TW 2.0 #5 - Kapitan Alkodron i grzybobranie
Postać: Anonimowy alkoholik
Miejsce: Park wisielców
Zdarzenie: Grzybobranie
Był środek maja. Zieleń zlewała wszystkie ulice i odchodzące od nich uliczki. Praktycznie każdy, kto choć trochę cieszył się na przyjście wiosny, przynajmniej raz uśmiechnął się spoglądając przez okno na rosnące w równych rządkach drzewa. Wyjątek stanowili śmieciarze, których ukochane zielone uniformy na ten czas lądowały w szafach ze względów na zlewanie się z wszechobecną roślinnością. Ich strajki były stałym punktem majowego apogeum. Tak nazywano początek sezonu zwiedzającego. Największe parki w mieście przyciągały ludzi różnymi urozmaiceniami swej i tak okazałej flory. Jednak w tych czasach były to atrakcja dla emerytów i klasy średniej. Młode pokolenie elity potrzebowało czegoś zupełnie innego. Czegoś oryginalnego. Takowy oryginalny pomysł narodził się stosunkowo niedawno. Z dwóch średniej wielkości parków sąsiadujących ze sobą utworzono jeden. Obiekt jedyny w swoim rodzaju. Łamał on wszelkie moralne przepisy. Ale to przyciągało klientów. Nazwano go Parkiem Przyjemności i Szeroko Pojętej Rozrywki. Nazwa długa, ale ostatecznie do obiegu wszedł również skrót utworzony z pierwszych liter każdego wyrazu. Jednak dla klasy średniej, która nie była w stanie sprostać wymogom finansowym, które obowiązywały na terenie parku, nazywała go Parkiem Wisielców. Nazwa prosta, ale bardzo dosłowna.
Największą atrakcją, która stała się jednocześnie wyznacznikiem rozrywki nowego pokolenia, były wieszane na drzewach ludzkie zwłoki. Świat widząc, że jest już na dnie, postanowił zejść niżej. Pomysł przypadł jednak do gustu. Ciała sprowadzano z miejskich kostnic, które były głównym źródłem zaopatrzenia. Jednak zdarzały się również nietypowe sposoby pozyskiwania. Były to tak zwane prezenty. Ludzie w zamian za gotówkę potrafili oddać swoje zmarłe dziecko. Tego typu dary miały swoje honorowe miejsce w Alei Darów Nadzwyczajnych. Wszystkie ciała przed powieszeniem poddawano różnym zabiegom między innymi usunięciu narządów. Wszystkie one w znacznym stopniu hamowały rozkład tkanek, a specjalne olejki odpychały wygłodniałe ptaki, choć nie zawsze była to pożądane. W parku utworzono specjalne rozrywkowe strefy. Był to wymóg słabnącej w pewnym momencie popularności. Każda strefa oferowała coś innego. I tak w Alei Kraczącej Rozkoszy ciała nie były smarowane odpychającymi olejkami, przez co ptaki mogły spokojnie ucztować ku uciesze zwiedzających. Natomiast w Alei Kucharzyków ciała ubierano w różnokolorowe stroje na wzór szefów kuchni. Obiekt był otwarty w sezonie wiosennym i letnim, zaś na jesieni można było zażyć rozkoszy tej rozrywki w specjalnej hali znajdującej się dwie ulice dalej. Choć kolejne to pomysł samych twórców przechodziły pojęcie nie jednego naukowca, to jednak taka forma odpoczynku stawała się coraz bardziej popularna.
Powierzchnia parku była naprawdę imponująca. Z jednej strony graniczył on z centrum najbogatszej dzielnicy, a z drugiej zahaczał o uliczki, w których urzędowali pijacy, ćpuny i ci trzeci określający się jako buntownicy z wyboru a w praktyce nieróżniący się niczym od tych poprzednich. Tam, w tych najgorszych odmętach gdzie szczury żyją z ludźmi obok siebie, mieszkał od dziesięciu lat on. Jak się nazywał, nikt nie wiedział. Nawet on sam nie pamiętał nic ze swojego życia przed decyzją pochłaniania tylko jednego płynu w postaci wódki. Z zapoznaniem się z tamtejszą społecznością nie miał większego problemu. Przyjęli go od razu jak swojego. Oczywiście większość z nich już dawno była martwa lub zapadła w śpiączkę co i tak skutkowało śmiercią. Jednak nieliczna grupka ostałą się na czele z nim. Stał się dla nich wzorem. Ale nie zaimponował im odwagą i czy oddaniem w słusznej sprawie. Jako jedyny potrafił pić na umór, a i tak zachowywał świadomość. Potrafił w stopniu dobrym porozumiewać się, a nawet w miarę normalnie stawiać kolejne kroki, gdy naszła potrzeba na wycieczkę do monopolowego, który swoją drogą został tam postawiony, aby spić do reszty pozostałych w nadziei, że ci dzięki temu już niedługo znikną z tego świata.
Mówili na niego Kapitan Alkodron. Bohater w swoim środowisku stojący na straży zasobów niezbędnych do ich dalszej egzystencji. Swojego czasu stworzył on niezależną grupę, która miała za zadanie opanować całą pijańską dzielnicę, ale ten pomysł upadł dość szybko głównie z powodu zgonu większości ekipy. Ostał się jedynie on oraz dwóch innych, czyli Piwny Szerszeń, oraz Popylacz. Każdy kolejny dzień mijał na tym samym. Jednak to majowe popołudnie miało iść zupełnie innym torem. Cała trójka, która po symbolicznej żałobie po kolejnym zmarłym z ich ekipy, która w ich rozumowaniu polegała na jeszcze większym chlaniu, leżała jak to przystało pod ogrodzeniem Parku Wisielców. Kapitan, który jako jedyny postrzegał rzeczywistość w miarę normalnie, co chwila wstawał i przyglądał się zwłokom z dziwnym uczuciem, jakby kiedyś tam był. Oczywiście nie jako nieboszczyk, ale zwiedzający. Myśli te powracały co jakiś czas, ale były przez niego szybko wypierane. Mimo wszystko w pewnej chwili jak nigdy od tych dziesięciu przepitych lat postanowił, a właściwie zapragnął wejść na teren parku.
– Idę tam. Pijcie na razie beze mnie — oświadczył, próbując wdrapać się na metalowe ogrodzenie.
– Kapitanie nasz kochany bez ciebie nie da rady — wydukał ledwo Szerszeń, jednocześnie próbując obudzić spitego w trupa Popylacza.
– A po co ja mam cię słuchać? Ledwo kontaktujesz.
Tego już Szerszeń nie zdążył usłyszeć. Padł nieprzytomny obok Popylacza. Kapitan dalej bezskutecznie próbował przedostać się na drugą stronę. Gdy już stracił wszystkie chęci, a jego dłoń instynktownie skierowała się w stronę upitej do połowy butelki wódki, zauważył dziurę kilka metrów dalej. Był to efekt przebudowy w tamtej części parku. Na jego szczęście nikt nie zauważył tej luki, a ogrodzenie nie było podłączone do prądu. Choć to absurdalnie brzmi, nikt nie martwił się, że ciała mogą zostać skradzione. Mieli ich na pęczki. Alkodron trafił w sam środek corocznego wiosennego grzybobrania. Swoista zabawa dla elity. Polegała na szukaniu pod wisielcami genetycznie zmodyfikowanych grzybów, które dzięki swojej mutacji wydzielały zapach naprowadzający poszukujących. Ta forma odpoczynku była przeznaczona dla zakochanych par. Szczególnie tych młodych. Wychodzono z założenia, że nie ma nic lepszego niż romantyczne zbieranie zmutowanych grzybów. Były one niejadalne, ale za ich znalezienie otrzymywano kupon rabatowy na zakupy w sklepie z pamiątkami.
Prześlizgnął się z dużą swobodą. Gdy stanął na miękkiej trawie, otoczony przez wiszące na drzewach ciała jednej strony czuł strach, ale z drugiej miał nieodpartą chęć spacerowania wokół nich. Podziwiał je z coraz większym zachwytem, nie umiejąc tego wyjaśnić. W końcu znalazł się na jednej z głównych alei parku. Zauważył siedzącą na ławce parę w dość zaawansowanym wieku jednak mieszczącą się w granicy dozwolonej.
– Dobry wam. Macie może jakąś mapę albo coś, bo się gubić zaczynam.
Para popatrzyła na niego z pogardą. Na kilka metrów czuć było odór jego brudnych łach i wódki.
– Co to robak? Takie szlamidło nie zasługuje nawet na ten jedwabny sznur na szyi — wzdrygnęła się kobieta.
– Widziałem już takich żono. Razem z kolegami uwielbialiśmy rozbijać ich łby o szyny kolejowe. Piękne czasy ot były. Ale widać nasze staranie, aby oczyścić ten świat z robactwa nie pomogły.
- Robactwo? A wy jak siebie nazywacie? Gapicie się na te truchła jak na zabawki — Pokazał swą dłonią na młodą kobietę wiszącą najbliżej, choć przez chwilę czuł, że to, co mówi nie tyczy się tylko ich.
– Robactwo nie myśli. Zgnije w ścieku i szczury na nim ucztę urządzą — odpowiedziała z przekonaniem kobieta, po czym oboje odeszli.
Kapitan jeszcze przez kilka minut gapił się to na jednego wisielca to na drugiego. Pod nimi obserwował pary biegające wokoło, szukające grzybów. Nie zbliżał się do nich, choć coś nadal mówiło mu, że powinien podejść, zagadać. Tylko po co? Żeby ponownie zostać poniżonym i oblanym kwasem z ich ust? Siedział dalej, ale pogrążony w rozmyślaniu jak nigdy nie zauważył zbliżającej się do niego ochrony. Obezwładnili go z łatwością. Skuli i zaciągnęli go do radiowozu.
– Ciężkie te robaki. Nie lepiej go ubić? - słyszał na wpółprzytomny.
Drugi zaprzeczył natychmiast z lekkim uśmiechem na ustach.
Zabrali go na same obrzeża miasta. Tam zrobili z nim, co chcieli. Czy przeżył, czy już dawno został skonsumowany przez robaki?
Komentarze (19)
Dołącz jeśli możesz, będzie łatwiej się odnieść do treści.
Warunki spełnione, wszytko jest czytelne. Ogólnie ohydne i bardzo dobrze. :)
Pozdrawiam
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania