Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

"Trzynasty brat" Rozdział 3

Jass Fargon przenikała spojrzeniem szklany pojemnik wypełniony bactą i zalegający w nim kawałek mięsa. Jeśli ktokolwiek mógł przetrwać wybuch stacji górniczej to tylko relikt zapomnianej religii.

 

Inkwizytor, Trzynasty Brat, pies Lorda Vadera nie odzyskał przytomności. Kombinezon utrzymał go przy życiu, ale kosmiczne śmieci rozpędzone siłą detonacji zrobiły z niego tarcze strzelniczą. Jakimś cudem znaleziono tego przebrzydłego togruta na jednej z asteroid w jakieś dziurze. Prawie bez powietrza, niemal wykrwawiony z licznymi złamaniami i obrażeniami wewnętrznymi. Jak mocno musisz kochać życie, aby nadal oddychać pomimo takich ran?

 

-Pani Fargon? Dzień dobry. Co z naszym małym czarownikiem?- Rozpoznała głos komandora Maufe'a. Ociekał zajadłą satysfakcją. Pokręciła głową, rozumiała uczucia tego człowieka, ale w obliczu zachowania szacunku względem łańcucha dowodzenia było to niewybaczalne.

 

-Panie Huricku- Skinęła mu głową z oficjalną manierą. Mina dowódcy okrętu zrzedła. Przeszedł przez automatyczne drzwi zostawiając za nimi eskortę. Nie rozstaje się z nimi od czasu ostatniej konfrontacji z inkwizytorem.- Szukał mnie pan?

 

-Tak- Stanął obok niej poświęcając kilka sekund na wpatrywanie sie w zmasakrowanego togrute. Śledziła jego wzrok, zachował kamienny wyraz twarzy, ale sposób w jaki wpatrywał się w zniekształcone lekku i głowonogi był, aż nadto wymowny.

 

-Tak?- Zagadnęła.

 

-Chciałem się dowiedzieć, co teraz? Ten tutaj trzymał mnie w niewiedzy przez cały czas. Nie znam nawet treści naszych rozkazów, ba, nie wiem nawet do kogo zgłosić się po dalsze instrukcje.

 

-Mnie również nie informował. Ale to bez znaczenia.

 

-Proszę pani?

 

-Zniszczono imperialną własność o znaczeniu strategicznym, panie komandorze. Gdyby nie przedwczesna detonacja poniosłoby śmierć znacznie więcej ludzi. Tylko szczęśliwy zbieg okoliczności pozwolił nam uniknąć poważniejszych strat.

 

-Słyszałem doniesienia z całej galaktyki. Rebelianci robią się coraz bardziej...

 

-Krwiożerczy?

 

-Tak.

 

Zamilkli.

 

-Zanim ten...czarownik... nie odzyska przytomności będziemy postępować zgodnie z procedurami. Skontaktujemy się z moffem sektora Albarrio i połączymy siły w wyśledzeniu, oraz zgładzeniu odpowiedzialnych za tą masakrę. Proszę wyznaczyć kurs.

 

-Tak jest, proszę pani- zasalutował i skierował się do wyjścia. Drzwi rozchyliły się, ale zanim postąpił krok obejrzał się w jej stronę- Mam nadzieję, że współpraca z Imperialnym Biurem Bezpieczeństwa ułoży się lepiej, niż z Inkwizycją.

 

Nie oczekując odpowiedzi wyszedł.

 

Jass Fargon spojrzała na zbiornik bacty i obsługujący go panel kontrolny. Wsłuchała się w szum maszynerii i czuwających przy pacjencie droidów medycznych. Rozmyślała gładząc rękojeść pistoletu DL-44.

 

* * *

 

Po wyjściu z hiperprzestrzeni napotykali liczne blokady, patrole i posterunki. Nie musiała interweniować, komandor uposażony w odpowiednie kody prowadził okręt prosto do planety Mygeeto. Jedyne co mogła teraz zrobić to pisać raporty i wysyłać pytania do współpracowników siląc się na nadzieję, że koledzy po fachu nie będą skąpić pomocy.

 

Im mocniej zaznaczała swoją obecność tym bardziej czuła się obserwowana. Operatorzy coraz częściej donosili o podejrzanych transponderach czających się na granicach wykrywalności czujników. Mijane lichtugi, promy, wahadłowce i inne statki cywilne zachowywały się podejrzanie, zupełnie jakby pełniły role zapasowych oczu niewidocznego drapieżnika. Coś zawisło w próżni kosmicznej.

 

* * *

 

Weszła na mostek posyłając uważne spojrzenia operatorom przy konsolach. Każdy mężczyzna i kobieta z olbrzymią uwagą obserwowali monitory trzymając palce nad klawiaturami. Stojący w rogach pomieszczenia szturmowcy byli nieruchomi niczym elementy dekoracji. Biel pancerzy lśniła w zimnym świetle co tylko podkreślało mroczną otchłań w wizjerach hełmów.

 

-Co się stało, komandorze? Dlaczego mnie wezwano?

 

-Myślę, że przed podjęciem decyzji lepiej będzie się z panią skonsultować.

 

Maufe stał na końcu podestu zaraz przed iluminatorem. Młodszy mężczyzna w stopniu porucznika stał u jego boku, zasalutował jej, a gdy kiwnęła mu głową odwrócił się twarzą do gwiazdozbioru.

 

-Napotkaliśmy...anomalie- Wskazał na jeden z ekranów i pojawiła się mapa astrograficzna pokazująca jaka odległość dzieli ich do miejsca kolejnego skoku. Na trasie zaznaczono okrąg z podpisem "niebezpieczeństwo: niezidentyfikowana przeszkoda".

 

-Dlaczego potrzebuje pan konsultacji? Nie jestem biegła w marynistyce.

 

-Gdy podlecieliśmy bliżej nakazałem ponowne skanowanie. Odczyty sugerują wrakowisko.

 

-Tutaj? Tak blisko Mygeeto?

 

-Właśnie- Oficer pokiwał głową. Na kolejnym ekranie wyświetliły się mapy z zaznaczonymi innymi szlakami.- Możemy bezpiecznie ominąć przeszkodę, komputery nawigacyjne obliczyły już kurs. Jednakże coś nie daje mi spokoju.

 

Jass podeszła do świetlika. Nie widziała żadnych poszarpanych kawałków metalu, a jedynie nieskończoną ciemność przeplecioną z rtęciowymi kroplami.

 

-Jakieś szczegóły?

 

-Żeby poznać szczegóły musielibyśmy podlecieć bliżej. Mam już przygotowane optymalne wektory podejścia.

 

-Chyba rozumiem do czego pan zmierza. A gdybyśmy chcieli zbadać miejsce wypadku pod najmniej optymalnym kątem?

 

-Współrzędne pod takie rozwiązanie również zostały przygotowane, pani Fargon.

 

-W takim razie zaczynajmy.

 

-Oczywiście.

 

Gwiezdny niszczyciel drgnął. Agentka patrzyła jak pozornie zmienia się położenie gwiazd na ponurym płótnie.

 

-Mam coś- odezwał się podekscytowany operator stacji czujników.- Odczyty napromieniowanych cząsteczek pasujących do reaktorów cywilnej klasy okrętów. Masa szczątków sugeruję, że doszło tutaj do kolizji przynajmniej trzech frachtowców.

 

-Zatrzymajcie okręt. Niech myśliwce przyjrzą się temu dokładnie- Rozkazała agentka.- Może to paranoja, ale niech tarcze będą w pogotowiu.

 

Widziała jak odbicie komandora kiwa głową, a następnie odchodzi. Słyszała jego szorstki głos wydający polecenia załogantom.

 

Jass zerknęła na młodego porucznika. Wyglądał niemal jak nastolatek wystrojony na bal przebierańców. Wspomniała szturmowców poległych na stacji górniczej i miała szczerą nadzieję, że mieli czas nacieszyć się życiem zanim ich służba dobiegła końca.

 

-Proszę pani? Czy coś się stało?- Zagadnął nieśmiało dzieciak.

 

-Tak. Stało się i wiele nad tym rozmyślam, poruczniku.

 

Odpowiedź speszyła oficera, wrócił do wypatrywania wrakowiska. Wiercił się udając, że nie stresuje go jej obecność.

 

-Co myślisz o Imperium?- Zapytała niemal doprowadzając chłopaka do omdlenia.

 

-Myślę? Ja? Że ja co myślę?

 

Uśmiechnęła się uspokajająco dając czas na uspokojenie.

 

-Myślę, że jest idealnym następcą republiki- Powiedział po chwili namysłu.- Jego Wysokość odnosi sukcesy tam, gdzie skorumpowany senat zawiódł skazując wiele systemów na niewole syndykatów, albo ubóstwo korporacji.

 

-Skoro jesteśmy tak wspaniałomyślni to dlaczego jątrzą się rebelie?

 

-Ponieważ- zająknął się.- Myślę, że malkontenci wycierający sobie gęby frazesami o wolności to tak na prawdę nieudacznicy.

 

-Nieudacznicy?

 

-Demokratyczny rząd potrzebował wyborców. Bieda tworzona przez korporacje była im na rękę, aby senatorowie mogli kupować sobie głosy zapomogami socjalnymi. Imperium nie potrzebuje wyborców, a prawdziwej, ciężkiej pracy. Ci których odcięto od zasiłków stanęli przed wyborem: pracować, albo umrzeć. Niektórzy odkryli trzecią drogę i nazwali to "Ruchem Odnowy Republiki".

 

Jass przekręciła głowę zafascynowana zapałem z jakim zaczął mówić młody mężczyzna.

 

-Czyli rebelianci to nic innego jak wygłodniałe pasożyty?

 

-Jak najbardziej.

 

Chciała kontynuować rozmowę, ale zobaczyła odbicie komandora w szybie. Już podnosił pięść do twarzy gdy odwróciła się do niego i pytająco uniosła brew.

 

-Patrol nie doniósł o niczym niepokojącym. Chyba rzeczywiście miał tu miejsce wypadek.

 

-Niech będzie- Skrzyżowała ręce na piersi patrząc przez chwilę na czubki własnych butów.- Niech myśliwce sprawdzą kolejny punkt skoku. Zostawcie boje nawigacyjną dla zespołu ratunkowego. Dolećmy wreszcie na Mygeeto, komandorze.

 

-Tak jest.

 

-Porozmawiamy jeszcze, poruczniku Adomie- Jass Fargon skierowała się do wyjścia.-Będę w swojej kajucie

 

-Meldunek od dowódcy patrolu!- Krzyknął jeden z operatorów łączności.- Odbierają sygnał kapsuł ratunkowych.

 

Oficerowie spojrzeli po sobie. Pierwsza odezwała się agentka IBB:

 

-Specyfikacja kodyfikacji?

 

-Standardowe kody cywilne- Odpowiedział łącznościowiec.- Ale meldują również o jednym niezidentyfikowanym sygnale.

 

-Pokaż- Rozkazała Jass podchodząc do mężczyzny. Prześledziła ciąg znaków wyświetlanych w oknie na ekranie komputera. Zamyśliła się.

 

-Panie komandorze- Odwróciła się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.- Proszę wyłowić z próżni tych nieszczęśników i udzielić im niezbędnej pomocy medycznej. Proszę nie szczędzić na nich środków bezpieczeństwa. Wartownicy mają znać dokładną liczbę ich oddechów.

 

-Rozkaz, proszę pani.

 

-Proszę mi zameldować po tym jak procedurom stanie się zadość.

 

Jass Fargon skinęła głową na pożegnanie kierując się do wyjścia żwawym krokiem.

 

* * *

 

To był pierwszy dzień jego świadomego życia. Wtedy nie nazywał siebie Trzynastym Bratem, ani nie tytułował inkwizytorem. Rodzice o których zdołał już zapomnieć, zostali uszanowani przez jego porywaczy, dlatego wrócił myślami do czasów, gdy miał na imię...

 

Szarpnął się powodując rozmycie wizji. Nie potrafił się obudzić, ale doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego położenia. Maszyny nie odnotowywały odzyskiwania przytomności, albo wyjątkowych aktywności mózgu, a pomimo tego obejrzał swoje sponiewierane ciało zanurzone w kapsule zanim Moc ponownie wessała go w otchłań.

 

Młodzik. Był młodzieńcem płynącym przez korytarze Świątyni Jedi na Coruscant. Piękno rzeźb i fresków rozjaśniane miękkim blaskiem lamp przybierało najwspanialsze formy w świetle wschodzącego i zachodzącego słońca. Posadzki, ściany, sufity ułożone z kruszców ulotnych jak chmury dawały złudzenie przebywania w raju. Pamiętał sale zaludnianie przez życzliwe twarze wszelkich gatunków spłodzonych przez galaktykę. Wszystkie one lśniły tak jasno, że nawet jeśli w jakimś zakątku świątyni zaległ cień to aura tysięcy świętych dusz uniemożliwiała zalęgnięcie się tam jakiegokolwiek potwora, czy złego ducha.

 

Pragnął być taki jak oni. Pragnął być częścią tej plejady świateł rozjaśniających kosmos.

 

Początkiem końca było pochwycenie miecza treningowego. Dołączyć do Klanu i zaczął zgłębiać tajemnice Mocy, ale nauka szła mu niezwykle topornie. Medytacja pod okiem mistrzów zakonu była trudna. Obcowanie ze światłem jednoczącym wszystko co żyje przychodziło łatwo, gdy naginało się jej prądy siłą woli. To był błąd. Tak nie postępował Jedi. Miał stać się naczyniem tej mistycznej, potężnej siły, a nie panem. Uczucia, emocje, myśli były falami bezczeszczącymi idealną, gładką tafle oceanu. Należało się ich pozbyć. Wolny od tych wad użytkownik Mocy, może uważać się za idealnego Rycerza Jedi. Doskonałego Obrońce Pokoju w Galaktyce.

 

Czas mijał. Pojawiało się coraz więcej i więcej prób. Żaden z rycerzy nie chciał brać pod swoje skrzydła padawana przegrywającemu z własnym ego. Jeden z nauczycieli wpadł na genialny pomysł, który stał się upokarzającym przekleństwem: świątynia sama w sobie miała nauczyć samodyscypliny. Kazano mu sprzątać. Wycierać rzeźby, posągi, mozaiki. Myć korytarze, pokoje, sale. Kolejni rówieśnicy wyruszali w podróż ze swoimi mistrzami, ale on musiał całymi dniami toczyć boje z brudem.

 

Wszystko zmieniła Wojna Klonów.

 

Coraz więcej Jedi rozpraszało się po galaktyce służąc Republice jako generałowie Wielkiej Armii Klonów. Dopiero, gdy zaczęło brakować żywych tarcz przypomniano sobie o nim. Nagle jego wady przestały mieć znaczenie, a Rada Jedi błyskawicznie znalazła mu mistrza.

 

Pamiętał. Po otrzymaniu wiadomości o przydziale nie czuł radości, ani satysfakcji. Jedynie palącą nienawiść.

 

* * *

 

Porucznik Nufonul Adom na rozkaz przełożonego osobiście zajął się opieką nad ocalałymi. Żądał raportów i wydawał rozkazy przygotowując najbardziej misterną sieć bezpieczeństwa jaka kiedykolwiek wyszła spod szydeł jego umysłu. Do pomocy przydzielono mu kilku oficerów Imperialnego Biura Bezpieczeństwa i przyjął ją z wdzięcznością ochoczo stosując się do ich rad.

 

Nie zawiedzie. Oczami czujników i pięściami żołnierzy stworzy idealną klatkę.

 

Kilka godzin po otrzymaniu rozkazu stał w hangarze otoczony swoją świtą. Patrzył na otwarte wrota blokujące zgubne właściwości próżni membraną światła. Z kamiennym wyrazem twarzy uderzał o krawędź datapada odliczając szacowany czas przybycia pierwszego wahadłowca.

 

Nareszcie.

 

Maszyna wleciała do wnętrza niszczyciela zajmując miejsce wytyczone przez wieże kontrolną. Gazy ulotniły się teatralnie z otwierającej się przedniej rampy. Pierwsi wyszli szturmowcy, za nimi ich towarzysze eskortujący metalowy cylinder unoszący się na repulsorach grawitacyjnych. Technicy wskazali im miejsce postoju po czym od razu rzuciły się ku kapsule zespoły medyczne.

 

Adom obserwował to ze skrywaną satysfakcją, gdy jego uwagę przykuł zbliżający się szturmowiec z eskorty odznaczonym białym naramiennikiem przysługującym sierżantom. Dowodził drużyną skoczków; rury tlenowe sterczały jak dziwaczne wąsiska zakręcające do butli przyczepionej na wierzch plecaka odrzutowego. Strzelba E-11 wisiała u pasa na zaczepie magnetycznym.

 

Żołnierz zatrzymał się przed Nufonulem, zasalutował wypuszczając przez głośnik hełmu wyraźny, ale zniekształcony głos:

 

-Panie poruczniku, melduję wykonanie rozkazu, ale przynoszę złe wieści. Odzyskana kapsuła została przez nas wielokrotnie przeskanowana na obecność oznak życia i odczyty za każdym razem były jednoznaczne.

 

-Rozumiem- wycedził przez zęby.- Możecie spocząć.

 

Porucznik ciężkim krokiem podszedł do ratowników. Skończyli otwieranie cylindra. Omiótł go szybkim spojrzeniem zauważając pomniejsze uszkodzenia jakie może odnieść pojazd na łasce bezdusznego kosmosu. Sanitariusze sięgnęli do wnętrza pomagając sobie narzędziami. Patrzył im przez ramię nie chcąc im przeszkadzać.

 

Przeklął. Stracił panowanie i wysyczał to jedno słowo nie pasujące do ust patrycjusza z Planet Jądra.

 

Szczątki należały do jakieś kobiety. Ubrana w biedny strój trzeciorzędnego pilota przynosiła na myśl męty nazywające siebie "przemytnikami". Widać było, że umarła z niedoboru powietrza. Twarz i dłonie miała poranione zapewne od obłąkańczej walki ze śmiercią. We wnętrzu tuby widział ślady krwi zostawione przez połamane paznokcie. Nie był wstanie wysilić się na współczucie. Zmarszczył czoło. Personel medyczny zamarł w oczekiwaniu.

 

-Zabierzcie to. Róbcie swoje.

 

Wrócił na dawne miejsce skąd znowu wpatrywał się w wylot hangaru. Walczył z naporem mętniejącego, ponurego nastroju. Zacisnął palce na komunikatorze zastanawiając się, czy uprzedzić wydarzenia, a może przekonać się na własne oczy o stanie kolejnych ocalałych.

 

* * *

 

Jass prześledziła linijki tekstu wyświetlane na komputerze w jej gabinecie.

 

Raport o śmierci ocalałych przyjęła ze spokojem. Tylko jeden zgon wzbudził w niej litość. Pobrana próbka genetyczna została porównana z bankami pamięci IBB potwierdzając smutną prawdę. Agent operacyjny poległ na służbie. Łatwo można było sobie wyobrazić okoliczności śmierci, gorzej z ustaleniem faktów. Analitycy badali dane zapisane w obwodach kapsuł ratunkowych, oraz pobierali próbki organiczne, podczas gdy ona przygotowywała sprawozdanie dla własnych przełożonych.

 

To nie był przypadek, zawiesiła palce nad klawiaturą patrząc nad ekranem w ciemność.

 

Uciekał przed rebeliantami i zginął w nieszczęśliwym wypadku? Jak się o niej dowiedział odcięty od rządowych kanałów komunikacyjnych? A może ścigał kryminalistów szykujących zasadzkę na niszczyciel? Można spekulować bez końca.

 

Następny żywot do pomszczenia, pomyślała wlepiając oczy w ekran.

 

* * *

 

Porucznik Nufonul Adom wydeptywał ścieżkę we własnej kajucie z determinacją tajfunu. Oczy skrzące się od błyskawic śledziły fantomy gorączkowych myśli. Bardzo pragnął wykazać się podczas tego śledztwa, ale okrutna galaktyka nie dała mu nic poza wystudzonymi trupami.

 

Uderzył o biurko niemal trafiając holoprojektor. Obraz zafalował tracąc przejrzystość. Gdy się ustabilizował przedstawiał trójwymiarowe modele kapsuł ratunkowych połączonymi liniami z zapisanymi okienkami. Jedyne czym dysponował to potok technicznego bełkotu, raporty droidów medycznych, oraz sprawozdania śledczych inżynierów.

 

Ofiar było łącznie siedem. Wszyscy podusili się od wyczerpania zapasów tlenu. Tylko dwoje z pośród rozbitków było ludźmi. Reszta należała do gatunków powszechnie zajmującymi się łamaniem prawa. Zupełnie jakby patrzył na teatrzyk galaktycznych stereotypów. Znalazł się Nikto, Twilek, Duros i inne obrzydlistwa.

 

-Panie- przerwał ciszę usłużny, łagodny głos.- Może podać coś ciepłego do picia? Kaffu?

 

Adom nie odpowiedział droidowi protokolarnemu, tylko twierdząco skinął głową. Posłał przelotne spojrzenie oddalającej się maszynie i wsłuchał się przez chwilę w szum serwomechanizmów poruszającymi stawami.

 

Może powinienem sobie odpuścić? Śledztwo i tak jest poza zakresem moich obowiązków. Na pokładzie jest cała jednostka IBB. Nie potrzebują sfrustrowanego marynarza z chorobliwą ambicją.

 

-Dziękuję 8BO- Odebrał od robota filiżankę z parującą smołą. Ścierpły mu nozdrza od gorzkiego zapachu. Uśmiechnął się upijając pierwszy łyk. Westchnął z aprobatą siadając w fotelu. Oparł się wygodnie obserwując hologramy.

 

-Powiedz mi 8BO- zagadnął.- Gdybyśmy byli na lichtudze i dostałbyś rozkaz zabicia mnie, jakbyś to zrobił?

 

-Schlebia pan mojemu oprogramowaniu, ale pan wybaczy, moje obwody nie są wstanie ponieść takich grzesznych danych.

 

-A gdybym był obcym człowiekiem?

 

-Gdyby to był pański gość zaproponowałbym napój i przekąskę w oczekiwaniu na pańskie przybycie. Panie.

 

-Nawet jeśli napój byłby trucizną?

 

-Ależ panie! Nigdy nie podałbym świadomie trucizny żadnej żywej istocie. To wbrew Stwórcy i wpojonemu przez niego oprogramowaniu.

 

-Świadomie, powiadasz?- Zamyślił się wpatrując się w zimne, żółtawe, nieruchome oczy robota.- Dałbyś herbatę czekającemu gościowi?

 

-Niekoniecznie byłaby to herbata panie. W moich bankach pamięci zapisano ponad...

 

Nufonul nie słuchał już służącego. Wypisywał na konsoli żądania, a oprogramowanie wyciągało z serwerów poszukiwane informacje. Krzywił się na widok modeli obcych organizmów, oraz przecierał oczy ze znużenia śledząc linijki tekstów opisujących specyfikacje szalup. Na końcu spojrzał jeszcze do raportów medycznych na temat zgonów i ze zdumieniem wlepił rybie oczy w droida. 8BO przerwał recytację naparów popularnych w Zewnętrznych Rubieżach.

 

-Panie? Czy przygotować jeden z opisywanych przeze mnie napojów?

 

-Nie. Dziękuję. Kaff wystarczył.

 

Dopił pobudzacz jednym haustem, krzywił się i drżał od goryczy, ale nie przeszkadzało mu to w błyskawicznym opuszczeniu kajuty.

 

* * *

 

Podczas oględzin otwarcie jednego z włazów nacisnęło ukryty przełącznik.

 

Przez obwody droida ponownie popłynęła energia pobudzając procesory. Soczewki błysnęły, wyciszone tłoki i przekładnie zachrobotały w szybkiej diagnostyce. Czujniki nastroszyły się w poszukiwaniu niepokojących sygnałów na zewnątrz kapsuły. Oprogramowanie nakazywało cierpliwość, aż sygnały rozpoznane jako źródło zagrożenia zniknęły.

 

Niewidoczne drzwiczki kliknęły znikając w boku kapsuły. Elektroniczny pasażer oznaczony przez swoich producentów jako BX prześwietlił pomieszczenie. Wiele urządzeń, żadnej materii organicznej. Obszedł swój pojazd odnajdując kolejne skrytki. Wydobył karabin E-5 z zapasem ogniw, pakiet detonatorów, wibromiecz, oraz pałkę wstrząsową.

 

Aktywował wgraną mapę imperialnego niszczyciela, wyznaczył potencjalną trasę do celów głównych i pobocznych. Odnalazł właz prowadzący do systemu wentylacji, wspiął się do kratki ze zwierzęcą zwinnością znikając po drugiej stronie bez pozostawienia śladów.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania