Trzy krótkie koncerty

1.Koncert życzeń

 

– Kurwa! Koncert życzeń normalnie! Co jeszcze? Marta, opamiętaj się! Naprawdę potrzebujemy firmy sprzątającej?! Nie poradzimy sobie sami?! – nie krył wzburzenia Antek.

– Sa-mi? Znaczy Ewelina plus ja i może Kaśka z recepcji, bo jaśnie pan raczej rączek nie ubrudzi. – Z premedytacją wolno wypowiadałam słowa, utrzymując spokojny ton. Wie się co najbardziej wkurza. – Wyjaśnijmy sobie coś. To, co się teraz dzieje, to moja praca, moje starania, moja zasługa. Jeszcze jesteśmy wspólnikami, więc informuję cię i nie blokuję, jeśli chciałbyś się zaangażować. Ale już w części cię spłaciłam, a za chwilę dostaniesz resztę, firmę od dawna masz w dupie, więc z łaski swojej chociaż nie przeszkadzaj!

– Daj spokój. Przyznaję, odsunąłem się nieco – mówił, ignorując moje prychnięcie – ale taka szansa nie zdarza się dwa razy. Film! W naszym ośrodku!

– W moim. Nieruchomości nigdy wspólne nie były – wycedziłam przez zęby nie bez satysfakcji.

– Wciąż jesteś zła za Ninę. Karzesz mnie. Ok, niech będzie, rozumiem Twój żal i nie podejmuję tematu o nas. Ale do licha! Nie pogrążaj przez to firmy! Mamy ogromną szansę.

– Ja pierdolę! – nie wytrzymałam. – Jakie my?! Jakie nas?! – tego nie ma od dawna! Łączy nas tylko biznes, a i to nie na długo.

– A jak się rozmyślę?

– Podpisałeś papiery – powiedziałam tak, by wyraźnie było słychać kropkę na końcu zdania.

Usłyszał, wyszedł. Całe szczęście, bo było jeszcze sporo do ogarnięcia.

 

Spuściłam nieco rolety. Słońce było już wysoko i niewiele zostało z rześkiego poranka. Temperatura rosła niemal z minuty na minutę, nic sobie nie robiąc z prognozy pogody, która zapowiadała na dziś ochłodzenie. Na zewnątrz, przy hortensjowej rabacie, cienką strugą sikał zbuntowany zraszacz. Wieczorem, kiedy miał działać, odmówił posłuszeństwa, za to teraz, przy palącym słońcu, wziął się niemrawo do pracy. Ewidentnie był uszkodzony. Niechętnie opuściłam klimatyzowane biuro, żeby wyłączyć skurczybyka. Szkoda hortensji na wolne gotowanie na parze. Zanotowałam w pamięci, by poprosić pana Janka o sprawdzenie całego systemu nawadniania.

W jednym oczywiście Antek miał rację. Filmowcy to była ogromna szansa. Powiedzieć że trafiło się jak ślepej kurze ziarno, to za mało. To była cała miska ziarna dla kury ślepej i beznogiej. Ale wyzwanie było ogromne. Mnóstwo ludzi, głównie Anglików. Mnóstwo wymagań, warunków, zachcianek. Do tego upierdliwa pani koordynator, prawa ręka kierownika produkcji, nazwana przez Kaśkę „Modliszką”, która dzwoniła codziennie. Nie powiem, była miła, konkretna i w sumie pomocna. Ale miała w głosie coś takiego, że sztywniałam przy każdym telefonie. Jutro miałyśmy się pierwszy raz spotkać osobiście. I musiałam być perfekcyjnie przygotowana. Nie mogłam, do cholery, ciągle czuć się przy niej jak uczennica!

Ostatni raz sprawdziłam umowę z firmą sprzątającą. Jaki kretyn mógł pomyśleć, że poradzimy sobie sami z utrzymaniem porządku z taką liczbą ludzi?! Poza tym, był ogrom innych problemów! Na nas spoczywa dogadanie się z Anitą i Markiem, właścicielami pobliskiej stadniny, wynegocjowanie dobrej ceny z wypożyczalnią samochodów, a potrzebna była cała flota. Trzeba było doposażyć kilkanaście pokoi, znaleźć inną ekipę do odświeżenia parteru, bo ta dogadana zwodziła już nas trzeci tydzień, dopilnować, by informatyk w końcu zainstalował routery i skonfigurował sieć, i masę innych rzeczy, których nie chciałam sobie nawet przypominać. A ten głąb skupia się na już obgadanym i klepniętym sprzątaniu!

– Marta, nie nakręcaj się – powiedziałam sobie na głos.

Pomogło. Zadzwoniłam do pana Janka, by upewnić się, że przywiezie żwir do utwardzenia bocznego wjazdu. Oczywiście o zraszaczu zapomniałam. Trudno, nie był w tej chwili najważniejszy. Wzięłam się za papiery od księgowej i prawnika. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Resztę dnia spędziłam na aktualizowaniu kalkulacji i umów dla pani koordynator.

Śmieszne, że nawet w myślach tak o niej mówiłam, mimo że już w pierwszej rozmowie poprosiła żebyśmy przeszły na „ty”, bo łatwiej, szybciej i bez niepotrzebnych barier.

Była chyba ciut starsza ode mnie, dawałam jej jakieś trzydzieści pięć – czterdzieści lat. Z którejś rozmowy wywnioskowałam, że jest rozwiedziona. Wyguglowałam ją oczywiście, ale niewiele się dowiedziałam. Gdzieś, na stronie dotyczącej ekipy filmu dokumentalnego o brytyjskich górnikach, znalazłam tylko krótką notkę o Karolinie Widawskiej, drugim kierowniku produkcji, „urodzonej w Londynie córce polskich dyplomatów, osobie absolutnie niezastąpionej”. Tyle. Żadnych fejsów, instagramów czy innych narzędzi inwigilacji. Przyznaję, trochę się jej bałam, ale przede wszystkim byłam ogromnie ciekawa, także, powiedzmy, od „technicznej strony”. Bo jak np. modulowała głos, by brzmieć cicho, sympatycznie i jednocześnie tak, że rozmówca nawet nie myślał o sprzeciwie? No jak? Ech, odbijało mi. Stanowczo za dużo pracy.

 

Z idiotycznych rozmyślań wyrwał mnie dzwonek telefonu.

– Hej! Mam nadzieję, że pamiętasz o wizycie dziś o siódmej? Specjalnie dla ciebie zostaję! – Zuzka, przyjaciółka i osobista kosmetyczka puszczała słowa niczym serie z kałacha. Oczywiście nie pamiętałam. Za dużo miałam na głowie.

– Oczywiście, że pamiętam! Będę.

Zdusiłam w zarodku poczucie winy (tyle roboty a ja do kosmetyczki?!). Nie byłam typem paniusi chodzącej raz w tygodniu do fryzjera, kosmetyczki czy na inne „paznokietki”. Z czasów gdy grałam na wiolonczeli zostało mi przyzwyczajenie do krótkich paznokci, które najczęściej sama malowałam. Włosy miałam długie, raz na jakiś czas podcinałam jedynie końcówki. Kiedyś farbowałam, teraz wróciłam do naturalnego koloru, który jedynie wzmacniałam płukanką „średni kasztan”. Polubiłam nawet, tu i ówdzie połyskujące, srebrne nitki. Uznałam, że dodają uroku. A przynajmniej tak twierdził facet, z którym przez parę tygodni umawiałam się, zaraz po odkryciu, że Antek, mój chłopak i partner w interesach, w celach „rozładowania stresu”, intensywnie ćwiczył asany ze swoją trenerką jogi. Nago. Ale miało być o gościu od siwych włosów. Był fantastyczny. Bardzo źle się czułam z faktem, że wykorzystywałam go, by odreagować. Wprawdzie uczciwie mu o tym powiedziałam, a on nie miał nic przeciwko, ale i tak miałam wyrzuty sumienia. Namawiał, by rzucić firmę i wyjechać z nim na Saremę. Prawie tak zrobiłam. W końcu jednak zwyciężył rozsądek i przyziemne sprawy. On wyjechał, ja zostałam – ale silniejsza, z odbudowanym poczuciem własnej wartości. No i z siwymi włosami tu i ówdzie, które od tej chwili miały dodawać mi uroku... W celu wydobycia jeszcze większych pokładów owego, postanowiłam udać się do Zuzy. A niech tam.

 

2. Koncert na klakson, szum klimatyzacji i skrzypiące świerki

 

Kolejny dzień przyniósł jeszcze większy upał. Trawa na podjeździe, mimo podlewania, wyglądała jak włosie od szczotki. Ziemia była tak sucha, że każdy, kto szedł poboczem, wzbijał tumany pyłu, utrzymującego się później długo w powietrzu. Wilgotność na poziomie dwudziestu jeden procent zapewniała aurę jak z pustyni. Nie nastrajało to dobrze. Za to pójście do Zuzki było świetną decyzją. Wróciłam piękna, rześka i przede wszystkim, w bardzo dobrym humorze. Perspektywa wizyty pani koordynator nie wydawała się taka straszna, tym bardziej, że z samego rana udało mi się dogadać z Anitą i Markiem. Zgodzili się na wszystkie warunki. Zostały jeszcze do uzgodnienia szczegóły, ale to już była sprawa na później.

– Promieniejesz! – Kaśka wpadła jak po ogień i wybiegła, chwyciwszy jakieś papierzyska. – Jedziesz po nią na lotnisko? – wykrzyknęła jeszcze, będąc już za drzwiami.

– Nie! – odkrzyknęłam. – Nie chciała! Weźmie taksówkę. Kto bogatemu zabroni?

Byłam naprawdę w świetnym nastroju i czułam się dobrze przygotowana do „wizytacji”. W jakimś sensie nawet, nie mogłam się jej doczekać.

Podjechała chwilę przed piętnastą. Patrzyłam z okna jak kroczy przez podjazd. Nieco wyższa ode mnie, szczupła, szła, kołysząc lekko biodrami. To był zdecydowany a jednocześnie bardzo kobiecy krok pewnej siebie osoby. Gdy skręciła w kierunku biura, mogłam przyjrzeć się lepiej. Była ubrana w elegancki jasny kombinezon, niskie szpilki. Falowane, ciemne blond włosy sięgały lekko za ramiona. Pełne usta z leciutko zarysowanym uśmiechem i oczy z ironicznym błyskiem... patrzące wprost na mnie! Ale nie mogła mnie przecież widzieć! Po prostu założyła, że patrzę, skubana. Po chwili ujrzałam ją z bliska. Była bardzo ładna. Zanim się przywitała, otaksowała mnie wzrokiem. Powoli. Poczułam się dziwnie, ale wytrzymałam. Błysk uznania w jej oczach odebrałam jako komplement. Usiadłyśmy przy stoliku kawowym. Bosko pachniała. Nie mogłam się powstrzymać i głębszymi oddechami próbowałam zamaskować fakt zaciągania się jej zapachem. Oczywiście zauważyła. Jedynym komentarzem był ten sam błysk w oku co na podjeździe. O dziwo, nie krępowała mnie jej obecność, po chwili rozmawiałyśmy jak byśmy znały się od dawna. Wiedziałam, że to żadne „pokrewieństwo dusz” tylko pełen profesjonalizm osoby, której praca polegała na kontakcie z ludźmi.

– Wykonałaś ogromną robotę, jestem pod wrażeniem – powiedziała Karolina, odkładając segregator z dokumentacją. Chciałabym oczywiście zobaczyć wszystko na własne oczy. Ale na spokojnie, mamy na to dwa tygodnie. I nie martw się, nie będę ci cały czas siedzieć na głowie, mam sporo rzeczy do załatwienia we Wrocławiu. – Uśmiechnęła się.

– Nie martwię się. Zależy mi, żeby wszystko dobrze przygotować – powiedziałam zgodnie z prawdą.

Następnego dnia wybuchła bomba. Okazało się, że filmowcy nie będą jednak mieli własnego cateringu. Wśród setek spraw do załatwienia doszła jeszcze jedna – ekspresowe znalezienie firmy, która podoła tak skomplikowanemu zamówieniu. Załamałam się, gdy Modliszka zaznajomiła mnie z wymaganiami, które miał spełnić catering. Sama była wściekła, choć starała się, by nie było tego po niej widać. Połączyłyśmy siły, dzwoniąc, jeżdżąc, spotykając się z kolejnymi ludźmi (w międzyczasie ogarniałyśmy inne sprawy z długiej listy). Wrocław to duże miasto i to powinno być proste. Ale nie było. Stało się jasne, że w ciągu dwóch tygodni nie uda się wszystkiego załatwić. Karolina postanowiła przedłużyć pobyt. Po tygodniu spędzonym w hotelu, przeniosła się do naszego ośrodka, do pierwszego odnowionego pokoju. Jako że ja rezydowałam w „kawalerce” przy biurze, niemal zamieszkałyśmy razem. To były bardzo intensywne dni. Okazało się jednak, że uzupełniamy się i rozumiemy w mig. Obie byłyśmy zadowolone z tej współpracy.

W końcu udało nam się zażegnać problem z cateringiem. Zamiast jednej, zatrudniliśmy dwie firmy. Stworzyłyśmy też bazę zapasową, "w razie czego". Podziwiałam, jak pani koordynator potrafiła zjednywać sobie ludzi. Roztaczała przyjazną aurę, wystarczyło parę dni, a wszyscy jedli jej z ręki. A najbardziej Antek. Ślinił się na jej widok i dostawał szklistych oczek. Wiedziałam, że to kwestia czasu, żeby zaczął na serio do niej startować. Strasznie irytowało mnie jego zachowanie, ale nie widziałam, żeby Karolina miało coś przeciwko, więc milczałam. Jednocześnie było mi przykro jak dziecku, które czuje, że za chwilę odstawią je na boczny tor. Czułam jak bardzo to głupie, ale nic nie mogłam poradzić.

Tymczasem zabijała nas fala upałów. Prawie dosłownie – pan Janek, wylądował w szpitalu z podejrzeniem udaru słonecznego. Przesiadywałam do późna w biurze, bo w moim, szumnie mówiąc, apartamencie, nie było klimy. Gdy nie mogłam zasnąć, chodziłam po ogrodzie, bujałam się na kanapo-huśtawce pod dębami. Którejś nocy zastałam huśtawkę już zajętą. Karolina bez słowa przesunęła się, robiąc mi miejsce. Wyglądała inaczej. Oprócz eleganckiego stroju, zniknął jej profesjonalny uśmiech. Zobaczyłam zmęczenie i smutek w spojrzeniu. Nie próbowałam nawiązać rozmowy. Mijały minuty, a my siedziałyśmy w milczeniu, pozwalając huśtawce na delikatny ruch. Wstając, Karolina położyła dłoń na mojej, lekko ścisnęła.

– Dziękuję – powiedziała cichutko. Patrzyłam na nią, gdy szła do siebie. W pewnym momencie odwróciła się i spojrzała w moim kierunku. Przez chwilę wydawało mi się, że schwytałam wiadomość, którą mi wysyła, ale zgasła, zanim zdołałam odczytać. Tej nocy już nie zasnęłam.

 

Nazajutrz, dwudziestego szóstego lipca, Anita, właścicielka stadniny, obchodziła imieniny. Wszyscy dostaliśmy zaproszenie na ognisko z tej okazji. Sąsiadowaliśmy ze stadniną od północy, ale nie płot w płot. Między posiadłości wcinał się wąski pas (naszego) lasu, który trzeba było pokonać, by odwiedzić sąsiada – piętnaście minut nieśpiesznego spaceru. Większość ekipy przyjeżdżała na imprezę ze swoich domów, a więc „normalną” drogą, objeżdżając las. Cieszyłam się, że nie muszę iść sama. I – musiałam powiedzieć sobie szczerze – cieszyłam się z towarzystwa Karoliny. Polubiłam ją i dobrze się przy niej czułam. Gdy nachodziła mnie myśl, że za chwilę wyjedzie, nieprzyjemnie ściskało mnie w dołku. Starałam się nie analizować swoich reakcji.

Las był przerażająco suchy. Ściółka, jakby zrobiona z bibuły, chrzęściła przy każdym stąpnięciu. Brązowawe jagodziska, z opadającymi listkami i maleńkimi owockami, nie zachęcały do zbiorów. Chyba nawet ptaki odłożyły swoje trele na lepsze czasy, bo było nienaturalnie cicho. Jedynie silne powiewy gorącego wiatru wcinały się w ten bezruch, wtedy najstarsze świerki wychylały się, skrzypiąc złowieszczo. Wbrew aurze miałyśmy dobre humory.

Teren stadniny był magicznym miejscem. Przed wojną był tu dworek z dużym parkiem. Dworek wojny nie przeżył, ale park został. Zdziczały, nieco mroczny, ale tym bardziej piękny. Oprócz parku, do stadniny należały pola i hektary łąk, które częściowo obsadzono drzewami, żeby urozmaicić krajobraz, zapewnić trochę cienia, gdzieniegdzie wytyczyć alejki do jazdy.

Od momentu, gdy dotarłyśmy, Antek nie odstępował Karoliny na krok. Przynosił picie, nakładał sałatki, przedstawiał tych, których jeszcze nie znała. Wspinał się na wyżyny rycerskości, czy może bardziej giermkowości. Nie wiedziałam, czy dziewczynie to pasowało, ale nie broniła się, a nie sądziłam, by miała problemy z asertywnością. Gdy uświadomiłam sobie, że jest mi z tego powodu przykro, sama siebie zbeształam. W końcu powinnam być zadowolona. Modliszka była kontrahentem, Antek robił wszystko, żeby kontrahent był zadowolony. A że chciałby najpewniej „wykonać usługę” w łóżku? To tylko facet. Do tego dość przystojny i niewątpliwie potrafiący oczarować.

Jako że pan domu wynajął busik, by po imprezie poodwozić wszystkich do domów, a dla chętnych miał przygotowanych parę miejsc noclegowych, mocny alkohol lał się bez przeszkód. Sama piłam piwo, postanowiwszy trzymać fason. Karolina - wódkę, i choć piła co drugą albo i trzecią kolejkę, widać było, że jest wstawiona. Zaczęły się śpiewy i tańce. Ktoś włączył muzę z komórki i stwierdził, że przydałby się lepszy akompaniament, Ktoś inny dodał, że jedyną zdolną do tego osobą byłam ja i moja wiolonczela. Na to pijany Antek prychnął, że gram już tylko dla wybranych i tylko nago. Na sekundę zapanowała cisza, potem wszyscy gruchnęli śmiechem. Wszyscy, oprócz Karoliny, która patrzyła lekko rozszerzonymi źrenicami wprost na mnie. Zrobiło mi się głupio i aż ścisnęło ze złości. Odczekałam chwilę, żeby nikt nie zarzucił mi obrażalstwa i wycofałam się chyłkiem z myślą o spacerze.

 

3.Finałowy koncert na deszcz i wiolonczelę

 

Było tu mnóstwo alejek, ścieżynek, a nawet labirynt z laurowiśni, który uwielbiałam. Po ciemku jeszcze w nim nie byłam. Gdy doszłam do żwirowej alejki, usłyszałam, że ktoś za mną idzie. Obejrzałam się. Karolina uśmiechnęła się szeroko.

– Jak uciekłaś Antkowi? – zapytałam, nie bez dozy złośliwości.

– Umiem znikać – odpowiedziała krótko.

Szłyśmy chwilę w milczeniu. Czułam jednak, że kolejne słowa wiszą w powietrzu. Nie myliłam się.

– Antek zrobił Ci chyba przykrość tym tekstem z wiolonczelą.

– Raczej wkurzył. – Zacisnęłam dłonie. – Znamy się od dawna, Antek kojarzy nieco historii. Kiedyś żyłam wiolonczelą, grywałam solo albo z kwartetem, chodziłam na koncerty. Jeszcze jako dziecko zauważyłam, że muzyka trafia do mnie nie tylko przez uszy, ale też przez skórę. Dosłownie. Może to rodzaj jakiejś wybrakowanej synestezji – zaśmiałam się – ale niektóre dźwięki odbieram jako dotyk. – Karolina aż przystanęła.

– Łał! Nie wiedziałam, że tak się da! – nie kryła zdziwienia.

– Brzmi to szumniej niż wygląda i nie zdarzało się za często. Nie wiem od czego zależy, ale opowiadałam Antkowi, jak próbowałam zgłębić temat i grałam na wiolonczeli nago. Bez słuchaczy, tylko dla siebie. Nie dawał mi od tej pory spokoju, bym zrobiła mu taki koncert. Nigdy do tego nie doszło, o co miał wielki żal. Stąd jego głupie aluzje.

– Próbuję sobie wyobrazić ten dotykowy odbiór, ale chyba brakuje mi fantazji – powiedziała Karolina po dłuższej przerwie.

– Nie wiem jak mam to opisać. To nic aż tak spektakularnego. Zaczyna się od gęsiej skórki i odczucia jakby fal muskających ciało. Może tak ma każdy, tylko nie zwraca na to uwagi? Sama spróbuj. Ale musi to być koncert na żywo. Z nagrania nigdy tego nie poczułam, nawet przy najlepszym sprzęcie.

– No a co wniosły nagie eksperymenty? - Uśmiechnęła się.

– Nie wprowadziły zbyt wielu danych do analizy, poza tym, że sama gra była bardzo – przerwałam, szukając słowa – intymnym przeżyciem – dokończyłam, śmiejąc się.

– Coraz ciekawiej!

– Wiesz... niektórzy mówią, że gra na wiolonczeli jest jak obcowanie z kochanką. Obejmujemy ją i kolanami, i rękami, pieścimy smyczkiem. Jeśli para jest dobrana, to muzyka wychodzi zmysłowa i piękna. Kiedyś ten instrument, jak i inne smyczkowe zresztą, był zarezerwowany tylko dla mężczyzn.

– Dziwne. Dlaczego? – nie dowierzała Karolina.

– Bo ruchy grającego były uważane za nieprzyzwoite. Kobiecie nie wypadało tak wyglądać.

– Za to Antek chętnie by Cię z takimi ruchami zobaczył! – parsknęła śmiechem moja towarzyszka. – To ciekawy facet. Widać, że coś was łączyło, byliście parą? – zapytała po chwili przerwy.

– Tak, ale już od dawna jest wolny – odpowiedziałam szybko, niemile sprowadzona na ziemię.

– A Ty? – spojrzała mi prosto w oczy.

– Co ja?

– Ty jesteś wolna?

W tym momencie spadły pierwsze krople deszczu. Wielkie i ciężkie, odbijały się od spieczonej ziemi jak od tafli szkła.

– Biegniemy pod wiatę! – próbowałam przekrzyczeć szum.

Mimo, że nie odeszłyśmy daleko, dotarłyśmy całkiem zmoczone. Anita pożyczyła nam swoje koszulki na ramiączkach. Deszcz bębnił jeszcze przez kilkanaście minut w dach altany, po czym przestał, tak samo nagle jak się pojawił. Towarzystwo bawiło się w najlepsze. Antek, który przybił do nas, jak tylko dotarłyśmy, porwał Karolinę do tańca. Patrzyłam na nich, próbując uporządkować myśli, myśli, których wcześniej nawet nie chciałam dopuszczać do świadomości. Kilka razy skrzyżowałyśmy spojrzenia. Odczytałam niepewność i obawę.

Nagle zapragnęłam być w domu. Z dala od rozgłośnionych alkoholem rozmów, wódczanych rechotów i chwiejnych tańców. Zmęczenie całym dniem i nieprzespaną nocą dało o sobie znać. Dość miałam swojego analizowania i roztrząsania problemów na czynniki pierwsze. Dość asekuranctwa. Podjęłam decyzję – prostą i nieprzemyślaną. Niech tam.

– Odbijany – powiedziałam, chcąc uwolnić Karolinę z antkowych objęć. Był oporny, ale uległ, gdy dziewczyna wyślizgnęła się sprytnym półobrotem.

– Wracam do domu, ale nie sugeruj się mną, Marek ma transport dla wszystkich – powiedziałam zupełnie nie to co zamierzałam powiedzieć.

– Właśnie, Karolinko – wciął się Antek – nie sugeruj się. Dużo zabawy jeszcze przed nami – dodał, próbując na nowo przejąć dziewczynę. Ta zrobiła krok do tyłu.

– Dziękuję za przemiłą zabawę, chcę jednak wrócić z Martą – powiedziała, akcentując ostanie słowa.

Wracałyśmy dziarskim krokiem. Gdy tylko dotarłyśmy między drzewa, na powrotną ścieżkę, znowu zaczęło lać. Puściłyśmy się biegiem i po kilku minutach byłyśmy na miejscu – zdyszane i całkowicie mokre.

– Chciałabym ci coś pokazać. Może się przebierzemy i spotkamy w konferencyjnej? – zapytałam, zdeterminowana zrealizować pomysł.

– Dobrze – odpowiedziała zaintrygowana Karolina. – Będę za pół godziny.

Pogoniłam do siebie. Wytarłam się do sucha, wysuszyłam włosy, założyłam świeże ubranie. Następnie wyjęłam z szafy futerał z wiolonczelą. Byłam gotowa. Weszłam do konferencyjnej, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi. Sala była dość duża, w kształcie prostokąta. Wzdłuż jednej z krótszych ścian był niewielki podest służący do prelekcji. Postawiłam tam krzesło z niskim oparciem. Drugie na „widowni” jakieś pięć metrów dalej. Przetarłam instrument flanelową szmatką. Następnie zrzuciłam ubranie i usiadłam, ustawiając Wiolę między rozchylonymi nogami. Objęłam ją kolanami. Upewniwszy się, że stopka zakotwiczona jest stabilnie na podłodze, nachyliłam, stojący pionowo instrument, lekko na siebie, aż gryf oparł się o lewy obojczyk. Ujęłam smyczek prawą dłonią i rozpoczęłam strojenie. W końcu, zadowolona z dźwięku, zagrałam jako rozgrzewkę szybki pasaż.

Wtedy do sali weszła Karolina. Musiała się spodziewać, ale i tak stanęła zszokowana. Na jej twarzy, oprócz zdziwienia, widziałam zachwyt i trudną do opisania miękkość. Usiadła na krześle, które jej przygotowałam. Od pierwszego momentu wiedziałam co chcę jej zagrać. Był to mój ukochany utwór, do którego często wracałam – Suitę wiolonczelową nr 1, Bacha.

Serce biło mi jak oszalałe. Zamknęłam oczy. By się uspokoić i wprowadzić w nastrój, dłońmi powoli obrysowywałam kształt boków pudła rezonansowego, docisnęłam je lekko do klatki piersiowej, wczuwając się w chłód politury. Ścisnęłam i rozluźniłam kolana. Poprawiłam smyczek w dłoni, zawieszając go nad strunami. Dałam sobie parę sekund na wyrównanie oddechu. W końcu smyczek dotknął strun. Rozległy się miękkie, ciepłe dźwięki „Preludium”. Moja ulubiona część. Wiola, łaskotana smyczkiem, śpiewała natchniona. Taniec lewej ręki, która, to skracała, to wydłużała struny, wyznaczał porządek tej pieśni. W dolnych rejestrach dźwięk był mocniejszy, dłuższy, czekoladowy w brzmieniu, przechodził w serię szybszych wysokich tonów, by znów wrócić w dolinę i znów odbić w górę. Odbierałam wibracje przekazywane przez mostek instrumentu, niemal widziałam, jak przepływają przez piersi, brzuch, uda, aż do bosych stóp, które oddawały je ziemi. Przestałam wiedzieć czy to ja gram na wiolonczeli, czy ona na mnie. Stopiłyśmy się w jedno, zacierając granice zmysłów. Czułam smyczek w dłoni, ale byłam jednocześnie drganiem strun, pudła i rozchodzącym dźwiękiem.

Ocknęłam się dopiero, gdy cichnący śpiew Wioli ogłaszał koniec „Preludium”. Parę sekund przerwy. Otworzyłam oczy, które potrzebowały chwili na pokonanie mgły ograniczającej obraz.

Karolina siedziała odchylona, z rękami luźno puszczonymi wzdłuż tułowia. Oddychała głęboko, na twarzy połyskiwały mokre smugi. Patrzyła nieruchomo, rozszerzonymi źrenicami.

Smyczek ponownie dotknął strun – „Alemanda”. Teraz Wiola śpiewała wolniej i ciszej, jakby sama chciała się uspokoić po poprzedniej części. Mniej skontrastowane dźwięki brzmiały przyjemnie waniliowo. Wraz z melodią, uspokajał się rozszalały puls. Zawsze próbowałam wyobrażać sobie jak dworzanie tańczą w takt tej muzyki. I zawsze dochodziłam do wniosku, że Bach nadał tej części smutnawe tony nieprzystające do dworskiej zabawy. Szmer „na widowni” wybił mnie z myśli. Zobaczyłam jak Karolina wstaje, robi dwa kroki do przodu.

Tymczasem smyczek zawisł nad strunami w kilkusekundowym oczekiwaniu na kolejną część. Po chwili „Kurant” rozbrzmiał początkowym saltandem i płynnie przeszedł w pasaż. Palce same odnajdowały miejsca na gryfie, dłoń półświadomie prowadziła smyczek. Całą uwagę skupiłam na Karolinie, której ruchy wytrąciły mnie z równowagi. A ona stała i patrzyła, nie odwracając wzroku. Wzbierało w niej jednak coś nienazwanego, coś co podbijało jeszcze napięcie. Wreszcie drgnęła. Powoli, niemal podklatkowo, zaczęła rozpinać bluzkę. Zaschło mi w ustach. W niemożliwy sposób moje presto zestroiło się z jej adagio, tworząc razem hipnotyczny spektakl. Wraz z ostatnimi nutami „Kuranta” blzuka spadła na podłogę.

To nie był koniec. W nastrój „Sarabandy” miały wprowadzić trzy zagrane niemal jednocześnie dźwięki, których brzmienie harmonijnie nachodziło na siebie. Wiola zwolniła. Karolina przeciwnie: błyskawicznie zdjęła spódniczkę, bieliznę i buty. Chwilę stała bez ruchu, pozwalając obejrzeć mi się dokładnie. Mimowolnie zaczęłam przyśpieszać, wprowadzając zamieszanie w granym rytmie. Karolina bezszelestnie ruszyła w moim kierunku, a ja zamknęłam oczy. Nieświadomie wzbogacałam „Sarabandę” zmiennym rytmem. Przebijała się w nim determinacja, strach. Słychać było trzepocące w brzuchu motyle, które żądały natychmiastowego uwolnienia.

Ręce zaczęły drżeć mi dopiero, gdy poczułam jej oddech na swoich włosach. Głęboki, co jakiś czas drgający spazmatycznie.

Grałam jeszcze, jednak coraz ciszej, coraz wolniej.

Piano, piano, lente, niente.

 

Odłożyłam smyczek.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 12

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (40)

  • MartynaM pół roku temu
    Muszę to sobie rozłożyć, nie lubię dlugich tekstów. Sprawnie napisany, jedynie pewna niekonsekwencja przy zwrotach grzecznościowych, raz z wiełkiej, raz z malej. Mam na myśli pierwszy fragment.

    Oceny nie ode mnie.
  • Tjeri pół roku temu
    Dzięki za wizytę!
    Błędów tu pewnie od groma, bo tekst korekty porządnej nie przeszedł. Co do zwrotów grzecznościowych, to widzę, że mi się jakieś "cię" z wielkiej zawieruszyło, będę szukać co jeszcze. Jeszcze raz dziękuję i zapraszam do lektury.
  • Szalej. pół roku temu
    No jest kilka błędów, ale nie na tyle żebym ci je tutaj wypisywał po kolei.

    A sama historia?
    Cóż. Ani mnie nie znudziła, ani nie porwała w tany.
    Myślałem, że ją tą wiolonczela przeleci. W sensie tym "dotykiem" :D
  • Tjeri pół roku temu
    Hihi, dzięki Marcin.
    Co do przelecenia, to są inne priorytety, aczkolwiek, nie powiedziane, że nie stało się to co mówisz :D
    Jakieś wskazówki co do błędów?
  • Tjeri pół roku temu
    I cieszę się, że Cię nie zbudziła. To wprawka wyzwaniowa i najbardziej bałam się właśnie tego, że jest nudna. :)
  • Tjeri pół roku temu
    * nie znudziła
  • Szalej. pół roku temu
    Tjeri jakieś pojedyncze słowa. Słowo za dużo.
    Nic razacego i w sumie, nic wartego uwagi :)
  • Tjeri pół roku temu
    Szalej.
    Jak tekst spadnie w niebyt (bo teraz nie chcę nic sugerować ewentualnym czytelnikom), to zapytam Cię jeszcze jak oceniasz realizację założeń tekstu. :)
  • Marek Adam Grabowski pół roku temu
    Widziałem to już wczoraj. Ponieważ jest długie odłożyłem na dzisiaj. Sprawnie napisane. Jest kilka smaczków; ale ktoś mógłby zarzucić nadużywanie kolokwializmów (w pierwszej i drugiej części). Doszlifowałbym początek. Co do fabuły. Ok - można by to jednak rozdzielić na dwa opowiadania. Pierwsze o przygotowaniu do imprezy. Proste i nieco zabawne. Drugie o zmysłowym kontakcie że sztuką. Bardziej ambitne. Pozdrawiam 5
  • Tjeri pół roku temu
    Ahoj, Marku.
    Rozdzielenie to byłby kiepski ruch. Może zwiększyłabym tak ilość czytelników, ale pozbawiłabym sensu opowieść. No i nie tylko o obcowanie ze sztuką tam chodzi ?. Co do kolowializmów, nie do końca wiem co masz na myśli. To pierwszoosobowa narracja, czyli w sumie wszystko jest myślą albo słowem bohaterów, kolokwializmy są więc "winą postaci" :D. Chyba że masz co innego na myśli, wyjaśnij, proszę.
    Dziękuję, Marku za przeczytanie i koment!
  • Marek Adam Grabowski pół roku temu
    Tjeri Może czegoś nie doczytałem i dlatego wyolbrzymiłem różnicę. Co do drugiej kwestii przy początkach mojej twórczości też używałem pierwszoosobowe narracji i myślałem, wówczas że można sobie więcej pozwolić; ale spotkałem się z "nieprzyjemnościami". Pozdrawiam
  • Tjeri pół roku temu
    Marek Adam Grabowski
    A to ciekawe. Co masz na myśli? (O nieprzyjemności pytam).
    Ja bym nie powiedziała, że można sobie pozwolić na więcej. Każdy rodzaj narracji po prostu ma inne cechy i inne wymagania. Pierwszoosobowa musi być subiektywna i naznaczona myśleniem bohatero-narratora. Nawet w trzecioosobowej jest taka możliwość, bo narrator może być obiektywny, ale nie musi. Czasem, jeśli tak wybierzemy, może przedstawiać swoje zdanie i oceny, jak często u Ciebie w Kościach. Byleby być świadomym i konsekwentnym w wyborze.
  • Marek Adam Grabowski pół roku temu
    Tjeri Te "nieprzyjemności" to była hiperbola! Przeczytaj mój debiut, a potem ci coś wyjaśnię https://www.opowi.pl/pomiedzy-wisla-a-palma-a47100/
  • Tjeri pół roku temu
    Marek Adam Grabowski
    Przeczytałam. I jestem tym bardziej ciekawa. Nie zauważyłam żadnego przyczynku do nieprzyjemności.
  • skandal pół roku temu
    Bardzo zmysłowe. Dojrzałość pisarską wyczuwam :)
  • Tjeri pół roku temu
    "Zmysłowe" - chyba żadne z określeń nie mogło mi większej frajdy zrobić. Bardzo dziękuję :)
  • skandal pół roku temu
    Tjeri przypomniala mi się scena z filmu Czarownice z Eastwick...
  • Tjeri pół roku temu
    skandal
    To był świetny film! Ale oglądałam tak dawno że nie jestem w stanie zajarzyć, którą scenę masz na myśli. Chyba odświeżę ?
  • skandal pół roku temu
    Tjeri Sarandon gra na wiolonczeli :)
  • Tjeri pół roku temu
    skandal
    O żesz! :))) No to na pewno muszę go sobie przypomnieć! Tym bardziej, że domyślam się w jaką to stronę tam poszło :D.
  • Tjeri pół roku temu
    skandal
    Ha! Znalazłam na YT! Niestety z czeskim dubbingiem, co dodało scenie "nieco" absurdu :))))
  • Grain pół roku temu
    Albo ona nie umie się rozbierać, albo do końca, kiedy wreszcie zdjęła buty, liczyła na ucieczkę. Podejrzane, tym bardziej, że można uciekać i boso, nawet po ściernisku.
  • Tjeri pół roku temu
    Grain, to już musiałbyś bohaterki zapytać. Może jeszcze kiedyś się odezwie, to Ci podlinkuję ;).
    Dziękuję za komentarz.
  • Grain pół roku temu
    Tjeri, nie licz u mnie na taką desperację.
  • Tjeri pół roku temu
    Grain jeśli to jest desperacja, to chyba faktycznie możesz być zdesperowany. Na szczęście nie mnie to oceniać.
  • Grain pół roku temu
    Tjeri, to nie ja proponuję podlinkowanie, gwoli logiki, a nawet logistyki.
  • Tjeri pół roku temu
    Grain jeszcze raz dziękuję za wypowiedź.
  • Tjeri pół roku temu
    A tak w ogóle, to tekst wstawiłam specjalnie dla Paluszków. Ale ktoś je schrupał w tajemniczych okolicznościach ?
  • Poncki pół roku temu
    Osobiście nie lubię tego typu opowieści ale tą łyknąłem jednym haustem i nie mam zamiaru wybrzydzać.

    Ciekawe musi to być uczucie, czuć dźwięk.
  • Tjeri pół roku temu
    Wiem, że jest taki rodzaj synestezji, ale myślę, że to co sama opisałam, to raczej swoista nadwrażliwość. Spróbuj przybliżyć dłoń do swojego przedramienia tak bardzo blisko, że dotykasz już włosków, ale nie skóry i powoli przesuwaj rękę. To coś w tym stylu. :)

    Bardzo dziękuję za wizytę i komentarz :).
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Po czym poznać artystę? Często ktoś, kto chciałby być artystą - próbuje się na artystę wystylizować. A prawdziwy artysta, który zdaje sobie sprawę, co potrafi, nie robi nic, żeby podkreślić swój talent wyglądem, zachowaniem.
    Pokazałaś więc Martę wplątaną w życiowe sprawy, zdenerwowaną, przeklinającą "w nerwach", a tez - szukającą samotności i ciszy dla odpoczynku. A później - w akcie artystycznym.
    Muzyka pomaga wypowiedzieć bez słów to, czego słowami się nie da.
    Inne dziedziny sztuki - też.
    Nawet dzieło literackie, nawet wiersz, mimo, że składa się ze słów - czasem zamienia się w poezję, której już słowami określić się nie da.

    To się czuje.

    I oto artysta (artystka) spotyka kogoś, kto mu bardzo pachnie: "urodzoną w Londynie córkę polskich dyplomatów, osobę absolutnie niezastąpioną".
    I - jak się później okazuje - zdobywa tego kogoś aktem artystycznym.

    Słowo "akt" jest przez Ciebie, Tjeri, wykorzystane tu podwójnie i bardzo dobrze.

    Po lekturze zastanowiłam się też przez chwilę, kto tu naprawdę kogo uwiódł. Przecież zanim Marta zaprosiła Karolinę "do siebie" (i - do siebie), zanim się przed nią "obnażyła" (i - obnażyła), Karolina zrobiła wszystko, żeby pokazać się jako "osoba absolutnie niezastąpiona".

    1. "Bo jak np. modulowała głos, by brzmieć cicho, sympatycznie i jednocześnie tak, że rozmówca nawet nie myślał o sprzeciwie? No jak?"

    2. "Nie mogłam się powstrzymać i głębszymi oddechami próbowałam zamaskować fakt zaciągania się jej zapachem".

    3. "...patrzyła lekko rozszerzonymi źrenicami wprost na mnie".

    4. "W pewnym momencie odwróciła się i spojrzała w moim kierunku. Przez chwilę wydawało mi się, że schwytałam wiadomość, którą mi wysyła, ale zgasła, zanim zdołałam odczytać. Tej nocy już nie zasnęłam".

    Karolina byłą jak wiolonczela - piękna, zgrabna, pachnąca i... "tak modulowała głos, by brzmieć cicho, sympatycznie i jednocześnie tak, że rozmówca nawet nie myślał o sprzeciwie".
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Twoje opowiadanie, z dosyć długim wprowadzeniem do najważniejszego momentu - do zmysłowego koncertu na dwa ciała i wiolonczelę, pokazuje - właśnie przez to wprowadzenie - jak ważne są okoliczności, by "stało się coś".
    Nic się nie dzieje "samo z siebie".
    Gdyby Karolina "nie zapachniała" Marcie, Marta nie wyjęłaby wiolonczeli z futerału, a nawet - z szafy.

    Scena na ławce, w milczeniu i zmęczeniu - to było też jedno z mocnych ogniw całego łańcucha zdarzeń.
  • Trzy Cztery pół roku temu
    A może Karolina wcale nie uwodziła Marty? Może Marta była jak ten krzaczek jagód w wyschniętym lesie - tak spragniona deszczu, że każda kropla była dla niej cudem? może tylko w wyobrażeniu Marty spojrzenia Karoliny były inne, wysyłały jakiś sygnał?

    Może to dopiero muzyka uwiodła Karolinę?

    Gwałtowny deszcz, który pojawił się nagle i nagle ustał - może tak miała wyglądać ta relacja?

    Ciekawe opowiadanie.
  • Tjeri pół roku temu
    Trzy Cztery dziękuję za cudowny komentarz!

    W tym opowiadaniu miałam konkretne cele do zrealizowania: wyjść poza szort i pokazać w subtelny sposób powolnie rodzącą się fascynację. Bałam się, że okruszki, które wyłapałaś, zginą w wstępie, który na początku jest mocno statyczny, nudnawy. Nawet chciałam go skrócić, ale wszystko wydaje mi się zbyt ważne albo do do przedstawienia postaci albo do dania czasu i przestrzeni na tą "subtelnie rodzącą się fascynację" - w sensie żeby nie za szybko.

    Cieszę się z Twojego komentarza. Dziękuję!
  • Trzy Cztery pół roku temu
    Tjeri, miło mi! Napisałam aż trzy komentarze, ale mogłabym więcej:)
    Twoje opowiadanie jest dla mnie ciekawe także dlatego, że główny wątek zobaczyłam metaforycznie.
    Chodzi o dzieło i odbiorcę.
    W momencie, kiedy tworzymy, jesteśmy nadzy. A czasem nawet obdarci ze skóry. Jesteśmy żywą tkanką. Ale też - jesteśmy wtedy SAMI. Wielkiej odwagi wymaga pokazanie tego procesu, a w nim - siebie, komuś jeszcze.
    Np. Szymborska nigdy nie zdradziła tajemnicy, jak powstają jej wiersze, jak je "robi".

    Marta doprowadziła do konfrontacji "siebie" z "odbiorcą". Dała koncert "na żywo". I z w pełni odsłoniętym ciałem. Bez tajemnic.

    Wprawdzie Marta nie skomponowała utworów, które zagrała, ale przecież muzycy wkładają siebie w swoją grę. Mogą zagrać tak, że słuchający pozna, co znaczy "odlot".

    Jest taka piosenka Leonarda Cohena - Memories. A w niej pytanie i odpowiedź.

    Pytanie:

    Więc czy pokażesz mi
    Powiedz czy pokażesz mi
    Gadaj czy pokażesz mi
    Swe nagie ciało?

    I odpowiedź:

    Wyraźnie słyszę w twoim głosie
    Wielki głód
    Wszystkiego dotknąć czego zechcesz
    Będziesz mógł

    Lecz nie pokażę ci
    Nigdy nie pokażę ci
    W życiu nie pokażę ci
    Nagiego ciała!

    Pokazać "swe nagie ciało" można tylko wtedy, kiedy się całkowicie zaufa komuś drugiemu. A twórcy powinni być ufni.
  • Tjeri pół roku temu
    Trzy Cztery
    Cudownie mi to czytać! Wczuwając się w Martę, myślałam właśnie o tym dowodzie zaufania. O ryzyku jakie podjęła, odpowiadając na sygnały. Odkrywając siebie, dosłownie i w przeności, nie pozostawiła miejsca na sztuczki. Pod każdym względem. Bo nie tylko nagość jest odkryciem tajemnicy. Samo przeżywanie muzyki, jest intymne także dla wykonawcy. Wystarczy spojrzeć na ekstatyczne pozy, miny muzyków. To zdecydowanie akt – w szerokim kontekście.
    I tak, grając nawet cudze, mamy wpływ na wiele rzeczy. Każdy utwór można zagrać na setki sposobów. I na setki sposobów odebrać (ja np.zalewam się łzami - potwornie krępująca rzecz :D).
    Sprawiasz mi ogromną radość tym rozmyślaniem, Trzy Cztery!
  • Trzy Cztery pół roku temu
    "Wystarczy spojrzeć na ekstatyczne pozy, miny muzyków. To zdecydowanie akt – w szerokim kontekście"

    - tak, widać, kto co daje z siebie. Pomyślałam teraz o Tadeuszu Nalepie. Byłam kiedyś na jego koncercie i widziałam na żywo ten grymas - odsłonięcie zębów przy graniu solówek. Zamykanie oczu, pot na twarzy, to nie tylko zmęczenie. Widać to na tym nagraniu:

    https://www.youtube.com/watch?v=BGr8SxiN3K8&t=3s

    Albo Carlos Santana. On zaciska usta, robi "dzióbki", to znów szeroko usta otwiera, odchylając głowę. Tu wykonanie słynnej Samby Pa Ti:

    https://www.youtube.com/watch?v=JGJdU2dpYxg

    Te grymasy to na pewno element "nagiego ciała".
  • Tjeri pół roku temu
    Tak, to ewidentna nagość! Sama kiedyś uczyłam się grać na fortepianie. I pamiętam, że początkowo te widoczne emocje były bardzo wstydliwe dla mnie. Starałam się ograniczać ciało.
  • Józef Kemilk pół roku temu
    Na początku coś nie tak w dialogach, w pewnym momencie chyba gada sama że sobą, albo myli płeć rozmówcy
    Pozdr
  • Tjeri pół roku temu
    Dzięki. W jednym miejscu widzę, że enter zniknął, może o to chodzi? Bo tak, raczej w porządku jest. Przynajmniej nie widzę błędu.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania