Twarde sumienie świtu

​Tak właśnie wygląda codzienne świtanie.

Pod sklepieniem błogosławionym wrzeszcząt opada, opowiada swoje strony.

W betonowych szczelinach pęka stara krew, a mrok zaplata włosy.

Szklane witryny krzyczą datą horyzontu,

Mury bloków ciężarem kapią,

A my, w pogoni za chlebem,

przez labirynt podwórek i zimnych klatek,

gdzie każdy kąt skrywa dawne milczenie,

szukamy siebie w tym miejskim hałasie,

zanim obudzi się twarde sumienie.

Dotykamy dna chłodnego lustra,

gdy świt otwiera nam oczy,

zanim miasto zdąży wypluć resztki snu,

i zostaje po nas tylko cień na asfalcie.

W spalin pełnych ulic trucizna,

Puls dnia bije tak mocno, że aż chce się żyć,

mimo że wiatr wciąż niesie dawne echa.

W zapomnianych bramach szmer szuka imienia,

kiedy nocne płaszcze opadają na ziemię,

a z latarni spływa żółte, gęste światło,

którego nic już nie zmieni.

I dopiero w tym świetle stajemy się wreszcie prawdziwi.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania