Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
UKRYTY WŚRÓD RUCHU. (całe leśne opowiadanie o przerażaczu (mystery/thriller)
UKRYTY WŚRÓD RUCHU.
(całe leśne opowiadanie o przerażaczu)
(opowiadanie mystery/thriller)
I. PROLOG:
Jak już zapewne Ci zbrzydło czytać/słuchać: każdy, dosłownie każdy kawałek lasu, gór, mokradeł... a nawet nadstawiennych szuwarów: posiada własne " zmory ".. Zwłaszcza na łamach literatury, lub popularniej: kinematografii: zawsze w zieleni, albo wśród skał, grasuje: 1. Potwór, 2. jakiś... Upiór, 3. " Obcy ", a najczęściej: 4. Poprostu " coś złego ".. i każdorazowo: " komuś upierdoliło się w głowie, że spędzi pełen odpoczynku weekend na łonie natury, co spowodowało, że owe " coś złego ", zaskakując go niespodziewanie: 1. Rozerwało go na strzępy, 2. Zwystraszyło, aż się zesrał, a najczęściej: 3. Goniło, celem wystosowania punktów "1." i/lub "2".. ponieważ, niechybnie: 4. Czychało na jego życie, jak i wielu przed nim... może Cię to dziwić, jednak: takowych opowieści jest więcej, niż liści na drzewach w przeciętnej, Polskiej Puszczy. Sam kiedyś lubiałem " łazić po lesie ", przy czym: nie po " turystycznych szlakach ", zatem: " przestrach przejściowych ", rzadko do mnie docierał... Rozumiesz:.. " gdzie ludzie, tam ogień ": a po kilku opowieściach przy takowych ogniskach, doskonale już wiedziałem, że większość z tych historii: czytałem w książkach, będąc dzieciakiem, jednak: nie nakręcono o nich filmów, więc łatwo uznawano, że " nikt o nich nie wie ": opowiadając jako " przydarzające się opowiadającym osobiście ".. wolałem więc ogniska w wejściach do opuszczonych sztolni, od tego jazgotu. W ten sposób: spotkałem kiedyś dość... " niecodziennego " Człowieka. Zresztą... opowiem Ci o tym:..
Doskonale pamiętam, jak zbaczałem wówczas ze szlaku, wpatrując się w słońce ponad koronami drzew, jakbym oczekiwał od niego rozpoczęcia bombardowania salwą lanych w litym złocie sztab. Zwyczajnie: musiałem zapamiętać, skąd przyszedłem, aby w drodze powrotnej: określić kierunek marszu przez oś symetrii, ewentualnie: na wbity pionowo w ziemię patyk, działający na tej samej zasadzie, co zwyczajny zegar słoneczny. Tyle musiałem zapamiętać, następnie: skupić się na otoczeniu: gdzie stawiam każdy krok, co czai się w trawie, lub stoi między drzewami nieruchomo: czując mój zapach w odległości połowy kilometra... Masz zatem słońce za prawym barkiem: i ruszamy. Opłukując podeszwy butów w strumieniu i wdeptując w głęboki bieżnik błoto po jego przeciwnej stronie: przestajesz nieść za sobą " zapach miasta ", czemu... zawsze byłem przychylny. Spokojny marsz, gałązki trzaskają pod buciorami, zwierzaczki stoją między drzewami, a gdy nieruchomiejesz jak one: odchodzą po jakimś zaledwie kwadransie, niczym zwolnione uprzednim wstrzymaniem odtwarzania. Te w oddali: zwalniają mijając Cię, po czym pospiesznie kryją się w gęstwinie... cóż... to już znałem, aż " jezusmaria: jakiś szelest! ", przestał mnie przerażać. Zwłaszcza, że sprawdziłem, czy w pobliżu nie ma mrowiska, postanawiając moment odpocząć. Przypomniało mi się wówczas, jak mój uprzedni mentor, napomknął mi, że: " najlepszym sposobem na zatwardzenie w lesie, jest: złapać sznurek bluzy w trzy palce, wyciągnąć rękę przed siebie i zacząć nim potrząsać... tak do skutku. Jak nie mam sznurka w bluzie: może być sznurówka, przy czym: to nie działa wewnątrz np. ambon, lub: gdy nie potrząsa się sznurkiem trzymając go tak, aby był na zewnątrz. ". Złapałem w palce sznurek kaptura kurtki moro, zaczynając nim wymachiwać, jakbym wabił niewidoczną psinę... pomachałem może minutę, a gałąź nieopodal mnie, poddała się naciskowi czegoś zasadniczo ciężkiego, z jakimś gromkim furgotem... co to, kuźwa, jest?!. Skupiłem się na tym, dostrzegając... parę wielkich, utkwionych we mnie oczu!.. a zanim dostrzegłem, że mają tak mądry wyraz twarzy, jak należący do przeciętnej Sowy:.. masz rację: szczerze się zesrałem. Co na to samo ptaszysko?.. Popatrzała na mnie moment, jak przestaje być jednocześnie blady i spocony: z oczami rozwartymi, jak ona sama... po czym: zwyczajnie odleciała. Cóż... pozostało mi tylko znaleźć miejsce na obóz... Rozumiesz: las, to ogólnie... zwierzyniec, a nocą: urocze sarenki, raczej śpią, i nawet one nie chcą być nękane przez np. dzika, lub stado... sporadycznego wilka: usiłującego nie umrzeć z głodu... nawet przeuroczy lis: potrafi tak cholernie pokaleczyć, że ciężko się pozbierać, gdzie: ma taką naturę, iż: " łapie posiłek za gardło "... z tego powodu: postanowiłem znaleźć sztolnię, wnękę w głazach: które można łatwo otoczyć zasiekami, i jak zwykle: potykaczem ze sznurka i kamyków w blaszanym kubku, aby nawet małe zwierzątko, trafiając na linkę: zwolniło mechanizm, zrzucając z brzękiem kubek z kamykami na stos większych kamieni, co pozwoli mu uciec w popłochu, zanim mnie, co najmniej:.. drastycznie ugryzie. Póki co: nic z powyższego nie planowałem, zwyczajnie: nie znajdując czegokolwiek " wartego zamieszkania ".. myślałem zatem o legowisku w gałęziach drzewa, kilka metrów ponad gruntem, gdy... zobaczyłem w oddali nikłe, jak na ognisko: leniwie brnące, smużki dymu. No dobra... najpierw: myślałem, że to jakaś " duchność ", przyznaję... jednak: to... był, bez wątpienia: dym... jakieś:.. 20km w głąb lasu od cywilizacji, przypominam. Wiesz... ostrożnie podszedłem bliżej, spodziewając się początkowej fazy leśnego " samozapłonu ", gdy... zobaczyłem ognisko. I to nie takie zwyczajne: " Harcerskie ", a typowo " zawodowe: palone w dwóch, połączonych podziemnym przekopem komorach. Jedna doprowadza tlen, druga natomiast: to zarazem palenisko, jak i dosłownie " łoże " na dosłowne " wetknięcie garnka, czajnika, i tak dalej. Wystarczy pod nim wyżłobić w rancie wykopu skromną dziurkę, aby zapewnić cug powietrza, niezbędny do płonięcia ognia: czyniąc go niewidocznym. Jak czytasz: zapewne... mało ludzi pali takowe ogniska, prawda?.. Nie mniej jednak: postanowiłem tam podejść, dosłownie: koncentrując uwagę całego mojego życia na drodze kolejnych kroków, ponadto: szurając butami, aby ich nosami z blachą, wyczuć np. mechanizm zapadki, maskowanie wilczego dołu... Sam nie wiem, co mi się wówczas upierdoliło z tym w głowie. Nie mniej jednak: po kilku krokach w kilka minut: zacząłem dostrzegać między drzewami, jakby... " był tam obóz ".. przy czym, owszem... był. Tak zbudowany, iż z każdej strony, wyglądał, dosłownie: " jak szczery las między drzewami ". Był poukładany z różnych odcieni liści na gałęziach, aby z daleka wyglądał, że " nic tam nie ma: tylko... las, o. Ten. ". I.. tak właśnie było. Zobacz:.. przechodzę uważnie obok nikłej krzewiny, przyrastającej do drzewa... która, na mój widok... burchnęła stłumionym śmiechem... tak, owszem: masz rację: pobożnie... zesrałem się ponownie... najbardziej, gdy pół tego krzaku ożyło, zaczynając iść w moją stronę. Zapewniam Cię: tam mnie zmroziło, że nie byłem w stanie wykonać kroku i tylko dlatego przestrzegałem sprawdzenia każdego " gówna bakterii, na którym chcesz postawić stopę ".. " Krzak ", zatrzymał się kilka metrów odemnie, dlatego spodziewając się empiryzacji szlakowych baśni, spostrzegłem, że... posiada twarz. Jednak: nie potwora, a umazaną błotem, torfem, najpewniej sokiem z gniecionej trawy, przez co wyglądał, dosłownie: jak las, ten krzak na jego plecach, lub samo schronienie " nieco dalej ". Jedynym, na to się zdobyłem, było bezwiedne wyciągnięcie przed siebie rąk... nie tyle, że w geście pojednania, co poprostu... chciałem się poddać. I zapewniam Cię, że nawet nie byłem w stanie pomyśleć chociażby o ucieczce, a co dopiero: literacko-kinematograficznym, bohaterskim wyczynie.
- Mówisz po polsku?.. - spytał mnie tak niespodziewanie, że zacząłem się jąkać z wrażenia.
- Ta... tak... - usiłowałem mu odpowiedzieć.
- Nie zgubiłeś się od strumienia. - oznajmił.
Wówczas... niemal zemdlałem. Zrozum: widziałem zwierzaki... nawet: niechcący przywołałem Sowę... jednak: pomimo usilnej obserwacji terenu wokół:.. nie miałem świadomości, że... ktoś mnie obserwuje.
- Tu nic nie ma. - stwierdził z uśmiechem, wskazując palcem wyorane moimi butami ślady. - Chodź. - dodał po kilkunastu sekundach, obchodząc mnie łukiem, w kierunku obozowiska.
Oczywiście. Chciałem wówczas spierniczać. Jednak... gdyby ten Człowiek miał złe zamiary, obserwując mnie i idąc za mną od kilku godzin, zapewne... nie dane by mi było z nim rozmawiać... aż tutaj. Pozatym: gdy spojrzałem za nim, idąc, wyglądał dosłownie, jakby " las się przemieszczał we własnej materii " więc, z własnej głupoty: ruszyłem za nim...
Nie powiedział mi, jak ma na imię, co tu robi... zbywał milczeniem pytania, czy jest myśliwym, żołnierzem... odpowiadał mi lakonicznie na pytania o życie w lesie. Pokazał mi, jak otwierać konserwy, blokując bagnet o przeciwwagę, właściwie... może po kolei: nie miał plecaka, tylko kilka rzeczy w kieszeniach: krzesiwo, lnianą dratwę z ogromną igłą, a pozatym: bagnet, z rękojeścią zaplecioną na krzyżyk konopnym sznurem, z wyplecionym oczkiem, prostym mechanizmem z kijka i dwóch pętli, połączonym z pętlą przewieszoną przez jego kark, co pozwalało płynnie go przenosić, a także dobywać. Kolejno następnie: pokazał mi, jak wypalać węgiel drzewny, a następnie uzdatniać nim wodę " tu stąd wszędzie, jeżeli jest przejrzysta ". Pozwolił mi zostać na noc w swoim obozie, jeżeli zbuduję sobie schronienie i rozpalę " niewidoczne ognisko ". Co mnie zdziwiło, gdy wstałem zabrać się za robotę, kazał mi zabrać ze sobą plecak i nigdy się z nim nie rozstawać, ponieważ: " nie zdaje sobie sprawy, kiedy będzie mi potrzebny ".. Sam, zabrał się za jedzenie rosołu z królika, który gotował na ognisku... Zbudowałem więc piedestał do snu, zadaszenie nad nim, z tą różnicą, że mojego wykonania, choć w całości z leśnych materiałów: w porównaniu z tym obok, było zapewne widoczne jakoś na kilka kilometrów... następnie: rozmawialiśmy do zmroku. Powiedział mi, że tu nie ma dzików, ale... warto lekko spać. Lisy: spierniczają przed zapachem dymu, natomiast wilk: czując dym i widząc łunę ognia, nawet ziejącą ze skromnych szczelin pod garem, co najwyżej: będzie stał między drzewami: obserwując, zwłaszcza, gdy słyszy dwa oddechy. Co innego sfora, ponieważ: będą podchodzić coraz bliżej... i powiedział to tak spokojnie, jakby było, kuźwa:.. codziennością. Spytałem go, jak właściwie walczy się ze sforą zwierzaków. Pouczył mnie, że bagnetem, jednak... mam nim nie rzucać, ponieważ: jeżeli nawet trafię coś w mroku: ucieknie, mając go wbity gdziekolwiek w ciało, a ja sam: zostanę bezbronny, albo nawet z tego powodu, że... zwyczajnie spudłuję... Dlatego wiem, że sfora zawsze atakuje " zza pleców " i to nie po kolei, tylko przy każdym ugryzieniu... im bliżej podejdą, tym łatwiej im gryźć, gdy tylko odwrócisz od nich wzrok, pamiętaj. Spytałem go więc, czemu nie pali naziemnego ogniska... i uwierz, mimo wszystko, zesrałem się ponownie, gdy odpowiedział mi:
- Bo oni widzą...
Jak słusznie myślisz: spałem, jakbym udawał:.. do rana, kurczowo ściskając solidny, składany prostym mechanizmem, myśliwski nóż... rano, było cholernie zimno i rześko. Ów Człowiek... już nie spał, właśnie rozpalając podziemne ognisko, a do mojego, dokładał zapewne całą noc, ponieważ... nadal dymiło. Jak doskonale zauważasz: kiedy wstał, poszedł tam i dołożył do ognia: przez całą noc, ani razu nie usłyszałem. Ile przedemną się obudził: także nie wiem... jedno jest jednak pewne:.. gdyby chciał... już bym nie żył...
Zbierając się do powrotu, spytałem, czy długo tu zostaje... odpowiedział mi jedynie:
- Aż odejdziesz.
Niewiele później, wskazał mi kierunek, którym:.. ruszyłem w drogę powrotną.
Około tygodnia później, wróciłem w tamto miejsce... i odnalazłem je tylko dlatego, że w miejscach palenisk, trawa: będąc wyciętą nożem, równo leżała w cienkiej, kolistej bruzdzie... Pozatym: nie mogę stwierdzić, że kiedykolwiek: spotkałem tam kogokolwiek materialnego, a chociażby... że tam był...
Podobno: Pasja Życiowa, jest połową radości życia... Całkiem możliwe, jednak... wystarczy zdawać sobie z niego sprawę, aby móc to docenić... Możliwe, że otacza Cię zewsząd, a zwyczajnie... nie chcesz go zauważać: ze strachu... przed samym sobą.
II. NIKNĄC W SPOJRZENIACH:
Całkiem do niedawna, zaledwie słuchiwałem o Leszym: Duszy Lasu, sprawującym nad nim pieczę. Nie zauważyłem, właściwie: kiedy, jego obecność: stała się dla mnie nie tyle zaskakującą, jak zwyczajnie... oczywistą. A jedyną niewiadomą, stanowiło... kiedy, dane będzie mi owej zaznać... Przemierzając leśne szlaki, najpierw uczyłem się podchodzić do napotkanych zwierzaków, z tą różnicą, że obecnie... dostrzegałem ich zdecydowanie więcej. Niegdyś: czasami zdarzało mi się, dosłownie: wpaść, na niknącego w leśnej ścianie... łosia. Zawsze kończyło się to gromkim uderzeniem po kilku susach, rozłożystym porożem w drzewo, mającym na celu odstraszenie intruza. Jak z czasem przywykłem: pnie, a także gęstwina, powodują, że sam wzrok, można odesłać na urlop... a samo przestępowanie środkiem ciężkości ciężaru ciała, jest słyszalne jako hałas, nie mniej porównywalny z wystrzałem myśliwskiego sztucera, jak on sam. Droga " na skróty ", przestała dlatego mieć dla mnie znaczenie, ustępując każdej zalegającej na drodze wzmocnionych podeszw moich buciorów gałązce, miana zwyczajnej miny przeciwpiechotnej. Nie słuchaj wiatru. Wiedz, z której strony niesie twój zapach, a wszystko, co napotkasz na drodze, podczas każdej zmiany jego kierunku, obchodząc na kłąb wzrok twojego futrzastego przyjaciela: traktuj jako pozbawiające życia, każdym dotknięciem. Inaczej: jesteś zauważonym, zanim futrzak wyczuje twój zapach. Nie musi cię widzieć, a każdy powiew zza twoich pleców, jasno alarmuje go o twojej obecności w zasięgu wzroku, dlatego: zaczyna być czujny, nawet postrzegając cię jako nieruchomy element ukształtowania terenu. Nie mniej jednak: w jaki, kuźwa, sposób: można obejść sarnę w promieniu kilkudziesięciu metrów, napotykając niewzruszone przeszkadzaniem: niekoniecznie przysłowiowe: " kłody pod nogami " rzucane nie inaczej, jak biblijną opatrznością, a ponadto: stąpając po dywanie suchych gałązek, zawsze mając na celu, aby wiatr czuć od strony zwierzaka na twarzy, a nie na plecach?.. uczyłem się zaledwie do momentu, aż znudziło mnie klepanie saren w zad, stojąc za ich fikuśnym ogonkiem. Jakkolwiek to zabrzmi, z biegiem lat... jakby " przestały przedemną uciekać ". Szukając kolejnego obiektu naukowego, postanowiłem zająć się... łosiami. Nie, nie... spokojnie. Książkowa wiedza, okazała się jakby " opowiadaną w blasku ogniska ", ponieważ: każdy z nich, miał identyczną przypadłość: na widok człowieka, chylił łeb z olbrzymim porożem, a podnosząc go, zamierał w bezruchu. Tak, tak.. taki chuj, ponieważ: udając brak chęci walki, trwając nieruchomo, którymkolwiek z tylnych kopyt, zaczynał wyorywać w ściółce bruzdę, po czym... z zupełnego bezruchu, niespodziewanie: rzucał się porożem do przodu, olbrzymią energią galopu, uderzając nim w najbliższy pień, aż impet odrzucał jego ciało w tył, po czym... lądował z gracją kozicy: odchodząc pospiesznie w przeciwnym kierunku. Oczywiście. Celem przyjacielskiego poklepania, postanowiłem z tego powodu, uraczyć czystej krwi klacz arabską: jeżeli tylko takową spotkam, przy czym... jako naturalna broń: nieświadomy czegokolwiek łoś, idealnie nadawał się na wyrzutnie przeciwpancerną: zmiatającą wroga na drodze jego zwierzęcego galopu. Zauważ:.. " ile o tym się mówi ", podczas dozgonnego uchlewania się ogniskowymi browarami... prawda?.. Co więcej: najgorsze... okazały się, kuźwa: lisy. Przepięknie rudzone odcieniami patynującej w suszy miedzi, za cholerę odmawiały współpracy, zupełnie, jakby w lisiej telewizji upubliczniono mój portret pamięciowy, z wyznaczeniem miejsc, gdzie się im przyglądam: powiadamiając każdego z nich bratnim pogłaskaniem między uszkami, oznajmieniem: " on tam jest... o!: tam. ". Jeżeli uważasz lisy za zwyczajnie szczwane skurwiele, zapewniam: masz zupełną rację. Z tego powodu, zacząłem się im, zwyczajnie: przyglądać. Dlatego, z czystym sumieniem stwierdzam, iż zawsze znajdą sposób, aby dotrzeć do posiłku, gdzie zakradając się, nie tyle mają upierdolone w łebkach, aby zaciskać ząbki w miło białokremowych pyszczkach, na tętniących życiem szyjach posiłków, co, jak zauważyłem: czynią dlatego, aby pozbawiając ofiary oddechu: nie zwracać na siebie uwagi ich piskami, pośród ochryple agonicznego porzężania... zdziwiło mnie także, iż nie atakują czegokolwiek większego, od ich możliwości czmychnięcia z truchłem tegoż, bezwładnie pozbawionego życia, zwisając z ich szczęk. Wiem, to głupie, jednak... do tej pory, nie miałem o tym pojęcia... jak natomiast zauważyłem: przeciętnie wyżarty, ćwiczony życiem leśnym, rudowłosy kolega: nie atakuje czegokolwiek większego, co wydaje mu się przekraczać połowę masy jego własnego, miło puszystego ciała... ponadto: z większymi truchłami biegnie o połowę wolniej, przy czym: nie przestaje być zasadniczo zwinny. Cóż... ja osobiście: nie stroniłem od chwytania króliczych łapek w samozaciskające się dłonią lasu pętle, wykonane z konopnego sznura: " zapraszając na kolację " jedynie bez wątpienia zdrowe egzemplarze... przy czym: wyobrażając sobie uduszenie podczas zaciskania zębów na szyi czterdziestokilgramowego uszaka, przyduszając go ramionami i ciężarem ciała do gleby, pośród szamotaniny w walce o życie... napełniło mój umysł, nie ukrywam: przenajszczerszą fascynacją... której nie byłem w stanie się wyzbyć, zestawiając ów fakt w mojej świadomości, wraz z krzaczym wtopieniem się w otoczenie, będącym mi na tyle bliskim, iż nawet zasypiając... nie chciałem się tego wyzbyć...
Możliwe, iż minęło zaledwie kilka kolejnych lat, przeobrażających chłoszczącą ugiętymi gałązkami leszczyny twarz, bratnią duszy codzienność: najpierw w salę treningową, kolejno: zmyślnie utożsamioną z poligonem. Nie uważałem się za miastrza, nauczyciela... zwyczajnie, żyjąc w zgodzie z całym tym czterołapiem, uczestnicząc w jego doczesności, jako bliski krewny: podchodziłem na tyle blisko kilkudziesięciokilogramowego, drewnianego bala, ustawionego stabilnie pomiędzy drzewami, aby znajdując oparcie dla stóp, odgarniając spod podeszwy bruzdę w leśnej ściółce, usiłowałem w biegu chwycić ową kłodę w ramiona, przenieść jak najdalej, tylko po to, aby zatrzymując się, łupnąć ją bezwiednie, gdzie popadnie, nie bacząc, czy uderzy w pień, albo zalegający w ściółce brymbulec, po czym: odbiegałem od niej, znikając pod obserwacją: na widoku mojej własnej świadomości, stając się przydrzewnym krzewem, ścianą zarośli, lub wolnorosnącym oddechem mojego życia. Węch, jako ludzki: zupełnie mnie zawodził, dlatego postanowiłem zawsze zwracać się w stronę, skąd dobiegał najlżejszy hałas, nabywając to wyróżnianiem go w każdym z obecnych, wytężając wówczas skupienie, co skutkowało dostrzeganiem czegokolwiek wokół, już bardzo długo przed tym, zanim pojawiło się w zasięgu wzroku, przyłażąc z jego źródła. Nie ustępując przeklętym lisom, zacząłem śledzić króliki, oczekując na ich przemierzanie tylko sobie znanych ścieżek, aby bez wnyków, sięgać dłonią ich przesłodko futrzastych gardeł, skoro już raczyły się do mnie pofatygować... uznając, iż cokolwiek im nie zagraża. Chociaż nie było to jakoś arcybrutalne, przypadło mi do gustu, ponieważ mogłem pokazać tym rudym skurwielom, że nie tylko oni jedzą to, co sami sobie wybiorą, świadomie pozwalając odejść wszystkiemu, co nie spełnia ich oczekiwań. I możesz uznać to za zwyczajnie popierdolone, jednak: zawsze im to wypominałem, gotując rosół z królika, na palenisku podziemnego ogniska. Uzmysłowiłem sobie także jedną, bolesną prawdę... mianowicie: im dalej szedłem zbaczając ze szlaku, tym więcej odczuwałem, iż żyję:.. wyzbywając się turystycznego jazgotu, wieczornych bójek uprzednio uchlewających się wspólnie grup przyjaciół, podpalania myśliwskich ambon, srania do śródleśnych źródeł, celem realizacji zakładu o " pokazanie spódniczki przez koleżankę ", często ściągającą ją pod osłoną nocy i snu przed kolejnymi z przyjaciół, zaśmiecania, usiłowania odsyłań kopnięciami wabionych na żer sów, wrzucania płonących polan do wnętrza zajęczych siedzib... i całej reszty tego rozbestwionego zezwierzęcenia, które, wraz ze wzrostem temperatury, zdawało się własną liczebnością, zataczać coraz szersze kręgi, w głąb zielonego spokoju...
Jak na przełom lipca z sierpniem, myślałem już nie tyle o przesiadywaniu w ostatnim metrze dawno zapomnianego, sztolniczego szybu, co... o wykopaniu własnego. Nie po to, aby czerpać bezwartościowe tutaj pieniądze, z odnajdowania kolejnych żył rudy srebra, a zwyczajnie: aby zaznać spokoju. Jak na ironię: słysząc ich zewsząd. Oczywiście, rodzice nawołujący dzieci, celem pokazania im spłoszonej sarny podczas ucieczki, powodowanej ich własnym szczebiotem: mimo wszystko byli akceptowalnymi, nie okłamujmy się: wobec wszelkich zwierzaków. Odwykłem dlatego od fatygi wyruszenia w ich kierunku, aby patrząc wprost na mnie, pozostawali tego nieświadomymi. Nie mniej jednak, odwieczna zgroza suszy, powodującej mimowolne ściany ognia, mordujące wszystko w ich kręgach,ustąpiła wdzięcznie miejsca kolejnej pladze... Szczyle. Zwyczajne chłystki, którzy po ukończeniu osiemnastu lat życia uznali, iż bojąc się dostać wpierdol po pijaku na ulicy, zrobią cokolwiek stosownego... i uciekną do lasu. Ehh... zapewne nie mające czegokolwiek wspólnego z trzeźwością, kolejne z donośnych w imprezowym ferworze, ochocze jebnięcia drzwiami samochodów, niesione dekadami kilometrów, słyszałem nawet tutaj... irytowali mnie, już tym, od tak dawna, iż obecnie... wiedziałem dokąd zmierzają, często zaszczywając strumień, kierując się w zasięgu wzroku wyznaczoną szutrem trasą, nad zbiorniki wodne, będące, tak naprawdę: zalanymi wodą wyrobiskami. Głęboka na kilkadziesiąt metrów, ciemnogranatowa toń, wirami podwójnego dna, pochłaniająca życia z wyciągniętymi rękoma, zachłystujące się własnym, ostatnim oddechem, podczas usiłowania zwrócenia na siebie uwagi... Mimo wszystko, chyba uznali, że wolą tam umrzeć, niż nudzić się jako trzeźwi, we własnych mieszkaniach... Za cenę?.. Zobaczenia osiedlowej cizi w dwuczęściowym stroju kąpielowym, ginąc powodowani prześciganiem się we własnym debilizmie: ogłuszani odłamkami wapienia, ciśniętymi chwytem grawitacji w taflę wody pod nimi, z nabrzeżnego klifu, zaledwie... kilkanaście metrów ponad ich pustymi głowami... albo kaleczący się o konary upadłego z klifu na dno zalanego wyrobiska drzewa, które... przy niskim stanie wody: zaczynało wypuszczać liście. A... zapomniałbym... znalazł się kiedyś bohater wojenny, pragnący zostać legendą: skokiem do wody ze szczytu klifu, na oczach swojej uwielbionej ślicznotki... Ehh... owszem, skoczył... możliwe, iż spodziewał się nawet, że w głęboką toń... przy czym, tak nieszczęśliwie wybrał miejsce, iż granat pod nim, kończył się po zaledwie kilku metrach, co umknęło jego uwadze: stanowiąc nieznacznie jaśniejszy odcień, skryty w srebrzyście słonecznym blasku leniwie falującej tafli, dlatego, w błogiej nieświadomości: zapadając się w toń, niespodziewanie jebnął głową w piaszczyste, podwójne dno, którego zapadnięcie się w tym miejscu, podwodnym impetem, niesionym falą ciemności, spowodowało powstanie olbrzymiego wiru... chyba tylko dlatego: jego ciała, kiedykolwiek nie odnaleziono... a tak naprawdę: spoczywa w czeluści podwodnej jaskini, zalanej wodą, wessaną podczas powstania tejże... istnej niecodzienności. Ot, cała tajemnica... Jak widzisz: znosiłem to wszystko ostatnimi czasy... do ziejącego skwarem, wczesnosierpniowego, późnego wieczoru. Oczywiście. Wrzeszcząca jak stado pierniczących się wzajemnie, zdziczałych kocisk, brać: rozbiła namiot nad zdradliwym brzegiem, rzeźbionego pracą ludzkich rąk w litości twardego wapienia, brzegiem. Ehh... coś mi świta w umyśle, że " dzisiaj w lesie:.. nie zaśnie nikt ".. o dziwo: na to właśnie się zanosiło. Upał nieco zelżawszy, nie zniechęcał ich do wzajemnego spychania się stromizną brzegu, w płytką część, po kilku metrach przechodzącą pochylnią ścielonego tłuczniem dna, w głęboką przepaść, o czym: albo nie chcieli wiedzieć, bądź, zwyczajnie: byli zbyt nawaleni, aby dostrzec skromne, spiralne zawirowania na powierzchni wody, powodowane uderzaniem w podwójne dno, zarwanych w czeluści ich przejawami beztroskiej, samobójczej głupoty: zaledwie skromnych kamyków... No, ale: bądźmy wyrozumiali... ponieważ, przecież: nikt jeszcze nie zginął, dlatego niezdarną mozolnością wdrapując się na brzeg, zleźli się przy płonącym ognisku. W sumie... dobre kilkanaście metrów od nich, kilkuletnia sarna, wiodąc nie znającego lasu źrebaka, postanowiła przedefiladować się poza granicą ich wzroku. Do momentu, aż szurnąwszy kopytem, zahaczonym o feralną gałąź uparcie pretendującą miana zostania leśną ściółką, jak ta, niemal zupełnie ją okrywająca: zwróciła ich skonsternowaną uwagę... rzecz jasna: milczenie, jako pierwszy, przerwał lot butelki po piwie... lądującej przed zdrowo przerażonym sarniskiem, nie mającym przecież w nawyku tratowania własnego potomstwa, a najbardziej: zostawienia go bez opieki... chociażby ucieczką ratując własne życie. Na własne nieszczęście, usiłowała nawet taranować powietrze przed sobą, swoim bezrożnie uszastym majestatem, aby zwyczajnie... dali jej spokój: pozwalając odejść... co musieli źle zrozumieć, skoro spowodowało istny grad butelek, puszek, a także kamieni, zasypujący ją samą, jak i źrebaka. Nie wiem, czy mieli świadomość, że oba truchła, po kilku przypadkowych trafieniach w łeb, runęły na ziemię... nie powodowane, tak naprawdę, jak w ich mniemaniu:.. " chęcią odpoczynku "... Jeżeli procesy rozkładu, ożywiające leśne życie można nazwać " odpoczynkiem ".. nieśmiałem uznać czegokolwiek innego, jak szczerego przyrzeczenia, iż... czeka on, dosłownie: wszystkich. Nie pozostało mi zatem ponadto, jak obserwować ich uważnie z odległości niespełna dziesięciu metrów, będąc rozumianym pośród zaniku ich umysłów, jako... zwyczajny, zakorzeniony pośród obocznych, o: tych wokół mnie... niepostrzeżenie nieszumliwy zwyschłym więdnięciem liści na stroszynie gałązek,
kuźwa:.. krzewostan. Przekraczający ich pojmowanie oczekiwaniem, dając im nadzieje przejrzenia na oczy... przed zapadnięciem ciemności...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania