Trzynasty dzień wakacji
TRZYNASTY DZIEŃ
WAKACJI
Każdy kraj ma swoje tajemnice,
których strzeże w imię racji stanu
Samolot północnokoreańskich linii Air Koryo lecący z Pekinu miękko osiadł na pasie startowym i rozpoczął hamowanie. Z głośników rozległ się głos stewardesy:
Proszę państwa. Wylądowaliśmy na lotnisku w Pjongjangu. Witamy w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej. Mamy piękną pogodę, temperatura wynosi 25 stopni Celsjusza. Proszę o pozostanie na swoich miejscach aż do chwili otrzymania polecenia wyjścia z samolotu.
Komunikat, podobnie jak wszystkie inne w czasie tego lotu, podano najpierw po koreańsku, a następnie po angielsku i chińsku.
Janusz sięgnął do klamry pasa bezpieczeństwa, aby ją odpiąć. Tak rozpoczynał się najciekawszy, najbardziej fascynujący etap jego tegorocznych wakacji – tygodniowa wycieczka po Korei Północnej. Najbardziej tajemniczym i zarazem zamkniętym kraju świata. Wtedy nie przypuszczał jeszcze, że będzie to również największy koszmar jego życia.
Gdy samolot zatrzymał się, zezwolono pasażerom na wyjście i nakazano udanie się do podstawionego autobusu. Chwilę później znaleźli się w hali terminala lotniczego.
Janusz podszedł do pierwszego stanowiska kontroli dokumentów i podał swój paszport młodemu Koreańczykowi w zielonym mundurze. Funkcjonariusz spytał po angielsku o imię, nazwisko i cel podróży, sprawdził dane z paszportu, wizę i uprzejmie wskazał drogę do kolejnego stanowiska. Po odebraniu bagażu pasażerowie podeszli do stanowisk kontroli celnej. Bagaż Janusza kontrolowała młoda, umundurowana Koreanka, która systematycznie rozpoczęła przeglądanie wszystkich rzeczy z walizki.
- Nazwisko – zapytała szorstko.
- Janusz Nowak – odpowiedział spokojnie.
- Masz telefon – spytała.
- Nie – odpowiedział Janusz. Wiedział, że w Korei Północnej obowiązuje zakaz wwożenia telefonów komórkowych. Dlatego wszystkie komórki uczestników wycieczki pozostały w depozycie w Pekinie.
- A aparat fotograficzny masz?
Janusz sięgnął do torby podręcznej, z której wyjął swojego Nikona i podał Koreance.
Ta obejrzała z zaciekawieniem urządzenie, jakby nigdy nie widziała aparatu. Może faktycznie nie widziała porządnego, pomyślał Janusz, ale nie odezwał się ani słowem. Lepiej nie mówić, gdy cię nie pytają, przypomniał sobie radę daną przez Tomka, pilota wycieczki, jeszcze na lotnisku w Warszawie.
Spojrzał na sąsiednie stanowiska. Jego współtowarzysze podróży byli tak samo skrupulatnie kontrolowani, jak on. Dość szybko i w miarę sprawnie. Problem miała tylko jakaś kobieta, która nie mogła porozumieć się z Koreańczykami. Nie rozumiała angielskiego, ale pilot podszedł do niej i sprawa wyjaśniła się w ciągu jednej chwili. Cała procedura wjazdowa trwała około pół godziny i wszyscy uczestnicy wycieczki spotkali się w holu dworca lotniczego ze swoim koreańskim pilotem, Wanem. Po powitaniu, Wan poinformował, że teraz udadzą się do hotelu Asturia, z którego można wychodzić tylko grupowo, razem z nim, Nigdy samodzielnie. Po terenie hotelu można poruszać się swobodnie, można też dowolnie korzystać z jego infrastruktury, ale wszystko jest płatne w euro.
Pół godziny później dotarli autobusem do hotelu. Po drodze wszyscy z zaciekawieniem patrzyli na niemal puste ulice Pjongjangu. Uwagę Janusza zwróciła dziwna rzecz. Na skrzyżowaniach stały młode policjantki kierujące ruchem. Ruchem, którego właściwie nie było.
W hotelu Asturia najpierw zatrzymano wszystkim paszporty, co zdarzało się także w innych krajach. Później przybysze mieli dostać imienne, koreańskie identyfikatory ze zdjęciem, co było ewenementem. Janusz, jako podróżujący samotnie, otrzymał jednoosobowy pokój na dwudziestym piętrze, pokój z balkonem, z którego rozpościerał się piękny widok na Pjongjang. O godzinie 18 mieli spotkać się na kolacji w restauracji na pierwszym piętrze. Dochodziła dopiero 16.
Co robić przez te dwie godziny – zastanawiał się w myśli Janusz. Chętnie pochodziłby po okolicy, ale było to zakazane. Zaczął się rozpakowywać, potem wziął prysznic. Pozostała jeszcze ponad godzina. Wyszedł na balkon i spojrzał na otaczające go wieżowce. Były szare, inne kolorowe, wysokie i wszystkie podobne do siebie. Nieco dalej zaczynała się niższa zabudowa. Widać było stąd kilka ulic z pojedynczymi samochodami, tramwaje i trolejbusy wolno sunące naprzód. Postanowił zrobić kilka zdjęć z balkonu. Wziął aparat, wycelował i nacisnął spust migawki. Zrobił parę ujęć. Wtedy przypomniał sobie o teleobiektywie, który miał w walizce. To była świetna okazja, aby go użyć. Szybko zamienił obiektywy i wrócił na balkon. Widok był ciekawy, mógł teraz dostrzec to, czego gołym okiem prawie nie było widać. Celując w stronę sąsiedniej ulicy zrobił kilka fajnych ujęć. W panoramie Pjongjangu dominowały wprawdzie blokowiska, ale były zupełnie inne niż te znane z polskich miast. Były kolorowe i uporządkowane, po prostu ładne. Był tak zajęty tym, co robił, że nie zauważył, jak z okna sąsiedniego wieżowca kilka osób uważnie mu się przygląda. Po chwili dołączył do nich człowiek w zielonym mundurze. Zaczął coś pokazywać pozostałym, wskazując ręką w kierunku Janusza. Ten jednak nie patrzył w ich stronę i robił dalej zdjęcia. Kilka minut później obserwujący go ludzie zniknęli za swoim oknem niezauważeni przez Polaka. Nie minął kwadrans, a do drzwi pokoju Janusza ktoś głośno zastukał.
Pewnie przynieśli paszport albo identyfikator – pomyślał. Położył aparat na łóżku i podszedł do drzwi. Nacisnął klamkę i wyjrzał na korytarz. Za drzwiami stało czterech mężczyzn, jeden cywil i trzech mundurowych. Pierwszy z nich pchnął gwałtownie drzwi. Pozostali dwaj mundurowi chwycili Janusza za ręce i wykręcili do tyłu. Cywil krzyknął coś po koreańsku. Ponieważ Janusz był kompletnie zaskoczony i próbował tłumaczyć coś po angielsku, cywil odwrócił się do niego i powiedział w tym samym języku.
- Paszport !
- W recepcji hotelu – odpowiedział przerażony Janusz.
Cywil chyba tego nie zrozumiał, bo jeszcze kilka razy powtórzył żądanie okazania paszportu. Potem podszedł do leżącego na łóżku aparatu fotograficznego. Podniósł go i włączył. Spojrzał na wyświetlacz. Zaczął przeglądać zdjęcia, które Janusz zrobił przed chwilą. Następnie uśmiechnął się szyderczo, podszedł do Janusza i pokazując palcem na aparat wymamrotał coś po koreańsku. Następnie krzyknął coś niezrozumiałego do mundurowych, co brzmiało jak rozkaz, a ci chwycili mocniej Janusza i wyprowadzili z pokoju. Wcześniej założyli mu na ręce kajdanki. Zwieźli go windą do podziemi hotelu, po czym przez tylne wyjście wyprowadzili na zewnątrz. Na podwórzu stały zaparkowane dwa zielone łaziki - uazy. Do jednego z nich wepchnęli Janusza. Obok usiadło dwóch żołnierzy czy policjantów. W rękach trzymali kałasznikowy. Dopiero teraz Janusz zrozumiał, że chyba narobił sobie kłopotów fotografując z hotelowego balkonu. Miał jednak nadzieję, że wszystko uda się wyjaśnić i wkrótce wróci do hotelu.
Nie wiedział jeszcze, jak bardzo się mylił.
*
Około godziny 18 polscy turyści zeszli do hotelowej restauracji. Polski pilot. pan Tomek oraz jego koreański kolega, Wan, ponownie powitali zebranych w stolicy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej.
Pan Tomek jeszcze raz poinformował, że poruszanie się po mieście jest możliwe tylko w towarzystwie koreańskiego pilota. Samodzielne spacery poza terenem hotelu są zabronione.
Teraz rozdam wszystkim identyfikatory, które jesteście obowiązani nosić przy sobie. Jest to odpowiednik paszportu na terenie Korei Północnej. Na żądanie władz należy go okazać.
Poza tym przypominam, że w Korei Północnej nie wolno fotografować osób umundurowanych, obiektów i pojazdów wojskowych, a także innych obiektów o znaczeniu strategicznym. Najlepiej przed zrobieniem zdjęcia upewnić się u pilota miejscowego, czy dany obiekt można sfotografować. Radzę bardzo uważać przy robieniu zdjęć. Szczególnie podejrzane może okazać się używanie dużych teleobiektywów, które mogą być kojarzone z wyposażeniem szpiegowskim.
Poproszę teraz, aby wyczytane osoby zechciały odebrać identyfikatory. Wasze paszporty zostaną zwrócone w dniu wyjazdu z hotelu. Do tego czasu pozostaną w depozycie.
Tomek zaczął wyczytywać kolejne nazwiska. Turyści podchodzili do niego i odbierali zafoliowane kartoniki ze zdjęciem i koreańskimi napisami.
W pewnym momencie Tomek odczytał:
- Pan Janusz Nowak.
Zapadła cisza i nikt nie podszedł po identyfikator.
Tomek rozdał pozostałe i spytał ponownie, czy jest na sali pan Nowak. Janusz Nowak. Nikt mu nie odpowiedział.
- Czy ktoś zna pana Nowaka – spytał Tomek.
- To chyba ten wysoki brunet, który dostał pojedynczy pokój – odpowiedział ktoś z sali.
- W porządku, odpowiedział Tomek. Zajmę się tym później.
I pomyślał: zaczyna się, pewnie zagubił się w hotelu albo, co gorsza, poszedł sam do miasta.
- Proszę państwa. Spotykamy się jutro o ósmej na śniadaniu w tym samym miejscu. O dziewiątej jedziemy zwiedzać Pjongjang. Życzę dobrej nocy.
Tomek poszedł do recepcji hotelowej i spytał, w którym pokoju jest zameldowany Janusz Nowak.
- Pokój 2044 – odpowiedział uprzejmie recepcjonista.
Tomek podszedł do windy i po chwili był już na 20 piętrze. Jednak drzwi pokoju 2044 były zamknięte. Nikt nie odpowiedział na pukanie.
W pokoju 2045, mieszczącym się obok, zatrzymało się polskie małżeństwo z tej samej wycieczki. Akurat dojechali windą i podeszli do swoich drzwi.
- Nie widzieliście sąsiada, pana Nowaka – spytał Tomek.
- Niestety nie. Ale zaraz po przyjeździe słychać było stamtąd dziwne hałasy, głośne rozmowy, chyba po koreańsku. Nie wyglądaliśmy jednak z naszego pokoju.
W tych okolicznościach Tomek zjechał ponownie do recepcji i zadzwonił stamtąd do Wana – pilota koreańskiego. Znali się z Wanem z poprzedniej wycieczki i Tomek wiedział, że może liczyć na jego pomoc. Faktycznie, Wan był w swoim pokoju w tym samym hotelu i obiecał zaraz przyjść do recepcji.
Zjawił się po 10 minutach. Wysłuchał opowieści Tomka o zaginionym Januszu i dziwnych hałasach dobiegających wcześniej z jego pokoju.
- Musimy tam wejść – oznajmił stanowczo Wan.
Poprosił recepcjonistę o klucz. Ten wydał mu posłusznie klucz zapasowy informując jednocześnie, że klucza głównego od pokoju 2044 nie zwrócono do recepcji.
Wan i Tomek wjechali ponownie na dwudzieste piętro i otworzyli drzwi pokoju 2044. W środku nie było nikogo. Nie było też żadnego bagażu ani jakichkolwiek rzeczy, które wskazywałyby na czyjąś obecność.
Nie mogli wiedzieć, że agenci bezpieczeństwa wynieśli dyskretnie wszystkie rzeczy Janusza natychmiast po jego aresztowaniu. Zadbali też, aby na miejscu nie pozostał żaden ślad bytności turysty.
- Musimy przeszukać hotel, a jeśli twój turysta się nie znajdzie, zawiadomić policję – oznajmił Wan.
- Oczywiście – odpowiedział Tomek. Od czego zaczynamy?
- Idziemy do biura ochrony hotelu – zdecydował Wan.
Po trzech godzinach bezskutecznych poszukiwań przez pracowników biura ochrony hotelu, Wan uznał, że trzeba dzwonić na policję.
- Jeśli ten twój Nowak poszedł sam do miasta, to już go na pewno zatrzymali. W dodatku był z pewnością bez dokumentów. W hotelu go nie ma. Bez policji nie damy sobie rady.
Chwilę później z biura ochrony, Wan zatelefonował na policję.
- Przyjęli zgłoszenie. Na razie nie zatrzymali takiego turysty. Przyjadą później spisać protokół.
Policjanci zjawili się po godzinie. Wypytali Tomka o wszystkie szczegóły związane z zaginięciem turysty, zabrali z recepcji jego paszport i identyfikator, którego nie zdążył odebrać. Obiecali zawiadomić Wana, gdy coś ustalą i odjechali.
Po przybyciu na komisariat, najstarszy stopniem policjant podniósł słuchawkę szarego aparatu na swoim biurku. Aparat ten nie miał żadnych przycisków, służył do bezpośredniej łączności z oficerem służby bezpieczeństwa. Zreferował sprawę zaginięcia turysty. Jego rozmówca coś mu przekazał, a on zwrócił się po chwili do pozostałych policjantów.
- Wracajcie do swoich zajęć. To nie nasza sprawa.
*
W tym samym czasie, Janusz znalazł się w ponurej celi. Był sam. W celi było ciemno, nie świeciło się żadne światło, tylko poprzez zakratowane okno wpadała jasna smuga z podwórza. Oprócz stalowego łóżka stało tam jeszcze blaszane wiadro służące za wc. W kącie, nad kratką ściekową, był kran z zimną wodą. Wyposażenia dopełniała brudna, blaszana miska.
Janusz położył się na pryczy i rozmyślał o tym, co go spotkało. Cały czas sądził, że sprawa zostanie wyjaśniona. W razie problemów, liczył na pomoc ambasady.
Tego wieczora już nikt do niego nie zajrzał. Około północy zasnął. Obudziły go ranne hałasy. Początkowo myślał, że to, co przydarzyło mu się poprzedniego dnia, to był koszmarny sen. Ale kiedy otworzył oczy, upewnił się, że to wszystko jest prawdą, a on znalazł się rzeczywiście w północnokoreańskim więzieniu.
Nie wiedział, która mogła być godzina, bo zabrali mu zegarek. Odebrali mu też ubranie, dając w zamian więzienny drelich. Było już zupełnie widno, gdy drzwi celi otworzyły się i strażnik wstawił do środka metalową miskę z czymś, co zapewne miało być śniadaniem. Nie wyglądało to apetycznie, ale Janusz nie jadł nic od wczoraj, od wyjścia z samolotu. Wziął odrobinę klajstru z miski w dwa palce i spróbował przełknąć. Było ohydne. Ale głód był na tyle silny, że zmusił się do przełknięcia paru kęsów. Do picia miał tylko wodę z kranu w kącie. Jakąś godzinę później, drzwi celi otworzyły się ponownie i do środka wszedł strażnik. Krzyknął na Janusza i gestem ręki pokazał, że ma wyjść na korytarz. Przeprowadził go przez ciąg ponurych korytarzy do innej części budynku. Było tam jaśniej i czyściej, co nie znaczy, że było czysto. Na podłodze zamiast betonu była gumowa wykładzina. Drzwi do pomieszczeń były drewniane, a nie metalowe, jak w celach. Gdy doszli do ostatnich drzwi, strażnik zapukał w nie i po chwili otworzył. Puścił Janusza przodem i coś zameldował oficerowi siedzącemu za biurkiem w rogu pokoju. Po chwili wartownik wyszedł i Janusz pozostał sam z owym oficerem.
- Jestem kapitan Li – odezwał się po angielsku gospodarz. Proszę siadać, wskazał Januszowi krzesło stojące przed biurkiem.
- Dziękuję – odpowiedział Janusz i usiadł.
- Został pan zatrzymany w związku z podejrzeniem o szpiegostwo na rzecz imperialistów. Zostanie pan przesłuchany.
- Panie kapitanie. Ja nic nie zrobiłem. To jakaś pomyłka. Jestem turystą z Polski. Aresztowano mnie w pokoju hotelowym, nie wiem nawet, dlaczego.
- Powoli, panie Nowak, tak pan się nazywa, prawda?
- Tan, Janusz Nowak.
- Gdzie pan mieszka?
- W Warszawie, w Polsce.
- Dla kogo pan pracuje?
- Pracuję w banku w Warszawie.
- Pytam, dla kogo pan wykonywał zdjęcia szpiegowskie w okna hotelowego?
- Panie kapitanie, zdjęcia robiłem na pamiątkę, dla siebie i aby pokazać znajomym. Nie jestem szpiegiem. Proszę mi wierzyć.
- Powoli, mamy dużo czasu, powtórzył kapitan Li. Po co przyjechał pan do Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej?
- Interesuję się turystyką. To jedyny powód. Byłem już w wielu krajach…
- Gdzie?
- W Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii…
- A więc w krajach imperialistycznych, panie Nowak. Kapitan Li z zadowoleniem podsumował wypowiedź Janusza. Mamy dowód pana szpiegowskiej działalności. Pracuje pan dla NATO, organizacji wojskowej imperialistów!
To jakiś obłęd pomyślał Janusz. Zaczął żałować, że wymienił te kraje, mógł powiedzieć, że był w Chinach, zaprzyjaźnionych z Koreą Północną.
- Zapewniam pana, panie kapitanie, że nie mam nic wspólnego z działalnością szpiegowską. Jestem zwykłym turystą pragnącym poznać wasz kraj.
- Wszystko się wyjaśni – odpowiedział kapitan Li. I radzę panu mówić prawdę, nas nie można oszukać.
- Deklaruję chęć pełnej współpracy, panie kapitanie.
Kapitan Li spojrzał na Janusza podejrzliwie. Nie skomentował jednak tej wypowiedzi.
- Napije się pan herbaty – spytał nagle zmieniając ton.
- Bardzo chętnie panie kapitanie – odpowiedział Janusz.
Po chwili do pokoju wszedł młody żołnierz. Kapitan powiedział coś w ich języku i żołnierz pięć minut później wszedł do gabinetu z tacą, na której stały dwie filiżanki herbaty.
- Dziękuję panie kapitanie, powiedział Janusz.
- A więc, panie Nowak – zaczął znowu kapitan Li - co pan chce mi powiedzieć?
- Pragnę zapewnić pana, że nie mam żadnych zamiarów działać przeciwko pana krajowi.
- Po co więc te zdjęcia?
Janusz ponownie próbował przekonywać kapitana Li, że nie szpiegował dla nikogo, a zdjęcia robił dla przyjemności. Jednak kapitan nie dawał wiary jego wyjaśnieniom, powtarzając, że mają dużo czasu.
Po czterech godzinach wartownik odprowadził Janusza z powrotem do tej samej celi. Krótko później przyniesiono mu obiad – miskę takiej samej patałochy, jak rano. Do końca dnia już nikt do celi nie zaglądał.
Kolejne dni wyglądały dość podobnie. Kapitan LI robił wrażenie spokojnego, nawet chwilami życzliwego. Ale nie docierały do niego żadne argumenty.
Janusz postanowił zażądać kontaktu z polską ambasadą. Przy okazji kolejnego przesłuchania wspomniał o tym kapitanowi Li.
Gdy zakończy się śledztwo, przekażemy pana waszej ambasadzie – uciął krótko. Następnie zaczął znowu zadawać te same pytania.
Tego było już za wiele. Cierpliwość Janusza ostatecznie wyczerpała się. Zerwał się z krzesła, na którym siedział i krzyknął:
- Jestem obywatelem innego państwa, Polski oraz Unii Europejskiej. Nie możecie mnie tak traktować. Żądam natychmiastowego kontaktu z moją ambasadą. Nie powiem ani słowa więcej.
Wtedy kapitan Li spokojnie wyjął z szuflady biurka plik fotografii i położył przed Januszem.
- Poznaje pan te zdjęcia – spytał.
Były to powiększone odbitki z ujęć wykonanych przez Janusza feralnego dnia z balkonu hotelowego.
- Poznaję. To moje zdjęcia, według was „szpiegowskie”. – syknął wściekły.
- To proszę przyjrzeć się dokładnie. Szczególnie tej odbitce. Wyciągnął z pliku jedno zdjęcie i przysunął do Janusza. Przedstawiało typową zabudowę Pjongjangu, blokowiska i kilka ulic widzianych z dwudziestego piętra hotelu Asturia.
- Zwykłe zdjęcie panoramy miasta, skomentował Janusz.
- Proszę spojrzeć tutaj – kapitan Li wskazał palcem na fragment fotografii.
Janusz przyjrzał się dokładniej. Palec kapitana wskazywał trzy wielkie, zielone pojazdy, zapewne wojskowe. Były to ciągniki siodłowe z ogromnymi naczepami. Naczepy były wyładowane czymś, co starannie zakryto brezentowymi plandekami. Jednak plandeka ostatniego z pojazdów była zawinięta, jakby powiewem wiatru. Wystawał spod niej masywny, szary, chyba metalowy element przypominający fragment skrzydła samolotu albo statecznik.
- Nie wiem, co to jest. Fotografowałem tylko widok z okna hotelu na Pjongjang – powiedział Janusz bez przekonania, że kapitan mu uwierzy.
- To jednoznaczny dowód na pana szpiegowską działalność przeciwko Korei. A u nas szpiedzy nie mają prawa ani do kontaktów z żadną ambasadą, ani do adwokata. W filmach szpiegów czasem wymienia się pomiędzy państwami. Podkreślam słowa „w filmach”. Bo w rzeczywistości, wszystkich takich jak pan, czeka jeden los. Sądzę, że dla sądu ludowego dowodów pana winy wystarczy w zupełności. Każdy kraj, panie Nowak, ma swoje tajemnice. I strzeże ich w imię racji stanu. Pan chciał nasze tajemnice poznać i wykraść. Jest pan winny zbrodni szpiegostwa na szkodę Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej.
Kapitan Li nacisnął mały przycisk na brzegu swego biurka i po chwili do pokoju wszedł wartownik.
- Wyprowadzić, rzucił w jego stronę po angielsku Li, ale zaraz poprawił się i powtórzył to samo po koreańsku, bo wartownik nie zrozumiał pierwszego rozkazu.
Gdy Janusza wyprowadzono do celi, kapitan Li usiadł ciężko za biurkiem. Był zmęczony, ale zadowolony. Podniósł słuchawkę telefonu i wybrał trzycyfrowy numer wewnętrzny.
- Jesteś u siebie – spytał, gdy wybrany rozmówca odebrał telefon.
- Czekam na ciebie – odpowiedział tamten krótko.
Po chwili kapitan wyszedł z pokoju zamykając drzwi na klucz i wszedł schodami na następne piętro. Zapukał do jednych z drzwi i wszedł do pomieszczenia, które wyglądało na sekretariat. Siedzący za biurkiem żołnierz zerwał się i stanął na baczność.
- Do towarzysza pułkownika Kima, czeka na mnie – wycedził kapitan w stronę żołnierza.
Następnie podszedł do wewnętrznych drzwi, wygłuszonych sztuczną skórą, za którymi były następne, identyczne. Wszedł do dużego, jasnego gabinetu, w którym siedział młody oficer w galowym mundurze.
- Melduję się – zaczął kapitan.
- W porządku, siadaj, powiedział gospodarz. Widać było, że znają się dobrze i mimo różnicy wieku, chyba się przyjaźnią.
- Przesłuchuję tego Polaka od tygodnia, a on ciągle swoje. Nic nie wie. Fotografował naszą architekturę.
- Swołocz, skomentował młody pułkownik.
- Chyba, że to naprawdę przypadek – powiedział Li.
- Myślisz? Według mnie, nie ma takich przypadków. Zobacz. Przyjechał dokładnie w dniu, kiedy miał iść transport rakiet. Stał na balkonie z teleobiektywem. Zrobił zdjęcie akurat w tym kierunku. Za dużo tych przypadków.
A swoją drogą, to kto zezwolił na transport takiego ładunku w biały dzień przez miasto pełne ludzi?
- Słyszałem, że ktoś ważny. Podobno chcieli obejrzeć te rakiety na dziedzińcu pałacu Wodza. Taki kaprys.
- Trudno. Teraz musimy jakoś wypić to piwo. Polaka nie można w żadnym razie wypuścić. Na pytania jego ambasady odpowiadamy, że nic o nim nie wiemy. Jego grupa wyjeżdża dzisiaj do Chin. A on po prostu gdzieś zaginął, zabłądził. Jak go znajdziemy, to im powiemy. Rozumiesz?
- Tak jest, rozumiem.
- Teraz trzeba go gdzieś ukryć, ale nie likwidować. Nie wiadomo, co jeszcze z tego wyniknie.
*
Na kilka godzin przed planowanym wyjazdem z Korei Północnej do Chin, Tomek ponownie zadzwonił do polskiej ambasady w Pjongkangu. Znali już sprawę zaginięcia Janusza Nowaka. Przesłali już stosowną informację do Warszawy. Jednak władze KRLD stanowczo zaprzeczały, jakoby miały z tym cokolwiek wspólnego. Odpowiadano, iż polski turysta albo nie dotarł do Pjongjangu, co było absurdem, albo zgubił się w mieście. To także było nieprawdopodobne, bo żaden turysta nie może samodzielnie poruszać się po Korei Północnej. W dodatku, zgodnie z informacją pilota wycieczki, Tomka, paszport Janusza Nowaka zabrała policja już po jego zaginięciu, a więc z pewnością nie miał przy sobie dokumentów. Jednak zdaniem pracowników ambasady polskiej, nigdy nie zdarzyło się, aby Koreańczycy zatrzymali obcokrajowca i nie przyznawali się do tego. Kilka lat temu głośna była sprawa zatrzymania dwóch Amerykanek na granicy chińsko-koreańskiej. Władze KRLD natychmiast potwierdziły ich aresztowanie. Ich uwolnienie wynegocjował wówczas Bill Clinton. Teraz, gdyby Nowaka zatrzymano, to zdaniem ambasady, Koreańczycy poinformowaliby o tym natychmiast.
Tego dnia Tomek nie dowiedział się także niczego nowego w ambasadzie. Podobnie, nic więcej nie miała do powiedzenia policja koreańska, na którą naciskał regularnie Wan, lokalny pilot i zapewne informator tutejszych władz.
Tak więc polska grupa musiała odjechać, zgodnie z planem, w kierunku Chin, aby dwa dni później udać się na dalszą część wyprawy – do Korei Południowej.
*
Janusz po powrocie z przesłuchania położył się jak zwykle w swojej celi na niewygodnym łóżku. Jak codziennie, dostał niejadalny obiad i na tym atrakcje się skończyły. Następnego dnia rano nie wezwano go już na przesłuchanie. Po śniadaniu cały czas przebywał w swojej celi. Około godziny 16 przyniesiono obiad i nikt znowu do celi nie zajrzał aż do kolejnego ranka. Początkowo nie wiedział, co się stało. Myślał, że może mają jakieś święto albo ważniejsze sprawy niż przesłuchiwanie jego. Dopiero po dwóch dniach drzwi celi otworzyły się w godzinę po śniadaniu i do środka wszedł wartownik. Krzyknął coś w ich niezrozumiałym języku. Janusz wstał i zamierzał, jak poprzednio, iść na kolejne przesłuchanie. Ale wartownik pokazał na drelichową kurtkę, którą dostał pierwszego dnia po aresztowaniu. Zrozumiał, że ma ją zabrać. Zamiast w kierunku gabinetu kapitana Li, poprowadzono go na dół, na podwórze. Powiew świeżego powietrza był wspaniały. Od ponad tygodnia nie wychodził z cuchnącego aresztu. Wartownik doprowadził go do zielonego uaza, zaparkowanego na środku dużego dziedzińca. Wewnątrz siedziało trzech mundurowych. Ten siedzący obok kierowcy, podpisał coś i dał wartownikowi, który odwrócił się na pięcie i odszedł. Jeden z żołnierzy popchnął Janusza w kierunku drzwiczek, a sam usiadł obok. Samochód ruszył przez bramę na ulicę. Jechali poprzez miasto, aż zabudowa stała się rzadsza i niska. Minęli jakiś posterunek kontrolny na obrzeżach Pjongjangu bez zatrzymania i pojechali szosą zostawiając stolicę Korei za sobą. Jechali około dwóch godzin drogą, po której z rzadka mijali jakiś samochód. Wreszcie dotarli do skrzyżowania z małą, wąską drogą biegnącą poprzez las w prawo od głównej szosy. Kierowca skręcił w nią z lekkim piskiem opon. Po kolejnych dwudziestu minutach po prawej stronie Janusz zobaczył wysoki na jakieś trzy metry mur ze zwojami drutu kolczastego na górze. Chwilę później samochód ponownie skręcił w prawo w kierunku bramy. Kierowca zatrąbił. Z bramy wyszedł wartownik z karabinem na ramieniu i podszedł do uaza. Rozmawiał przez moment z żołnierzem siedzącym obok kierowcy. Ten podał mu jakieś papiery. Wartownik zabrał je i wrócił do bramy. Ta po chwili otworzyła się skrzypiąc i uaz wjechał do środka. Podjechali pod szary barak i zatrzymali się. Nad nimi, na maszcie, łopotała flaga z czerwoną gwiazdą. Konwojujący Janusza żołnierze wysiedli i kazali jemu zrobić to samo. Wprowadzili go do baraku, gdzie przyjął ich jakiś podoficer. Konwojenci przekazali mu teczkę z dokumentami i pokazali na Janusza. Później zasalutowali podoficerowi i wyszli. Po chwili uaz odjechał.
Janusz został w towarzystwie podoficera w nieznanym mu miejscu. Gospodarz przyglądał mu się przez chwilę, po czym powiedział coś po koreańsku. Janusz próbował odpowiedzieć po angielsku, ale tamten z pewnością nie znał ani słowa w innym języku niż jego własny. Wziął w rękę drewniana pałkę i pokazał nią drogę w kierunku drzwi. Wyprowadził Janusza z baraku i kazał iść w kierunku zabudowań oddalonych o jakieś 300 metrów w głębi obozu. Gdy doszli, okazało się, że są to również baraki, ale o wiele gorsze niż ten przy bramie. Zaprowadził Janusza do jednego z nich i zawołał stojącego w pobliżu mundurowego. Ten podbiegł i zasalutował. Przejął Janusza od przełożonego i zaprowadził do jednego z baraków. Weszli do środka. Wewnątrz nie było nikogo. W pomieszczeniu stały piętrowe, stalowe prycze z równo zasłanymi materacami, podobnie jak w wojsku. Wartownik wskazał Januszowi miejsce na górze jednej z pryczy i wyszedł. Janusz usiadł na taborecie obok łóżka i czekał. Dalej nie miał pojęcia, gdzie jest ani na jak długo. Pozostało mu cierpliwie czekać.
*
Bezczynne czekanie wydawało się Januszowi wiecznością. Był potwornie głodny i chciało mu się pić, ale nie śmiał wyjść z baraku i zwrócić się do wartownika. Zresztą, tamten rozumiał tylko po koreańsku. Wreszcie, gdy zaczęło się zmierzchać, doszły do niego odgłosy zbliżających się ludzi. Po chwili do baraku zaczęli wchodzić jego mieszkańcy. Wszyscy ubrani byli w takie same, więzienne, drelichowe spodnie i kurtki, jak on. Każda z kurtek miała przez całą szerokość pleców naszytą dużą kieszeń. Janusz w swojej nic nie nosił, ale ludzie, którzy weszli do baraku, kieszenie te mieli mocno wypchane. Dzięki temu, ich figury były jakby bezkształtne, dziwne. Wszyscy byli bardzo chudzi i mizerni, nie domyci i wyglądali strasznie.
Do pryczy, przy której stał Janusz podszedł młody, około trzydziestoleni mężczyzna. Spojrzał na Janusza i odezwał się łamaną angielszczyzną:
- Skąd jesteś?
- Z Polski – odpowiedział Janusz.
- Jesteś Polakiem? – ucieszył się przybysz. Ostatnie słowa wypowiedział prawie czystą polszczyzną.
- A ty skąd znasz polski? – spytał kompletnie zaskoczony Janusz.
- Studiowałem w Warszawie. Jestem Wu. Wyciągnął rękę na powitanie.
- Janusz Nowak.
- Za co tu jesteś?
- Nie wiem, podobno sfotografowałem coś, czego nie było wolno.
- A długo tu będziesz?
- Nie mam pojęcia, nic mi nie powiedzieli.
- To fatalnie. Mogą trzymać cię latami, jeśli zechcą.
- Żartujesz.. Janusz nie wierzył w to, co usłyszał.
- Niestety nie. Ja tu jestem już pół roku i posiedzę jeszcze co najmniej kolejne półtora.
- Za co tu trafiłeś?
- Nie miałem w domu, na ścianie, wymaganych przez władze fotografii naszego Wielkiego Wodza i Drogiego Przywódcy. Do mojego mieszkania przyszła kontrola, Co miesiąc taka przychodzi. Ale ta przyszła trzy dni po poprzedniej. No i nie zdążyłem zawiesić fotografii, które poprzedniego dnia zdjąłem.
- To jakiś koszmar. Gdzie my właściwie jesteśmy?
- To jest obóz Czu Sang. I tak mieliśmy szczęście. Podobno ten obóz nie jest jeszcze najgorszy. W Korei są o wielo gorsze. Na przykład, mogłeś trafić do Yodok. W porównaniu z nim, Czu Sang to raj na ziemi. Sanatorium dla wybrańców.
- A co tu się robi cały dzień?
- Wszyscy pracujemy od świtu do zmroku. Ja pracuję w szwalni mundurów. Jest tu jeszcze wytwórnia puszek na konserwy i fabryka farb. Tam jest najgorzej, bo pracuje się wśród chemikaliów. Wszyscy zaczynają szybko chorować, a wtedy nie dostają jedzenia. Je tylko ten, kto pracuje.
- Właśnie. Jestem okropnie głodny. Od śniadania nic nie jadłem i nie piłem.
- Przywykniesz. Głód trzeba polubić. A napić możesz się wody w łazience – Wu wskazał ręką sąsiednie pomieszczenie.
- Dzięki. Janusz poszedł szybko w tym kierunku. W łazience stały dwa długie koryta z kranami do mycia, naprzeciwko była ubikacja. Zauważył coś jeszcze, w oknie nie było krat.
Gdy wrócił na pryczę, Wu opowiedział mu jeszcze o porządku dnia w obozie. Wstają o świcie i idą do pracy. Każdy zgodnie ze swoim przydziałem od strażnika baraku. Śniadanie dostają w miejscu pracy, podobnie jak obiad. Kolacji nie ma. Potem jest szkolenie polityczne. O zmroku wracają do baraku. Należy umyć się i iść spać. Światła nie wolno zapalać nikomu poza wartownikiem. Wychodzenie z baraku jest zakazane bez pozwolenia wartownika. Za złamanie regulaminu idzie się do karceru.
- Uwierz mi, Janusz, nie chcesz wiedzieć, jak tam jest. Teraz idź się umyć i chodźmy spać. Rano trzeba wstać.
*
Wczesnym rankiem w baraku rozległ się wrzask wartownika. Taka miejscowa pobudka. Wu zerwał się na równe nogi i szturchnął Janusza.
- Wstawaj szybko.
Pobiegli do łazienki. Spali w swoich drelichach. Więc nie musieli się ubierać.
- Zaściel pryczę – zawołał Wu. Sam błyskawicznie wygładził swoją okrywając ją jedynym kocem, jaki każdy z nich dostał. Janusz starał się go naśladować we wszystkim. Po kilku minutach, więźniowie stali w dwuszeregu na środku sali. Do pomieszczenia wszedł wartownik. Rozejrzał się dokładnie. Podszedł do pryczy, na której koc był lekko pofalowany i wrzasnął. Natychmiast podbiegł do niego przerażony więzień, właściciel pryczy. Upadł na kolana i zaczął przepraszać. Wartownik walnął go drewnianą pałką w plecy, aż tamten upadł. Ale wstał natychmiast i zaczął pośpiesznie wygładzać koc. Wartownik odwrócił się i przeszedł wzdłuż szeregu więźniów. Gdy zauważył Janusza. stanął przed nim i spytał o coś po koreańsku. Janusz domyślił się, że chodzi o jego dane, więc podał uprzejmie imię i nazwisko. Wartownik roześmiał się i klepnął Janusza po ramieniu. Ten nic nie rozumiał, ale uśmiechnął się uprzejmie i ukłonił. Wartownik odszedł i krzyknął jakąś komendę. Janusz spojrzał na Wu.
- Czego chciał?
- Masz zaraz dostać miskę i inne rzeczy. Pamiętaj, pilnuj ich jak oka w głowie przez cały pobyt tutaj. Noś zawsze w kieszeni kurtki. Dostaniesz tez kawałek mydła, szczotkę do zębów i ręcznik. Pilnuj tego wszystkiego, bo następne będziesz musiał sam kupić.
Poza tym, idziesz do wytwórni puszek. Miałeś szczęście.
Po kwadransie do Janusza podszedł wartownik i dał mu torbę z przydziałem. Dostał metalową miskę i pozostałe rzeczy, o których mówił Wu. Schował to wszystko do wielkiej kieszeni kurtki i jego figura upodobniła się od razu do figur pozostałych więźniów, wykoślawionych zawartością ich kieszeni.
Krótko później sformowano trzy kolumny z więźniów i poprowadzono ich do miejsc pracy. Janusz trafił do dziwnej manufaktury, w której produkowano z blachy puszki do konserw. Do niego należało pakowanie gotowych puszek w kartonowe pudła i dokładanie do każdego opakowania odpowiedniej ilości denek puszek. W sumie praca była łatwa i nie wymagała dużego wysiłku. Około godziny 9 przywieziono śniadanie. Janusz wreszcie mógł coś zjeść. Ponad dobę nie miał nic w ustach. I chyba tylko dlatego zjadł to, co mu podano. Była to chyba jakaś trawa czy zielsko, ugotowane w wodzie z dodatkiem odrobiny fasoli i kukurydzy. Nazywali to z angielska „food” czyli jedzenie. Ale jedzeniem było tylko z nazwy. Po około półgodzinnej przerwie wszyscy wrócili do pracy przy produkcji i pakowaniu puszek. W fabryce Janusz nie miał z kim porozmawiać, nikt nie znał angielskiego, a tym bardziej polskiego. Około godziny 17 przywieziono drugi posiłek. Menu było identyczne, jak rano. Po przerwie obiadowej, wszyscy znowu wrócili do pracy.
Pracowało ich około trzydziestu. Sami Koreańczycy i on, Janusz, jedyny cudzoziemiec. Byli pilnowani przez czterech wartowników, którzy jednak nie zwracali na więźniów większej uwagi. Byli cały czas zajęci rozmową lub opalaniem się.
Krótko przed zmrokiem, wartownicy policzyli więźniów i odprowadzili do miejsca zakwaterowania. Grupa Wu ze szwalni już była na miejscu.
- Jak było w pracy? – spytał Wu.
- Da się wytrzymać. Pakowałem puszki.
Później rozmawiali jeszcze przez około godzinę. Janusz dowiedział się, że pracują sześć dni w tygodniu. Czasem przyjeżdżają inspekcje i wtedy wyraźnie zaostrza się dyscyplina. Strażnicy zwracają głównie uwagę na porządek w sali, zaścielenie lóżek, na których nie wolno siadać ani tym bardziej kłaść się w ciągu dnia. Obozową walutą są papierosy, które ktoś przemyca na teren, zapewne wartownicy. Można za nie kupić niemal wszystko, poza wolnością.
Kolejne dni upływały podobnie do poprzednich. Więźniowie zmęczeni pracą nie mieli ochoty na nic, poza snem. Najgorzej było z jedzeniem. Prawie zawsze obozowa kuchnia serwowała food, rzadko trafiała się kasza kukurydziana, a już bardzo rzadko, od święta, odrobina ryżu. Do picia była tylko woda z kranu, ale do obiadu podawano wodę gorącą. Za paczkę papierosów można było kupić kubek herbaty.
Kolejne dni były bliźniaczo podobne do poprzednich. Praca była nudna, beznadziejna i długotrwała. Może to była metoda resocjalizacji. Koreańczycy, po pracy, uczestniczyli w zajęciach reedukacyjnych. On wprawdzie też musiał być tam obecny, ale tylko jako bierny widz, bo nic nie rozumiał z „wykładów” w ich języku. Natomiast miejscowi niezwykle poważnie podchodzili do zajęć. Nie nauczenie się na pamięć jakiejś „złotej myśli” Kim Ir Sena lub Kim Dzong Ila skutkowało brakiem przydziału jedzenia przez następny dzień. Wu przetłumaczył na język polski główne tezy szkoleń. Chodziło przede wszystkim o filozofię dzucze, czyli teorię pełnej niezależności ekonomicznej Korei Północnej i jej samowystarczalność. Sensu w tym trudno było się jednak dopatrzyć.
*
Po dwóch tygodniach pobytu w obozie Czu Sang, Janusz zaczął się załamywać. Tracił nadzieję na wyjaśnienie jego sprawy i legalne opuszczenie tego koszmarnego miejsca. Poza tym, zaczęło do niego docierać, że skoro pokazano mu obóz pracy w Korei Północnej, to nie po to, aby wyniósł informacje o nim na zewnątrz. Zaczynał rozumieć, że oni go stąd nie wypuszczą nigdy.
Pewnego razu spytał Wu, jak stąd można wyjść na wolność. Nie spytał celowo o możliwość ucieczki, bo nie miał do współwięźnia dość zaufania. Ale nawet takie pytanie przeraziło Wu.
- O czym ty mówisz? Chyba nie myślisz stąd zwiewać. Tego jeszcze nikt nie zrobił. Poza tym, dokąd? W komunistycznej Korei nikt ci nie pomoże, a za granicę się nie wydostaniesz. Jeśli złapią cię na próbie ucieczki, to już po tobie.
Janusz natychmiast pożałował, że zadał takie pytanie. Odparł więc krótko.
- Wiem o tym. Miałem na myśli możliwość jakiegoś zwolnienia, wiesz, za dobre sprawowanie czy z powodu choroby.
- Nawet o tym nie myśl. Nie ma takiej możliwości. Jak będą chcieli cię wypuścić, to cię sami wypuszczą.
Janusz już więcej nie wracał do tematu. Zorientował się, że Wu boi się własnego cienia, a co dopiero gniewu strażników. A może sąsiedztwo Wu, mówiącego po polsku Koreańczyka, nie było dziełem przypadku. Ta myśl już wcześniej przyszła mu do głowy. Jeśli faktycznie Wu był podstawiony,.,.
Następnego dnia Janusz postanowił rozmawiać z Wu bardziej ostrożnie. Zapytał go, czy wie o jakiejkolwiek możliwości odwołania się od decyzji o osadzeniu, choćby do komendanta obozu.
- Nie licz na to – odrzekł Wu. Nigdy nie widziałem tu żadnego komendanta, nikt też o nim nawet nie wspominał. A nawet, jeśli ktoś taki istnieje, to nie zechce z tobą rozmawiać.
Zabrzmiało to dość stanowczo. Jednak Janusz nie odpuszczał:
- A kto mógłby mi chociaż powiedzieć, ile lat łagru dostałem?
- Nie wiem. Ale wyroki wydaje tu sąd ludowy. Jeśli nie byłeś na rozprawie i nic ci nie powiedzieli, to może oznaczać, że będziesz tu na zawsze. Widocznie wyrok zapadł zaocznie.
Te słowa były przerażające. Coraz bardziej utwierdzały Janusza w przekonaniu, że zostanie tu na zawsze, chyba że…
*
Po miesiącu pobytu w obozie, Janusz nadal nie miał żadnych informacji w sprawie wyroku. Nikt z nim nie rozmawiał poza Wu, nikt nie przesłuchiwał. Życie płynęło w miarę jednostajnie. W dzień praca w wytwórni puszek, w nocy sen. Żadnych urozmaiceń. W jego głowie zaczęły kiełkować pomysły, że trzeba spróbować się stąd wyrwać. Skoro nie da się legalnie, to musi zaryzykować ucieczkę. Zaczął bacznie obserwować wszystko, co mogło mieć znaczenie w tej sprawie. Wszystko, co mogło ułatwić ucieczkę, ale i to, co mogło zagrozić jej powodzeniu.
Zaplanowane szczegóły musiał zapamiętywać i powtarzać wieczorami. O robieniu notatek nie mogło być mowy. Gdyby ktoś je znalazł, byłaby klęska.
Po pierwsze należało znaleźć sposób wydostania się z baraku i z obozu. Ucieczka za dnia była nie możliwa, wszystko było pod obserwacją i nigdy nie był sam. Przejście przez strzeżoną bramę wydawało się nierealne. Zatem pozostawała ucieczka nocą. Wtedy ilość wartowników była mniejsza, a część z tych, którzy mieli dyżur, spała. Ale i wtedy brama była zamknięta. Otwierano ją tylko dla przejeżdżających samochodów. Piesi przechodzili furtką obok i zawsze byli kontrolowani. Przy wejściu i przy wyjściu. Pewną nadzieję dawał okalający obóz mur. Z okien baraku widział jego fragment. Był wysoki na jakieś trzy metry. Górą biegły zwoje drutu kolczastego. Teoretycznie, druty mogły być pod prądem, ale w pobliżu nie było widać żadnej instalacji elektrycznej, więc raczej nie były. Poza tym, w Korei oszczędzano prąd, a to byłoby marnotrawstwo. Tak więc, pozostawała ucieczka przez mur. Należało wspiąć się, osłonić druty jakąś płachtą i zeskoczyć po drugiej stronie. Pamiętał, że biegła tam droga, którą go przywieźli. I chyba nie była w nocy oświetlona. Kolejną kwestią byli wartownicy na wieżyczkach strażniczych. Wieżyczki stały co około 150 metrów. Ale wartownicy nie byli zbyt uważni, a w ciemnościach przebiegnięcie niezauważonym wydawało się realne. Samo wyjście z baraku było najłatwiejsze. Wprawdzie drzwi zamykano od zewnątrz, ale w okienkach łazienki nie było krat. Można się tamtędy prześlizgnąć.
Najlepszym momentem na ucieczkę wydawała się noc z soboty na niedzielę. Wtedy wartowników było najmniej i byli najbardziej rozleniwieni. Więźniowie będą spali zmęczeni po pracy. Nikt go nie powinien zauważyć.
Teraz należało obmyśleć, co powinien zabrać ze sobą. Na pewno weźmie tylko najpotrzebniejsze rzeczy: butelkę plastikową z wodę, miskę na jedzenie, zapałki, o ile uda mu się je zdobyć od więźniów palących papierosy. Potrzebna będzie też jakaś płachta lub koc, aby położyć go na drutach kolczastych przy przeskakiwaniu muru. I coś, po czym wejdzie na mur. Musi zdobyć też cokolwiek do jedzenia po drodze, bez tego nie ma szans na dotarcie do celu. Właśnie. Musi jeszcze określić cel, do którego będzie zmierzał. Początkowo myślał o granicy z Koreą Południową, ale jej przekroczenie jest w praktyce nie możliwe. Zastrzeliliby go natychmiast. Przejście granicy z Chinami podobno jest wykonalne. Miejscowi czasem tak robią, gdy wyjeżdżają do Chin do pracy. Ale co on mógłby zrobić w Chinach. Pieszo nie dojdzie do Pekinu ani Szanghaju, do jakiejś europejskiej ambasady czy konsulatu. Podróżowanie pociągiem bez pieniędzy i bez biletu oraz dokumentów nie wchodziło w rachubę. Pozostało spróbować przedostać się do Pjongjangu. Była tam dzielnica ambasad. Może uda się dotrzeć do jakiejś placówki zagranicznej. Poza tym, do Pjongjangu było najbliżej, prawdopodobnie jakieś 100 – 150 kilometrów. Od biedy, da się przejść pieszo, głównie nocami.
Termin. Już wiedział, że w nocy z soboty na niedzielę. I chyba, jak najszybciej. Zaczął się sierpień, było jeszcze dość ciepło. Ale wkrótce noce staną się chłodne, a on będzie, być może, wędrował przez kilka tygodni.
Zatem teraz wszystko zależało od możliwości uzbierania niezbędnego ekwipunku. Za papierosy otrzymane w zamian za pól kostki mydła udało mu się dostać kilka sucharów. W podobny sposób wymienił paczkę papierosów na pól opakowania jakiegoś chińskiego wafla w czekoladzie. Z trudem zmusił się, aby schować go do wielkiej kieszeni drelichowej kurtki zamiast zjeść od razu. Był stale okropnie głodny.
Kilka dni później znalazł w kącie łazienki stary ręcznik używany do wycierania mokrej podłogi. Powinien nadać się jako izolacja na druty kolczaste. Pozostała jeszcze sprawa drabiny. Wejście na mur bez jej pomocy wydawało się nie możliwe. Jednak żadnej drabiny w obozie Czu Sang nie zauważył.
Znalazł natomiast kawałek sznura, około dwa i pół metra w dwóch częściach. Po związaniu i dodatkowym zrobieniu kilku supełków, można się po nim będzie wspiąć. Trzeba tylko na górze zrobić jakiś zaczep czy hak. To udało się wykonać dyskretnie w miejscu pracy z kawałka twardego drutu. Wszystko zmontował w nocy pod kocem i ukrył pod materacem pryczy.
Miał już wszystko, nawet zapałki, które ukradł palaczom. Wyjdzie im na zdrowie – pomyślał. I mnie też.
W najbliższą sobotę zjadł tyle obrzydliwego foodu, ile udało mu się dostać. Za ostatnie papierosy kupił też kubek herbaty, żeby nie dostać rozstroju żołądka po ohydnym jedzeniu popitym wodą.
Wieczorem napełnił plastikową, półlitrową butelkę wodą.
- Po co ci to – spytał zaciekawiony Wu.
- W nocy często chce mi się pić, odpowiedział Janusz. Wu chyba nic nie podejrzewał, bo więcej już o nic nie pytał.
Kiedy wszyscy więźniowie położyli się spać, Janusz starał się nie zasnąć. Około godziny 10 wieczorem, dyskretnie sięgnął pod materac i wyciągnął przygotowaną linkę z hakiem. Wsunął ją do kieszeni kurtki. To samo zrobił z butelką wody. Suchary i pół wafelka już tam były.
Bardzo cicho wstał i upewnił się, że nikt ze współwięźniów go nie obserwuje. Poprawił koc, tak, aby pozornie wyglądało, jakby pod nim spał. Założył buty i wyszedł z sali do łazienki. Wszedł. W środku nie było nikogo. W ciemnościach podszedł do uchylonego okienka. Wspiął się po małym parapecie i bezszelestnie zeskoczył na ziemię. Był na dworze. Pobiegł w kierunku parkanu. Kiedy spojrzał w stronę najbliższej wieżyczki strażniczej, dostrzegł tam wartownika. Ten patrzył chyba w drugą stronę, ale było zbyt ciemno, aby cokolwiek dostrzec. Wiedział, że na wieżyczkach są reflektory, które wartownicy czasami zapalają, ale teraz wszystkie były zgaszone. Cicho podbiegł do ogrodzenia i rzucił linkę z hakiem w kierunku wspornika drutów kolczastych. Ponieważ hak był okręcony kawałkiem szmaty, nie wydał prawie żadnego dźwięku. Gdy pociągnął za linkę, hak zakleszczył się i chwytając za węzły, mógł wspiąć się na ogrodzenie. Gdy był już na górze, położył stary ręcznik na pajęczynie z drutów kolczastych. Ręcznik był wprawdzie jasny, ale był też bardzo ubrudzony. Dzięki temu wydawał się ciemniejszy i wartownik z wieżyczki nie powinien go dostrzec w ciemnościach. Ukląkł na drutach przykrytych ręcznikiem. Kolce wbijały mu się jednak w skórę mimo prowizorycznej osłony i nogawek spodni z grubego drelichu. Po chwili zeskoczył na dół. Był poza obozem. Spojrzał w kierunku wieżyczki, wartownik poruszył się, ale chyba niczego nie usłyszał, bo nie włączył reflektora. Janusz zgięty w pół pobiegł cicho pod samym murem. Teraz wartownik już nie mógł go dostrzec. Przynajmniej do końca długości ogrodzenia. Dalej była kolejna wieżyczka i pusta przestrzeń przez około 200 metrów, za którą zaczynał się las.
Wtem, nagle zza zakrętu drogi wyłoniła się łuna światła. Usłyszał warkot silnika. Nadjeżdżał jakiś samochód. Janusz zwinął się w kłębek przy samym murze, wtulił głowę w ramiona i czekał. Samochód przejechał jakieś pięć, sześć metrów od niego i pojechał dalej. Był to wojskowy uaz, taki sam, jak ten, którym go tu przywieźli. Gdy się oddalił, Janusz wstał i spojrzał jeszcze raz w stronę wieżyczki strażnika. Ten stał i patrzył za odjeżdżającym samochodem. Wtedy Janusz cicho przeszedł do końca muru i wyszedł na otwartą, ciemną przestrzeń. Szedł powoli, aby wartownik nie zauważył ruchu. Po chwili dotarł do lasu i ukrył się między drzewami. Odwrócił się jeszcze raz i spojrzał w kierunku wartownika, ale nie dostrzegł go w ciemności. Wrócił na drogę i puścił się biegiem. Teraz mógł sobie na to pozwolić, wokół nie było nikogo. Gdy po kilku minutach poczuł zmęczenie, wszedł do lasu ciągnącego się obok drogi i usiadł. Sięgnął po butelkę wody i pociągnął kilka łyków. Po raz pierwszy od siedmiu tygodni, poczuł się nareszcie wolny.
*
Po krótkim odpoczynku, Janusz ruszył w dalszą drogę. Szedł szybkim krokiem brzegiem drogi, uważnie obserwując, czy coś nie nadjeżdża, albo czy ktoś nie nadchodzi z przeciwka. Pieszych raczej nie powinien spotkać. Zdarzały się jednak pojedyncze samochody, wyłącznie wojskowe. Te jednak miały włączone światła i z daleka było je widać. Co jakiś czas robił przerwę, aby odpocząć i wypić łyk wody. Zjadł też część swojego prowiantu. Wreszcie, po kilku godzinach marszu, poczuł się tak zmęczony, że postanowił zrobić dłuższą przerwę. Dotarł do skrzyżowania z małą, polną drogą odchodzącą w bok, w przeciwną stronę niż las, w którym postanowił się ukryć. Właśnie na wysokości skrzyżowania wszedł głębiej między drzewa, na jakieś pięćdziesiąt metrów. Mógł stąd obserwować krzyżówkę, a sam pozostawał niewidoczny dla jadących drogą. Po kwadransie poczuł, że musi się zdrzemnąć i zapadł w sen.
Kiedy obudził się, było już jasno. Wyjrzał dyskretnie w kierunku drogi. Na razie była pusta. W niedzielę ruch był jeszcze mniejszy niż w pozostałe dni tygodnia. Zaczął zastanawiać się, czy iść dalej za dnia, ale wydało mu się to zbyt ryzykowne. Postanowił więc przeczekać w lesie cały dzień, wypocząć i wieczorem ruszyć w dalszą drogę.
Po godzinie usłyszał warkot silnika. Dyskretnie wyjrzał zza krzaków w stronę drogi. Po chwili dostrzegł zielony, wojskowy samochód, który jechał wolno od strony obozu. Z okien wystawały z obu stron głowy wartowników, których znał z Czu Sang.
- A więc szukają mnie – pomyślał. I tak późno odkryli ucieczkę.
Samochód zatrzymał się na krzyżówce i po chwili skręcił w boczną drogę oddalając się od Janusza. Dopiero wtedy dostrzegł, że jakieś 300 metrów dalej stoi kilka zabudowań, zapewne jakaś mała wioska. Strażnicy wysiedli i rozbiegli się do budynków. Zaglądali wszędzie, ale zbiega nie odnaleźli. Spytali też o niego kilku mieszkańców osady. Ale ci nic nie wiedzieli o białym uciekinierze. Po pół godzinie wsiedli do samochodu i wrócili do krzyżówki, skręcili w prawo i odjechali wolno w stronę, w którą zamierzał iść Janusz.
Nieco później poczuł silny głód. Miał jeszcze kilka sucharków i wafelek, ale postanowił zachować je na później, na czas, gdy nie będzie mógł znaleźć niczego do jedzenia. Teraz był w lesie, a tam powinien coś do jedzenia znaleźć. Wszedł głębiej w las i po kilkuset metrach dotarł do małego potoku. Napełnił wodą butelkę i rozejrzał się w koło. Niestety żadnych jagód ani grzybów nie było, zresztą bałby się jeść nieznane mu grzyby. Postanowił zrobić to, co stosowali kucharze w obozowej kuchni. Wyciągnął metalową miskę z kieszeni kurtki, nałożył do niej trochę trawy i liści. Zalał wodą. Uzbierał trochę suchych gałązek i podpalił. Był na tyle daleko od drogi, że nie powinni zauważyć dymu. Postawił miskę na ogniu. Po chwili znalazł jeszcze ślimaka. Wrzucił go do miski razem z muszelką. Po jakimś czasie, woda zawrzała. Dwadzieścia minut później, spróbował przełknąć to, co udało mu się ugotować. Było podobne w smaku do jedzenia z obozu, ale nie o smak tu chodziło. Zaspokoił głód. Gdy skończył, podszedł w kierunku drogi i ułożył się na ziemi za krzakami. Co jakiś czas spoglądał w stronę skrzyżowania. Z rzadka coś tamtędy przejeżdżało. Musiał więc czekać do zmroku. Wieczorem, wstał i zbliżył się do drogi. Poszedł, jak wczoraj, szybkim krokiem w tę stronę, w którą odjechali strażnicy. Pamiętał tę trasę. To tędy wieźli go ponad miesiąc temu do obozu. Całą noc szedł naprzód, chowając się, gdy jakiś pojazd się zbliżał. Po kilku godzinach marszu usłyszał dobiegające zza zakrętu głosy. Zwolnił i zbliżył się do ściany lasu po swojej lewej stronie. Gdy mijał zakręt, zza niego wyłonił się policyjny gazik stojący na środku niewielkiego skrzyżowania. Czterech umundurowanych mężczyzn stało obok samochodu. Jeden rozmawiał przez radiotelefon. Nie mógł oczywiście zrozumieć, o czym mówią. Musiał jednak obejść przeszkodę brzegiem lasu, tak, aby go nie zauważyli ani nie usłyszeli. Na szczęście, udało się.
Przed świtem dotarł do brzegu jakiejś kolejnej miejscowości. Była to niewielka wioska, kilkanaście starych domostw. Postanowił ukryć się w lesie i przeczekać kolejny dzień w tym miejscu. Jak wczoraj, wszedł pomiędzy drzewa, ale dalej, niż poprzednio, na wszelki wypadek. Tu mógł być większy ruch i ktoś mógł go dostrzec. Gdy zaczęło świtać, leżał w gęstej, wysokiej trawie i czekał.
Zaczynał się poniedziałek. Rankiem zgodnie z przewidywaniem, zaczął się nieco większy ruch niż w minioną niedzielę. Musiało być około godziny 8. Usłyszał warkot silnika traktora. Po chwili, rozklekotany ciągnik nadjechał od tej strony, z której nadszedł. Za nim, na odkrytej, dwukołowej przyczepie, leżały trzy worki. Około 100 metrów od Janusza, kierowca zatrzymał pojazd, wziął jeden z worków na plecy i wszedł do pobliskiego budynku. Na pace leżały jeszcze dwa worki. Janusz rozejrzał się. W pobliżu nie być nikogo. Wybiegł z lasu, zbliżył się do pojazdu i wsunął ręką do słabo zawiązanego worka. Chwycił za coś i pociągnął. W jego zaciśniętej dłoni znajdował się brudny ziemniak. Omal nie krzyknął z radości. Wyciągnął jeszcze dwa kartofle i czmychnął do lasu. Gdy kierowca traktora wrócił, niczego nie zauważył i pojechał w dalszą drogę.
Janusz miał prowiant na cały dzień albo nawet na dłużej. Wrócił do lasu. Wszedł daleko, jakieś 300 metrów od drogi. Planował ucztę, gotowanie albo pieczenie kartofli. Zdecydował się na pieczenie w ognisku. Za dnia, ognia nikt nie powinien tu dostrzec. Postanowił upiec dwa z trzech ziemniaków, a ostatni zostawić sobie na później. Jak postanowił, tak zrobił. Nigdy w życiu nie jadł tak pysznych ziemniaków. Jeden zjadł natychmiast po upieczeniu, na gorąco. Drugi postanowił zachować na obiad. Gdy skończył, zagrzebał nogą ognisko. Jednak wyraźne ślady po jego uczcie pozostały. Postanowił nanieść liści i igliwia, żeby zamaskować ugaszone ognisko. Gdy oddalił się, aby nazbierać gałęzi, coś usłyszał. Odwrócił się i zamarł w bezruchu. W miejscu, w którym dopiero co ucztował, stał chudy, mizerny człowiek w brudnym ubraniu. Wyglądał żałośnie, tak, że nawet Januszowi zrobiło się go żal. Przyglądał się uważnie zgasłemu ognisku. Potem zaczął rozglądać się dookoła. Janusza jednak nie zauważył, gdyż ten zdążył schować się za pobliskimi zaroślami. Po chwili, przybysz wolnym krokiem odszedł w głąb lasu, patrząc uważnie pod nogi, jakby czegoś szukał. Janusz uznał, że musiał szukać jagód albo grzybów czy korzonków. Ale raczej go nie spostrzegł. Jednak pozostanie w tym miejscu było zbyt ryzykowne. Należało jak najszybciej oddalić się w kierunku stolicy, oczywiście idąc lasem. W górzystym terenie było to bardzo trudne. Jednak o wyjściu za dnia na drogę nie mogło być mowy.
Po godzinie uszedł może 500 metrów. Zmęczył się przy tym bardziej, niż idąc nocą kilka kilometrów. Przed wieczorem zrobił jeszcze jedną przerwę na odpoczynek i zjadł drugi, upieczony ziemniak. Teraz żałował, że nie upiekł od razu wszystkich trzech. Po zmroku wrócił na drogę. Jednak dziś ruch wieczorem był wyraźnie większy, niż poprzednio. Co parę minut musiał kryć się w lesie. Parę razy o mało co nie zobaczyli go z nadjeżdżających samochodów. Dopiero nocą zrobiło się całkiem spokojnie i Janusz mógł przejść znowu kilka kilometrów. Wreszcie dotarł do miejsca, w którym las się kończył. Pojawił się problem, co robić dalej. Czy iść po otwartej przestrzeni, gdzie nie znajdzie żadnego schronienia, czy ukryć się w lesie. Ale dłuższe czekanie w jednym miejscu nie miałoby sensu. Wiedział, że go szukają i tylko szybkie przemieszczanie się, daje mu szansę zemknięcia przed pościgiem. Na razie jednak stał na brzegu lasu i czekał, nie wiedząc, co robić. Ponieważ noc zbliżała się do końca, postanowił przeczekać kolejny dzień w gościnnym lesie, a wieczorem wyruszyć dalej. Cofnął się o kilkadziesiąt metrów i czekał, aż się rozwidni. Następnie przygotował sobie kolejny posiłek z ostatniego ziemniaka, gotując go w obozowej misce. Wodę zaczerpnął z pobliskiego strumyka, gdzie także umył się i napełnił swoją butelkę. Po kąpieli i posiłku, postanowił się zdrzemnąć.
Obudził się wczesnym popołudniem. Był już wtorek. Ostrożnie podszedł do brzegu lasu i wyjrzał na drogę. W odległości może 100 metrów od niego zatrzymała się jakaś ciężarówka z ładownią osłoniętą opończą. Kierowca podszedł do wlewu paliwa i zaczął je uzupełniać z kanistra. Janusz pomyślał, że to może być szansa na przeskoczenie otwartej przestrzeni, która była przed nim. Postanowił spróbować. Przyjrzał się dokładniej kierowcy. Był to starszy człowiek w cywilnym ubraniu. Ale nie mógł zaufać mu na tyle, aby ujawnić się przed obcym. Bardzo cicho podszedł od tyłu do ciężarówki i delikatnie odsunął plandekę. Na ładowni leżały jakieś paczki, kartonowe pudla, nie wiadomo z czym. Najważniejsze, że nie było tam ludzi. Janusz wspiął się na stopień i wślizgnął do środka. Kierowca niczego nie zauważył. Ukrył się za dużą paczką. Po kilku minutach, samochód ruszył. Jechał wolno, ale mimo to trzęsło niemiłosiernie. Najważniejsze było jednak to, że jechali we właściwym kierunku.
*
Po blisko trzech godzinach jazdy dotarli do przedmieść.
- Mam nadzieję, że to Pjongjang - pomyślał Janusz. Co pewien czas wyglądał dyskretnie zza plandeki, aby upewnić się, że jadą dobrą trasą, ale pewności nie miał. Przed zmrokiem dotarli do miasta. Na rogatkach przeszli rutynową kontrolę. Policjant zajrzał do dokumentów kierowcy i odchylił plandekę. Ogarnął wzrokiem ładunek. Janusz siedział ukryty za paczkami. Nie zauważył go. Ruszyli. Samochód po dwudziestu minutach znów się zatrzymał. Tym razem przed jakąś bramą. Po chwili bramę otworzono i ciężarówka wjechała na podwórze czegoś, co wyglądało na nieduży magazyn. Kierowca wysiadł i przywitał się z miejscowym pracownikiem. Ale było już chyba po godzinach, bo nikt inny nie przychodził rozładować przywiezionych ładunków. Kierowca wraz ze swoim, tutejszym znajomym, weszli do pobliskiego budynku, a Janusz korzystając z tego, że nikt go nie widzi, czmychnął w stronę pobliskiej hali magazynowej. Wszedł cicho do środka i ukrył się za rzędami dużych, kartonowych pudeł.
Po kwadransie, kierowca ciężarówki i jego gospodarz, zjawili się znowu przy samochodzie i sami rozpoczęli wyładunek. Paczki nie mogły być ciężkie, bo mężczyźni bez wysiłku przenosili je do hali, w której ukrył się Janusz. Pół godziny później, kierowca ciężarówki odjechał, a gospodarz zamknął bramę na kłódkę. Zaraz potem, poszedł do swojej pakamery i nastała cisza. Janusz został sam.
Postanowił sprawdzić, co jest w tym magazynie. Szukał jak zwykle, czegoś do jedzenia. W jednym z pomieszczeń hali znalazł puszki z potrawką z tuńczyka. Zjadł, było znośne.
- To pewnie jakaś pomoc humanitarna dla głodującego kraju – pomyślał.
Później trafił jeszcze na puszki z gotowaną kukurydzą i chrupki ryżowe. Najadł się do syta, ale bez przesady, żeby się nie pochorować. Zabrał też trochę jedzenia ze sobą, na dalszą drogę. Postanowił po zmroku wyjść stąd i pieszo spróbować dostać się do jakiejś zagranicznej placówki, oczywiście, jeżeli był w Pjongjangu. Jeśli to inne miasto, to znaczy, że zabłądził. Gdy się już ściemniło i miał zamiar wyjść na zewnątrz, nagle pracownik magazynu podszedł do bramy, otworzył ją, a do środka wjechał samochód dostawczy. Z szoferki wysiadło dwóch żołnierzy. Weszli do hali, w której ukrywał się Janusz. Na szczęście zdążył schować się pomiędzy skrzynkami. Przyjezdni wraz z gospodarzem wchodząc zapalili pełne oświetlenie i w środku zrobiło się bardzo jasno. Następnie zaczęli wybierać skrzynki spośród złożonych tu i wynosić do samochodu. Nagle, młodszy z nich podszedł do miejsca, w którym siedział schowany Janusz. Podniósł skrzynkę i ich oczy nagle spotkały się. Janusz zamarł w bezruchu. Koreańczyk także na chwilę znieruchomiał. Patrzył na Janusza zdziwiony. Odwrócił się na moment. Jednak jego kompana nie było w hali, wyszedł z kolejną skrzynką. Chłopak mrugnął do Janusza prawie niewidocznie, zabrał swoją skrzynkę i odszedł bez słowa. Po chwili wrócili jeszcze raz, obaj, wzięli po jednej skrzynce, załadowali i odjechali. Gospodarz przymknął drzwi hali i poszedł do siebie. Janusz był tak przerażony i zarazem zdziwiony, że nie wiedział, co ma o tym myśleć. Na pewno należało jak najszybciej uciekać stąd, zanim żołnierz zmieni zdanie i wygada komuś, co widział.
Wstał po cichu, podszedł do drzwi wyjściowych. Były otwarte. Wyszedł na dziedziniec. Następnie przeskoczył dwumetrowy płot i zniknął w ciemnościach.
*
Po wyjściu z magazynu, Janusz skradał się ciemnymi ulicami przedmieść Pjongjangu. Gdy widział nadjeżdżający samochód, ukrywał się tak, aby go nie zauważyli. Gdy widział pieszego, schylał głowę i skręcał, niby celowo, w najbliższe miejsce, podwórko, zaułek, aby ktoś nie zauważył jego europejskiego wyglądu. Jednak ta metoda przemieszczania się powodowała, że przez trzy godziny uszedł może kilometr. W dodatku nie wiedział, dokąd iść. Nigdy nie widział planu Pjongjangu, nie miał pojęcia, gdzie może być dzielnica z ambasadami. Zmęczony ucieczką przed wszystkimi, wszedł na jakieś podwórze zniszczonego domu. Stała tam stara szopa. Uchylił drzwi i wszedł do środka. Chciał odpocząć. Znalazł w środku stary fotel, na którym usiadł i zasnął. Kiedy się obudził, było już widno. Spojrzał przez szparę w deskach. W rozlatującym się domu pojawiły się oznaki życia jego mieszkańców. Wkrótce ktoś wyszedł. Był to chudy mężczyzna, prowadzący za rękę małe dziecko. Wyszli na ulicę i znikli z pola widzenia. Jakiś czas potem, z budynku wyszła młoda kobieta w widocznej ciąży. Podeszła do szopy i otworzyła drzwi. Janusz nie miał dokąd uciec. Kobieta spojrzała na niego zdziwiona. Janusz położył palec na ustach i błagalnie spojrzał na Koreankę. Ta odezwała się pierwsza. Spytała po angielsku:
- Co tu robisz?
- Uciekłem z obozu. Nie mów nikomu. Zaraz sobie pójdę.
- Jeśli teraz wyjdziesz, zaraz cię złapią. Lepiej poczekaj do zmroku.
- Mogę tu zostać – zdziwił się Janusz.
- Tak, tylko siedź cicho. Przyniosę ci coś do jedzenia. A dokąd chcesz iść?
- Do jakiejś zachodniej ambasady.
- Dzielnica ambasad jest po drugiej stronie rzeki. Idź prosto tą ulicą do dużego, czerwonego gmachu. Tam skręć w prawo. Dalej prosto. Dotrzesz do dzielnicy ambasad. Tylko, gdyby cię złapali, nie mów, że byłeś u mnie. Za pomoc zbiegom są straszne kary.
- Możesz być spokojna. Dzięki.
Kobieta wzięła kilka kawałków drewna, po które przyszła do szopy i wróciła do domu. Janusz zastanawiał się, czy nie uciekać. Jeśli ona spanikuje i zawiadomi władze, to po nim. Ale w dzień, marsz ulicą był nie możliwy. Schwyta go pierwszy patrol. Postanowił zostać. Co będzie to będzie.
Po godzinie kobieta przyszła znowu i przyniosła mu trochę ugotowanego ryżu.
- Nie mogę dać ci więcej, u nas straszny głód.
- Bardzo dziękuję. Jak ci na imię?
- Kasmina.
- Jestem Janusz. Z Polski.
- Smacznego. Muszę już iść. Jak się ściemni, uciekaj. Powodzenia.
Kasmina odeszła, a Janusz zjadł garstkę ryżu, który mu przyniosła. Czekał do wieczora. Gdy ruch w mieście ucichł, wyszedł dyskretnie i zaczął skradać się ulicą, którą mu wskazała Koreanka. Znowu unikał spotkań z przechodniami, przez co tempo poruszania się było minimalne. Wreszcie zauważył stojący opodal rower. Podszedł do niego, był chyba sprawny, nie miał też żadnego zamknięcia. Zaryzykował. Wsiadł i odjechał. Wiedział, że pozbawił kogoś dorobku życia, ale być może tym sposobem uratował swoje. Pedałował po prawie pustej ulicy. Teraz już nie chował się po bramach, gdy ktoś nadchodził. Na rowerze mógł uciec pieszemu. Mijał jadące samochody z pochyloną głową. Nikt na niego nie zwracał uwagi. Gdy dotarł do dużego, czerwonego gmachu, o którym mówiła Kasmina, skręcił w prawo. Teraz jechał szeroką arterią z torowiskiem tramwajowym na środku. Po kwadransie dotarł do mostu. Zauważył stojący tam patrol przy samochodzie. Jednak nieliczni przechodnie mijali mundurowych bez przeszkód. On także postanowił zaryzykować. Przejechał obok zielonego uaza. Policjanci nie zwrócili na niego uwagi. Za mostem zauważył patrol blokujący samochodem skręt w boczną ulicę. Zatrzymał rower i postawił opierając go o mur pobliskiego domu. Wszedł w ulicę obok, równoległą do zastawionej radiowozem. Następnie skręcił w kolejną przecznicę. W głębi zobaczył niewielką, białą willę. Za ogrodzeniem, na maszcie powiewała flaga. I nie była to z pewnością flaga komunistycznej Korei. Składała się z trzech pasów: zielonego, białego i czerwonego. Zakradł się do ogrodzenia od tyłu, po przeciwnej stronie do wejścia. Wspiął się na ogrodzenie. Przeskoczył. Po cichu podszedł do tylnych drzwi i nacisnął dzwonek. Po chwili zobaczył światło. Do drzwi podszedł mężczyzna w ciemnym ubraniu i otworzył. Janusz powiedział po angielsku:
- Jestem obywatelem polskim. Zostałem porwany i uciekłem z obozu. Proszę o pomoc.
Drzwi otworzyły się szerzej. Janusz wślizgnął się do środka. Gospodarz wyciągnął rękę.
- Jestem Milos Jakos, pracownik ambasady węgierskiej. Proszę wejść, panie…
- Nowak. Janusz Nowak.
- Słyszałem o pana sprawie od polskich kolegów. Ale dobrze, że nie poszedł pan od razu do polskiej ambasady, bo jest teraz bardzo pilnowana. Zaraz obudzę pana ambasadora. Proszę tu zaczekać.
Po kwadransie w holu pojawił się wysoki, siwy mężczyzna. Jest pan ambasador – powiedział człowiek, który wpuścił Janusza do środka.
Janusz opowiedział swoją historię.
- Coś nieprawdopodobnego, skwitował ambasador. Rano skontaktujemy się z polską placówką, a teraz proszę, niech pan skorzysta z naszej gościny.
Zaprosił Janusza do pokoju na piętrze, gdzie mógł wreszcie wypocząć w godziwych warunkach, umyć się i najeść do syta. Rano przyjechał samochód z polskiej ambasady. Janusz jeszcze raz opowiedział o swoim koszmarze.
Jednak zdaniem polskich dyplomatów, sytuacja nadal była trudna. Janusz wciąż przebywał w komunistycznej Korei, a wywiezienie go stąd będzie bardzo trudne. W tej sprawie musimy wysłać szyfrogram do Warszawy i poczekać na stanowisko naszego MSZ. Do tego czasu, Janusz powinien pozostać w węgierskiej ambasadzie.
Po naradzie w Warszawie ustalono sposób wyrwania Janusza z Korei. Przekazano do ambasady w Pjongjangu instrukcje oraz nowy paszport dyplomatyczny, z którym wjechał tam po kilku dniach kolejny pracownik ambasady. Był trochę podobny do Janusza, tak, że z jego paszportem Janusz mógł bez problemu opuścić Koreę. Właściciel paszportu, po tygodniu, zgłosił, że został okradziony i że zginął mu też paszport.
W tym czasie Janusz zdążył już zostać przewieziony do Chin jako polski dyplomata, a następnie wrócić do Warszawy.
Jego koszmar zakończył się. Jednak Polacy postanowili zrobić komunistom z Korei jeszcze jeden dowcip. Ogłoszono publicznie, że Janusz uciekł z koreańskiego obozu i przedostał się przez linię demarkacyjną do Korei Południowej. Coś takiego w rzeczywistości nie mogło się zdarzyć, bo system ochrony wewnątrzkoreańskiej granicy jest bardzo skuteczny. Jednak władze KRLD wprawiło to w osłupienie i doprowadziło do wszczęcia śledztwa w celu ustalenia winnych.
Rozpętało się prawdziwe, nowe, północnokoreańskie piekło.
koniec
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania