Trzecia Siostra
Pogarda i Pokora siedziały przy drodze,
gdy wieczór położył na polach swój cień.
Jedna w jedwabiu, druga w ubogiej sukni,
obie czekały, aż skończy się dzień.
Wtedy nadeszła trzecia.
Nie było słychać jej kroków.
Niosła w dłoniach małe zwierciadło,
a na ustach miała uśmiech
tak łagodny, jakby znała wszystkie ludzkie tęsknoty.
— Jestem Propaganda — powiedziała.
— Nie bójcie się tego imienia.
Przynoszę ludziom opowieści,
w których mogą odnaleźć siebie.
Pogarda poprawiła perły.
Pokora spuściła oczy.
Propaganda usiadła pomiędzy nimi
i zaczęła mówić o wielkich królestwach,
o ludziach wybranych, o wrogach ukrytych,
o szczęściu, które czeka tuż tuż, za posłuszeństwem.
Mówiła ciepło.
Nie podnosiła głosu.
Wiedziała, że najtrwalsze kajdany
nie przypominają żelaza.
Przypominają objęcia.
A człowiek siedział nieopodal
i patrzył, jak jej słowa
osiadają na twarzach przechodniów
niczym śnieg na martwych gałęziach.
Każdemu dawała coś innego.
Jednemu — dumę.
Drugiemu — winnego.
Trzeciemu — obietnicę,
że jego cierpienie ma szczególne znaczenie.
I wszyscy odchodzili lżejsi,
jakby ktoś zdjął z nich ciężar myślenia,
a ciężar ten przeniósł na innych.
Propaganda spojrzała na człowieka.
— A ty? — zapytała.
— Czy nie chciałbyś wreszcie wiedzieć,
kto jest dobry, kto zły,
komu należy ufać,
a kogo wolno przestać kochać?
Człowiek milczał.
— Mogę dać ci odpowiedź — szepnęła.
— Mogę nazwać twoje rany.
Mogę sprawić, że twoja samotność
stanie się dowodem twojej wielkości.
Uśmiechnęła się.
— Mogę nawet powiedzieć ci,
że od początku miałeś rację.
Przez chwilę człowiek patrzył na nią
z czymś podobnym do smutku.
Nie dlatego, że jej nie rozumiał.
Rozumiał ją aż nazbyt dobrze.
Widział, jak bardzo ludzie pragną,
by ktoś uporządkował im cierpienie,
nadał kształt ich lękom
i zwolnił ich z ciężaru niepewności.
Wiedział, że człowiek samotny
gotów jest czasem oddać własne oczy,
byle otrzymać w zamian pewność,
że patrzy we właściwą stronę.
Lecz on nie pragnął już pewności.
Nie dlatego, że znał prawdę.
Nie znał.
Po prostu nauczył się żyć
z pytaniem, które nie ma odpowiedzi,
i z ciszą, która nie obiecuje niczego.
Propaganda pochyliła się ku niemu.
— Jeśli nie pójdziesz ze mną,
pozostaniesz sam.
Człowiek spojrzał na drogę.
— Być może — powiedział.
Nie było w tym odwagi.
Nie było buntu.
Nawet odmowy, którą można by zapamiętać.
Było tylko zmęczenie człowieka,
który nie chce już zamieniać własnego serca
na cudzą opowieść.
Propaganda wstała.
Poprawiła suknię,
wygładziła niewidzialne zagniecenie
i odeszła ku miastu,
gdzie tysiące okien czekały na jej światło.
Wkrótce jej głos popłynął z balkonów.
Jej słowa pojawiły się na murach.
Jej twarz odbiła się w ekranach
i w oczach ludzi, którzy przysięgali,
że nikt nie powiedział im, co mają myśleć.
Pogarda poszła za nią.
Pokora ruszyła w przeciwną stronę.
A człowiek pozostał przy drodze.
Nie zwyciężył.
Nie ocalił tych, którzy odeszli.
Nie przekonał tych, którzy uwierzyli.
Nie rozbił żadnego zwierciadła
ani nie zdarł z miasta kolorowych zasłon.
Siedział tylko,
aż noc przykryła jego ramiona.
Potem wstał.
I poszedł dalej.
Nikt nie widział, dokąd.
Nikt nie wiedział, czy jeszcze żył,
kiedy nad ranem mgła podniosła się z pól.
Pozostał po nim kubek,
trochę popiołu
i ślad na ziemi,
który deszcz zmył przed południem.
A jednak coś nie chciało zniknąć.
Nie głos.
Nie pamięć.
Nie imię.
Raczej słabe rozjaśnienie
na granicy rzeczy widzialnych,
jakby światło, zanim odejdzie na zawsze,
przez chwilę przypominało sobie
kształt człowieka.
Tak stał się Poświatą.
Nie nagrodą za swoją niewinność.
Nie świętym, którego ktoś powinien czcić.
Nie prawdą, która pokonała kłamstwo.
Stał się tym, co pozostaje,
kiedy człowiek przestaje być potrzebny
wszystkim opowieściom,
które chciały go sobie przywłaszczyć.
A Propaganda nadal mówiła.
Pogarda nadal osądzała.
Pokora nadal klęczała.
I noc nadal była nocą.
Tylko czasami, w opuszczonym pokoju,
na krawędzi starego stołu,
na twarzy śpiącego dziecka
albo w dłoni, która bez powodu
zatrzymywała się nad cudzym cierpieniem,
pojawiało się światło.
Nie wskazywało drogi.
Nie nakazywało wierzyć.
Nie mówiło, kto ma rację.
Po prostu było.
Jak blask po zachodzie słońca,
który nie wie, że już przeminął.
Jak ciepło na miejscu czyjejś dłoni,
choć dłoń dawno odjęto.
Jak wszystkie rzeczy w ciemności,
które nie potrafią pozostać,
a jednak przez chwilę
nie godzą się na niebyt.
I może właśnie dlatego
najdłużej pozostają te światła,
które nigdy nie próbowały
nikogo oślepić.
Komentarze (7)
Dobre!
Widzę inspiracje z mitów Greckich, albo mi się wydaje. Fajne, ale myślę że lepiej wyglądałoby tutaj normalne ułożenie tekstu, a nie "wierszowe".
Straciłoby wg mnie, moc pieśni.
:)
Lubię jak czytacie ❤️
Osz... Dawno nie widziałam czegoś tak... Nie wiem... Dojrzałego? Tylko mi coś nie pasuje w nazwach.
Piękne ❤️
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania