstwie a schlać się mogli wieczorem. Mężczyzna nie zwracał na niego uwagi. Sączył browar oglądając przez otwartą szybę drzewa otaczające drogę z obu stron. Słońce ledwo przebijało się przez ich gęste korony. Radio, które Juras włączył kontrolnie, jedynie zacharczało ciężkimi do zdekodowania dźwiękami. Doły były tak głębokie, że wskazówka prędkościomierza rzadko kiedy podnosiła się z minimalnej pozycji.

Robert zaczynał mieć wątpliwości. Może to rzeczywiście nie był dobry pomysł. Nie chodziło mu o anomalie pogodowe i stan drogi. Bardziej obawiał się tego, że tylko zmarnują czas. Co tak naprawdę mógł tam zrobić? Posprzątać chatę? Skosić trawę? Poszukać ukrytego dobytku? Zaczynał się zastanawiać czy bardziej niż na rozeznaniu w terenie chciał się jedynie wyrwać na chwilę z pustego domu w towarzystwie starych znajomych. Zmienić otoczenie. Co prawda ostatni miesiąc minął mu prawie niezauważenie, ale i tak miał już dość samotności.

Jakkolwiek by nie było, na odwrót było już za późno.

Kolejny dół i kolejne trzaski w bagażniku. Deska rozdzielcza nissana zaczynała agonalnie stękać. Bardziej niż o powrót Robert zaczął martwić się o pojazd, którym zmierzali do celu. Juras zapewniał, że da radę wszędzie dojechać, ale w jego minie ciężko było znaleźć pewność siebie. Przygryzając język zmieniał co chwilę biegi i żwawo manewrował kierownicą starając się trzymać jak najrówniejszego podłoża. Co chwilę jednak wpadali w dziury obijając sobie łokcie o boczki drzwi. Piro nie wyglądał najlepiej i zanosiło się na to, że jeszcze chwila i wydali z siebie wypite browary.

– Daleko jeszcze – zagrzmiał Juras, ewidentnie niezadowolony z sytuacji w jakiej się znaleźli. Nawet gdyby chcieli, nie byli w pozycji z której dałoby się zawrócić. Prawie ocierali lusterkami o drzewa. Robert zastanawiał się nawet czy droga w ogóle zaprowadzi ich do gospodarstwa. Czy przypadkiem nie urwie się ślepym zaułkiem i staną w miejscu bez możliwości powrotu. Na szczęście z każdym metrem drzewa zaczynały rzednąć i po kilkudziesięciu dziurach przebytych w tempie marszobiegu wyjechali na otwartą przestrzeń. Droga ciągnęła się prawie w prostej linii przez ponad kilometr. Z obu stron porastała ją dzika, bladozielona trawa poprzeplatana wysokimi do pasa, złocistymi badylami. W oddali widać było miniaturę starej chaty, chlewa i szczątków drewnianej stodoły.

Byli na miejscu.

Prawie.

Juras zmęczony wleczeniem się przez las przyspieszył wzbijając za sobą obłoki kurzu.

„Kolejne upalne popołudnie w Warszawie” wydobyło się z głośników.

– Myślałem, że wyłączyłeś radio – powiedział Robert. Juras przytaknął. Tak wyłączył radio. To znaczy, tak mu się wydawało.

– Tylko czemu gra jakaś warszawska stacja? – zapytał. Byli ponad dwieście kilometrów od stolicy.

Robert wzruszył ramionami a potem spojrzał na kumpla.

– Animalia – stwierdził.

*

Posiadłość otaczały stare pola dawno już obrośnięte dzikimi chwastami. Ciągnęły się w każdą ze stron na tyle daleko, że ciężko było ocenić gołym wzrokiem gdzie kończyły się polany, a gdzie zaczynał las. Za chatą horyzont wybrzuszał się łukiem pagórka, w pozostałych kierunkach, oddalone wierzchołki drzew można by nakreślać linijką. Określenie „odludzie” nie byłoby w stanie dokładnie opisać miejsca, w którym się znaleźli. Czuli się jakby wylądowali na bezludnej wyspie otoczonej oceanem chwastów.

Grzbiet dachu chaty zapadał się do środka i nadawał budynkowi kreskówkowy wygląd. Dachówki były nadal na swoim miejscu, ale nie było mowy o żadnym remoncie. O dziwo chlew był w znacznie lepszym stanie. Ze stodoły jednak pozostały tylko czarne kły osmalonych belek wystające z szarych pagórków popiołu. Musiał ją trafić piorun i wszystko poszło z dymem. To albo ktoś zaprószył ogień celowo.

Zatrzymali się na placu przed chatą. Juras i Robert wyszli z wozu rozciągając obolałe kończyny. Piro dokończył ostatnią puszkę piwa i wytoczył się za nimi. Rozglądali się po gospodarstwie a potem zabrali się za rozbicie obozu. Trawa wokół była na tyle niska, że mogli swobodnie rozstawić namioty. Nie musieli zaglądać do środka, by wiedzieć, że na pewno nie będą spać w chacie. Weszli do niej dopiero kiedy rozpakowali auto z narzędzi.

Wewnątrz było czysto. Czysto przynajmniej jak na opuszczony przez lata dom. W połowie okien brakowało szyb, ale nigdzie nie było rozbitego szkła. Ktoś poprzestawiał meble. Ewidentnie w ciągu dwóch lat chata miewała nieproszonych gości ale przeglądając pokoje nie znaleźli niczego makabrycznego. Żadnych odchodów, zdechłych gryzoni, przerośniętych pajęczyn. Żadnych niespodziewanych zwłok. Jedynie kilka starych butelek po piwie. Parę opakowań po różnych przekąskach i słodyczach. Jakieś szmaty prawdopodobnie zostawione przez wizytującego kloszarda.

W chacie znajdowała się jedna sypialnia, w której została tylko stara komoda i zrobiony z kręconego żelaza stelaż łóżka. W głównej izbie były dwie zapadnięte wersalki i obdrapany stół. Na ścianach wisiały oprawione w ramki, pofalowane od starości zdjęcia. Przypominały bardziej realistyczne obrazy niż fotografie. Z izby można było przejść do kuchni przez framugę pozbawioną drzwi. Wciąż tkwiły tam stare, zakurzone szafki, z których schodziła całymi płatami jasna farba. Był też popękany piecyk na drewno oblepiony warstwami sadzy. Na środku podłogi odznaczała się równym kwadratem klapa wejścia do piwnicy. Piro pierwszy rzucił się żeby ją otworzyć, ale ciągnąc za metalowy uchwyt udało mu się ją uchylić jedynie na góra centymetr. Zdawało się że jest od środka o coś zaczepiona. Juras przyszedł mu z pomocą, ale nie zdało się to na wiele. Robert stwierdził, że nie ma sensu się z nią szarpać. Zauważył, że na środku był mały otwór na klucz. Zaczął otwierać szafki. Grzebać w starych, popękanych naczyniach. Przesuwać poszczerbione miski. Wyrzucać na podłogę pogniecione garnki. Juras brzęczał sztućcami w szufladach. Piro znowu złapał za uchwyt od klapy. Nie znaleźli klucza a właz był niewzruszony.

– Dobra, zostaw to – zarządził Robert.

Może znajdą klucz gdzie indziej.

Wrócił z Jurasem na podwórze. Weszli do chlewu. W środku było pusto. Pod ścianami piętrzyły się spleśniałe snopy słomy i podziurawione, plecione worki na zboże. W metalowych zagrodach wciąż jeszcze leżały skamieniałe szczątki odchodów. W rogu stał do połowy rozebrany traktor uczepiony do złamanego w połowie pługa. Całość nadawała się na złom. Westchnął. Mogliby rozebrać zagrody ale brakowało im przyczepki by gdziekolwiek to wywieźć.

Wyszli na zewnątrz. Między chlewem a chatą wyrastała z ziemi rozsypująca się studnia. Drewniana konstrukcja kołowrotu była nietknięta. Otwór został zasłonięty ciężką, metalową płytą. Chropowaty, rudy kolor na jej krańcach odstraszał przed dotykaniem bez rękawiczek. Postanowili sprawdzić ją później i wrócili do izby.

– Zostawisz to w końcu? – burknął Robert w stronę Patryka, który stał nad klapą do piwnicy.

Mężczyzna odwrócił się dopiero po chwili.

– Tak, tak – mruknął szeroko się uśmiechając. – Chodźmy się najebać – dodał podchodząc do kumpli.

*

Drewno trzaskało smagane pomarańczowymi językami ognia. Obok syczał mały, przenośny grill. Z położonych na kratce kiełbasek ściekały rytmicznie krople tłuszczu i wody. Jurek kucał przed zgliszczami stodoły i robił telefonem zdjęcia zachodzącemu słońcu, starając się złapać w kadrze wystające jak obeliski, zwęglone belki konstrukcji. Piro wlewał w siebie początek kolejnego czteropaka. Beny siedział na trawie obserwując ognisko. Juras ukradkiem zrobił im zdjęcie i wrócił na miejsce obok Roberta.

Piro zaczął bełkotliwie fałszować jakąś starą piosenkę. Nie zważał na prośby kolegów by się zamknął. Po drugiej zwrotce wstał i chwiejnie podszedł do grilla. Zjadł jedną z surowych jeszcze kiełbasek i znowu upadł na trawę.

Juras i Beny dyskutowali o stanie posiadłości. Zgodzili się że nie mają co tu właściwie robić. Robert stwierdził, że następnego dnia jedynie trochę posprzątają. Powyrzucają wszystkie śmieci i postarają się jakoś zabić puste okna. Może spróbują dostać się jeszcze do piwnicy ale poza tym niczego więcej nie będą ruszać. Potem sfotografuje tylko wszystko z każdej strony i będą mogli się zbierać.

Leżący na boku Piro w nerwowym zrywie usiadł na tyłku. Przez chwilę kiwał się podpierając prawą ręką.

– Idź za chatę – wydarł się Juras przeczuwając do czego za chwilę dojdzie.

Mężczyzna podniósł się na nogi i bujając się jak metronom, podpierając ręką o ściany, przemaszerował za dom. Już zza rogu słychać było gardłowe salwy wymiocin.

– Co za zjeb – zauważył Robert.

– On się nigdy nie nauczy.

Robert wykorzystał okazję, żeby podpytać Jurasa, co w ogóle Piro ostatnio porabiał.

Okazało się, że nic nowego. Chlanie, imprezy, koledzy spod ciemnej gwiazdy wymieniający się co kilka tygodni. Typowy Piro. Nie potrafił ani utrzymać pracy, ani dziewczyny. Ciągle coś kombinował.

Juras mówił, że próbował go ogarnąć, ale wszystko na nic. Nie mógł się z nim normalnie dogadać.

Zrobiło się ciemno szybciej niż się spodziewali. Wszystko przez granatową kołdrę chmur, którą zakryło się niebo. Słońce wciąż przebijało się zza linii horyzontu rozświetlając go na różowo.

Piro wrócił blady jak ściana. Usiadł na ziemi i kiwał się przez chwilę w miejscu jak małe dziecko. Pustym wzrokiem omiatał to ziemię, to ognisko.

– Żyjesz? – Robert się zmartwił.

Coś błysnęło.

– A miała być taka ładna pogoda – zauważył spoglądając w niebo. – Dziad miał chyba rację.

– No, żebyśmy tylko kurwa się jutro stąd zmyli – rzekł Juras chowając grilla. – Dawaj, bierzemy te kiełbaski zanim się rozpada.

Piro bez słowa wstał i wtoczył się do swojego namiotu.

Wiśniowe niebo regularnie rozświetlały błyski. W czasie kiedy Juras układał zwęglone kiełbaski na dwa tekturowe talerzyki, Robert powlókł nogami za chatę od drugiej strony niż wcześniej zrobił to Piro. Stanął na rogu, rozpiął rozporek ubłoconych dżinsów i zaczął sikać. Patrzył na ciemniejącą czerwień zachodu słońca. W oddali widział niewielkie wzgórze wyrastające nad lasem. Pokryte było kiełkami połamanych drzew. Z daleka przypominało grzbiet gigantycznego jeża. Zmarszczył powieki. Skończył się załatwiać ale nadal tkwił w miejscu. Przez chwile mrugał oczami. Najpierw myślał, że to złudzenie. Że coś mu wpadło do oka. Przetarł je kilkukrotnie i zmrużył ciasno powieki.

Coś się ruszało między pniami drzew.

– Żyjesz tam? – krzyknął Juras.

Robert odwrócił się na chwilę. Uderzyła go fala zimnego wiatru. Kiedy wrócił wzrokiem na wzgórze, wszystko wyglądało normalnie. Malutki cień, który jeszcze przed chwilą przeciskał się między igiełkami drzew, gdzieś zniknął.

– Chyba widziałem niedźwiedzia – powiedział siadając znowu przy ognisku. Jurek podał mu talerz z kiełbaskami i kromką chleba.

– Nie pierdol takich głupot.

– Serio – zapierał się. – Albo jakiegoś psa. Nie wiem. Ale daleko stąd. Nie dygaj.

– Nie wkurwiaj mnie. Tu nie ma żadnych niedźwiedzi.

Jurek nie był w humorze. Wiatr wiał coraz mocniej. Z nieba zaczął niemrawo siąpić deszcz. Kumple pochłaniali kiełbaski jakby brali udział w zawodach. Popijali je piwem z puszek, które szybko wylądowały na stercie aluminium obok ogniska. Zaczęło mocniej kropić więc nawet nie przejmowali się gaszeniem ogniska. Zanim huknął pierwszy grom, obaj ukryli się już w swoich namiotach.

*

Może spili po jednym piwie za dużo. Może te zwęglone kiełbaski wcale nie były aż tak gotowe na jakie wyglądały. Może to przez nagłą zmianę pogody ale obudzili się dopiero po dwunastej. Beny wzdrygnął się spoglądając w parującym wnętrzu namiotu na wilgotny wyświetlacz telefonu. Położyli się tuż po dziesiątej wieczorem co dawało im prawie czternaście godzin snu. Nie przypominał sobie by chociaż raz w nocy się przebudził. Wygramolił się z przemoczonego potem śpiwora i rozciągnął zamek namiotu wpuszczając do środka świeże (ale i tak duszne) powietrze. Świeciło słońce. Na niebie żadnej chmury. Niska trawa była sucha jak słoma. Wyszedł z namiotu i zajrzał do Jurasa. Mężczyzna przecierał oczy. Robert musiał kilka razy powtarzać mu że było już po dwunastej zanim ten zebrał się na nogi. W promieniach słońca szybko dogoniły ich konsekwencje poprzedniego wieczoru. Mocno zmuleni, nie myśląc za bardzo o tym co robią, zabrali się za sprzątanie domu.

*

Deski podłogi nie wyglądały na brudne. Dopiero po omieceniu i przemyciu szmatą, gdy zmieniły kolor z ciemnej czerwieni na pomarańczowy, wyszło na jaw ile syfu nazbierało się w domu. Jurek wynosił w grubych, foliowych workach wszystkie mniejsze szpargały. Pokrzywione, stalowe sztućce. Poszczerbione miski i talerze. Stare gazety. Szmaty. Puste opakowania po środkach czystości. Puszki i butelki. Wszystko co walało się w szafkach i szufladach. Co znaleźli poutykane za regałami. Uzbierali trzy stulitrowe worki. Do starego, blaszanego śmietnika stojącego obok chaty Robert wsypał cztery czubate szufelki kurzu.

Po czternastej spojrzał znowu na wyświetlacz i ze złością ruszył w stronę namiotu Piro. W ferworze pracy zapomniał w ogóle o swoim szurniętym koledze. Może i miał znacznie gorszego kaca od niego, ale to nie była wymówka żeby przeleżeć cały dzień bez kiwnięcia palcem.

– Piro – krzyknął klękając przed suwakiem namiotu. – Wyłaź wreszcie.

Rozsunął zamek ale w środku był tylko zmiętolony śpiwór.

– Piro – wydarł się wstając na nogi.

– Co jest? – zapytał Jurek wychodząc z chaty. – Gdzie on jest?

Robert nie miał pojęcia. Poszli za chatę. Sprawdzili chlew. Nic. Darli się przez chwilę w każdą stronę pola. Sprawdzili w samochodzie. Ani śladu po koledze. Juras zerknął nawet na studnię, ale metalowa płyta nadal zasłaniała otwór.

– Poszedł do lasu? – zastanawiał się Jurek.

Nie mieli lepszego wyjaśnienia. Nic innego nie wchodziło w grę. Robert wziął do ręki telefon i spróbował się połączyć z Patrykiem. Włączył tryb głośnomówiący. Po pierwszym sygnale usłyszeli przytłumiony dźwięk dzwonka. Dochodził z namiotu ich kolegi. Robert rozłączył się i spojrzał na Jurasa.

– Pierdolony wariat – mruknął pod nosem.

Bez zbędnych dyskusji ruszyli prosto w stronę drzew.

*

Im bliżej byli linii lasu, tym trawa stawała się coraz bardziej wysuszona. Ulewa z poprzedniego wieczora zdawała się być jedynie nieprzyjemnym snem. Cień drzew powitali z ulgą.

– Co teraz? – zapytał Juras.

Robert nie miał pojęcia. Równie dobrze mogliby szukać igły w stogu siana. Zaczęli nawoływać Patryka idąc wzdłuż linii drzew. Może poszedł gdzieś na spacer i nie mógł znaleźć drogi powrotnej? Może ich usłyszy i odpowie na wołania. Nic innego nie przychodziło im do głów. Cała ta wycieczka zaczynała obu ich męczyć. Żaden nie powiedział tego na głos, ale chcieli już tylko wrócić z powrotem do własnych domów. Usiąść na kanapie, otworzyć browar i oglądać bezmyślnie jakieś głupoty w telewizji.

Robert sprawdzał co chwilę telefon, ale brakowało mu zasięgu. Jego komórka stała się tylko skomplikowanym zegarkiem. Minęła godzina. Potem kolejna. Krajobraz wyglądał tak samo. Jakby krążyli wokół spreparowanej scenografii. Drzewo, krzaki, głaz, mech, drzewo, krzaki. Żadnej ścieżki. Porzuconych śmieci. Stosów porąbanych pni. Myśliwskiej wieży. Nic co mogłoby świadczyć o ludzkiej aktywności. Tylko dzika puszcza i pole. Miniaturowe gospodarstwo w oddali. Jedynym wyznacznikiem że posuwają się do przodu był kąt w jakim widzieli chatę i chlew. Kiedy dotarli do lasu, widzieli jeszcze zarys samochodu. Teraz już zniknął za budynkiem.

Szli i krzyczeli. Co jakiś czas przysiadali na powalonym pniu albo wielkim kamieniu. Zabrali ze sobą tylko jedną butelkę wody. Opróżnili ją rozpoczynając kolejną godzinę marszu. Kiedy choć na chwilę odchodzili od drzew, promienie słońca parzyły ich odsłoniętą skórę. Z czasem robiło się jednak lżej. Kolejny dzień zamieniał się z prędkością obrotu Ziemi w wieczór.

Piro wciąż się nie odezwał.

Chata stawała się w ich oczach mniejsza i mniejsza.

Jurek w końcu stanął w miejscu i stwierdził, że to wszystko nie ma sensu.

– Wracamy do chaty i czekamy aż sam wróci. Jak nie pojawi się do wieczora to dzwonimy na gliny. Trudno.

Robert zgodził się z nim bez protestowania. Nie chciał się przyznać, ale był wycieńczony. Nogi miał już jak z waty. Wiedział, że jak tylko dojdą do namiotów to rozłoży natychmiast swoje zwłoki w środku. To była najdłuższa wędrówka jakiej się podjął od lat. Pomimo, że nie było tego widać z zewnątrz, w rzeczywistości był w tragicznej kondycji. Ledwo dochodził trzydziestki ale czuł się jak emeryt. Browar i tanie jedzenie w końcu go dogoniły.

*

Wracali starając się iść w linii prostej do gospodarstwa. Czasami musieli zbaczać gdy zarośla stawały się zbyt gęste. Robert czuł w butach kłujący piach i śliskie pnącza chwastów. Co chwilę ściągał z łydek maszerującego między włosami robala albo drapał poparzoną skórę po zetknięciu z kłującym zielskiem. Chata wciąż była tylko punkcikiem na horyzoncie. Kiedy wreszcie dało się zobaczyć kwadraty okien, coś zabrzęczało w jego kieszeni. Przystanął i wyjął telefon. Miał sześć nieodebranych połączeń od Piro. Wybrał numer, włączył tryb głośnomówiący i natychmiast usłyszał jego głos.

– Gdzie wy kurwa jesteście?

Zapowietrzył się zanim wydarł z gardła odpowiedź. Jego odnaleziony kolega twierdził, że ciągle był w chacie. Że po wyjściu z namiotu wyszedł się przejść pod las ale od razu wrócił i że już ich wtedy nie było. Że miał już wziąć furę i jechać ich szukać.

Nie mogli uwierzyć w idiotyzm całej sytuacji. Robert odpowiedział, że zaraz wrócą. Potem ruszyli znowu w stronę chaty.

*

Niebo pociemniało zanim dotarli do celu. Nie dało się stwierdzić kto był bardziej wkurzony. Oni czy Piro. Po kilku wiązankach wyzwisk, trzech puszkach piwa i kwadransie odpoczynku dokończyli sprzątanie chaty. Robert nadal szukał klucza do klapy od piwnicy ale nigdzie go nie znalazł. Próbowali z Jurkiem otworzyć ją na siłę. Patryk tym razem nie zamierzał w ogóle się do tego przykładać. Jego entuzjazm całkowicie wyparował. Co chwilę powtarzał suchym tonem żeby sobie odpuścili. Nie miało to sensu. Jest zablokowana na amen. Nic nie zdziałają.

Pokrywa musiała zadziałać na ich ego, bo obaj jak w amoku szarpali za uchwyt. Zmęczenie popołudniową wycieczką zmieniło się w prymitywną chęć zwycięstwa nad drewnianym włazem. Po kolejnym nieudanym szarpnięciu odpuścili, stając obaj w identycznych rozkrokach.

– Ty kurwo – wycedził przez zęby Jurek i wyszedł z chaty.

Klatka Roberta falowała rytmicznym oddechem fizycznego wycieńczenia. Jego towarzysz walki wrócił po chwili z długim, masywnym prętem znalezionym w chlewie. Koniec narzędzia był ostro zakończony i mógł robić za łom. Kazał Patrykowi wbić go w szczelinę kiedy uniosą klapę. Ten jednak odmówił kooperacji. Bez słowa wyszedł z kuchni na plac przed chatą.

– To spierdalaj – syknął pod nosem Jurek odprowadzając kumpla wzrokiem. Wręczył łom Robertowi a sam złapał za metalowy uchwyt. Stawiając stopy na krańcach włazu zrobił półprzysiad i zaczął ciągnąć z całej siły do góry. Robert jak rzutem oszczepem wbił końcówkę pręta w szczelinę klapy. Potem opierając się całym ciałem podważył ją do góry. Spodziewał się usłyszeć jakiś trzask. Pęknięcie. Gruchot. Do tej pory sądził, że klapa była zamknięta na coś w rodzaju skobla, który za chwilę rozleci się na kawałki. Kiedy bez żadnego dźwięku podniosła się lekko do góry, miał wrażenie, że jest po prostu czymś obciążona. Jakby do czegoś przywiązana. Szpara stała się ciemną kreską. Piwnica pod ich nogami przybliżyła się na wyciągnięcie ręki. Byli prawie w środku. Robert trzymał łom czując, że gdyby nawet lekko odpuścił, klapa wyrwałaby mu pręt z ręki. Niespodziewanie w nagłym zrywie wyciągnął go i rzucił obok na podłogę głośno się krztusząc. Klapa opadła na miejsce.

– Co jest? – zapytał Jurek. Poczuł okropny swąd przypominający mieszankę mokrego psa i padliny. Kolejny odruchowy wdech zalał jego zmysły odorem ekskrementów.

– Co to kurwa jest? – wycharczał, uciekając za Robertem z chaty.

– Coś tam zdechło – odparł kumpel kiedy byli już na świeżym powietrzu.

Patryk zupełnie nie w swoim stylu zajmował się przygotowywaniem ogniska i grilla. Patrząc na kolegów ze stoicką miną spytał co się stało. Ich historię zwieńczył krótkim „a nie mówiłem?”.

Kiedy już okrutny zapach wyparował z systemu Roberta, oświadczył kolegom, że przenocują do jutra i w południe spadają do domu. Że za tydzień mogą sobie pojechać na biwak w jakieś normalne miejsce.

Nikt nie protestował.

*

Patryk siedział wpatrując się w płonące ognisko. Poza zdawkowymi odpowiedziami na bezpośrednie zaczepki, nie odzywał się ani słowem. Robert podejrzewał, że wciąż źle się czuł po poprzednim wieczorze. Zamykał się jedynie gdy nie był już w stanie złożyć sensownego zdania, a i nawet wtedy rzadko się poddawał. Beny otworzył kolejny czteropak i przymierzył się, żeby rzucić puszkę Patrykowi, ale ten machnięciem ręki odmówił. To już nie było normalne.

– Kacor cię jeszcze trzyma? – spytał Robert.

Kumpel pokiwał głową nie spuszczając wzroku z trzaskających konarów ogniska.

Juras błąkał się po okolicy pstrykając zdjęcia.

Niebo nabrało koloru purpury. Wiatr podpowiadał, by założyć coś cieplejszego. Robert kucając przy grillu obracał co chwilę skwierczące kiełbaski. Próbował zagadać do Patryka ale ten wyraźnie nie miał ochoty na rozmowę i zbywał go krótkimi odzywkami. Beny miał wrażenie, że się nie znają. Że siedzi przy ognisku z kimś obcym. Nie widzieli się przez wiele lat i dopiero co odświeżyli dawną znajomość, ale mężczyzna zdawał sobie sprawę, że już nigdy nie będę kumplami jak kiedyś.

– Wkurwiłeś się czy co? – zapytał wręczając Pirowi talerzy z osmaloną kiełbaską.

– Nie – odpowiedział kumpel. – Jestem zmęczony.

– Ja też – przyznał Robert. – Pewnie spiję browar i zaraz zawinę się do namiotu.

Rzeczywiście sam też był padnięty. Siadając z powrotem przy ognisku oczy prawie mu się zamykały. Podtrzymywał się na jawie regularnymi łykami piwa. Patryk zjadł swoją kolację, wyrzucił talerz do foliowej torby na śmieci i – mamrocząc pod nosem pożegnanie – wgramolił się do swojego namiotu. W czasie gdy zasuwał zamek, przy ognisku pojawił się Jurek. Rozłożył się przy ognisku i zaczął przeglądać zdjęcia na telefonie. Zatrzymał się na jednym z nich i przyglądał mu się przystawiając ekran pod same oczy. Kręcił co chwilę głową.

– Patrz na to – powiedział przekazując zdjęcie Robertowi.

– Co to? – Robert przyglądał się rozmydlonym przez maksymalne powiększenie drzewom. Między nimi, wytężając wzrok, można było dostrzec jakiś kształt.

– Pies? – spytał.

– Nie wiem – odpowiedział Juras. Robił zdjęcia drzewom w oddali. Był pewien, że coś zobaczył między nimi. Nie był jednak w stanie określi dokładnie co to było. Na pewno jakieś zwierzę.

– Może jakiś jeleń? – Spróbował Robert oddając telefon koledze. Ten jeszcze raz wlepił wzrok w ekran.

– Wydaje mi się – rzekł w końcu – że to stało na dwóch nogach.

Kumple spojrzeli sobie w oczy. Robert kazał Jurasowi spierdalać i go nie straszyć.

Jurek nie odpowiedział. Bez słowa posprzątał po sobie śmieci i zaszył się wgłębi swojego namiotu. Robert po chwili zrobił to samo.

*

Tej nocy Beny nie mógł zasnąć. Odpływał i wracał do świadomości. Wiatr w nieregularnych podmuchach bujał namiotem na boki. Był zadowolony, że nie padał deszcz ale i tak musiał głęboko zawinąć się w śpiwór żeby nie przemarznąć. Tkwił w półśnie do czasu, kiedy pojemność jego pęcherza dotarła do swojej granicy. Przeklinając w myślach wygramolił się ze śpiwora, po omacku rozsunął zamek namiotu i na czworaka wyszedł na zewnątrz. Wkładając ręce w kępy trawy czuł się jakby włożył je w śnieg. Wstał na trzęsących się nogach. Księżyc bliski pełni oświetlał mu drogę za chatę. Stanął na rogu i zaczął zlewać z siebie wieczorne browary. Senne spojrzenie zaczęło przyzwyczajać się do mroku nocy. Patrzył na horyzont, na wielki garb jeża ledwo widoczny w ciemności. Na niebie migał milion białych pyłków gwiazd. Skończył sikać, zapiął rozporek i przez chwilę patrzył w dal, jakby chciał znowu zobaczyć coś nietypowego. Na przemian wycierał powieki i wytężał wzrok. Nad drzewami widział dwie jasnopomarańczowe kropki. Trochę większe od reszty gwiazd. To mogły być planety. Nie znał się na astronomii i nie miał zielonego pojęcia które z nich mogły być widoczne tak blisko siebie, w tej części nieba, akurat tego dnia. Wiedział jednak, że nie było możliwe by planety zmieniały swoją pozycję. By zbliżały się i oddalały w regularnym tańcu. Gdyby poruszały się w jednym kierunku, mógłby je uznać za samoloty i wrócić spokojnie do swojego namiotu. Znowu zatopić się w obezwładniającym półśnie. To było jednak coś innego.

Szybkim marszem wrócił przed chatę i rozpiął zamek w namiocie Jurka. Mężczyzna był nieprzytomny. Szarpiąc go za stopę, którą ten miał wyjętą ze śpiwora, próbował go obudzić, ale mężczyzna nie dawał oznak życia. Robert coraz głośniejszym szeptem próbował przywrócić go do świadomości. W końcu, z wyraźnym zdezorientowaniem, kumpel zapytał o co chodzi. Nie zamierzał wychodzić ze śpiwora i używając wszelkich dostępnych obelg próbował zbyć Roberta ale ten nie ustępował.

– Jakie kurwa światła? – wysyczał wciągając na siebie spodnie.

– Zobaczysz – odpowiedział Beny pomagając koledze wypełznąć z wnętrza namiotu.

Wyszli za chatę. Patrzyli w dal. Robert kręcił głową z niedowierzaniem.

Światła zniknęły.

Nad pagórkiem widać było grupę gwiazd, ale wszystkie tkwiły na swoich miejscach jak zamrożone.

*

Zbigniew Chełmiński wyciągnął z szafy postrzępiony, wojskowo-zielony plecak turystyczny. Powoli, w ściśle określonej kolejności, zaczął wypełniać go rozłożonym na łóżku bagażem. Najpierw do środka powędrowało ciasno zrolowane, przeciwdeszczowe palto. Potem para grubych skarpet. Jedna koszulka na zmianę i krótkie spodenki. Czapka z daszkiem. Metalowe pudełko z suchym prowiantem. Dwie latarki oraz dwa blistry zapasowych baterii. W podręczne przegródki włożył małą puszkę z gazem pieprzowym, analogowy kompas, naładowany do pełna nadajnik GPS i dodatkową, przenośną ładowarkę. Miał też myśliwski nóż, wielonarzędziowy, wojskowy przybornik, mapę całego województwa warmińsko-mazurskiego oraz lokalną mapę z wyszczególnionymi atrakcjami i ścieżkami turystycznymi. Do kabury przy pasku schował swój stary, obdrapany pistolet.

Przeszedł do małego korytarzyka przed wyjściowymi drzwiami. Na stoliku pod wieszakami leżało czarne pudełko podłączone do kabla telefonicznego. Na nim postawiona była wygięta w namiot kartka z napisem „jeśli nie możecie mnie znaleźć, przesłuchajcie nagrania”. Mężczyzna wcisnął stopy w podniszczone, trekkingowe buty, zawiązał sznurowadła i zarzucił plecak przez ramię. Przygotowany na każdą możliwość wyszedł z mieszkania. Zamknął drzwi przekręcając kluczami spusty trzech zamków i potwierdził to łapiąc za klamkę. Potem zszedł klatką na dół.

Pogoda zapowiadała się okropnie. Grafitowe chmury zwiastowały urwisty deszcz. Zimny wiatr przedzierał się nawet przez flanelową koszulę Zbigniewa. Środek lata nagle stał się początkiem jesieni.

Mężczyzna liczył na to, że gdy pojawi się na miejscu, trochę się rozpogodzi. Prognoza, którą przeczytał przed wyjściem z domu, brzmiała jak bzdurna wróżba. Pięćdziesiąt procent szans na zachmurzenie. Pięćdziesiąt procent szans na deszcz. W sumie więc nie wiadomo.

Wsiadł do swojego dziesięcioletniego forda, rzucił plecak na miejsce pasażera i zamontował telefon w uchwyt przyklejony do szyby. Szorstkim, popękanym opuszkiem wskazującego palca powoli wybrał cel podróży w nawigacji telefonu i rozpoczął trasę. Zanim przekręcił kluczyk w stacyjce szybko się przeżegnał. Potem odjechał.

*

Wyjechał spod domu o dziewiątej rano. Do przejechania miał niecałe dwieście kilometrów – większość autostradą lub drogami szybkiego ruchu. Podejrzewał że uda mu się dotrzeć na miejsce przed dwunastą. Pierwsze trzydzieści kilometrów przebył bez większych problemów. Potem jednak wszystko zaczęło się psuć. Najpierw wypadek na autostradzie, który zabrał mu przynajmniej pół godziny. Później urwanie chmury spowalniające ciąg aut do ślimaczej prędkości. Koło jedenastej był dopiero w połowie drogi. Zatrzymał się w przydrożnej knajpie na wczesny obiad. Dalej jechał już bez przerwy.

Kilkanaście kilometrów od celu włożył okulary przeciwsłoneczne i odchylił szyby. Klimatyzacja nie dawała rady. Pięćdziesiąt procent szans okazało się wystarczające. Niebieska strzałka nawigacji powoli zbliżała się w kierunku ostatniego skrętu w prawo. Chełmiński kątem oka zobaczył pordzewiały szyld sklepu wyrastający z piaszczystego pobocza. Zajechał na plac. Otworzył drzwi kierowcy a potem wyjął telefon z uchwytu i wyszedł z samochodu. Sprawdził trasę. Nie był do końca pewien czy rzeczywiście znalazł ostatni zabudowany teren przed gospodarstwem Brzeszczyńskiego. Rozejrzał się po okolicy. Poza sklepem widział tylko kilka rozpadających się chałup. Wybrał numer telefonu. Po kilku sygnałach usłyszał swój własny głos.

– Możesz nagrywać – powiedział.

Chełmiński wyrecytował prostą wiadomość. Podał datę i dokładny czas. Potem wyjaśnił gdzie się zatrzymał dodając do nazwy miejscowości geograficzne koordynaty.

– Spróbuję popytać kogoś w okolicy czy wie coś o zaginięciu Brzeszczyńskiego. Potem pojadę na jego gospodarstwo. Pogoda jest bardzo dobra. Mam jeszcze sporo paliwa w samochodzie.

Zakończył połączenie. Kilkaset kilometrów dalej, w jego domu, sprzężona z linią telefoniczną nagrywarka zapisała jego głos.

Wszedł do sklepu. Obrzucił spojrzeniem asortyment na półkach.

– Co potrzeba? – zapytał starszy ekspedient pojawiając się za ladą.

Chełmiński kupił zgrzewkę wody niegazowanej w małych butelkach. Płacąc, zapytał mężczyznę czy w okolicy często pojawiają się obcy. Delikatny uśmiech zniknął z twarzy ekspedienta. Domyślił się, że chodziło mu o trzech gości, którzy wybierali się na gospodarstwo Brzeszczyńskiego. Chełmiński nie ukrywał, że to właśnie ich szuka. Od mężczyzny dowiedział się, że rzeczywiście przed tygodniem byli w jego sklepie. Kupili trochę rzeczy i pojechali na gospodarstwo. Więcej ich nie widział. Nikt inny o nich nie pytał. Żadnej policji. Żadnej rodziny. Nie było też innych obcych ludzi w okolicy. Sami okoliczni. Stare pijaki i wdowy po rolnikach. Standardowa klientela.

Czy ktoś był na gospodarstwie Brzeszczyńskiego? Czy słyszał żeby ktoś tamtędy przejeżdżał?

Nie. Nikt tamtędy nie przejeżdżał bo nie ma po co. Droga prowadziła tylko do gospodarstwa i nikt tam nie jeździł. Nikt tam też nie chodził lasem.

– W tamtą stronę nie ma w ogóle sensu się wybierać. – Tak powiedział Chełmińskiemu. Nawet jak od czasu do czasu pojawiali się u niego jacyś turyści w miejsko-terenowych autach, z rowerami na dachu i dziećmi na tylnych siedzeniach, wszyscy zmierzali bardziej na północ. Tam gdzie są jeziora i wyrobione ścieżki turystyczne. Wokół posesji Brzeszczyńskiego były tylko dzikie chaszcze i spalona górka, na której pozostał las osmalonych pni.

Nic więcej.

– A pan? – spytał Chełmiński. – Zdarza się panu wybierać czasami w tamtym kierunku? Na grzyby albo na spacer?

Ekspedient westchnął. Chciał wiedzieć, czy Zbigniew był z policji. Czy czegoś dochodził. Mężczyzna zaprzeczył. Powiedział jedynie, że słyszał różne historie o tej okolicy. Że już od lat w lasach znikali w dziwnych okolicznościach różni ludzie. Że on sam znał bardzo dobrze kilka takich spraw.

– A co to – odpowiedział ekspedient krzyżując ręce – ciężko się w lesie zgubić? Mieszczuchy przyjeżdżają takie co nie potrafią nawet do klopa trafić bez tych komórków swoich, łażą gdzie ich nogi ponioso a potem nie potrafią wrócić do własnego wozu. I czyja to niby wina?

Chełmiński próbował wyjaśnić facetowi, że niczego nie sugerował. Rozumiał sytuację. Chodziło jednak o to, że szczególnie w tym rejonie zdarzało się to znacznie częściej niż w innych częściach kraju. Ludzie rozpływali się tu w powietrzu. Żadnych zwłok. Żadnych śladów. Żadnych tropów.

Ekspedient zdawał się być jednak urażonym jego słowami. Jakby Chełmiński osobiście go obraził. Wyraźnie nie chciał z nim dyskutować. Mężczyzna widząc, że nie dowie się już niczego więcej, podziękował mu za wodę i wrócił do swojego samochodu. Wrzucił butelki na podłogę za fotelem kierowcy a potem ruszył w drogę. We wstecznym lusterku widział jak starszy gość przyglądał mu się przez uchylone drzwi sklepu.

*

W połowie trasy chciał już zawrócić, ale nie mógł znaleźć miejsca gdzie dałoby się wykręcić samochodem. Auto bujało się na dziurach miotając nim na wszystkie strony. Przez niektóre z głębszych dziur przejeżdżał z prędkością spaceru. Nie przygotował się na taką drogę. Zazwyczaj przed podróżą sprawdzał dokładnie miejsce do którego zmierzał. Trasę dojazdową. Najbliższe sklepy i stacje paliw. Tym razem rzucił tylko okiem na mapę i na niej, droga, którą jechał, była nakreślona prostą kreską, jak normalna szosa. Nie spodziewał się że po kilku kilometrach stanie się ledwo przejezdną leśną ścieżką.

Zatrzymał auto przed odcinkiem błota. Nie wyglądało na grząskie, przynajmniej nie na tyle by go zatrzymać, ale zauważył że z jednej strony były odciśnięte ślady opon. Chciał się im przyjrzeć z bliska.

Pasowały do samochodu terenowego. To mógł być, a raczej, prawie na pewno był nissan, którym mężczyźni jechali do gospodarstwa. Ślady prowadziły w jedną stronę. Okrążył drogę ale nie znalazł innych tropów.

Nie wrócili. Na pewno nie tą drogą.

Wrócił do swojego auta. Spojrzał przez tylną szybę na pokonaną trasę upewniając się, że nie ma opcji odwrotu. W myślał podnosił się na duchu obiecując sobie, że zawróci kiedy to będzie tylko możliwe. Nie raz zapuszczał się na odludzia, ale po raz pierwszy był naprawdę zdenerwowany. Wierzył w logikę i rozsądek. Opierał na tym całą swoją dawną karierę. Nigdy jednak nie odrzucał przeczucia, a w tym momencie podpowiadało mu ono, że tym razem powinien sobie jednak odpuścić.

*

Gęsty las, przytłaczający go z obu stron przez ostatnie półgodziny, w miarę pokonywania kolejnych dziur zaczął się rozrzedzać. Chełmiński poczuł ulgę kiedy za następnym skrętem, w oddali, zobaczył jaskrawy odblask piaszczystej drogi. Wjechał między wysokie kępy chwastów pozostawiając za sobą korony drzew. Wnętrze samochodu natychmiast nabrało temperatury. W oddali widział posiadłość Brzeszczyńskiego. Jak celownik wieńczący lufę pistoletu, stara chata i chlew tkwiły na końcu prostej drogi. Przyspieszył. Na upartego mógłby już zawrócić, ale był tak blisko, że szkoda było mu stracić okazji do obejrzenia posiadłości.

Widział terenowego nissana stojącego na trawniku. Poza nim nie zauważył niczego co wskazywałoby na czyjąś aktywność. Dopiero zbliżając się na kilkadziesiąt metrów od chaty ujrzał pozostałości po ognisku. Zatrzymał się przed terenówką. Obszedł ją dookoła. Zrobił sobie z ręki daszek nad oczami i zajrzał do środka. Poza śmieciami nie znajdowało się tam nic nadzwyczajnego. Z tyłu w bagażniku leżały narzędzia, butelki po środkach czyszczących, dwa spakowane namioty oraz dwie torby podróżne.

Najwyraźniej byli gotowi do wyjazdu.

Rozejrzał się po posiadłości. Najpierw sprawdził chlew. Nie spodziewał się, że znajdzie kogokolwiek z zaginionych ale liczył przynajmniej na jakieś wskazówki. Wewnątrz znalazł niewyraźne ślady butów. Poza tym budynek wyglądał na nieruszany od lat. Wychodząc zwrócił uwagę na studnię. Podszedł do otworu i spojrzał w dół. Nie był w stanie dostrzec dna. Wrzucił do środka kamyk i nadstawił ucho. Nie usłyszał ani uderzenia ani pluśnięcia.

Pogoda była ładna ale od zachodu zauważył zbliżające się ciemne chmury.

Dał sobie godzinę na rozejrzenie się po okolicy.

 

Przed chatą stały cztery, ciemne worki napęczniałe śmieciami. Obok leżał zwinięty w rulon dywan i mocno popękana szafka.

Sprzątali.

Wszedł do chaty zakładając w drzwiach cienkie, nylonowe rękawiczki. Skrzeczące pod nogami deski przecinały gwałtownie grobową ciszę. W powietrzu unosił się odór środków czyszczących. W promieniach słońca wpadających do środka przez puste okna widać było wirujące pyłki kurzu. Stanął na środku głównej izby. Po swojej lewej miał pustą sypialnię. Po prawej, przez futrynę pozbawioną drzwi, widział część kuchni. Podszedł do włazu od piwnicy umieszczonego w podłodze. Spróbował go otworzyć pociągając za metalowy uchwyt ale ten ani drgnął. Przejechał palcem po dziurce od klucza. Zajrzał do szuflady w pierwszej szafce od prawej. Była opróżniona. Nie liczył na to, że uda mu się cokolwiek znaleźć w innych. Raz jeszcze obejrzał wnętrze kuchni. Potem obleciał wzrokiem główną izbę.

Nic.

Żadnych śladów walki. Odcisków butów. Uszkodzeń, które mogły wyniknąć z szamotaniny.

Wszedł do sypialni. Obok metalowej ramy łóżka stała oparta o ścianę miotła. Na podłodze sterczała górka zamiecionego kurzu.

Coś im przerwało sprzątanie.

Mężczyzna nie należał do wrażliwych ludzi. Ciężko go było nastraszyć. W swoim życiu zwiedził wiele miejsc będących niemymi świadkami niewyobrażalnych zbrodni. Nigdy wcześniej nie czuł się jednak przestraszony. Nigdy wcześniej nie trapiła go niewyjaśniona trwoga.

Do czasu aż znalazł się w tej izbie.

Absolutna cisza była przytłaczająca. Sterylny zapach niepasujący do starej chaty wzbudzał dezorientację.

Wyszedł z budynku i obszedł go dookoła zaczynając z lewej strony. Po drodze znalazł wyschniętą plamę wymiocin. Dotarł na róg i spojrzał w horyzont na wielki pagórek wznoszący się nad prostą linią drzew. Potem rozejrzał się po zachwaszczonym polu. Kilkanaście metrów od chaty zauważył połamane źdźbła dzikiego zboża.

Droga do lasu.

Stał nieruchomo, kilka razy mocno nabierając powietrza do płuc. Spojrzał na zachód. Wrócił do samochodu, wziął turystyczny plecak i ruszył w stronę drzew, krocząc tuż obok wydeptanej ścieżki.

*

Beny otworzył oczy dokładnie w momencie gdy się obudził. Przez chwilę nie był pewien, gdzie dokładnie się znajduje. Usiadł rozcierając spieczone oczy. Wnętrze namiotu zamieniło się w suchą saunę. Spojrzał na telefon. Dochodziła dwunasta. Znowu spali kilkanaście godzin. Czuł się jednak bardziej zmęczony niż przed wejściem do namiotu.

Na zewnątrz świeciło słońce, ale chłodny wiatr podpowiadał, że pogoda może się szybko odmienić. Po niebie przesuwały się żwawo jasne chmury. Żadna nie zwiastowała deszczu.

Beny sprawdził namiot Jurasa ale nie było go w środku. Patryka też. Wszedł do chaty – pusto. Poszedł za dom i dopiero tam, kilkadziesiąt kroków dalej, odwrócony w stronę wzgórza stał Jurek z telefon w ręku. Robił zdjęcia okolicy. Robert zawołał go, ale kumpel nie zwrócił na niego uwagi. Dopiero kiedy wydarł się po raz drugi, ten powoli odwrócił się w jego stronę.

– Dobra, dawaj – rzucił podniesionym tonem. – Ogarniamy resztę rzeczy na chacie i spadamy stąd.

Jurek nie odpowiedział. Patrzył na Roberta dłużej niż wymagała tego sytuacja, po czym machnął ręką i wrócił do fotografowania okolicy. Robertowi zdawało się, że usłyszał „zaraz”, ale miał wrażenie jakby słowa te dotarły do niego z zupełnie innego kierunku.

Wrócił przed chatę. Sterczące z pola chwasty, poruszane przez regularne zrywy wiatru, bujały się jak fale na morzu zieleni.

Założył lateksowe rękawiczki, podkasał rękawy i zabrał się do wynoszenia ostatnich rupieci z domu. Wchodząc do środka wzdrygnął się kiedy podłoga zaskrzypiała. Nienawidził tego dźwięku. Z zadowoleniem rozejrzał się po izbie. Udało im się przywrócić wnętrze chaty teoretycznie do używalnego stanu. Pomyślał, że gdyby nie ten dach i rozbite okna to mogliby już spokojnie nocować w środku. Że może dało się jeszcze uratować ten budynek.

Złapał za miotłę i zaczął rytmicznie zamiatać podłogę w sypialni. Bez materaca żelazny stelaż łóżka wydawał się ogromny. Mogły się na nim swobodnie położyć trzy albo i więcej osób, jeśli komuś nie przeszkadzałoby spanie między cudzymi stopami. Poza łóżkiem, w środku nie znajdowały się już żadne meble. Ani komoda, ani żadna szafka czy kufer. Jak przez mgłę pamiętał, że kiedyś pomieszczenie to było ciasno upakowane. Że ledwo można było zejść z łóżka. Półkolistymi ruchami miotły zbudował spiczastą górkę kurzu. Kucnął, by nałożyć ją na szufelkę. W tym momencie usłyszał „gdzie jest Patryk?”.

Jak poparzony zerwał się na równe nogi. Przyłożył otwartą dłoń do splotu na klatce piersiowej jakby chciał uchronić dudniące serce przed wyskoczeniem na zewnątrz.

– Chryste, chłopie – powiedział na wydechu. – Prawie zawału dostałem.

Jurek stał niewzruszony.

– Nie mam pojęcia – ciągnął dalej Robert nawiązując do nieobecności ich kumpla. – Znowu się gdzieś zgubił?

– Obszedłem całą gospodarkę i nigdzie go nie zauważyłem. Jak poszedł do lasu to wszedł gdzieś między drzewa.

– Dobra, kurwa, wywalimy tylko te wory przed chatę, znajdziemy go i stąd spierdalamy – powiedział Robert odkładając miotłę i szufelkę pod ścianę. – A ty coś taki sztywny – zapytał kumpla po wyjściu na podwórze.

– Chcę już jechać do domu – odpowiedział Juras. Robert spojrzał na niego ukradkiem. Wyglądał na poważnie zdenerwowanego.

– Ja też – przyznał. – Nie podoba mi się tutaj.

Obaj zamarzli w bezruchu.

– Co to kurwa jest? – szepnął Robert.

Kilkanaście metrów od nich, między chaszczami stał pies. Albo wilk. Coś pomiędzy. Wielki jak cielę, spokojnie sięgałby im ponad pas. Patrzył na nich nie wykonując żadnego ruchu. Nie mrugał. Nie ślinił się. Nie szczekał. Zdawało się jakby nawet nie oddychał. Wyglądał jak wypchana imitacja.

Mężczyźni nie ruszali się. Nic nie mówili. Trawa falowała na coraz bardziej urwistym wietrze. Pies przyglądał im się spode łba jakby próbował im coś przekazać. Jakby chciał im powiedzieć, że znaleźli się na jego terenie.

Obaj poczuli w klatkach piersiowych uderzenie. Coś w oddali huknęło. Jak grzmot, ale bez błysku. Bez deszczu. Wiatr wiał coraz mocniej. Pies zaczął przedzierać się przez chaszcze. Po chwili zniknął z ich oczu za rogiem chlewu.

Mężczyźni bez słowa zaczęli pakować rzeczy do samochodu. Rękawiczki, środki czystości, torby. Złożyli namiot Roberta walcząc ze zbierającym się wiatrem próbującym wyrwać materiał z ich rąk. Jurek co chwilę przerywał pakowanie, odchodził kawałek w pole i układając dłonie wokół ust w prowizoryczną tubę, głośno krzyczał imię zaginionego kumpla.

– Gdzie on kurwa jest? – pytał sam siebie wracając do składania rzeczy.

Robert wyjął komórkę. Chciał zadzwonić do kumpla chociaż wątpił w to, by ten miał zasięg. Zmroziło go gdy zobaczył, że sam był pozbawiony sygnału. Nie mógł nigdzie zadzwonić. Jego telefon stał się wyrafinowaną latarką z funkcją zegarka.

– Masz zasięg? – zapytał kumpla. Próbował zresetować urządzenie.

Juras sięgnął do kieszeni po swój telefon. Spojrzał na wyświetlacz a potem przymknął oczy.

– Nie – odpowiedział. – Nawet jeden kreski.

Niebo pociemniało nad ich głowami, transformując popołudnie w późny wieczór. Pojawiły się pierwsze krople marznącego deszczu.

Zaczęli składać namiot Patryka. Wyciągnęli śledzie. Schowali je do pokrowca i pozwijali linki. Złożyli namiot w metrowej średnicy okręg i wepchnęli go do futerału. Po polu rozpłynął się kolejny niespodziewany huk. Zatrzymali się w miejscu.

– PIRO! – darł się Robert w stronę lasu. – Gdzie ty kurwa jesteś?

Jurek wrzucił rzeczy do samochodu i zamknął bagażnik.

– Co robimy? – spytał.

Beny nie wiedział co powiedzieć. Przez głowę przelewał mu się rwący potok nieskładnych myśli. Co się działo? Gdzie szlajał się Patryk w taką pogodę? Kiedy znowu zniknął?

– Nie wiem. Szukamy go? – zaproponował. – Albo czekamy w samochodzie. Może podjedziemy furą bliżej lasu?

Jurek pokręcił głową. Nie chciał ryzykować że zakopią się w grząskim terenie albo wjadą w jakiś dół.

– Jak poszedł do lasu, to pewnie w tym samym kierunku co wcześniej – zauważył – czyli w przeciwnym niż my poprzednim razem. Idźmy go tam poszukać. Wejdziemy do lasu kawałek i spróbujemy go wywołać. Jak się nie znajdzie, to zostawimy mu jakąś wiadomość w chacie i spierdalamy po pomoc.

Świst wiatru zagłuszał jego słowa ale dźwięk, który usłyszeli chwilę później, był wyraźny. Nie był to krzyk. Bardziej wołanie. Jakieś słowo. Ciężko jednak było je rozkodować. Ciężko też było stwierdzić, czy głos należał do Patryka, ale niczego innego nie brali pod uwagę.

Natychmiast ruszyli w stronę lasu.

*

Kolejny grom nie zrobił na nich wrażenia. Przestali dygotać z zimna. Deszcz nie ustawał. Po kolorze nieba ciężko było stwierdzić czy dochodziło południe czy zaczynał się już wieczór. Jurek szedł przodem, przecierając ścieżkę. Robert kroczył za nim co jakiś czas nawołując Patryka. Bolało go już od tego gardło. Rozejrzał się po polu.

– Czekaj – poprosił, zatrzymując się w miejscu.

– Co?

Juras powiódł wzrokiem w kierunku, w którym wpatrywał się Robert.

– Coś tam idzie – odpowiedział jego kumpel.

Mężczyzna wytężył wzrok. Kilkadziesiąt metrów od nich coś brnęło przez łąkę.

– Pies?

– Nie wiem.

– Jebać go, idziemy dalej – stwierdził Jurek ruszając do przodu. Kumpel podążył za nim.

Co kilkadziesiąt kroków nawoływali Patryka. Bez odzewu. Porywisty wiatr zacinał deszczem w ich twarze. Temperatura ciągle spadała. Kiedy dotarli do krawędzi lasu byli przemoknięci do suchej nitki. Robert szczękał zębami. Powietrze rzęziło mu w płucach. Był pewien że po powrocie do domu spędzi następny tydzień w łóżku.

Jurek był w zdecydowanie lepszej kondycji. Znacznie tęższy od swojego kumpla miał naturalną ochronę przed zimnem. Wszedł między drzewa nie zwalniając tempa. Wręcz przyspieszył.

Nie znaleźli żadnej ścieżki. Po Patryku nie było śladu. Zmierzali na ślepo przed siebie i zanim się zorientowali, łąka zniknęła z ich pola widzenia. Co kilkanaście drzew sprawdzali na przemian zasięg w telefonach. Nic. Zero kresek. Robert ledwo utrzymywał komórkę w dygoczących dłoniach. Wewnątrz lasu było jeszcze chłodniej, ale przynajmniej deszcz nie był w stanie dosięgnąć jego przemoczonej głowy.

Wolał już zimno od wilgoci.

Nie dało się ocenić odległości jaką przebyli od wejścia do lasu. Drzewa wyglądały identycznie i nie sposób było odnaleźć wzrokiem jakiś punkt orientacyjny. Grube pnie zdawały się być wklejone jedno obok drugiego w losowych odstępach. Żadnych głazów. Żadnych połamanych konarów. Żadnych rowów. Tylko pionowe kreski zlewające się na horyzoncie w brunatną maź.

Krok po kroku zmierzali w nieznane. Włóczyli nogami jak w transie, nie zamieniając przez dłuży czas nawet słowa. Głowa Roberta kiwała się bezwładnie na jego karku. Miał ochotę paść na ziemię i zasnąć bez względu na okoliczności. Nie miał już siły.

Jurek w końcu odezwał się, mrucząc pod nosem, że od początku mu się to wszystko nie podobało. Że mógł się nie zgodzić na tą durną wycieczkę. Pytał jakby sam siebie po co w ogóle się w to wpakował.

Robert nic nie mówił. Był zbyt zmęczony. W końcu jednak wypalił, że przecież kumpel sam chciał tu przyjechać. Że sam go namawiał na podróż.

– Gówno prawda – zrewanżował się Jurek.

– Nie pierdol mi teraz – warknął Robert przystając w miejscu. – Sam kurwa chciałeś się „garnąć” na wioskę. Mówiłeś że chcesz przedmuchać nissana bo dawno nigdzie nie jeździłeś.

Jurek podszedł do niego bliżej spoglądając z góry w oczy kumpla. Robert przełknął ślinę. Nawet w pełni sił nigdy nie chciałby się zmierzyć z Jurasem.

– To nie ma sensu – powiedział robiąc krok w tył. – Co my kurwa odpierdalamy? – Pokręcił głową.

Juras westchnął i przyznał, że nie wie. Że nic już nie wie.

– PIRO! – Wydarł się z całej siły. – GDZIE JESTEŚ?

– To nie ma sensu – powiedział Robert siadając na ziemi. – Zdechniemy tutaj.

– Nie pierdol.

Kumpel złapał go za ramię i podniósł do góry.

– Wracamy do samochodu i spierdalamy stąd. Piro jest kurwa pojebany. Zawsze był. Chuj z nim.

Robert zwiesił głowę.

– Nie możemy go kurwa zostawić – powiedział. – Będzie po nim. Już go kurwa nie zobaczymy.

– Stary – Juras spojrzał w oczy Robertowi – zaraz to my kurwa nic nie zobaczymy. To koniec. Spierdalamy stąd. Wszystko się pojebało.

Beny przylepił mokrą dłoń do czoła jakby próbował wymasować z niej jakiś pomysł. Przyznał kumplowi rację. To nie miało sensu. Wpakowali się w poważne kłopoty. Bywał już w różnych sytuacjach, ale pierwszy raz w życiu czuł prawdziwą bezsilność. Pierwszy raz obawiał się, że to naprawdę nie skończy się dobrze.

– Wracajmy – powiedział, rozglądając się po okolicy. Skraj lasu dawno zniknął z zasięgu ich wzroku. – Tędy? – zapytał, wskazując niepewnie kierunek za sobą.

Juras spojrzał w las. Wszystkie strony wyglądały identycznie. Nagle wpadł w całkowitą dezorientację. Jeszcze przed chwilą wiedział dokładnie skąd przyszli ale w tym momencie stracił pewność siebie.

– NIE! – Huknęło w oddali.

Robert spojrzał na Jurasa. Jego kredowa twarz zastygła jak posąg. Nie odzywając się słowem ruszyli biegiem w odwrotnym kierunku.

– CO. TO. KURWA. BYŁO? – krzyknął Robert potykając się o własne nogi za plecami Jurasa.

Mężczyzna nie odpowiedział. Gnali bez opamiętania przez kilka minut. Robert stracił poczucie czasu. Serce obijało mu się o wnętrze klatki. Czuł suchy ciąg w ustach. Zatrzymali się. Rozejrzeli we wszystkich kierunkach. Żaden nie miał pojęcia gdzie są i w którym kierunku znajdowało się gospodarstwo. Ze spuszczonymi głowami zaczęli iść przed siebie. Nie mieli już sił na dyskusje. Zapomnieli o Patryku i martwili się jedynie o to, by jakoś wrócić do domu.

*

Obolałe nogi ugięły się pod Jurasem. Usiadł pod drzewem i oparł się o konar. W płucach wirowały mu początki przeziębienia. Każdy oddech zawierał groźbę niekontrolowanego kaszlu. Mężczyzna zamknął oczy. Wciągał powoli powietrze przez nos.

Robert usiadł obok. Sprawdził jeszcze raz telefon. Nie dość że nadal nie miał zasięgu to zostało mu jedynie cztery procent baterii. Maksymalnie godzina jeśli w ogóle nie włączałby ekranu.

Wszystko na nic.

Schował telefon do kieszeni, po czym wsadził zdrętwiałe dłonie pod pachy i wtulił głowę między kolana.

W lesie robiło się coraz ciemniej. W gęstych koronach drzew, między liśćmi, mrugały blade gwiazdy. Robert pomyślał, że gdyby miał chociaż zapalniczkę, to może udałoby mu się rozpalić ognisko. Myślał, czy nie spróbować jakiegoś pocierania patykami ale miał zbyt zmarznięte dłonie. Jedyne co mu pozostało to poczekać na poranek i liczyć na to, że jakimś cudem uda im się znaleźć wyjście z lasu.

*

Juras ocknął się w ciemności. Czekał chwilę aż wróci do niego pełna świadomość. Powoli podniósł się na nogi i poczłapał kilka drzew dalej. Stanął pod jednym z nich i zaczął sikać. Miał wrażenie, że pęcherz mu zaraz pęknie. Kiedy skończył, zapiął rozporek i wyjął z kieszeni telefon. Sprawdził godzinę. Było po drugiej w nocy. Nie do końca jeszcze był świadomy tego gdzie się znajduje. Wydarzenia z ostatniego dnia powoli do niego powracały.

Nie mógł uwierzyć w co się wpakowali. Był przerażony i równocześnie wściekły.

Oparł się o drzewo i włączył galerię zdjęć. Chciał na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Przestać myśleć o swojej sytuacji.

Zaczął przeglądać fotografie. Stodoła. Chlew. Górka za chatą. Coś między drzewami. Zachód słońca. Chmury. Przesuwał palcem kolejne fotki. Ognisko. Grill. Robert z piwem w ręku. Piro ze wzrokiem utkwionym w płomieniach. Potem znowu stodoła.

Zmarszczył brwi. Wrócił do zdjęcia kumpla. Dwoma palcami powiększył jego twarz. Serce zaczęło mu mocniej pompować krew. Powietrze świszczało w nozdrzach. Przystawił ekran pod same oczy.

Piro ze zdjęcia nie miał na brodzie blizny.

Spojrzał w las przed nim i poczuł jak krew odpływa mu z twarzy. Coś na niego patrzyło z pomiędzy drzew.

*

Z setek spraw, z którymi Chełmiński zapoznał się przez kilka ostatnich lat, na palcach jednej ręki mógł wyliczyć takie, gdzie zaginął ktoś posiadający przy sobie nadajnik GPS albo chociaż podstawowy kompas. Nikt nie znikał bez wieści trzymając w kieszeni mapę okolicy. W powietrzu nie rozpływali się posiadacze broni palnej.

Tylko tych nieprzygotowanych nie udawało się znaleźć. Spacerowiczy lekceważących niebezpieczeństwo lasu. Raz po razie ten sam schemat.

Młoda para idzie z dzieckiem na pieszą wycieczkę. Schodzą ze ścieżki. Brną przez las. Dziecko na chwilę zostaje w tyle. Kiedy się odwracają, nie ma po nim śladu. Żadnego dźwięku. Żadnego szelestu. Puf i nie ma dzieciaka.

Wracają na ścieżkę.

Drą się w niebogłosy.

Ojciec zostaje szukać dalej a matka biegnie po pomoc. Pod wieczór las przeczesuje już setka osób. Promienie latarek błyskają między drzewami we wszystkich kierunkach. Po tygodniu szukania nadal niczego nie znajdują.

Następnego dnia, kilkanaście kilometrów dalej, emeryt wybiera się na grzyby. Pod drzewem znajduje dziecięcy bucik. Oddaje go na policję. Na komisariat przyjeżdżają roztrzęsieni rodzice. Oczy kobiety prawie zamykają się od opuchlizny. Mężczyzna jest blady jak kartka papieru. Policjant pokazuje im but zapakowany w torebkę strunową. Kobieta mdleje. Mężczyzna zanosi się szlochem.

W ciągu pięciu lat w sprawie nie dzieje się nic więcej.

Kto? Jak? Kiedy? Dlaczego?

Nic.

Pięciu starych znajomych wybiera się na wędrówkę po lesie. Myślą, że przeciwdeszczowe kurtki, trekkingowe buty i po kilka litrów zapasowej wody uchronią ich przed kłopotami. Przedzierają się przez las gęsiego. W pewnym momencie przedostatni z mężczyzn orientuje się, że kolega kroczący dotąd za jego plecami nagle zniknął.

Nie dotarł do nich wcześniej żaden niepokojący dźwięk. Mężczyzna po prostu się rozpłynął.

Szukają go kilka godzin. Wracają, sądząc że pewnie zawrócił. Nie ma go jednak w aucie. W ich telefonach brakuje sygnału. Spanikowani, wracają do lasu ale do samego wieczora nie udaje im się niczego znaleźć. Po kumplu nie ma nawet śladu.

Jadą na policję.

Czy kolega miał problemy psychiczne?

Może miał depresję?

Czy miał jakieś kłopoty?

Jeśli tak, to prawdopodobnie chciał zniknąć. Jeśli nie – dwudziestoosobowa grupa zostaje wysłana na miejsce.

Szukają przez noc. Szukają przez dzień.

Nic. Nawet śladu.

Miesiąc później spacerująca po okolicy kobieta znajduje w środku lasu jaskrawo-zieloną czapkę należącą do zaginionego. Teren był przeczesywany wielokrotnie. Prawdopodobieństwo by tak odznaczający się przedmiot został przeoczony jest praktycznie zerowe. Nie da się jednak potwierdzić, czy czapka została umieszczona na miejscu już po zaginięciu mężczyzny.

Dwa lata później nadal nie wiadomo co się z nim stało.

Starsza kobieta idzie do lasu zbierać dzikie owoce. Robi to kilka razy w tygodniu. Pakuje je do słoików i sprzedaje później przy drodze. Zajmuje się tym już od wielu lat. Zna okoliczne lasy jak własną kieszeń.

Wszyscy to wiedzą.

Tego dnia nie wraca do domu. Zaniepokojony mąż powiadamia policję. Grupa ratunkowa wyrusza na poszukiwania. Dołączają do niej okoliczni mieszkańcy. W sumie prawie pięćset osób.

W ciągu tygodnia kilkukrotnie zostaje przeczesany teren o promieniu dwunastu kilometrów. Kobieta nigdy nie zapuszczała się dalej niż na dwa, może trzy kilometry w głąb lasu. Nigdy nie opowiadała o jakichkolwiek zagrożeniach. Na terenie lasu nie ma żadnych urwisk. Żadnych bagien.

Prawie osiem lat i zero wyjaśnień. Nic. Nawet jednego szczegółu.

Tego typu sprawy zalegały na stole w mieszkaniu Chełmińskiego. Doliczył się prawie trzystu. Wszystkie rozsiane po powierzchni ogromnego, mazurskiego trójkąta o bokach stu kilometrów. Ten specyficzny rejon miał ponad czterysta trzydzieści sześć procent wyższy wskaźnik zaginięć niż średnia dla całego państwa.

Nikogo to nie obchodziło. Nikogo oprócz Chełmińskiego.

Idąc z tymi wszystkimi informacjami na jakikolwiek komisariat policji można się było spodziewać jednej odpowiedzi.

W lesie jest łatwo zaginąć.

To prawda.

Ale dlaczego akurat w tym rejonie ginęło znacznie więcej ludzi? Więcej nawet niż w górach?

Znajomi Chełmińskiego z policji nie mieli nic do powiedzenia. Zawsze chętni do rozmowy o „firmowych” sprawach akurat przy tym temacie dziwnie cichli. Zbigniew nie próbował snuć spiskowych teorii. Tłumaczył to zwykłą niekompetencją i brakiem środków. Co można zrobić z zaginięciem gdy nie ma żadnych poszlak? Wepchnąć pod spód stosu bardziej obiecujących spraw. Może gdy będzie więcej czasu, ktoś pchnie to do przodu.

Takie było ich nastawienie, a tak się składało, że Zbigniew Chełmiński miał czasu pod dostatkiem.

Przed wejściem do lasu zdjął plecak i sprawdził czy ma wszystko, co było mu potrzebne w wędrówce. Nie zamierzał zapuszczać się daleko. Wątpił by cokolwiek udało mu się znaleźć. Kilometr, góra dwa i wraca do samochodu. Niemniej jednak nawet tak krótka wędrówka wymagała przygotowania.

Sprawdził nadajnik GPS. Miał ze sobą mapę. Telefon podpięty pod przenośną baterię był naładowany do pełna. Miał prowiant, dwie butelki wody, przeciwdeszczowe palto, złożony w kostkę wielkości dłoni koc termiczny, rozpałkę i krzesiwo. Do tego pled, grube skarpetki na zmianę, bandaż, plastry, wodę utlenioną, duży myśliwski nóż, dwie latarki oraz zapasowe baterie. Cały jego dobytek łamał mu plecy, ale warto było się poświęcić. Poznał zbyt wiele spraw gdzie nieznacznie gorzej przygotowani wędrowcy ginęli bez wieści. Nie mógł sobie pozwolić nawet na najmniejszy błąd.

Upewniając się, że ma ze sobą wszystko co potrzeba, kucnął przy plecaku, naciągnął go na grzbiet i po kilku głębokich wdechach dźwignął się na równe nogi. Obejrzał się jeszcze raz za siebie a potem wszedł między drzewa.

*

Promień słońca przedarł się przez pajęczynę gałęzi rozlewając się na twarzy Roberta. Mężczyzna leżał na ziemi z głową opartą o wystający korzeń. Mięśnie z betonu zapłonęły, kiedy przekręcił się na bok. Między uszami wibrował ciężki ból głowy. Przez kilkadziesiąt wolnych oddechów walczył z wymiotnym odruchem. Miał wrażenie, że w gardle zalega mu kawałek styropianu. Wydarzenia z poprzedniego dnia jak klatki filmu pojawiały się z opóźnieniem w jego głowie. Chata, Piro, las, ucieczka. Noc.

Otworzył oczy i podniósł się do góry opierając dłonią o korzeń. Ściśnięta niewidzialnym paskiem klatka piersiowa uniemożliwiała mu wzięcie głębszego oddechu. Usiadł i ukrył głowę w pomarszczonych dłoniach. Nawet nie przejmował się swędzeniem, które opanowało prawie całe jego ciało. Nie chciał wiedzieć ile robaków w ciągu nocy przewędrowało przez jego skórę. Ile było na niej czerwonych plam ukąszeń.

Piro. Ucieczka. Las. Co dalej?

– Wstawaj Juras – wycedził przez zęby nie podnosząc nawet głowy. Jedyne co mogli zrobić to iść dalej. Po drodze oznaczać jakoś drzewa żeby mieć pewność, że nie kręcą się w kółko. Poza tym wyszło słońce więc mogli rozpoznać kierunek.

Chyba.

Jego umysł był tak przeciążony, że nie był w stanie nawet sobie przypomnieć gdzie był wschód a gdzie zachód.

W życiu zdarzyło mu się kilka razy poczuć mroźny grom przeszywający całe ciało gdy uświadomił sobie, że spieprzył sprawę. Że wpakował się w poważne kłopoty. To uczucie, kiedy wchodzisz do pracy, parzysz sobie kawę, rozsiadasz się przy biurku i nagle przypominasz sobie, że zostawiłeś czajnik na kuchence. Kiedy jedziesz na lotnisko i nagle dociera do ciebie, że lot miał być na dwunastą a nie piętnastą. Kiedy budzisz się w autobusie na międzymiastowej trasie o kilka wiosek dalej niż twój przystanek.

To właśnie uderzyło w Roberta gdy spojrzał na Jurasa. To, tylko powielone tysiąckrotnie. Lodowaty sopel chroboczący o kości kręgosłupa. Rozgrzana kula żołądka przepalająca się w dół ciała.

Jurasa nie było.

Robert już nie był zmęczony. Mięśnie nagle odżyły. Swędzenie zniknęło. Wystrzelił do góry szybko skanując wzrokiem całą okolicę. Każde drzewo. Każdy krzak.

– JURAS!

W jednej sekundzie poczuł nadzieję i przerażenie. Myślał że kumpel odszedł tylko na chwilę gdzieś się rozejrzeć ale jednocześnie wiedział, że to nie prawda. Że już go nie zobaczy. Nie próbował nawet w myślach racjonalizować zniknięcia Jurasa. Nic nie miało sensu.

Może to był sen? Może zaraz się obudzi? Może wszystko będzie w porządku? Każda kolejna sekunda podpowiadała jednak, że w stu procentach tkwił w rzeczywistości. To była końcówka jego życia.

– JURAS KURWA!

Na przemian wołał kumpla i przeklinał. Zdzierał sobie gardło nawołując go bez odzewu. Usiadł na ziemi i schował głowę między kolanami. Zamknął powieki wyciskając spod nich łzy.

To nie działo się naprawdę.

To nie mogło mu się przytrafić.

Nie mógł oddychać. Jego żołądek trafił w uścisku imadła.

Myśl. Myśl. Myśl.

Nie było jednak o czym. Został sam. W środku lasu. Bez pojęcia w którą stronę było wyjście. Bez pomysłu na odnalezienie odpowiedniej ścieżki.

Wstał i po prostu zaczął iść. Patrzył przed siebie. Nie zamierzał już nic więcej kombinować. Gdzieś dojdzie albo zdechnie. Było mu już wszystko jedno.

*

Raz w życiu Robert był naprawdę odwodniony. Na pierwszym roku studiów, po pierwszej imprezie z nowo poznanymi kolegami z roku, kiedy totalnie urżnął się w barze na kampusie. To była ciężka noc. Najpierw browary w akademiku, potem kilka kieliszków wódki a później szybka wyprawa do baru i dalej już tylko tequila. Jedna, druga, trzecia. Cytryna i pięćdziesiąt mililitrów czterdziestoprocentowego alkoholu.

Lubił się napić ale w wieku niespełna dwudziestu lat nie znał jeszcze wszystkich tajników tej sztuki. Nie wiedział, że podstawowym orężem walki w melanżu była woda. Tyle ile się da. Po każdym piwie. Po każdej kolejce. Nawet jeśli będzie to znaczyło, że w ciągu nocy zahaczy o kibel dziesięć razy. Woda. Woda. Woda.

Potem jeszcze więcej wody przed snem, jedna tabletka przeciwbólowa i ranek przestawał już być koszmarem.

Gdyby o tym wiedział, może nie obudziłby się z drgawkami.

Może nie wymiotowałby gęstym kisielem z żołądkowej żółci doprawionej cienkimi żyłkami krwi z uszkodzonego przełyku.

Może nie musiałby schodzić w kapciach do sklepu po zapas gazowanych napojów, które wydawały mu się jedynym ratunkiem.

Ból głowy był inny niż zwykle. Bardziej precyzyjny. Bardziej kłujący. Zamiast dudnienia bębnów w jego głowie piszczała trąbka. Wzrok tracił i odzyskiwał ostrość. Język jak żyletka tarł o podniebienie.

Idąc przez las czuł się jeszcze gorzej. Było parno. O ile dzień wcześniej, przeklinał w myślach marznący deszcz, teraz błagał o chociaż kilka jego kropelek.

To nie dzieje się naprawdę.

Z Jurasem miał chociaż cień nadziei, ale w pojedynkę jej resztki wyparowały. W końcu padnie i to będzie koniec.

Może nie będzie tak źle? Może zemdleje i nagle zgaśnie światło? Nagle wszystko zniknie. Jak noc bez snów. I już nigdy więcej nie będzie musiał się z niczym męczyć.

Może tak miało być?

Przysiadł pod jednym z drzew i rozejrzał się po okolicy. Ziemię porastały jaskrawo zielone mchy. Gdzieniegdzie wystawały drobne kamienie albo stare, przegnite pnie. Poza tym wszystko wyglądało tak samo. Drzewa w nieskończoności. Z małych przerw między ich koronami na ziemię spadały cienkie promienie słońca. Gdyby nie okoliczności, krajobraz byłby piękny. Coś jednak przykuło jego wzrok. Biały kolor, który nie pasował do reszty. Podszedł bliżej. Stanął nad przedmiotem i przez chwilę skanował go wzrokiem.

But.

Biały, sportowy but. Pasujący bardziej na bieżni niż pośrodku lasu. Po jego stanie mógł ocenić, że leżał tu już dłuższy czas. Miesiące jeśli nawet nie lata.

Nagle dotarło do niego, że nic nie słyszy. Że las nie wydawał żadnych dźwięków. Żadnego ćwierkania ptaków. Jedynie delikatny szum liści.

Może to rzeczywiście był jedynie zły sen?

Nawet gdyby tak było naprawdę, to Robert nie miał pojęcia jak się z niego wybudzić.

*

Pierwsze krople deszczu powitał z radością. Czuł się jakby wysłuchali go bogowie. Przystanął pod prześwitem między drzewami i pozwalał by woda obywała mu twarz. Zlizywał ją z ust. Sterczał tak do czasu aż jego kark zaczął płonąć. Potem znowu ruszył do przodu. Ze spuszczoną głową brnął przed siebie dygocząc z zimna. Niebo ciemniało. Temperatura znowu spadała. Nie zamierzał się zatrzymywać. Nie było szans by znowu nocował pod drzewem. Będzie szedł do czasu aż wyjdzie albo padnie trupem. Taki był plan.

Mogła minąć godzina, może półtora, kiedy rutynowo podnosząc głowę zobaczył prześwit między drzewami. Przystanął by lepiej mu się przejrzeć. To było wyjście. Był tego pewien. Przyspieszył tempo. Co chwilę potykał się o własne nogi. Nic nie miało już znaczenia. Ból w stawach kolan. Dudnienie w głowie. Pogryzienia.

Wyjść. Tylko wyjść.

Między drzewami w oddali pojawiały się blade prześwity. Nie miał pojęcia dokąd doszedł. Gdzie się znajdzie po przekroczeniu skraju lasu. Może trafi na drogę? Może na jakąś wioskę? Na czyjeś pole> Było mu wszystko jedno. Byleby się uwolnić. Uratować skórę.

Z każdym krokiem teren za lasem robił się coraz bardziej przejrzysty. Jednak polana. Jakieś chwasty. Tylko żeby po drugiej jej stronie nie było lasu. Żeby w oddali widać było jakieś zabudowania. Cokolwiek.

Bogowie znowu go wysłuchali. Stanął między ostatnimi drzewami. Patrzył na budynki w oddali. Przymknął oczy i otworzył je, ponownie wytężając wzrok. Widział chatę. Widział chlew. Widział nissana.

Ruszył między chaszcze.

*

Chełmiński sprawdzał swoją pozycję co kilkaset kroków. Szedł na północ, w prawie prostej linii. Widział wgniecenia na zielonym mchu porastającym glebę. Dwie osoby. Ślady musiały być świeże. To oni. Był tego pewien. Szedł za nimi. Co chwilę odruchowo sprawdzał czy pistolet nadal spoczywał w kaburze przyczepionej do jego paska.

Dwie osoby.

Gdzie była trzecia? Czy zniknęła? Po co innego mieliby iść do lasu tylko we dwóch?

To była kolejna sprawa. Kolejna teczka.

Sprawdził telefon. Nie miał zasięgu. Nie liczył na to. Chciał się tylko upewnić, że nie mogli do nikogo zadzwonić. Powiadomić o swojej sytuacji. Wezwać pomoc.

Amatorzy.

Z jednej strony im się nie dziwił. Nikt nie traktował tych rejonów poważnie. Co się może stać na nizinach? W tych lasach było przecież pełno ścieżek. Idąc prosto zazwyczaj można było prędzej czy później na jakąś trafić.

Jednak nie zawsze.

Zdarzało mu się już wyruszać w wędrówki gdzie przez dziesięć ciężkich kilometrów nie natrafiał na żadną oznakę cywilizacji. Zauważył jednak, że monitorując swoją ścieżkę za pomocą nadajnika, musiał co jakiś czas korygować kierunek. Inaczej kroczyłby po okręgu. Chełmiński wiedział jak orientować się w terenie. W tym jednak rejonie jego metody zawodziły. W tych lasach coś go dezorientowało.

Przebył dwa kilometry. Przystanął nad kolejnymi śladami. Obrócił się za siebie. Polany nie było już widać. Chciał wracać, ale ślady ciągnęły się dalej.

– Patryk! – zawołał. – Robert! Jurek! Halo!

Nic.

Obrócił się jeszcze raz a potem ruszył do przodu. Zmierzał po śladach do czasu aż te raptownie się urwały. Mech zmienił się brunatną leśną ściółkę. Nie zauważył żadnych odcisków. Mógłby przeczesać teren. Zrobić okręg o średnicy stu metrów w poszukiwaniu dalszego tropu. Spojrzał w niebo. Zbierało się na deszcz. Jeśli dopadnie go ulewa może już nie wrócić samochodem na drogę. Przyszedł czas na odwrót. Wyjął telefon i dokładnie sfotografował okolicę. Uchwycił ślady butów i zapisał dokładną lokalizację. Potem ruszył w drogę powrotną do chaty.

*

Zanim Robert dotarł do samochodu rozpadało się na dobre. Niebo przypominało płachtę blachy. Wiatr zawiewał grube krople prosto w jego twarz. Było mu już obojętnie. Zamknął oczy i szedł na ślepo w stronę chaty. Nawet nie myślał o dalszej podróży. Choć sam w to wątpił, wyobrażał sobie, że zastanie w domu Jurasa. Że kumpel rozpłacze się na jego widok. Zamarzył sobie nawet, że w chacie będzie też Piro. Że będą całą noc śmiać się ze swojej głupoty. Że to będzie kolejna świetna historia do opowiadania przy piwie. Bonusowy rozdział w jego na ogół nudnym życiu.

W chacie nie paliło się żadne światło, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Jurasa spodziewał się raczej w samochodzie. Ten jednak też wyglądał na pusty. Wszedł na podwórko. Podszedł do nissana i upewnił się, że w środku nikogo nie było. Potem zajrzał do domu. Sprawdził dokładnie każde pomieszczenie.

Nic.

Żadnych śladów po Jurasie czy Piro. Wyszedł jeszcze na zewnątrz poszukać jakichkolwiek oznak kolegów, ale niczego nie zauważył. Zbliżał się wieczór. Siąpił nieprzyjemny deszcz. Mężczyzna padał z nóg. Czuł że od omdlenia dzieliło go jeszcze tylko kilkanaście zbędnych kroków. Wrócił do chaty i położył się na rozklekotanej wersalce. Nie interesowało go ile tkwiło w niej kurzu. Jakie robactwo zalęgło się w środku. Jego oddech spowolnił. Odpływał.

 

Nienawidził jeździć po zmierzchu. Prowadzenie auta od zawsze go stresowało, ale kiedy zapadała ciemność, czuł się przytłoczony podwójnie. Raz że dość słabo widział po ciemku, a dwa, że zawsze obawiał się pustej drogi. Jadąc samotnie w trasie wyobrażał sobie, że na środku szosy pojawia się znikąd jeleń albo dzik. Pies. Kot. Że będzie musiał awaryjnie hamować. Zjechać na pobocze. Że wpadnie do rowu i przekoziołkuje.

Czasami miał wrażenie, że widzi coś obok drogi. Jakiś kształt. Zazwyczaj mu się tylko wydawało. Czasami jednak wzrok go nie mylił i na poboczu czyhało jakieś zwierzę. Serce dudniło mu w piersi. Oddech zanikał. Nienawidził tego spojrzenia widocznego w świetle reflektorów. Tych dwóch, błyszczących punkcików przypominających spolerowany metal.

Kiedy otworzył oczy w chacie było już ciemno. Przekręcił się na bok i stracił całkowicie oddech, ponieważ w ciemności, spod odchylonego włazu do piwnicy, przyglądały mu się dokładnie takie oczy.

*

Chełmiński wracał o wiele szybciej ponieważ goniła go pogoda. Nad jego głową, wysokie niczym bloki, drzewa kiwały się w rytmie wiatru. Szelest liści zapowiadał nadchodzącą wichurę. Ledwo udało mu się dotrzeć do gospodarstwa gdy była dobra pogoda. W ulewnym deszczu jego auto nie dałoby rady, a za nic w świecie nie chciał zostać uwięziony na tej posiadłości.

Brnąc przez las nie dziwił się, że ktoś mógł tak łatwo się w nim zgubić. Wszystkie drzewa wyglądały tak samo. Bez nadajnika prawdopodobnie sam straciłby orientację.

Jak ostrzami nożyczek przebierał nogami w tempie zbliżonym do marszobiegu. Starając się odgonić złe myśli, próbował w głowie rozwiązać tę sprawę. Trzech mężczyzn jedzie na wycieczkę odwiedzić gospodarstwo, które jeden z nich prawdopodobnie otrzymał w spadku. Wszystko idzie zgodnie z planem. Rozbijają biwak. Sprzątają chatę. Robią ognisko.

W którymś momencie jeden z nich znika. Pozostali idą go poszukać.

Koniec.

Tydzień później nie ma z nimi żadnego kontaktu.

Znał okoliczną mapę. Okręg o promieniu dziesięciu kilometrów porastał gęsty las. Granice tego obszaru przecinały różne ścieżki turystyczne ale nie trudno było je ominąć idąc na oślep.

W centrum tej puszczy tkwiło tylko stare, opuszczone gospodarstwo.

Patrząc na mapę w mniejszej skali, posiadłość znajdowała się trochę poniżej środka wielkiego trójkąta wyznaczonego przez sprawy, które badał Chełmiński.

Trafił w sedno?

Był jednocześnie przerażony i podekscytowany.

Nie zamierzał jednak dłużej robić tego w pojedynkę. Przyszedł czas by wezwać posiłki.

Wyszedł z lasu w tym samym miejscu gdzie zaczął swoją wędrówkę. Sprawdził telefon.

Brak zasięgu.

Prawdopodobnie pogoda. Nie przejmował się tym. Interesowało go tylko wydostanie się z gospodarstwa.

Wiatr pomiatał wysokimi chwastami na wszystkie strony, utrudniając mu drogę do samochodu. Ze stalowego nieba zlatywały spokojnie krople zapowiadające gęstą ulewę. Czuł w powietrzu nadchodzącą burzę.

 

Nogi jak z rozgrzanej plasteliny prawie się pod nim uginały kiedy dotarł na podwórze. Pomimo panującego chłodu, na linii jego kręgosłupa powstała strużka potu. Sądził, że był w znacznie lepszej formie, ale najwidoczniej sama podróż na gospodarstwo odebrała mu już częściowo sił. Wrócił do swojego auta, otworzył bagażnik i siadając na krawędzi zdjął plecak zrzucając go na za siebie. Poczuł się o tonę lżejszy. Z głośnym świstem zasysał nosem powietrze, wtłaczając w siebie kilka głębokich oddechów. Wstał, zamknął klapę i zasiadł na fotelu kierowcy odpinając od paska kaburę. Położył ją na siedzeniu pasażera. Przez chwilę gimnastykował się próbując wyciągnąć z kieszeni spodni kluczyki do samochodu. Wsadził je w końcu w stacyjkę, zamknął drzwi i spojrzał w tylne lusterko.

Dwa śpiwory w nissanie.

Patrzył na otwarte drzwi chaty. Wiatr delikatnie bujał autem przez co Chełmiński czuł się jakby dryfował po tafli jeziora. Wyjął kluczyki ze stacyjki, otworzył drzwi i po chwili wahania wysiadł z auta. Szybkim krokiem ruszył do domu. Jeszcze przed wejściem wziął kolejny, głęboki wdech jakby miał za chwilę zanurkować. Przekroczył próg. Podłoga zapiszczała pod jego stopami.

Po co tam wchodził? Nie miało to sensu. Nie mógł jednak odjechać nie sprawdzając. Coś mu w tym wszystkim nie pasowało.

Spojrzał przez otwarte drzwi do sypialni.

Nic.

Odwrócił się w stronę kuchni i wlepił wzrok w otwarty właz do piwnicy. Deszcz z hukiem bębnił w dachówki. Może to był szok, a może tylko przeciąg, ale Chełmiński zaczął dygotać.

Już otwierał usta żeby zawołać któregoś z zaginionych mężczyzn. Powtrzymał się, gdy pomyślał, że może to nie oni otworzyli właz. Może to nie była jedna z jego spraw. A może wszystkie one nie były tym, za co je brał. Może się mylił?

Wyjść. Wyjść stąd i jechać na najbliższy komisariat policji.

Tak podpowiadał mu racjonalny umysł. Wiedział, że to byłaby słuszna decyzja.

Jak w spowolnionym tempie zrobił krok w stronę kuchni. Starał się wybadać stopą czy deska nie zaskrzypi. W letargicznym tempie zbliżył się do zejścia i spojrzał w ciemną otchłań. Na dół prowadziły drewniane schody. Widział jak kończą się betonową posadzką. Żadnych śladów.

Nie.

Krocząc jak przez pole minowe wrócił do wyjścia, a potem szybko podszedł do samochodu. Otworzył klapę bagażnika i z plecaka wziął latarkę. Sprawdził czy działa. Potem podszedł do drzwi pasażera i zgarnął z siedzenia kaburę z pistoletem. Przypiął ją do paska. Rzęsisty deszcz zmusił go do szybkiego powrotu. Nie czuł nawet jak lodowate krople deszczu spływały mu po szyi prosto za kołnierz. Serce bębniło mu w klatce piersiowej. Musiał wspomagać się ustami żeby dostarczyć do płuc odpowiednią ilość tlenu. Zmierzał do włazu przy akompaniamencie trzasków wzniecanych przez porywiste podmuchy wiatru. Wydawało mu się, że czas zwolnił swój rytm. Że każda sekunda była naliczana podwójnie. W lewej ręce trzymał długą, metalową latarkę. Prawa spoczywała na kaburze. Torując sobie drogę zimnym promieniem światła, zaczął schodzić w dół. Jego słuch, jakby podkręcony o dziesięć stopni, wyłapywał najdrobniejsze dźwięki. Stukanie deszczu. Szelest trawy. Świst wiatru. Po przekroczeniu ostatniego stopnia zatrzymał się i rozejrzał wokół siebie. Znalazł się w pomieszczeniu większym od kuchni, która górowała nad nim. Przejeżdżając okrągłym promieniem latarki skanował po kolei wszystkie ściany. Zbudowane z kamieni i zaprawy przypominały mury średniowiecznego zamku. Na podłodze leżało pełno porozwalanych rzeczy. Starych ubrań, śmieci, połamanych desek. Małych drobiazgów takich jak zegarki, latarki, metalowe naczynia. Niektóre wyglądały na nowe. Większość jednak musiała leżeć tu od lat. Na ścianie naprzeciw siebie natrafił na drzwi. Grube, drewniane wrota z żeliwną klamką. Mógł przysiąc, że słyszy jak serce rwie mu się w piersi. Podszedł do nich i stanął przy ścianie od strony klamki. Ostrożnie ją przekręcił i powoli uchylił je na kilka centymetrów. Potem wyjął pistolet i otworzył szerzej drzwi już stopą. Przyświecając latarką, zerknął do środka. Tam ciągnął się długi korytarz.

Wracaj do domu.

Spierdalaj stąd.

Teraz.

Starał się opanować ale światło latarki drżało rozlewając się po ścianach korytarza. Wszedł do środka i z pistoletem wymierzonym przed siebie ruszył do przodu. Korytarz kończył się ścianą, ale rozwidlał w dwie strony. Każdy krok przybliżał go do zawału. Trzaski wichury stawały się coraz bardziej przytłumione. Co chwilę zatrzymywał się, by nie przeoczyć żadnego dźwięku.

Z każdego labiryntu można było wyjść trzymając się zawsze prawej strony. Dochodząc do rozwidlenia dokładnie sprawdził oba kierunki. Były takie same. Dwa krótkie korytarze kończące się znowu drzwiami. Wybrał prawą stronę ale szedł obrócony tak, by móc co chwilę sprawdzać drogę za sobą. Ruszał się coraz szybciej. Chciał mieć to z głowy. Podszedł do drzwi i przekręcił klamkę, otworzył je zdecydowanym ruchem. Koniec podchodów. Kimkolwiek jesteś, skończ się ukrywać.

Na twarzy znowu poczuł powiew wiatru.

Omiótł promieniem latarki pomieszczenie i zatrzymał się na samym środku, gdzie stał blady manekin.

Tak przynajmniej wyglądał mężczyzna, który stał nieruchomo z palcem przytkniętym do warg. Jego niebieskie oczy patrzyły w nicość za Chełmińskim. Zbigniew podniósł wyżej pistolet i nagle do niego dotarło jak lekki był w jego dłoni.

Nie był naładowany.

Spojrzał jeszcze raz na mężczyznę. Ten odjął palec od warg. Chełmiński nie wiedział już czy powiedział to na głos, czy tylko wykonał ruch ustami, ale mógł przysiąc, że usłyszał – to jest za tobą.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Literkowa Bitwa na Prozę 3 miesiące temu
    Zapraszamy do wzięcia udziału w zabawie. Do 31 lipca można napisać opowiadanie prozą, prozą poetycka i wrzucić na główną. ( w razie czego przedlużymy termin)
    Odpowiednio zatytułować i dodać link na Forum do wątku:
    https://www.opowi.pl/forum/literkowa-bitwa-na-proze-linki-do-w934/
    I wygrać.
    Tematy to:
    Temat pierwszy - „Ptak w przestworzach”
    Temat drugi - „Anioły”
    Można. na jeden, można na drugi, można połączyć.
    Czekamy i liczymy na ciebie

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania