Trzy dni

– Gośka! – wrzasnął, aż podskoczyłam. Wiedziałam, że to Rulon. Odwróciłam się i zobaczyłam jak biegnie.

– Henia umiera! Pończoszka! – wysapał, a na jego twarzy rysowała się rozpacz.

– Co ty mówisz! W piątek ją widziałam!

– To koniec... – wyszeptał.

Rulon to ksywa, która się wzięła od fryzury, od zawijasa na czubku głowy, który sam się układał z półdługich, brudnych i przetłuszczonych włosów. Nigdy nie zapytałam jak naprawdę ma na imię.

– Śmierć – powiedział, zaglądając mi w oczy, a później zawrócił na pięcie i pobiegł. Nagle przystopował, ukucnął, zawiązał sznurowadło, podnosząc się chwycił jakiś patyk, rzucił w niebo i rozłożywszy ramiona poszybował, przechylając się płynnie, to w prawo, to w lewo. I wrócił do mnie. Wiedziałam, że musi pozbyć się energii i wiedziałam, że wróci.

Lubiłam go, chociaż czasem trudno było wytrzymać w jego towarzystwie. Bywało, że nie miał gdzie się umyć. Ale lubiłam jego romantyczną duszę. I szanowałam za przyjaźń z Pończoszką.

Henia była jedną z najstarszych moich znajomych. Pamiętam ją jeszcze z dzieciństwa, kiedy chodziłam z mamą do domu towarowego po materiał na sukienki. Miała na piętrze punkt repasacji. Łapała oczka. Później, aż do emerytury, sprzedawała losy.

Spotykałam ją na pchlich targach, jarmarkach, w mlecznych barach. To był świat, w którym żyła, a ja do niego zaglądałam. Z wykształcenia była architektem i filozofem. Z charakteru – życiową niedorajdą. Jej staropanieńskie, nudne spódnice, opowieści o zdrowej flaneli i witaminach, maseczkach z ziemniaka, które nawilżają cerę – to wszystko odstręczało i zniechęcało. Wydawała się męcząca. Od kilku lat miała tylko Rulona, który ją najzwyczajniej kochał. Czasem miała jeszcze mnie. Dla mnie opowiadała swoje życie. Prawie widziałam jej ojca, jak w szarym meloniku na łysej głowie, zamknięty w zagraconej szopie, wyskrobuje z miękkiego, lipowego drewna kolejnego barana, zawija w gazetę i wkłada do ogromnej kanki na mleko. Widziałam jej tłustą i zrzędliwą matkę, której monologi wywoływały choroby w rodzinie. Wyobrażałam sobie atmosferę domu, gdzie każdy ma oddzielny cukier i z przerażeniem słuchałam, jak któregoś dnia zamurowała się w pokoju używając prawdziwych cegieł i własnoręcznie zrobionej zaprawy. Teraz, z opuchniętymi nogami, podobna do swojej matki, a jednak nie samotna, bo wsparta na ramieniu młodszego o trzydzieści lat Rulona, była chyba szczęśliwa. Ich rozgadane fajfokloki, latem w ogródku, zimą, przy piecu, w którym paliła znoszonymi przez niego śmieciami... Czasem bywałam zapraszana.

– Całą noc czołgałem się po alejkach, złaziłem miasto na czworaka, przelatywałem nad wieżowcami. Nigdzie nie ma ratunku. Ona umiera. Musimy tam iść. Ty i ja.

Podał mi wyjętą z kieszeni złożoną karteczkę. Rozwinęłam.

 

trzy dni

 

nie płacz to tylko trzy dni

 

patrzysz przez okno – karetka

patrzysz przez okno – karetka

patrzysz przez okno – karetka

 

nie płacz tylko trzy dni

 

patrzysz przez okno

 

śmietnik

śmietnik

śmietnik

 

– Schowaj – powiedziałam oddając wiersz i nie patrząc na łzy w oczach. – Wiesz, kiedy szłam tędy w piątek, po tym ciepłym, deszczowym czwartku, pierwszy raz tej wiosny widziałam dżdżownice. Wypełzły ze szczelin między płytami. Cały chodnik był w robakach. Ale leżały nieruchomo. Nocą był przymrozek. A dżdżownicom wystarczy minus jeden – i koniec. Następny ranek też był zimny. Szron na trawnikach. Dżdżownice skurczyły się i zmieniły kolor. Zbrązowiały. Szron można było dostrzec także na ich ciałkach. Było naprawdę zimno. Dawno rękawiczki nie sprawiły mi tyle przyjemności.

– O, widzę. No, rzeczywiście. I tu, i tu. Kurde, ile tego.

– Popatrz – pociągnęłam go za rękaw i zatrzymałam, wskazując czubkiem buta lej z żółtych ziarenek piasku utworzony w szparce między cementowymi płytami. – A od wczoraj... – opowiadałam dalej, chociaż nie wiedziałam, czy słucha, taki zamyślony, z rękami w kieszeniach, ze wzrokiem wbitym w horyzont. – Od wczoraj wyglądają jeszcze inaczej. Zobacz, jakie spłaszczone. I szare. I... – popatrzyłam na jego smutną twarz – poskręcane w litery. Widzisz? – znów złapałam go za rękaw, żeby się zatrzymał. – U, e, l, s. A tam c. I tam.

– Albo prawie o – trącił butem leżącą najbliżej.

– I haczyki, znaki zapytania. Ciekawe, czy są elastyczne. Możesz sprawdzić? Sprawdź.

– Nie zamierzam.

Schyliłam się sama i podniosłam wysuszone ciałko. Chodnik był rozgrzany słońcem, wyschnięty trupek też. Leciutki, suchy, szary i spłaszczony. Ścisnęłam lekko. Rozkruszył się jak najdelikatniejsza gałązka. Wiatr zrzucił z moich palców maleńkie segmenciki, szczątki. Leciutkie, ciepłe nic. Proch.

– Nie są elastyczne – powiedział Rulon znudzonym i smutnym głosem.

– Wczoraj, idąc tędy, zastanawiałam się, jakie słowa można ułożyć z tych dżdżownic.

– No i?

– Dużo można. Na przykład – co.

– Albo – los.

– Solo.

– Po.

– Po co solo.

– Zdania nawet.

– No. Wyobraziłam też sobie, że układam na krawężniku list. Ale nie chciało mi się ich dotykać rękami. Myślałam – wezmę dwa patyczki...

– Zrobiłabyś to? – Zatrzymał się i znowu po swojemu zajrzał mi w oczy.

– Chyba nie. Ale czasem można sobie powyobrażać.

– No tak – westchnął. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy.

Nie spieszyliśmy się. Autobus, który miał nas zawieźć do szpitala, gdzie umierała Pończoszka, jeździ bardzo rzadko.

– Wiesz? – odezwał się zduszonym głosem. – Wiem, jaki list napisałbym do Heni. Ułożyłbym z dżdżownic elo.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (21)

  • Bajkopisarz pół roku temu
    Fajny kontrast temp między pierwszą, dynamiczną częścią, a drugą, spokojną. Jakby pierwsza miała zasugerować, że jeśli coś zrobimy, to jest jeszcze szansa, a druga to już pogodzenie się z nieuniknionym i czekanie na nie.
    Ale to pogodzenie się dobrze wyszło. Przyjęcie, że tak musi być i próba odnalezienia się w nowej sytuacji, oswojenia rzeczywistości.
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Zmiana tematu często pozwala się uspokoić w trudnych momentach. Pisząc nie zastanawiałam się nad zmianą temp części, wyszło naturalnie. Bardziej kombinowałam nad tym, jakie litery da się ułożyć z jednej, nierozerwanej dżdżownicy. I tak np. litery "h" się nie da. Ani "t". Ani np. ż, ź, ć... :)
  • Bajkopisarz pół roku temu
    Trzy Cztery - no ale co Cię powstrzymywało przed rozerwaniem dżdżownicy i ułożeniem H? Nie chciałaś iść na łatwiznę? :)
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Większość była skręcona, a skręconej już się nie da wyprostować:)
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Trzy Cztery↔No faktycznie. Jakby dwa światy. I znowu tak napisałaś, jak to ty potrafisz. Może jeno nieco mniej szczegółów.
    A co dżdżownic.. to w sumie... optymistyczne jakby zakończenie. Jednak pewna nadzieja... na przyszłość. No i... trzy.
    Elo→to nazwa zespołu też. A w niej światło. Taniec w tej poświacie, będzie trwał dla niej, nadal–zdaniem mym:)
    Pozdrawiam:)↔5
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Miło Cię widzieć, Dekaosie. Ciekawy komentarz. A co do szczegółów, to nawet ich tutaj dużo, na chodniku. Szczególik obok szczególiku:)
  • Narrator pół roku temu
    Zadziwiające ile koloru i nastroju zostaje w naszym umyśle po latach, jak dokładnie można odtworzyć przeszłość, o ile to są wspomnienia. Opis dżdżownic odbieram jako kruchość życia. My też jesteśmy jak te robaczki, choć wydaje się nam inaczej. Bardzo wciągające opowiadanie, przepojone swoistą, unikalną atmosferą. Daję 5 i pozdrawiam.
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Miło mi, że się spodobało. Dzięki!
  • pasja pół roku temu
    Ciekawie uchwycony czas. Coś się kończy, coś się zaczyna. Pomiędzy przemijaniem przyjaźń i wspomnienia. Jak po kłębku mkniemy do początku naszej znajomości. W chwili zmierzchu widzimy tylko te dobre obrazy i ten niekończący się smutek. Pończoszka? W moim mieście też taka był taki punkt naprawy pończoch. I pani która łapała oczka.

    "Z wykształcenia była architektem i filozofem. Z charakteru – życiową niedorajdą. Jej staropanieńskie, nudne spódnice, opowieści o zdrowej flaneli i witaminach, maseczkach z ziemniaka, które nawilżają cerę – to wszystko odstręczało i zniechęcało. Wydawała się męcząca"… czyżby jej sposób na życie z boku był męczący? Nie piszesz, dlaczego wybrała taki styl i takie życie. Z tego, co nakreśliłaś to miała ciekawe spojrzenie na świat. Mogła być i mieć, wybrała poniekąd jednak wolność i uszczęśliwiała ludzi, naprawiała oczka i sprzedawała losy. Zaskoczyłaś dżdżownicami i układaniem z nich słowa, pisanie listu. Pewnie z biegiem poskręcają się myśli w jedną całość. Trzy dni chyba wystarczy na repasację ze śmiercią i odnalezienie drogi.
    Ciekawie przełożyłaś wierszem i tylko trzy dni spoglądasz przez okno.

    Pozdrawiam
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Dziękuję za czytanie i komentarz, Pasjo. Nie napisałam, dlaczego Pończoszka wybrała takie życie, bo ona mi tego nie powiedziała. Można się tylko samemu zastanawiać, domyślać.
    Pozdrawiam
  • Szpilka pół roku temu
    Ano, wykształcenie nie zapewnia bycia zaradnym w życiu. Opowiadanie mocno inne, przez to frapujące ?
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Frapujące. Ładne słowo. Dzięki, Szpilko!
  • Piecuszek pół roku temu
    Kolejny tekst, którym uderzasz w emocje.
    "Rulon to ksywa, która się wzięła od fryzury, od zawijasa na czubku głowy, który sam się układał z półdługich, brudnych i przetłuszczonych włosów. Nigdy nie zapytałam jak naprawdę ma na imię."
    te zdania zamieniłabym miejscami, bo tak zawijas ma imię:)
    Pozdrawiam.:)
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Przyjrzę się, może masz rację. Jeśli coś zmienię, to jednak nie przestawię zdań. Zależy mi na tym połączeniu:

    Nigdy nie zapytałam jak naprawdę ma na imię.
    – Śmierć – powiedział, zaglądając mi w oczy.

    Taka gierka, z której wynika, ze Rulon, tak naprawdę miał na imię Śmierć. To przypadek, że tak wyszło, ale jak go odkryłam, czytając tekst jeszcze "w brudnopisie", spodobał mi się.

    Pozdrawiam serdecznie i - dobranoc:)
  • Piecuszek pół roku temu
    Trzy Cztery
    Rzeczywiście ciekawie Ci się ułożyły wersy.
    Słodkich snów:)
  • JamCi pół roku temu
    Cztałam już kilka dni temu, ale odszukałam znowu. Miałam się bulwersować, że dżydże nie są głupie, ale okazało sie, że dawno nie patrzyłam w ziemię. To chyba dobrze. Teraz dwa dni nie na dwóch kółkach tylko ostrożnie stawiając stopy i.... pełno różowych truchełek poskrecanych w litery.
    Ciekawy tekst. Dużo niedopowiedizanego w taki delikatny sposób. Lubię tak.
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Po ostatnich dwóch deszczowych dniach także i w moim mieście powyłaziły spod ziemi dżdżownice. Pewnie tak ratują się przed utopieniem. To nie jest przyjemny widok, rozciągnięte, różowe ciałka. W moim opowiadaniu te ciałka są wysuszone, szare i kruche. Najpierw zamarzły, później wyparowała z nich woda, bo mocno świeciło słońce.
    Dziękuję, że zechciałaś napisać kilka słów pod tekstem. Fajnie, że się spodobał.
  • JamCi pół roku temu
    Trzy Cztery ja wiem, że u Ciebie już chrupiące. Ale i tak sobie tu zostanę. Dżydże to dżydże, ale życie, to życie.
  • Zuzia-Sabinka pół roku temu
    WoW mega i wogóle szacun mega wciąga!
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Zuzio-Sabinko, dzięki za komentarz.
  • Zuzia-Sabinka pół roku temu
    Trzy Cztery prosze

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania