TW nr.8 Zapłon

Postać - Żyjący dom

Miejsce - Fabryka materiałów wybuchowych

Zdarzenie - Kapitulacja bez honoru

Gatunek - Opowiadanie obyczajowe

 

Mogę wychodzić, potajemnie. Ulice jak flaki wydeptane przez treść. Wstaję wcześnie rano, tylko w chodakach, żadnych metali, bombowa atmosfera nie znosi iskier. Uzbrajam, od tego żółknie mi skóra. Żółty zamieszkał we mnie jak słońce z wykwitem alergii.

Nie obyczajowo, schodzę z tych schodów.

Jestem głodna odkąd zabrali mnie od rodziców. Ta zupa z rzepy nie krzepi.

Mam przyjaciółkę, noszę ją na ramieniu, jak szarfę. Ona ściska mi ramię gdy opadam z sił. Jest trochę jak anioł z rogami, nie ulega presji i wierzy... gdy wrócę do domu opowiem jej jak naprawdę było, bo ona nie ma oczu.

 

Ten z karabinem mierzy do mnie palcem, stoję przy głowicach rozmiarów jego korpusu. Chowam się za tą łuską, niech wie, że mogę wybuchnąć.

 

Otacza nas silos z betonu, my antypalne, my w barakach...

Świat nas nigdy nie wypluł, a powinien, nie ciamkać nowym śmiercionośnymi smakowymi cukierkami.

 

Na tej pryczy, czasami plecy przypominają mi ściany, które nasłuchują kroków matki. Zabawy rodzeństwa w chowanego. Biegną mi po żebrach, jak po schodach na pięterko, gdzie strych był klunkiernią. Drapię ramię, to wolne bez ramiączka, kościste. Tak, dach ma swoje dachówki, nigdy ich nie ruszam.

 

Jednego dnia, gdy byłam poza ogrodzeniem, znalazłam zapałkę. Ukryłam ją we włosach. I nie chcący zahaczyłam o metalową belkę głową w fabryce...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania