U kresu wytrzymałości

Łzy spływały jej po policzkach. Nie wiedziała co ma robić. Życie wydawało jej się takie bezsensowne. Nie miała po co i dla kogo żyć. Rodzice zamordowani już dwa lata temu. Brat wyjechał po tym do innego kraju i nie było już z nim kontaktu. Nie miała pojęcia co się z nim dzieje, czy żyje, czy jest szczęśliwy, czy założył nową rodzinę. Jej chłopak został potrącony przez samochód. Od tego czasu jest w śpiączce, czyli od kilku miesięcy. Codziennie po pracy przychodziła do niego. Siadała mu na łóżku i modliła się o lepsze jutro. Jednak nie następowało. Musiała spłacać długi jej rodziców. Być może byli w coś zamieszani, może to dlatego ich zamordowano? Ale po co miałaby się nad tym zastanawiać. I tak się nigdy nie dowie, a życia im to nie zwróci. Powolutku spłacała pożyczki, było jej ciężko, ale nie tak jak na początku. Przyzwyczaiła się do ubogiego życia i je wiodła. Wytrzymywała. Tylko na ile?

Poszła tak jak zawsze na mszę o jedenastej w niedzielę. To nie było przyzwyczajenie. Tylko chęć bycia z Bogiem. Kochała z nim rozmawiać. Często klęczała późnymi wieczorami na łóżku i prowadziła z nim długie konwersacje. Opowiadała mu o swoim dniu, szefowej, która wiedziała o jej trudnej sytuacji i ją wykorzystywała mimo to. O tym jak ledwo starcza na rachunki i jedzenie. Dużo nocy spędziła nie przespanych i miała dość życia. Dosyć płakania nad wszystkim. Nie miała nikogo kto mógłby z nią porozmawiać. Tylko Pan Bóg był zawsze.

Weszła do kościoła. O dziwo był pusty. Co nie mogło być prawdziwe. Coniedzielna msza dla maluszków, a jednak nikogo nie widziała. Zaczęła wołać, ale nikt się nie odzywał. Zdziwiona usiadła w ławce, uklęknęła i rozpoczęła gorliwą modlitwę. Poczuła jakąś dziwną obecność wokół siebie. Bała się otworzyć oczy, ale poczuła, że musi. Spojrzała się przed siebie i zamarła. Przed nią stał Pan Bóg we własnej osobie. Wyciągnął do niej rękę. Wstała i podeszła. Jednak coś ją powstrzymało przed chwyceniem dłoni. Steve - jej chłopak. Nie mogła go tak zostawić. Chyba wiedział o czym myśli, jednak sam złapał ją za rękę.

Jej oczom ukazało się niebo. Wyglądało jeszcze lepiej niż myślała. Białe chmury, różowa poświata, aniołki, szczęście... Nagle poczuła silną rękę na jej ramieniu. Odwróciła się. Ujrzała Steva. Wtuliła się w jego ramiona. Nie pomyślałaby, że takie rzeczy mogą się wydarzyć na prawdę. Nie przejmowała się tym. Liczyło się tylko to, że mogła być z nim. Razem, nikt im już nie przeszkadzał. Coś zaczęło jej nie spodziewanie brzęczeć w głowie. Nie mogła tego powstrzymać, a ten dźwięk był coraz donośniejszy. Zaczęła się przewracać na wszystkie strony i wiercić.

To się stało. Obudziła się. To był tylko sen, ale jakże prawdziwy. Chciała znowu do niego wrócić, ale wiedziała, że i tak już nie zaśnie. Spojrzała się na datę. Poniedziałek. Dwudziesty drugi listopada. Dzisiaj ona i Steve mają piątą rocznicę od kiedy są razem. Chciała skorzystać z dnia wolnego i udała się do szpitala. Właśnie tam spędzała większość swojego wolnego czasu. Resztę na modlitwe. W drodze do Steva kupiła piękny bukiet kwiatów. Kiedy dotarła do szpitala, okazało się, że wszystko przepadło. Tej nocy umarł jedyny powód dla, którego żyła. Kilku miesięczna walka sama ze sobą, z życiowymi trudnościami poszła na marne. Teraz wiedziała co ma zrobić. Pobiegła do łazienki w szpitalu, weszła do kabiny i usiadła na toalecie. Wyciągnęła z torebki ostry nóż. Już była dawno przygotowana na tę sytuacje. Patrzyła się na sztylet. Jeżeli by to zrobiła, nie żyła by już tu na ziemi. Nic tu ją nie trzymało. Jednak nie mogła tego zrobić. Nie umiała, bała się. Wybiegła ze szpitala i w domu, płacząc spędziła prawie cały dzień.

Wyszła wieczorem, chciała się przewietrzyć i przemyśleć to wszystko. Wybrała małe jeziorko, czyli najmniej cywilizowane miejsce w jej mieście. Nikt tu nie przychodził ze względu na brudną wodę. Usiadła na kamieniu i pochłonięta myślami, rzucała kamieniami w wodę. Bez celu. Byle jak najdalej. Tak jakby starała się wyrzucić wszystkie swoje problemy, zacząć od nowa. Szkoda, że to nie działało. Gdy przestała, zapatrzyła się w wodę, o niczym nie myślała, wreszcie. Nagle poczuła, jak coś przewierca jej gardło. To był nóż, ale nie mogła tego zobaczyć, bo już leżała martwa na ziemi. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem i poszedł w swoją stronę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • Violet 31.08.2016
    Smutne, a podobno człowiek wiele może znieść i jeszcze chciałoby się powiedzieć, uważaj o czym marzysz...5
  • Julsia 31.08.2016
    Dziękuję za ocenę :)
  • Kakarotto 31.08.2016
    Bardzo ciekawie. Końcówka naprawdę niespodziewana, daję 5.
  • Julsia 01.09.2016
    Dziękuję :)
  • Kinga 31.08.2016
    Bardzo ładne opowiadanie. Ciekawe zakończenie, lecz na twoim miejscu napisałabym dodatek od tego mordercy, np myśli, dlaczego ją zabił itp. To taka propozycja... 5
  • Julsia 01.09.2016
    Wiem, że niektórym z Was tu czegoś brakuje. Jednak wolałam zostawić tutaj pole do Waszego popisu. Takie domysły i uruchomiona wyobraźnia :) Dziękuję :)
  • MarkD 01.11.2016
    Wow, pięknie pokręcone. Pewnie nad tym jeziorem by doszła do wniosku, ze jednak warto żyć. Przypomina mi to piosenkę 'Blasphemous Rumours' Depeche Mode.
  • Julsia 02.11.2016
    Nie słuchałam, ale jak będę miała czas na pewno skorzystam z okazji ^^ :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania