Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
"Trzynasty brat" Rozdział 2
Trop dostarczony od przyjaciół z planety Stygeon Prime wytyczył kurs do sektora Albarrio.
Inkwizytor siedział na piętach po środku pomieszczenia z zamkniętymi oczami. Muskał duszą prądy Mocy czując jej orzeźwiający dotyk. Kusiło go, aby ruszyć z kolejną falą w podróż. Zamiast tego skupił się na kompletacji.
Jedi niemal wyginęli. Poukrywali się w najbrudniejszych norach łudząc się, że ich zbrodnie nie pozostaną pomszczone. Jednakże nie potrafili wymrzeć ciesząc się tym swoim mistycznym spokojem. Mierzwił ich porządek budowany przez Imperium.
Wylęgarnia anarchii na Zewnętrznych Rubieżach sprzyjała uciekinierom. Ukrywali się pośród kryminalistów udając, że nie interesuje ich już zbawianie galaktyki. Takie właśnie przeświadczenie rodzi frustracje, a te poddają cierpliwość Jedi próbie. Ci, którzy jej nie przechodzą są źródłem bardzo widowiskowych pożarów.
Łowy zaczęły się od donosu Biura Bezpieczeństwa. Monitorowali aktywność organizacji przestępczych, gdy zwrócili uwagę na anomalię. Niezidentyfikowany pilot przeprowadzał naloty na infrastrukturę syndykatów; niszczył składowiska paliwa, zbrojownie, magazyny przypraw. Zwinność z jaką pilotował myśliwiec do złudzenia przypominała nagrania bitew gwiezdnych z Wojen Klonów.
To było za mało, aby alarmować Inkwizycję.
Dopiero napadanie na kolonie niewolników i bezpośrednia konfrontacja z imperialnymi agentami nie pozostawiała wątpliwości. Na czele bojowników stał Jedi. Zdrajca był zamaskowany, analitycy nie potrafili dopasować postaci do szablonów, ale zauważyli jeden szczegół. Walczył mieczem świetlnym należącym niegdyś do mistrza Zakonu Jedi, Ki-Adi-Mundi.
* * *
Sygnał komunikatora wyrwał go z transu. Podniósł rękawicę do twarzy naciskając przycisk we wnętrzu dłoni.
-Melduj- Szczeknął jeszcze nie do końca zakotwiczony w rzeczywistości.
-Zgodnie z rozkazem- Odezwał się piskliwy głos oficera pokładowego.- Wyszliśmy z hiperprzestrzeni, skanujemy perymetr. Inkwizytorze.
-W zasięgu czujników powinna znaleźć się sygnatura energetyczna stacji górniczej. Prom przygotowany?
-Tak jest, panie.
-Nasza współpraca zaczyna się układać, czyż nie, poruczniku?
-Tak. Tak jest, panie.
Wstał, przeciągnął się i zebrawszy potrzebne rzeczy udał się do wyjścia.
Według wywiadowców z Iglicy na Stygeonie Prime pierwszą poważniejszą akcją tajemniczego rebelianta był sabotaż maszyn górniczych lokalnej Gildii. Misja wydobywcza była ważna dla Coruscant. Stacjonował tam garnizon szturmowców ze wsparciem dywizjonu myśliwców TIE. Powiązano tą akcje z Jedi dopiero po ponownym przeczytaniu raportu tamtejszych inspektorów. Początkowo wyśmiano zeznania żołnierzy na temat wyczynów rebeliantów. Winnych utraty surowców strategicznych zdegradowano. Dopiero ponownie rozpatrzenie sprawy przez analityków z Nur, fortecy inkwizycji, przywróciło im honor.
Śledztwo agentów Biura Bezpieczeństwa zajęło się tropieniem siatki przemytniczej. Sprawa wydawała się być zamknięta. Pozostał jeden, mały szczegół.
* * *
Wahadłowiec klasy Zeta zbliżał się do pola asteroid oskrzydlany przez eskadrę myśliwców TIE. W zasięgu czujników migotały odczyty źródeł energii, sygnatura pasowała do maszyn wydobywczych, droidów, oraz wędrujących z urobkiem promów. Powoli zbliżali się do stacji ostrożnie klucząc pomiędzy skałami wielkości okrętów. Gdzieniegdzie migotały sondy, ale brak reakcji ze strony garnizonu wzbudzał niesmak.
-Chyba niczego się nie nauczyli- Pomyślał na głos inkwizytor. Opancerzony czarnymi płytami przypominał szturmowca.- Pora ich obudzić. Pilot, chce jak najszybciej dostać się do stacji.
Oficerowie za kokpitem potwierdzili przyjęcie rozkazu.
Dotknął lekku ukryte pod kominiarką, po czym założył hełm i wyszedł do ładowni wahadłowca. Spojrzał na dwuszereg szturmowców, charakterystyczne białe pancerze doposażono plecakami z systemami umożliwiającymi przeżycie w próżni. W rękach trzymali strzelby T-21, a do pasów mieli przymocowane ich mniejszych kuzynów E-11.
Złapał się za uchwyt, przymknął oczy wczuwając się w lekkie zmiany kursu. Przypominało to ujeżdżanie spokojnego morza, mimowolnie wrócił myślami do ostatniej wizji zaciskając mocniej szczęki, oraz palce.
-Panie- Usłyszał w hełmie głos pilota.- Biorą nas na cel!
-Jaśniej- syknął.
-Jesteśmy w zasięgu baterii dział pokładowych stacji, namierzają nas.
-Ciekawe- Uśmiechnął się.- Wydajcie rozkaz myśliwcom, mają zabezpieczyć lądowisko. Na razie wycofaj statek za jakąś osłonę.
Bezczynność, warknął. Kopnął we właz, poczuł skaczące przeciążenia podczas umykania ostrzałowi.
-Panie, myśliwce wypełniły rozkaz. Podchodzimy do lądowania.
Inkwizytor spojrzał na wolną dłoń. Zwinął palce w pięść i spojrzał za siebie.
-Gotowość bojowa. Walka w zerowej grawitacji. Pamiętajcie, że potrzebujemy kogoś, kto wyjaśni nam co tutaj się dzieje.
-Rozkaz- odrzekli piechurzy.
-Panie- skrzeczał pilot- Nie zdołamy podłączyć się rękawem do śluzy.
-Nie liczyłem na to, leć na lądowisko.
-Rozkaz- Potwierdził.- Dziesięć sekund. Dziewięć. Osiem...
-Za mną- szepnął do komunikatora.
Rampa drgnęła, szarpnęło nimi umykające w próżnie powietrze. Właz opadł ukazując kładkę prowadzącą z płyty lądowiska do bulwiastej konstrukcji stacji kosmicznej. Inkwizytor wyskoczył odbijając się długimi susami do przodu. Zawrzała w nim krew, cielesne zmysły otulone hermetycznym pancerzem zostały ograniczone, wzrok przyćmił system analityczny oprogramowania hełmu, tylko rogi, montrale, przejawiały jakąś wartość. Największym atutem była oczywiście Moc.
Uskoczył zanim dostrzegł rozbłysk wystrzału. Czerwona błyskawica wypaliła dziurę w podłożu, gdy stojący na balustradzie opancerzony strzelec oddał strzał z karabinu. Po tym zaczęła się kanonada. Pomiędzy szturmowcami, a bramą prowadzącą do wnętrza stacji ustawiono wiele kontenerów. W jednej chwili zamajaczyły pomiędzy nimi nienawistne sylwetki rozświetlane bronią plazmową.
-Znajdźcie osłonę i czekajcie na rozkaz do ataku- powiedział do komunikatora.
Byli okropnymi strzelcami, niczym turyści na wiejskim jarmarku, którym poszczęściło się postrzelać z prawdziwej broni. Zapałał gniewem to głupców stojących mu na drodze. Sięgnął po Moc, zwiększył prędkość przeskakując między osłonami, aż zbliżył się do reduty napastników na tyle, aby dołączyć do nich długim skokiem.
Śmiał się. Ćmiące w umyśle wizje ukazywały chybiające strzały. Wylądował pomiędzy ubranymi w grube kombinezony górnicze przeciwników. Poczuł w Mocy jak zasilili jej rzeki strumieniami strachu. Było ich pięciu, słyszał powierzchowne myśli, krzyczeli do siebie w rosnącej panice.
-JEDI- wrzeszczeli. Skrzywił się pod maską od zimnej wściekłości.
Zanim pierwszy karabin oddał celny strzał inkwizytor wycelował dłonią zaciskając palce. Maska tlenowa zadrżała i wypuściła obłok mieszanki oddechowej. Spanikowany górnik wypuścił strzelbę dociskając dłonie do twarzy. Skoczył w niego odrzucając w kierunku innego strzelca, przeskoczył przez nich znajdując się po drugiej stronie. Za nim jeszcze wylądował wyrwał przewody tlenowe. Pchnął parę duszących się nieszczęśników telekinetycznym taranem trafiając w pozostała trójkę. Wylecieli w przestrzeń, puścili broń w bezcelowej próbie pochwycenia się czegokolwiek.
Poczuł się jakby wyszedł zza kurtyny, publiczność schowana po równoległej stronie, oraz ci na dachu instalacji skupili na nim ogień. Unikał trafienia spokojnymi, zwinnymi ruchami.
-Ruszajcie- rozkazał. Szturmowcy od razu pokryli balustradę ogniem zaporowym. Kłęby plazmy wielkie jak pięści wytapiały żarzące dziury w poszyciu. Niezdecydowani obrońcy nie wiedzieli gdzie skierować ostrzał.
Nabrał rozpędu i w długim skoku zdobył drugą redutę. Nie dał wrogowi czasu na zastanowienie błyskawicznie skracając dystans i ze złośliwą powolnością niszczył respiratory. Patrzył przez chwilę jak w konwulsjach pogrążają się w mroku. Wyskoczył na jeden z kontenerów niemal równając się z balustradą skąd nadal dobiegały strzały w kierunku podchodzących żołnierzy.
W przestrzeni o tak małej grawitacji telekineza jest banalnie prosta. Sięgnął po sflaczałe wory mięsa i miotał nimi w ukrywających się za barierkami górników. Wyskoczył w ślad za ostatnim pociskiem. Wylądował pośród bojowników. Panikowali, kłócili się, nie odnotowali jego obecności zanim nie zaczął zabijać. Po niecałej minucie w kosmos polecieli ostatni, uduszeni bandyci.
Inkwizytor przyjrzał się instalacji. Dostrzegł powierzchowne ślady walki na kontenerach i ścianach pomniejszych hangarów. Oglądał przez chwilę tańczące pośród asteroid myśliwce i rozkwity czerwonych, oraz zielonych płomieni.
-Panie- odezwał się sierżant drużyny szturmowej.- Nie mogliśmy otworzyć grodzi zdalnie, ani manualnie, ale jesteśmy wstanie zrobić to ładunkami termicznymi.
-Zróbcie to- Powiedział w zamyśleniu patrząc na bulwiastą konstrukcję i okalające ją kładki, chodniki, rusztowania.- Wejdźcie do środka i ściągnijcie na siebie uwagę. Zabezpieczcie maszynownie, oraz generator. Ja przedstawię się gospodarzom.
-Rozkaz, panie.
Długimi susami dopadł ściany, odbijając się od punktów podparcia wspinał się coraz szybciej uważnie wyglądając za wartownikami. Budowla zawężała się ku górze. Wieńcząca ją platforma była oszklonym obserwatorium ukoronowanym dziesiątkami anten.
Wpatrywał się w konstrukcję, aż jego uwagę przykuł właz serwisowy. Poleciał ku niemu, wbił się palcami w uchwyty. Dzięki Mocy mechanizm ustąpił. Wślizgnął się do wnętrza przekraczając kolejną śluzę, aż w końcu znalazł się w hermetycznej części budowli. Sprawdził czujniki pancerza, kiwnął głową, rozszczepił kombinezon biorąc pierwszy wdech stęchłego, suchego powietrza.
Odpiął od pasa miecz świetlny z pierścieniowym jelcem i obrał kierunek skąd pochodził najmocniejszy strumień strachu.
* * *
-KRONG- przeklinał To Kox.- CRINK. CRINK. CRINK.
Humanoid z gatunku Nikto miotał się na granicy szału między półkami magazynu. Starał się skupić na słowach wyświetlanych przez tablet, ale strach wytrącał mu urządzenie z drżących palców. Podłoga drżała, droidy załadunkowe podnosiły już wybrane paczki i zmierzały do promu. Powinien być już w kokpicie, tylko, że szkoda wypuścić z łapsk takie bogactwo! Wszystko by się udało, ale galaktyka to złośliwa schutta.
-Zabił ich- Usłyszał wystudzony przez grozę głos jednego z towarzyszy na łączach komunikatora skafandra.- Wszyscy na zewnątrz nie żyją. Słyszałem...słyszałem jak błagali o pomoc.
-Weź się w garść, Chives i wy wszyscy przeklęci TCHÓRZE- Wrzasnął szef, Soglork.- Byliśmy na to gotowi. Jest tylko jeden i kilkunastu szturmowców. Zdążymy! Po prostu zamknijcie mordy skupiając się na robocie.
Odpowiedział mu chór entuzjastycznych głosów. To Kox odciął łączność.
Stoopa. Nic nie wiedzieli. Nigdy nie mieli do czynienia z Jedi. Gdy dowiedział się o ich zagładzie pił z radości przez siedem dni. Gdy Republika przepoczwarzała się w Imperium żerował z kompanami na chaosie przez kolejne lata, a gdy staruszek Palpatine nareszcie sięgnął ku Zewnętrznym Rubieżom wraz z rodziną cieszyli się już emeryturą.
Doczekał się już pierwszych wnuków, gdy pojawił się On. Złożył krótką propozycję; wypełnienie paszczy plazmą, czy skarbców drogocennymi metalami?
Był tylko jeden, ale wiedział zbyt dużo, zupełnie jakby stała za nim cała armia proroków. Proste zlecenie: złupienie opuszczonej stacji górniczej. Tylko tyle. Nawet nie chciał udziału w łupach. Większego transparentu z napisem "pułapka" nie można było zignorować.
Chciwość. Przeklęta chciwość.
Na szczęście miał jeszcze swoje przeczucia. Po przylocie i wstępnych oględzinach ślady walki, aż nadto rzucały się w oczy. Stacja była niemal całkowicie zautomatyzowana, nie trzeba było doszukiwać się imperialnych flag, by widzieć czyja krew plamiła pokłady. To Kox już wtedy wiedział jak to się skończy, ale reszta ekipy widziała jedynie lśniące od bezcennych złóż asteroidy.
Mieli tylko jeden prom. Tajemniczy człowiek opuścił ich własną lichtugą. Starał się dowiedzieć po co przylazł, ale zaraz po wejściu na obiekt rozpłynął się jak widmo. Nie widział go, aż do momentu oddalających się silników statku. Po straceniu maszyny z oczu zaczął w wolnych chwilach układać plan awaryjny.
Nikto poczuł jak spływa na niego spokój. Wyprostował się i wpisał w datapad nowe współrzędne dla oczekującego droida.
* * *
Wszedł do klatki schodowej, patrząc w górę spojrzał w wizjer celującego bandyty. Strzelba splunęła plazmą, ale inkwizytor pozostał nieruchomy. Pocisk musnąłby lekku, gdyby nie przesiąknięte strachem palce trzymające broń. Nie pozwolił na drugą próbę, pochwycił go pomimo dzielącej ich odległości i gwałtownym szarpnięciem ściągnął kilkanaście metrów w dół. Cielsko rąbnęło o metalową podłogę, a odgłosu pękających kości nie stłumił nawet gruby skafander kosmiczny.
Przeskoczył nad zwłokami biegnąc schodami ku sterowni stacji. Wyczuł obecność kolejnych spanikowanych umysłów. Unikał błyskawic, aż wyskoczył na ostatnią kondygnację. Zdążył zobaczyć zamykające się drzwi za uciekinierami. Sięgnął przed siebie, szarpnięty niewidzialnym łapskiem humanoid wrzasnął gdy wylądował na plecach, a automatyczna zapora wprasowała głowę we wklęsłość w podłodze.
Lampy bezpieczeństwa zamigotały nad framugą awaryjnie otwierając przejście. Togruta w kilku susach wylądował za odwracającym się bandytą, lufa nie zdążyła zrównać się z mroczną postacią, a rozjarzyła się ogniem. Złapał wolną dłonią za miotacz, wymierzając druzgocące ciosy jelcem w okrytą hełmem twarz.
-ZABIĆ GO- usłyszał rozwścieczony głos- ZABIJCIE TEGO RZEŹNIKA.
Zasłonił się nieprzytomną ofiarą. Kąt ciągłego ostrzału zaczął się rozszerzać. Zdyscyplinowani przeciwnicy, uśmiechnął się inkwizytor, zaczęli go osaczać. Zapamiętał skąd padł rozkaz, ta jedna, przepełniona nienawiścią dusza ujdzie dzisiaj z życiem.
Cisnął zwłokami w zachodzącego od prawej strzelca. Zogniskował karmazynowe ostrze odbijając pociski do nadawcy z lewej wypalając mu dziury w cielsku. Gwałtownym wypadem skrócił dystans z hersztem unikając postrzału zwinnymi zwodami, aż prześlizgnął się obok niego i pochwycił od tyłu używając go jak tarczy przed przeciwnikiem, który wreszcie wygrzebał się spod zwłok.
Ostatni z nich stanął na nogi. Omiótł pomieszczenie szybkim spojrzeniem. Widząc złapanego dowódce, oraz martwych kompanów rzucił się do ucieczki. Rzucony miecz świetlny dogonił go zanim ukończył następny krok.
-Nie dziwię mu się- Prychnął do ucha miotającego się Nikto przez głośnik w masce hełmu.- Dostrzegł bezcelowość oporu. Nie miał szans na zwycięstwo, czy choćby przeżycie. Jak myślisz, gdyby był na twoim miejscu skorzystałby z okazji i łasiłby się jak akk? Błagałby o nikłą możliwość ujścia z życiem?
-Wal się- wydyszał mężczyzna- Ty kriff JEDI.
Skrzywił się omiatając zamglonym wzrokiem pobojowisko, jakby wezwany po raz drugi przeklęty duch poruszył nadwątloną strunę w jego duszy. Więzień wyczuł okazję, wyszarpnął się i rzucił przed siebie padając na plecy oddając chaotyczne strzały.
Inkwizytor wpatrzony w przestrzeń kosmiczną lekceważąco zasłaniał się mieczem.
-Jedi?- zapytał kogoś niewidocznego.- Nigdy nie miałem szansy, aby stać się Jedi. Nie w oczach Rady. Nie w obliczu Jasnej Strony.
-Z woli...Mocy...miałem stać się pomywaczem w Świątyni. Odebrali mnie rodzinie, abym szorował im posadzki, bo Moc nie była we mnie wystarczająco silna. Jedi...Przeklęci, zaślepieni, tępi Jedi.- Zaśmiał się, Nikto przestał strzelać i powoli pełzł do wyjścia.
-Gdzie teraz jesteście, mistrzowie? Co się z wami stało, nauczyciele? Jak skończyliście Strażnicy Pokoju? Ty.
Kryminalista nie zareagował. Wdusił przycisk wpychając się pomiędzy rozstępujące się skrzydła drzwi, ale zaklinował się w powietrzu. Otoczyło go zimno. Przenikliwy chłód szpilami kąsający mięśnie, blokujący kości, zabraniający ruchu. Zatrzymał się przechylony, fizyka nakazywała, aby teraz upadł na twarz, ale on tylko tkwił w przestrzeni o krok od korytarza. Dopiero teraz poczuł strach. Buta uleciała, jakby własna groza uniosła go kilka stóp nad podłogę, a następnie ciągnęła ku oprawcy.
-Mamy do pogadania- Usłyszał syk.- Na początek opowiesz mi co się stało z tutejszym komendantem i jego garnizonem, a później porozmawiamy o kradzieży imperialnej własności. Oraz o wielu innych, fascynujących rzeczach.
Soglork chciał wyć, ale tajemna siła nie pozwoliła mu nawet na to. Udało mu się zaskowyczeć dopiero po zobaczeniu zatrzaśniętej ostatniej drogi ucieczki.
* * *
To Kox w ostatniej chwili zamknął i zablokował drzwi. Szturmowcy mignęli mu tylko przez chwilę, ale nie ufał swojemu szczęściu. Wdusił na panelu przyciski blokujące przejście po czym szybkim krokiem skierował się w dół korytarza.
Skafander był irytująco niewygodny. Starszy, mało praktyczny model wydawał się doskonały dla zespołu polegającemu na pracy droidów. Daleko przed sobą widział znikający za zakrętem transporter wypełniony rafinowanym urobkiem. Gdy to sprzeda nie będzie trzeźwieć do końca życia, a wnukom zostawi trochę kredytów na studia. Musi tylko dotrzeć do celu.
Znalazł zapomniany hangar podczas przeglądania plików stacji górniczej. Według spisów moduł z maszynami został zapieczętowany jako sprzęt zapasowy w przypadku awarii automatycznej infrastruktury. Były tam barki towarowe, mnóstwo wszelakiego żelastwa, paliwa, oraz prom z hipernapędem. Domyślał się, że kierownik stacji przewidywał potrzebę nagłego opuszczenia swojego miejsca pracy, nie zdziwiłby się, gdyby od jego biura, aż po dno instalacji sięgał specjalny tunel.
Datapad zadrżał mu w palcach. Spojrzał na ekran odczytując komunikat; droid zatrzymał się przed wejściem, system odmówił autoryzacji.
Przyśpieszył kroku ignorując palące przetarcia w pachwinach. Skręcił w korytarz od razu widząc metalową gondolę wypełniającą niemal całe przejście. Nikto przecisnął się obok maszyny tuląc się do ściany. Wpadł na panel kontrolny i połączył się z nim datapadem. Westchnął. Śledził szybko znikające linijki kodu łamanych zabezpieczeń. Nie wyglądały jak algorytmy imperialne, ani nawet gildyjne.
Gdy złamał zabezpieczenie nie mógł pozbyć się wrażenia, że były pozornie trudne. Czuł się jak dziecko, którego nie chciano się zniechęcić do działania.
Wielkie, dwuskrzydłowe wrota otworzyły się ukazując przepastne pomieszczenie. Podążający za protokołem droid przekroczył próg i zatrzymał się informując o licznych przeszkodach. To Kox patrzył oniemiały omiatając wnętrze coraz mocniej rozszerzającymi się ślepiami. Czuł jak drętwieją mu powieki na widok stosów zwłok zalegającymi pod ścianami. Wszystkie kłuły oczy charakterystyczną bielą pancerzy, gdzieniegdzie zalegał bród czarnych mundurów, ale to nie to było najgorsze.
Zniknęły. Promy, wahadłowce, droidy. Wszystko zniknęło.
To Kox poczłapał przed siebie, zatrzymał się na skrzyżowaniu z ustawioną po środku piramidką z hełmów. Po jej drugiej stronie leżał oparty człowiek w białym mundurze z jakąś usmarowaną tabliczką zawieszoną na szyi. Podszedł do niego zaciekawiony i wczytał się w słowa: "Zdrajca umiera tysiąc razy."
Rozejrzał się jeszcze dookoła czując wykręcający wnętrzności zamęt. Wreszcie wrzasnął z rozmachem kopiąc nienawistne, wpatrujące się w niego czarne soczewki.
Elementy pancerza rozsypały się jak kurtyna z klocków odkrywając brylaste urządzenie. Nikto padł na kolana widząc liczne lampki i panele migające od sygnałów przesłanych przez fotokomórki. Beczkowate, przeszkolone cylindry zabulgotały podczas przesyłania płynów do środkowej części.
-Krong- syknął To Kox.
Nie zdążyło wybrzmieć ostatnie słowo Nikto, gdy pochłonęła go biała pożoga.
* * *
Inkwizytor splatał wici mocy i wlewał je w wijącego się gada. Nie musiał o nic pytać. Moc ujawniała przed nim wszelkie sekrety. Oglądał wizje z najbliższej przeszłości więźnia, gdy nagle poczuł ostrzegawcze ukłucie intuicji.
Przerwał więź. Nikto zwiotczał jak pozbawiona baterii zabaweczka. Było coś nie tak, zupełnie jakby kosztował końcem języka nieoczekiwanej goryczy. Wtedy przed oczami błysnęły mu obrazy zbyt szybkie dla świadomości. Zapamiętał przesłanie proroctwa. Uciekać. Szybko uciekać.
Uszczelnił kombinezon, skoczył do iluminatora niszcząc go szybkim cięciem miecza. Zanim awaryjna kurtyna opadła próżnia wyssała go na zewnątrz. Odlatując w nicość włączył nadajnik i zanim zdążył zrobić cokolwiek innego poczuł wstrząs fali uderzeniowej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania