Ucieczka LBnP 7
Eion i Gjord, nieświadomi, że ciało króla stygnie kilka kroków dalej, złożyli Wanorę na deskach. Eldiole przykryła ją stosem futer, a Giron wcisnął się między burty, zaciskając dłonie na zdobycznym orężu Ragnara. Konie ruszyły z kopyta, niosąc ich w stronę bramy.
Bulfir, wyczuwając znajomą twarz, wyskoczył z sań pierwszy. Strażnik przy wrotach uśmiechnął się na widok ogara.
– Bulfir? O, młody jarl! – zawołał, widząc Gjorda. – Otwieraj, to syn wodza! – rzucił do drugiego.
Ciężkie skrzydła bramy zaczęły zgrzytać, odsłaniając wolność, gdy nagle noc rozdarł ryk rogu. Alarm. Wrzask z głębi obozu był tak potężny, że nie zostawiał złudzeń – trup Ragnara został odkryty.
– Pędź! – wrzasnęła Eldiole, smagając konie batem.
Zwierzęta skoczyły do przodu, ale strażnik, słysząc alarm, oprzytomniał w sekundzie. Chwycił za włócznię i zastąpił drogę koniom. Przerażone wierzchowce odbiły gwałtownie w bok, płozy zahaczyły o krawędź palisady i sanie z ogłuszającym trzaskiem wywróciły się na bok.
Wszystko działo się w ułamku sekundy. Giron jako jedyny wyskoczył w powietrze, zanim konstrukcja uderzyła o ziemię. Zanim dwaj strażnicy zdołali unieść broń, wampir dopadł ich z furią demona. Topór Ragnara rozłupał pierwszą czaszkę, a miecz przeszył pierś drugiego.
Eldiole i Eion wygrzebywali się spod siana i futer.
Wanora leżała na boku, blada, z twarzą wciśniętą w brudny śnieg.
– Odleć, Gironie... możesz – wychrypiała, a jej oczy były puste, pozbawione woli walki. – Jestem zbrukana. Widziałeś, co mi zrobił…
Wampir nie spojrzał na nią z litością, lecz z dziką, wojowniczą dumą. Uniósł topór ociekający krwią ich wspólnego wroga.
– Jesteś moją Panią. To zaszczyt móc za ciebie przelewać krew – rzucił krótko.
Podszedł do sań, przy których z trudem mozolili się towarzysze Eldiole. Dla nich ciężar był nie do ruszenia, dla niego – jedynie przeszkodą. Jedną ręką, z nienaturalną, drwiącą wręcz lekkością, dźwignął tył sań i pchnął je w stronę wyjścia.
– Uciekajcie!
Został sam. Stanął w przewężeniu bramy, blokując przejście własnym ciałem. Nie odwracał się, gdy pakowali ranną Wanorę do powozu, ale jego wyczulony słuch był lepszy niż wzrok. Słyszał wszystko: paniczny oddech koni, skrzypienie płóz i każdy brzęk łańcucha na nadgarstkach swojej Pani. Ten metaliczny dźwięk był dla niego sygnałem – pierwsza część zadania została wykonana.
Gdy sanie zniknęły w mroku kniei, Giron odetchnął mroźnym powietrzem.
– Teraz zasmakuję waszej krwi!
Z gracją baletnicy przeskoczył nad trupami i runął na kolejny tuzin nacierających Vilkundów. Ciężki topór bojowy w jednej dłoni i długi miecz w drugiej zdawały się w jego uścisku nie ważyć więcej niż suche patyki. Pod ich uderzeniami głowy pękały na dwoje, a kończyny oddzielały się od tułowi z mokrym mlaśnięciem. Giron celowo nie dobijał tych, którzy rzęzili w śniegu, wzywając swoich głuchych bogów. Ich agonia była melodią jego zemsty. Stał się dyrygentem w tym teatrze juchy i stali.
Zza węgła wypadł kolejny, dwudziestoosobowy oddział. Dowódca, widząc oświetlonego pochodniami, zakrwawionego potwora, wrzasnął:
– Mur z tarcz!
Giron, widząc chwilowy impas, nie marnował czasu. Podszedł do wijącego się u jego stóp brodacza bez nogi. Chwycił konającego za włosy, szarpnął głowę do tyłu, odsłaniając pulsujące gardło, i wbił zęby. Pił zachłannie, a ożywczy, gorący płyn przywracał mu siły po darze, który wcześniej złożył Eldiole.
Przed bramą było już blisko trzydziestu wojów. Odgrodzeni od wampira ścianą dębowych tarcz, odzyskiwali rezon.
– To wampir! Odstrzelcie go srebrem! – ryknął Goldun, ten sam z bielmem na oku. Choć zwalisty i ciężki, dowodził twardą ręką. – Szyk! Podwójny mur! I gdzie te cholerne strzały?! Szyć w niego, do kroćset!
Giron nie czekał. Ruszył wprost na dowódcę. Kilka potężnych susów, zgrabny unik przed lasem włóczni i skok – potężny, nieludzki, wymierzony w sam środek monolitu tarcz. Dębowa osłona roztrzaskała się jak chłopięca zabawka, a ramię wojownika, który ją dzierżył, pękło z trzaskiem łamanego chrustu. Już po chwili kolejna dziesiątka ciał konała na wjeździe do Hrimgrim.
– Srebrem, mówiłem! – wrzeszczał Goldun, wycofując się za plecy swoich ludzi.
– Ktoś ukradł srebrne groty! – odkrzyknął przerażony łucznik z palisady.
– Są u Ragnara, przy wejściu! Biec po nie, już!
Giron ciął i rąbał, ale przeciwników przybywało. Kilka żelaznych bełtów przebiło jego zbroję, lecz zaledwie drasnęły bladą skórę. Jednak wiedział, że czas działa na jego niekorzyść. Przez ułamek sekundy przemknęła mu myśl o ucieczce – mógłby zmienić się w cień, odlecieć, przeżyć.
Spojrzał jednak w stronę ciemności, gdzie zniknęła Wanora. Ruszył ponownie, by zabijać. Choćby jeszcze jednego. I następnego.
Uniknął pierwszego srebrnego grotu, który ze świstem przeciął powietrze. Drugi odbił mieczem. Ale kiedy nadleciała chmara, której nie dało się już uniknąć, na jego ustach wykwitł krwawy uśmiech. Kupił swojej Pani życie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania