Tupobrzegi
Nazywam się Kacper Borowski i jestem samotnym mężczyzną. Mrok tych zimowych dni rozjaśniają mi wspomnienia z dzieciństwa i wsi Tupobrzegi w której spędziłem najpiękniejsze lata dzieciństwa i młodości. Od tamtych lat minęło prawie siedemdziesiąt lat, a ja wciąż wracam do tych wspomnień.
Miałem roczek, gdy rodzice zostawili mnie u dziadków, a sami wyjechali do Ameryki w poszukiwaniu szczęścia. Tata był inżynierem i pojechał tam budować mosty. Wyjechali już tak dawno, że gdyby nie zdjęcia wiszące na ścianie w salonie do których dziadek zrobił piękne ramki zapomniałbym, jak wyglądają.
Babcia i dziadek przykładali dużą wagę do mojej nauki. Nauczyłem się czytać w wieku sześciu lat, a dobrze czytałem, już w wieku lat siedmiu. Miałem ogromne szczęście, że trafiłem pod ich skrzydła i do tego pięknego dworku, bo tam nauczyłem się wszystkiego z czym wszedłem w dorosłe życie, a przecież mogłem się urodzić biedny jak Filipek i zamiast spać w pierzynach spałbym w stajni na sianie i wypasał bym krowy.
Józef Borowski zubożały szlachcic herbu Miecza i Pioruna, czyli mój dziadek był wysokim mężczyzną lekko pochylonym do przodu z siwą czupryną i oczami w kolorze nieba rozjaśnionymi przez podeszły wiek. Szczupły z poważną twarzą, która rzadko się uśmiechała i naznaczona była zmarszczkami oraz blizną na lewym policzku. Gdy pytałem skąd się wzięła zawsze odpowiadał, że to wspomnienie młodzieńczej głupoty i fantazji, jaka zawsze panowała w jego rodzie. Trzej bracia dziadka: najstarszy Lucjan krzepki blondyn, łamał podkowy w rękach i był wielkim zabijaką, dopóki nie zginął mając lat czterdzieści w pojedynku osierocając dwójkę dzieci. Drugi w kolejności był Szymon taki sam zawadiaka, którego dopiero po trzecim krzyżyku, gdy już się wyszumiał i cięto go szablą przez łeb, żona potrafiła obłaskawić. Trzeci Bolesław prowadził sklep z towarami kolonialnymi w mieście Krakowie i zupełnie niepodobny był do starszych braci. Dziadek natomiast był mieszanką tych trzech braci z buzującą krwią i głową do interesów.
We wsi był nazywany mądrym i zamożnym gospodarzem i przychodziło do niego wielu ludzi prosić o pożyczkę na kupno konia czy krowy, na zasiew, a nawet na posag dla córki. Doradzał im jak leczyć chore bydło, co zasiać tego roku oraz pomagał pisać pisma urzędowe.
Często zgadzał się, aby ludzie odrabiali pożyczkę w polu lub pomagali w gospodarstwie, bo zdawał sobie sprawę, jak ciężko im było żyć nie mówiąc by odłożyć jakieś pieniądze, a czasem, komuś, kto był w ciężkiej sytuacji darował dług.
Dom z wysoką kamienną podmurówką i dużą piwnicą stał trochę dalej od innych domów na samym końcu wsi zwrócony frontem, ku podwórzu z gankiem opartym na dwóch dużych kolumnach, które kończyły się na linii okien piętra. Powyżej znajdował się taras wyłożony piaskowcem. Ściany domu były jasne choć już przybrudzone przez czas, deszcz i wiatr. W każdych oknach znajdowały się proste okiennice w kolorze ciemnej zieleni. W prostokątnych wysokich i wąskich oknach parteru pięknie odbijało się światło słoneczne przesycając złotem słońca pomieszczenia, a okna na piętrze mniejsze, harmonijnie komponowały się z dachem. Oficyna przyklejona do dworu zapewniała schronienie pracownikom, a przyjmowano tam co mniej znaczących gości. Mieszkali tam Tolek, Franuś, Filipek i Kasia, która miała osobną izbę.
Oprócz tego była tam stodoła, stajnia, obora, chlew, kurnik, kuźnia, by nie trzeba było jeździć do kowala, a podkuwaniem koni zajmował Franuś.
Na ganek wchodziło się po pięciu kamiennych schodkach. Dom ten postawił niejaki oficjalista Kusoń. Nikt nie wie skąd przybył i dlaczego akurat tu wybudował swój dworek. To znaczy nie on go wybudował, ale on zapłacił za jego budowę.
Przez lata Julian Kusoń wraz z żoną i córką Magdą żyli na wysokiej stopie wyprawiając bale i przyjęcia. Tak naprawdę nie wiadomo skąd mieli na to pieniądze. Jedni mówili, że stary skarb znalazł inni, że za zasługi dla tajemniczego księcia dostał porządną odprawę, a jeszcze inni, że kogoś okradł. Ile było w tym prawdy nie wiem. W każdym bądź razie zadbał o to, by rzeka płynąca w pobliżu wioski i co kilka lat wylewająca na łąki nie zalewała domu. Był mądrym i przewidującym człowiekiem, iż postawił ten dom na lekkim wzniesieniu, jakby chciał odciąć się od wsi, ale nie potrafił dbać o majątek. Hulaszczy tryb życia doprowadził go do ruiny. Kiedy ojciec dziadka Szymon Borowski kupił tę posiadłość była w stanie katastrofalnym.
Dziadek czasem wspominał, ile pracy i pieniędzy kosztowało doprowadzenie dworu do stanu używalności:
- Kusoń porzucił ten dworek po pożarze i śmierci jedynej córki, której grób znajduje się za dworem w odległości dwudziestu sążni. Stary Kusoń nie miał już pieniędzy na odbudowę, więc z małżonką opuścili naszą wieś i wyjechali w nieznane. Kiedy mój dziadek go kupił podłogi były pognite, dach dziurawy, wszędzie wilgoć, a nawet i grzyb rozgościł się w tym opuszczonym domu, który przez dwa dziesięciolecia stał pusty. Teraz, gdy każdy szczegół został
dopracowany wręcz wychuchany miło się tu żyje. Biedny ojczulek po śmierci matuli nie dbał o nic. Służba się rozpuściła, jak dziadowski bicz i nikt tu o nic nie dbał. Ja wtenczas mieszkałem u wujostwa u siostry mamy, bo pokłóciłem się z ojcem i zamiast ratować rodzinny majątek zabawiałem się z kolegami i byłem niczym stryj Szymon i dopiero, gdy stryj się rozchorował, a potem spotkałem Jadwinie oczy mi się otwarły. Ojczulek zmarł, a ja wróciłem, by zaprowadzić tu porządek silną ręką. Stara Kotunowa pamięta, jak tu się pojawiłem po śmierci ojczulka.
- A pamiętam panie, co mam nie pamiętać – stara kobiecina odwróciła się od pieca. – Całe szczęście, że pan wrócił szkoda tylko, że tak późno.
- Młody i głupi byłem, ot wszystko. Wyszumieć się musiałem, jak i mój ojciec i jego ojciec, gdy byli młodzi. W tobie synku już nie ta krew. Ty już będziesz inny, spokojniejszy, a to i dobrze. Wystarczy tego szaleństwa w rodzinie.
Od dawien dawna Kotunowa przychodziła do nas i pomagała w gospodarstwie. Mieszkała kilka chałup dalej i jeśli tylko zdrowie jej dopisywało to każdego ranka zjawiała się w kuchni.
Bardzo lubiłem siedzieć na tym ganku i patrzeć na długą aleję z drzew kasztanowca na łąki i wierzby w oddali. Najpiękniej aleja wyglądała jesienią. Stawała się wówczas barwnym korytarzem, pełnym złota, czerwieni i brązu. Wiosną natomiast drzewa tworzyły piękny zielony szpaler.
Wchodziło się do domu przez piękne ozdobne drzwi i dużą, wysoką sień, w której zawsze panował półmrok i chłód, nawet w środku lata. Nad głową zamiast sufitu był spód schodów – ciężki, drewniany spocznik prowadzących na górę.
Pod stopami skrzypiały szerokie i wysłużone deski. Pod ścianami stały długie ławy, na których zasiadano, by otrzepać kurz lub śnieg z butów albo chwilę odpocząć po drodze. Przy wejściu niczym dwaj strażnicy stały wieszak na płaszcze i stojak na parasole.
Zaraz po wyjściu z sieni zaczynały się schody z półpiętrem, prowadzące do pokoi na górze.
Z sieni przechodziło się dalej, do właściwego wnętrza domu – dużego hallu, wyłożonego dębowymi deskami i ciemną boazerią biegnącą wzdłuż ścian. To tutaj witano gości i to stąd rozchodziły się drzwi do wszystkich pomieszczeń. Panował tu porządek i cisza, nawet gdy w innych częściach domu wrzało życie. Na ścianach wisiały obrazy i duże lustro w złotej ramie.
Po lewej stronie znajdowała się kuchnia – serce domu, w którym zawsze coś się działo. Kręciła się tu stara Kotunowa i Kasia, zatrudniona do pomocy przez babcię. W powietrzu unosił się zapach gotującej się zupy, pieczonego chleba i dymu z pieca kaflowego, na którym bez przerwy coś pyrkało. Na ścianie przy oknie wychodzącym na podwórze wisiała długa deska, a na niej tasaki, sita, lejki, durszlaki i wałki. Pod oknem stał ciężki stół, przy którym Kotunowa zagniatała ciasto, kroiła warzywa, darła pierze – i przy którym domownicy chętniej jedli niż w pięknej, oficjalnej jadalni. Z kuchni prowadziły drzwi przez które można było wyjść tuż obok podwórza i które od wiosny do jesieni były niemal zawsze otwarte. Zawieszano w nich coś na kształt firanek, żeby nie wpuszczać much, choć i tak zawsze znajdowały sposób, by dostać się do domu.
Obok kuchni mieściła się spiżarnia z półkami sięgającymi niemal sufitu i wiecznym chłodem. Stały tam słoje z kiszonymi ogórkami, kompoty, suszone grzyby, worki z mąką i kaszą, całe zapasy, bez których Kotunowa nie potrafiłaby odnaleźć się w kuchni.
Po przeciwnej stronie hallu znajdował się gabinet dziadka. Pachniało w nim tytoniem, bo dziadek uwielbiał palić fajkę, siedząc w wielkim, głębokim fotelu. Często zamykał się tam na długie godziny, pochylony nad papierami albo książką. Przy ścianie stała ogromna, mahoniowa biblioteka o ciepłym, ciemnym odcieniu brązu, podzielona na trzy segmenty. Dolna część była pełna, drewniana, górna przeszklona, z małymi złotymi gałkami i zamkami, do których kluczyków nigdy nie mogłem znaleźć. A tak bardzo chciałem wiedzieć, co dziadek zamykał przede mną na klucz.
Za gabinetem mieściły się sypialnie babci i dziadka. Każda z nich miała własną ubieralnię – małe, ciche pomieszczenia pełne ubrań i zapachów, w których lubiłem się chować, przekonany, że nikt mnie tam nie znajdzie.
Dalej, w reprezentacyjnej części domu, rozciągał się wielki salon. Na ścianach wisiały obrazy i portrety przodków, których surowe spojrzenia śledziły każdego, kto przekroczył próg. Pod ścianą z oknami wychodzącymi na sad stał duży zegar z kurantami; jego melodia rozchodziła się po całym domu, wyznaczając rytm dnia. Na stole stały wazony z kwiatami i ozdobny kandelabr ze świecami. Podłogę przykrywał czerwony dywan o wymyślnych wzorach, zdejmowany zawsze wtedy, gdy organizowano tańce. Pod sufitem wisiał żyrandol na świece, a w rogu, przy oknie, stał fortepian, na którym babcia czasem grała – na prośbę dziadka albo gości.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania