Tunel
Rozdział I – Chwila, w której zamilkło ciało
Enzo nie pamiętał momentu śmierci.
Pamiętał za to dźwięk.
Nie był to huk ani krzyk. Raczej coś pomiędzy — jakby świat wciągnął powietrze i nagle zapomniał je wypuścić. Przez ułamek sekundy wszystko stało się nieruchome. Czas przestał płynąć, a on sam zawisł gdzieś pomiędzy jednym uderzeniem serca a kolejnym.
Miał trzydzieści trzy lata. Wiek, który wydawał mu się dziwnie niedokończony. Za stary na naiwne marzenia, za młody na pogodzenie się z tym, że nic wielkiego już się nie wydarzy.
Otworzył oczy.
A raczej — wydawało mu się, że je otworzył.
Leżał na łóżku w małym, ciasnym mieszkaniu. Znał ten sufit aż za dobrze: pęknięcie w kształcie błyskawicy nad lampą, cień po dawnym obrazie, którego nigdy nie powiesił z powrotem. Wszystko wyglądało normalnie. Zbyt normalnie.
Chciał się poruszyć — i wtedy to poczuł.
Lekkość.
Jakby jego ciało nagle przestało ważyć cokolwiek. Jakby był myślą, a nie materią. Spojrzał w dół… i zobaczył samego siebie.
Leżącego bez ruchu.
— To niemożliwe — pomyślał automatycznie.
Ale myśl nie zabrzmiała w jego głowie. Ona rozbrzmiała wszędzie.
Serce Enza — to na łóżku — nie poruszało się. Klatka piersiowa była nieruchoma. Twarz spokojna, niemal obca. Nie wyglądał na martwego. Wyglądał jak ktoś, kto wyszedł tylko na chwilę.
Paniczny strach nie przyszedł od razu. Najpierw była ciekawość.
Unosił się kilka metrów nad sobą, jak balon bez sznurka. Nie czuł bólu. Nie czuł ciała. Nie czuł nawet oddechu. A jednak był.
— Jeśli to sen… — zaczął.
— …to taki, z którego już nie wrócisz w ten sam sposób — odpowiedział ktoś.
Głos nie dochodził z żadnego kierunku. Pojawił się w nim.
Światło w pokoju zadrgało. Ściany zaczęły się rozmywać, jakby rzeczywistość była tylko cienką warstwą farby, którą ktoś właśnie zdrapywał.
Enzo zrozumiał jedno.
To nie było zwykłe wyjście z ciała.
To było zaproszenie.
A on właśnie je przyjął.
Rozdział II – Ci, którzy czekali
Enzo nie spadał ani nie unosił się już w powietrzu. Przestrzeń wokół niego ustabilizowała się, jakby rzeczywistość wreszcie zdecydowała się przybrać konkretną formę.
Stał na miękkiej, jasnej powierzchni przypominającej mgłę, która jednak nie była mokra ani zimna. Każdy krok był bezgłośny. Nad nim rozciągało się niebo pozbawione słońca, a mimo to wszystko było doskonale widoczne — jakby światło nie pochodziło z jednego źródła, lecz istniało samo z siebie.
— Gdzie ja jestem… — pomyślał.
Tym razem myśl pozostała tylko myślą.
Przed nim, kilka metrów dalej, zaczęły wyłaniać się sylwetki. Najpierw niewyraźne, jak cienie rysowane drżącą ręką. Potem coraz bardziej realne.
Serce Enza — jeśli wciąż można było tak to nazwać — zadrżało.
Poznał ich.
Marek, z którym studiował i którego stracił w wypadku samochodowym. Zawsze się śmiał, nawet teraz. Anna, dawna sąsiadka, która przynosiła mu kawę, gdy miał gorsze dni. I Piotr… Piotr, którego pogrzeb pamiętał aż za dobrze.
— Enzo — odezwał się Marek, jakby minęło zaledwie kilka godzin od ich ostatniego spotkania. — W końcu.
— To naprawdę ty — wyszeptał Enzo, choć jego usta się nie poruszyły.
— Tak samo jak ty — odpowiedziała Anna. — Tylko… trochę wcześniej.
Nie wyglądali na martwych. Nie mieli ran, blizn ani oznak chorób, które ich zabrały. Byli tacy, jakich Enzo zapamiętał ich najlepiej — spokojni, pełni, jakby coś ciężkiego zostało z nich zdjęte.
I wtedy coś poruszyło się przy jego nogach.
Enzo spojrzał w dół.
Mały, czarny kształt przemknął przez mgłę, po czym zatrzymał się dokładnie przed nim. Dwie znajome, złote oczy spojrzały w górę.
— Luna…? — pomyślał niewierząco.
Kotka zamruczała.
To wystarczyło.
Kolejny cień pojawił się obok — większy, pręgowany. Potem jeszcze jeden. I jeszcze. Koty, które towarzyszyły mu przez lata, które karmił, ratował, chował, opłakiwał. Każdy z nich był dokładnie taki, jak w jego wspomnieniach. Zdrowy. Spokojny. Obecny.
Luna otarła się o jego nogę, a Enzo po raz pierwszy odkąd opuścił ciało poczuł dotyk. Nie fizyczny — emocjonalny. Ciepły. Pełny.
— One też tu są — powiedział Piotr, obserwując scenę z delikatnym uśmiechem. — Nie odchodzą tak daleko, jak myślicie.
Enzo uklęknął, choć nie był pewien, czy wciąż potrafi. Koty natychmiast go otoczyły. Mruczenie wypełniło przestrzeń, wibrując w nim samym.
— Myślałem, że was straciłem — wyszeptał.
— Nic, co było prawdziwe, nie ginie — odezwał się znajomy głos, tym razem spokojniejszy, głębszy. Nie należał do żadnego z nich.
Postacie spojrzały w dal.
W mgle majaczyła kolejna sylwetka.
— Ale to dopiero początek — dodała Anna cicho. — I nie wszystko tutaj jest tylko spotkaniem.
Enzo podniósł wzrok, czując, że to miejsce nie jest nagrodą ani karą.
To było przejście.
Rozdział III – Światło, które pamięta
Enzo podniósł wzrok.
Postać stojąca w oddali nie przypominała żadnego człowieka, a jednocześnie miała w sobie coś głęboko znajomego. Była rozświetlona niczym słońce widziane przez zamknięte powieki — nie oślepiała, lecz przenikała. Światło nie miało jednego koloru. Pulsowało ciepłem, złotem, delikatną bielą i czymś, czego Enzo nie potrafił nazwać.
Zrobił krok w jej stronę.
I wtedy poczuł to.
Miłość.
Nie gwałtowną, nie przytłaczającą. Nie taką, jaką znał z życia — nie warunkową, nie kruchą. Była pełna. Spokojna. Pewna. Jakby całe jego istnienie zostało objęte ramionami, których nigdy wcześniej nie widział, ale zawsze ich potrzebował.
Każdy kolejny krok sprawiał, że napięcie, które nosił w sobie przez lata, znikało. Poczucie winy. Strach. Pytania bez odpowiedzi. Wszystko rozpływało się jak cień o świcie.
— To normalne — odezwał się cicho Marek za jego plecami. — Im bliżej jesteś… tym bardziej przypominasz sobie, kim naprawdę jesteś.
Enzo nie odwrócił się. Nie chciał tracić widoku.
Światło zdawało się reagować na jego obecność. Pulsowało łagodniej, jakby go rozpoznawało. Jakby czekało.
W pewnym momencie Enzo zrozumiał coś, co przeraziło go i uspokoiło jednocześnie.
Ta postać nie szła w jego stronę.
To on był przyciągany.
Nie siłą, lecz zaproszeniem.
Zatrzymał się kilka kroków przed nią. Nie czuł potrzeby zbliżać się bardziej. Już teraz ogarniała go niewyobrażalna opieka, jakby nic złego nigdy nie mogło go tu dosięgnąć.
— Kim jesteś? — zapytał, choć pytanie nie miało dźwięku.
Odpowiedź nie przyszła w słowach.
Przyszła we wspomnieniach.
W chwilach, gdy jako dziecko płakał bez powodu, a potem nagle czuł spokój. W momentach, gdy koty kładły się na jego piersi, jakby strzegły snu. W sekundach, gdy w życiu robił krok w dobrą stronę, nie wiedząc dlaczego.
Postać była obecna zawsze.
— Nie jestem tym, co myślisz — pojawiła się myśl, delikatna jak dotyk. — I nie jestem tylko dla ciebie.
Enzo poczuł, że łzy — jeśli wciąż mógł je mieć — spływają po nim od środka.
— Czy to znaczy, że umarłem? — zapytał w końcu.
Światło zadrżało, jakby w uśmiechu.
— To znaczy, że przekroczyłeś granicę. Ale nie zamknąłeś za sobą drzwi.
Za plecami Enza przestrzeń lekko pękła, jakby rzeczywistość przypominała cienkie szkło.
— Jeszcze nie teraz — dodał głos. — A zanim zdecydujesz… musisz zobaczyć więcej.
Rozdział IV – Droga wspomnień i tęcz
Światło nie oślepiło Enza. Zamiast tego rozsunęło się, jakby tworzyło przejście. Przestrzeń przed nim zaczęła zmieniać kształt, układając się w długą, spokojną drogę. Jej powierzchnia przypominała taflę wody, w której odbijały się obrazy — nie twarz Enza, lecz jego życie.
Każdy krok uruchamiał kolejną scenę.
Zobaczył siebie młodszego, stojącego na peronie z biletem w dłoni, którego nigdy nie użył. Decyzję, by nie wyjechać. Strach, który wtedy nazwał rozsądkiem. Poczucie, że coś ważnego zostało porzucone.
Krok dalej.
Pierwsza praca. Ambicja. Noce bez snu. Chwile, gdy wybierał bezpieczeństwo zamiast marzeń. Ale też momenty, gdy pomagał innym, nie oczekując niczego w zamian.
— To nie jest sąd — odezwał się głos światła, obecny, lecz nienarzucający się. — To zrozumienie.
Obrazy nie były oskarżeniem. Nie towarzyszył im wstyd ani gniew. Były pełne kontekstu, emocji, których wtedy nie dostrzegał.
Zobaczył swoje porażki — słowa, których nie powiedział. Relacje, które pozwolił wygasnąć. Dni, w których wybrał obojętność, bo było łatwiej.
Ale zaraz obok pojawiały się osiągnięcia.
Uśmiech nieznajomej osoby, której pomógł. Koty uratowane z ulicy. Decyzje małe, lecz pełne dobra, które rozchodziło się dalej, niż kiedykolwiek przypuszczał.
I wtedy droga zmieniła kolory.
Przed nim pojawiła się łagodna, rozświetlona przestrzeń, w której barwy układały się w miękki łuk — jakby całe niebo było tęczą.
— Maja…? — pomyślał.
Z tęczowego światła wybiegła pierwsza sylwetka. Smukła, jasna, z charakterystycznym przechyleniem głowy. Maja. Taka, jaka była w najlepszych latach. Zdrowa. Radosna. Jej oczy lśniły znajomą mądrością.
Zaraz za nią pojawił się Dyziu — masywniejszy, z tą samą dumną, lekko obrażoną miną, którą pamiętał aż za dobrze.
Oba koty podbiegły do Enza bez wahania.
Nie było skoków ani barier. Po prostu znalazły się przy nim, ocierając się, mrucząc, jakby czas i śmierć nigdy ich nie rozdzieliły.
— Tęskniłem — wyszeptał.
Maja wskoczyła mu na pierś, dokładnie tak, jak robiła to, gdy próbowała go uspokoić. Dyziu usiadł obok, czujny, spokojny — strażnik.
— Kraina Wiecznej Tęczy — pojawiła się myśl, pełna czułości. — To nie miejsce. To stan, w którym nic nie boli i nic nie znika.
Enzo zrozumiał, że każde zwierzę, każda istota, która kochała bezwarunkowo, trafiała właśnie tutaj. Nie było samotności. Nie było straty. Była ciągłość.
Obrazy z jego życia powoli wygasały.
Pozostało uczucie.
Nie żalu. Nie dumy.
Wdzięczności.
— Jeszcze nie wszystko zobaczyłeś — odezwało się światło. — Ale teraz już wiesz, że żadna chwila nie była pusta.
Droga przed nim zaczęła prowadzić dalej — poza wspomnienia.
Rozdział V – Przewodnik bez imienia
Enzo poczuł, że droga pod jego stopami znów się zmienia. Tęczowe barwy łagodnie wygasły, a przestrzeń wokół niego rozszerzyła się w coś, co przypominało bezkresną dolinę światła. Nie było tu granic ani horyzontu — tylko poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu.
Światło znalazło się obok niego.
Nie przybrało konkretnego kształtu, lecz jego obecność była wyraźniejsza niż kiedykolwiek. Ciepła. Bliska. Jak ktoś, kto idzie ramię w ramię, nie narzucając tempa.
— Dokąd idziemy? — zapytał Enzo.
— Przez krainę wieczności i szczęścia — odpowiedziało Światło. — Nie po to, byś tu został. Po to, byś zrozumiał.
Maja i Dyziu szli przy nim. Ich kroki były lekkie, niemal bezśladowe. Maja co chwilę spoglądała na Enza, jakby upewniała się, że naprawdę tu jest. Dyziu trzymał się bliżej Światła, zupełnie jakby je znał.
— Wciąż nie wiem, kim jesteś — powiedział Enzo po chwili. — Bogiem? Strażnikiem? Częścią mnie?
Światło zafalowało, jakby w cichym śmiechu.
— Gdybym dało ci nazwę, przestałbyś patrzeć — odpowiedziało. — A teraz ważniejsze jest to, co zobaczysz.
Przestrzeń wokół nich zaczęła się zmieniać w obrazy życia, które nie było ziemskie.
Istoty podobne do ludzi, lecz jaśniejsze, porozumiewały się bez słów. Były też takie, których Enzo nie potrafił opisać — formy energii, myśli, wspomnień. Wszyscy współistnieli w harmonii, bez pośpiechu, bez strachu przed końcem.
— Tutaj czas nie płynie — wyjaśniło Światło. — On oddycha.
Enzo poczuł spokój głębszy niż sen. Nie było w nim potrzeby posiadania czegokolwiek ani obawy, że coś zostanie odebrane.
— A szczęście? — zapytał. — Czy to jest szczęście?
Maja zatrzymała się i spojrzała na niego, jej ogon poruszał się powoli, rytmicznie. Dyziu cicho zamruczał.
— Szczęście to zgodność — odpowiedziało Światło. — Pomiędzy tym, kim jesteś, a tym, kim byłeś.
Enzo szedł dalej, czując, że mógłby tak iść wiecznie. A jednak gdzieś głęboko w nim pojawiło się lekkie napięcie. Jak echo czegoś, co zostało za nim.
— Czy wszyscy tu trafiają? — zapytał.
Światło zwolniło.
— Wszyscy trafiają gdzieś — odpowiedziało ostrożnie. — Ale nie wszyscy są gotowi zobaczyć to samo.
Droga przed nimi rozdzieliła się na kilka ścieżek, każda prowadząca w inną jasność.
— Twoja jeszcze się nie skończyła — dodało Światło. — I wkrótce będziesz musiał zdecydować, jak daleko chcesz pójść.
Maja i Dyziu podeszli bliżej Enza, jakby instynktownie wyczuwali nadchodzącą zmianę.
Enzo po raz pierwszy poczuł, że spokój może być także próbą.
Rozdział VI – Schody złotego światła
Enzo szedł dalej. Światło przy jego boku pulsowało ciepłem i miłością, niemal materialnym uczuciem, które otulało go z każdej strony. Maja i Dyziu kroczyli przy nim, ich miękkie kroki stawały się częścią melodii tego miejsca.
Przestrzeń przed nimi nagle zmieniła się w coś, co przypominało złote schody. Nie były wąskie ani strome, wręcz przeciwnie — każdy stopień zdawał się stworzony z samego światła, promieniującego złotem tak czystym, że oczy Enza niemal łzawiły z zachwytu.
— Schody… — wyszeptał Enzo. — Dokąd prowadzą?
— Tam, gdzie trzeba zobaczyć prawdę — odpowiedziało Światło, a jego obecność była bliżej niż kiedykolwiek, niemal obejmując Enza niewidzialnym ramieniem.
Gdy zaczęli wchodzić, Enzo zauważył po obu stronach postacie stojące w równych rzędach. Były wysokie, smukłe i emanujące spokojem. Ich twarze były pełne ciepła i uśmiechu — każdy uśmiech inny, a jednak w równym stopniu kojący. A z ich pleców wyłaniały się
ogromne, białe skrzydła, rozpostarte niczym orle skrzydła, odbijające światło w tysiące subtelnych refleksów.
Postacie kiwnęły głowami w kierunku Enza i jego towarzyszy. Każdy gest był powolny i pełen szacunku, jakby salutowali nie wojownikowi, lecz komuś, kto przebył długą drogę, by znaleźć spokój.
— Kto oni są? — zapytał Enzo, a Światło rozświetliło się nieco mocniej.
— Strażnicy pamięci i harmonii — odpowiedziało. — Czekają, by przywitać tych, którzy przekroczyli własne ograniczenia.
Maja przystanęła, ocierając się o nogi Enza, a Dyziu z lekkim mruczeniem podniósł wzrok ku skrzydłom. Koty zdawały się rozumieć, że to miejsce nie jest zwykłe.
Każdy krok po schodach wznosił Enza wyżej, a wraz z tym rosło poczucie wnętrznej lekkości i pewności, jakby wszystkie lęki i wątpliwości zostawały zostawione na niższych stopniach.
— Czasami musisz spojrzeć w górę, by zrozumieć, gdzie byłeś — mówiło Światło. — A czasem, by zrozumieć, kim jesteś.
Enzo poczuł, że każde odbicie złotego światła na skrzydłach strażników przenika go subtelną falą miłości, spokoju i bezpieczeństwa. Nie czuł potrzeby przyspieszania. Każdy krok był świadomy, pełen uwagi.
— To niezwykłe… — wyszeptał. — Jakby wszyscy, którzy tu trafili, byli… częścią czegoś większego.
Światło pulsowało przy nim jak serce wszechświata.
— Dokładnie tak — odpowiedziało. — Ale jeszcze musisz zobaczyć to, co dla ciebie najważniejsze.
Enzo spojrzał w górę. Schody ciągnęły się w złotej, niekończącej się perspektywie, a strażnicy stali jak ciche orły, strzegąc tej drogi.
Kotki szły u jego boku, mrucząc, jakby same czuły majestat tej chwili. Enzo wiedział jedno: ten moment był początkiem czegoś, co przekraczało wszystko, co kiedykolwiek znał.
Rozdział VII – Tron Stwórcy
Enzo wziął ostatni krok po złotych schodach. Jego serce — choć nie biło w tradycyjnym sensie — przyspieszyło w emocjach, których nigdy wcześniej nie doświadczył.
Przed nim stał tron, majestatyczny i spokojny, wykuty z czystego światła, które nie oślepiało, lecz wypełniało przestrzeń ciepłem i spokojem. Na tronie siedział mężczyzna o dostojnej postawie, z brodą i oczami, w których Enzo odczytał nieskończoną mądrość i dobroć.
— Podejdź — powiedział głosem, który nie był tylko dźwiękiem, lecz całą harmonią wszechświata. — Ty i twoi towarzysze.
Enzo spojrzał na kotki. Maja usiadła po jego lewej stronie, Dyziu po prawej, mrucząc cicho w rytm nieznanej melodii spokoju.
Zbliżając się, Enzo poczuł, że światło, które towarzyszyło mu przez całą drogę, nagle zmienia formę. Z mgły i pulsującego złota wyłoniła się postać młodego mężczyzny w wieku około trzydziestu lat. Jego rysy były łagodne, a uśmiech ciepły i pełen spokoju.
— Ty… ty jesteś… — zaczął Enzo, lecz słowa zawiesiły się w powietrzu.
— Tak — odpowiedziało Światło. — Jestem tym, co cię prowadziło, tym, kto zawsze był przy tobie, choć nie zawsze widoczny.
Enzo odchylił się lekko, serce wypełnione niewypowiedzianym szacunkiem. Wtedy spojrzał na mężczyznę na tronie i zrozumiał całą prawdę.
— Stoisz przed tym, który stworzył wszechświat — powiedziało wnętrze jego umysłu. — Ojcem, Stwórcą wszystkiego, co istnieje… i naszej planety.
Mężczyzna z brodą spojrzał na niego ciepło.
— Nazywam się Jezus — przedstawił się spokojnie. — Ale imię to jest tylko częścią tego, czym jestem.
Enzo poczuł, że wszystkie jego wątpliwości, pytania, lęki, a nawet radości — wszystko, co przeżył na Ziemi — znajduje się teraz w obecności czegoś większego niż czas, przestrzeń i życie.
Światło obok niego — młody mężczyzna — uśmiechnęło się, a Enzo poczuł, że to jest jedność: przewodnik, który go prowadził, i Stwórca, który go powołał.
Maja i Dyziu przytuliły się do jego nóg, a on sam uklęknął, choć fizycznie nie musiał. To był gest pełen pokory i wdzięczności.
— Przyszedłeś, aby zrozumieć — powiedział Jezus. — I zobaczyć, czym jest życie, co po nim następuje, i czym jest miłość, która nigdy nie kończy się.
Enzo poczuł, że jego dusza drży z jednoczesnego zachwytu i pokoju.
— Wszystko… wszystko, co przeżyłem — wyszeptał. — To wszystko było częścią czegoś większego…
— Tak — odparł Jezus, a jego uśmiech był jak promień światła przechodzący przez wieczność. — Ale jeszcze musisz zdecydować, gdzie twoja droga teraz prowadzi.
Światło, które przybrało postać młodego mężczyzny, położyło delikatnie dłoń na ramieniu Enza.
— Nie bój się — powiedziało. — Pokażę ci wszystko, co musisz zobaczyć, zanim podejmiesz decyzję.
Kotki spojrzały w górę, jakby wiedziały, że ten moment jest wyjątkowy, a Enzo poczuł, że miłość i bezpieczeństwo, które towarzyszyły mu przez całą podróż, osiągnęły swój punkt kulminacyjny.
Rozdział VIII – Historia Wszechświata
Nagle tron zajaśniał jeszcze mocniej. Światło wokół Enza stało się intensywne, wibrujące, jakby samo wszechświatowe tętno nagle pulsowało w rytm jego własnej świadomości.
— Spójrz — powiedział Jezus, a jego głos przenikał każdą cząstkę bytu. — Zobacz wszystko, co było i co ma znaczenie.
Przed Enzem otworzyła się przestrzeń niczym gigantyczny ekran telewizora. Nie był to zwykły obraz — to było przeniesienie w czasie i przestrzeni, tak wyraźne, że mógł poczuć każdy ruch, każdy dźwięk i każdy impuls życia.
Pierwszy błysk. Narodziny wszechświata. Rozbłyski energii, wirujące mgławice, tworzenie gwiazd i galaktyk. Enzo niemal wstrzymał oddech, choć czuł, że oddech nie jest mu już potrzebny.
— To wszystko… zaczęło się ode mnie — powiedział Jezus spokojnie. — Każda cząstka, każdy atom.
Obraz przesunął się dalej. Stworzenie planet, wirujące dyski, formowanie się ziemskiej skorupy, oceanów, gór i dolin. Enzo patrzył, jak powstaje jego własna planeta, Ziemia, w całej swojej pierwotnej chwale.
— Tutaj zaczęła się historia życia — powiedział Jezus. — Nie tylko ludzi, ale wszystkich stworzeń.
Widział pierwsze formy życia w wodach pierwotnych oceanów. Skorupiaki, ryby, pierwsze ssaki, a wreszcie człowieka — pierwotnego, ciekawskiego, nieświadomego wszystkiego, co miało nadejść.
Obrazy przesuwały się szybciej. Rozwój cywilizacji: pierwsze osady, wynalezienie ognia, rolnictwo, budowa miast. Ludzie tworzyli sztukę, filozofię, naukę.
I wtedy przyszły cienie.
Wojny, konflikt, zniszczenie. Enzo zobaczył bitwy toczone przez tysiące lat, ginące miliony istot — ludzi i zwierząt. Katastrofy, które niszczyły życia całych gatunków. Obrazy cierpienia i bólu, tak realistyczne, że Enzo poczuł je w sobie, jakby przeżywał je osobiście.
— To najtrudniejsza część — powiedział Jezus, nie przerywając obrazu. — Widzisz to nie po to, by cię złamać, lecz byś zrozumiał, czym jest życie i wolna wola.
Enzo odwrócił wzrok na Światło — młodego mężczyznę, który był jego przewodnikiem. Światło emanowało ciepłem i współczuciem. Kotki Maja i Dyziu siedziały przy jego nogach, mrucząc, jakby chciały pocieszyć duszę swojego pana.
— Dlaczego… tyle cierpienia? — wyszeptał Enzo. — Czy Bóg nie mógł tego powstrzymać?
— Mógł — odpowiedział Jezus. — Ale świat nie byłby tym, czym jest, gdyby nie wolność. Ludzie i wszystkie istoty muszą wybierać, nawet jeśli wybory czasem prowadzą do tragedii.
Enzo poczuł ciężar tych milionów istnień, ale jednocześnie widział piękno — współistnienie życia, miłość, współczucie i odwagę, które rodziły się w każdej epoce.
— Wszystko jest częścią jednego wielkiego planu — powiedział Jezus. — Życie i śmierć, wojna i pokój, cierpienie i radość. Wszystko splata się w jedno.
Obraz przed Enzem zadrżał, a złote światło tronowego pomieszczenia wypełniło się taką siłą, że nawet kotki uniosły uszy, jakby wyczuwały ogrom tego, co widziały.
— Musisz teraz zdecydować, co z tym zrobisz — dodał Jezus cicho, patrząc Enzowi w oczy. — Czy wrócisz na Ziemię, by swoje doświadczenie wykorzystać? Czy pozostaniesz tutaj, w krainie wieczności i szczęścia?
Enzo spojrzał w dół na swoje kotki i na Światło, które stało tuż obok niego, i poczuł, że jego decyzja będzie najważniejszą w jego życiu.
Rozdział IX – Powrót decyzji
Enzo uklęknął na złotych schodach, a jego wzrok zatrzymał się na Majce i Dyziu. Kotki spojrzały na niego swoimi złotymi oczami, a w ich mruczeniu było wszystko, co kochał i stracił przez lata.
Łzy spłynęły po jego twarzy — choć nie potrzebował już ciała, czuł je całym sobą.
— To jeszcze nie mój czas… — wyszeptał, głaszcząc Maję po głowie, a Dyziu przytulił delikatnie do swojej piersi. — Obiecuję wam… jeszcze do was wrócę. Tylko trochę poczekajcie.
Światło przy jego boku pulsowało cicho, jakby wyczuwając głębię jego uczuć. Enzo uniósł wzrok i spojrzał w stronę Jezusa i Boga Ojca.
— Rozumiem — wyszeptał. — To jeszcze nie mój czas. Odszedłem w snie, mimo dobrego zdrowia. Ale cieszę się… cieszę się, że mogłem poznać tajemnicę istnienia i życie po śmierci.
Jego serce wypełniło się wdzięcznością. Wiedział już, że to doświadczenie nie było nagrodą ani karą — było darem. Darem, który dał mu zrozumienie i pokój.
Zamaszystym, spokojnym ruchem uklęknął i oddał honory. Gest był pełen szacunku, pokory i miłości, jakiego nie potrafiłby wyrazić słowami.
Jezus uśmiechnął się, a na tronie Bóg Ojciec spojrzał na niego z taką czułością, że Enzo poczuł się bezpieczny jak nigdy wcześniej.
— Wstań, Enzo — powiedział Jezus, a jego głos był jednocześnie bliski i wszechogarniający. — Twoja podróż trwa dalej.
Światło nagle otoczyło go miękkim promieniem. Dotknęło go obecnością i ciepłem, a następnie powoli przybrało ludzką postać młodego mężczyzny, który był jego przewodnikiem przez całą drogę.
— Idź i żyj, tak jak wiesz — powiedziało Światło. — Pamiętaj, co zobaczyłeś. Miłość, życie, wolność wyboru… wszystko, czego doświadczyłeś, może poprowadzić cię dalej.
Enzo poczuł objęcie Jezusa i Boga Ojca. Było pełne bezpieczeństwa, bezwarunkowe, ciche, a zarazem potężne. Kotki przytuliły się do niego jeszcze mocniej, a światło rozjaśniło się jeszcze raz, zanim zaczęło powoli oddalać się, prowadząc go z powrotem do miejsca, które znał — do swojego życia.
— Do zobaczenia… — wyszeptał w duchu, nie tylko do kotków, ale do całego wszechświata.
I w tej chwili poczuł powrót do swojego ciała, spokojny, pełen miłości i wdzięczności. Wiedział, że doświadczenie, które przeszedł, zostanie z nim na zawsze.
Rozdział X – Powrót i nowy początek
Enzo otworzył oczy. Świat wokół niego był znajomy, ale dziwnie cichy, niemal jakby czas również wstrzymał oddech.
Słyszał głosy kobiety i mężczyzny jednocześnie — kojące, pełne troski. Czuł też, że ktoś przed chwilą masował jego klatkę piersiową, przywracając rytm życia.
Wszystko nagle do niego dotarło. Śmierć kliniczna. Moment, w którym jego ciało przestało działać, a dusza opuściła je na krótką chwilę. Przez tę chwilę Enzo zobaczył więcej, niż większość ludzi w całym życiu — tajemnicę istnienia, życie po śmierci, miłość, wszechświat i znaczenie każdej istoty.
Uśmiechnął się spokojnie. Był szczęśliwy. Wiedział już, że musi prowadzić swoje życie z pełnym poszanowaniem:
do siebie, swojego życia i zdrowia,
do innych ludzi, bliskich i nieznajomych,
do wszystkich istot zamieszkujących naszą planetę.
Każde dotknięcie, każdy uśmiech, każde życie — ludzkie, zwierzęce, roślinne — stało się dla niego świętością.
Nie czuł już lęku. Nie martwił się o przyszłość ani o przeszłość. Doświadczył cudu — podróży poza życie, spotkania ze Światłem, Jezusem, Bogiem Ojcem, zmarłymi przyjaciółmi i ukochanymi kotami.
Maja i Dyziu już nie były przy nim fizycznie, ale czuł ich obecność w sercu — zawsze obecne, zawsze częścią niego.
Enzo wstał z łóżka. Każdy ruch był świadomy, pełen wdzięczności. Świat wydawał się inny — spokojniejszy, piękniejszy, a każdy oddech miał znaczenie.
W głębi duszy wiedział, że życie jest darem, a każde doświadczenie, nawet to najtrudniejsze, prowadzi do zrozumienia. I od tej chwili Enzo żył inaczej: świadomie, pełnią serca, w harmonii z samym sobą i całym światem.
A nad wszystkim czuwała pamięć o tym, czego doświadczył — o krainie wieczności, miłości, światłości i cudu istnienia, który zmienił go na zawsze.
Enzo uśmiechnął się po raz pierwszy od dawna bez wahania, wiedząc, że to dopiero początek jego prawdziwej drogi.
---
Historia się kończy. Enzo powraca do życia z pełną świadomością, wdzięcznością i spokojem
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania