Ulica Lipowa (ona, jedna cicha pieśń o dzieciństwie...)
Nad brukiem zdawały się zawieszone... jakieś białe, emaliowane półmiseczki, jakby babcie (wszystkie one, moje babcie!) zdjąwszy je wprost z rozżarzonego pieca, powiesiły tu na najwyższym sznurze (jakiejś niewidzialnej nici...), by żarzyły noc. Lecz były i te niskie „sznurki”... i z nich to zazwyczaj coś kapało... tam, gdzieś, za domami, do ukrytych i skrytych (obcym spojrzeniom) ogrodów, w których domowe kotki z córkami nieznanych ojców, drzymały półsennem... i spały. A ten... ten biegł najwyższą drogą, z dachu na dach, od elektrycznego widelca wśród anten, podobnych do tych znad morza (miast)... tylko że tu było mniej wiatru („cisza”) i mniej wilgoci.
...to było oświetlenie uliczne... którego dźwięk światła przypominał mi zawsze długą i rozszczepioną literę I-i-i-i-i.
Jej asfalt był jak krople kamienia... kamienia stopionego, lecz wysuszonego w lata... i lata, aż do tak wielu dekad.
...ta prawdziwa wysepka, gdy deszcz zalewa włosy chłopca od domowego ogniska –jakby zawsze miała swój dźwięk, dźwięk tego dotyku, który przypominał mi zawsze głęboką, lecz rozproszoną literę O-o-o-o-o.
Zimę i lato zawsze odróżniałem jedynie po zapachu:
Zimą było tu wiele tego zebranego w lesie, spalonego. A dużo drewna tu podgrzewano. Ja nawet widziałem, jak przygotowują wtedy jakieś zupy z prawdziwków i przeróżnych grzybów... i dużo krwawego mięsa tu piekli... I jeszcze wiele tu pachniało lasem: cicho, ale szumiąc, głęboko, szeptem... i tajemniczo – bez jakiegokolwiek słowa... (niedokończone)... i nie tylko dlatego, że mój dziadek (ten ojciec matki) był „leśniczym”.
...a latem pachniało tu ogrodami i łąkami... i jakby nikt nie piekł mięsa... lecz na rusztach smażono: pomidory, paprykę... kukurydzę, i jabłka... i krople cytryny.
Tylko to, i zimą i latem, coś niby szeptało w powietrzu, unosząc się jak jakiś kawałek różowego aksamitu, jeszcze szczęśliwej spódnicy, jakiś wtedy dla mnie niedostępny zapach, nigdy nierozpoznany kosmyk włosów... i ten uśmiech związał mi, i, lato, zimę...
...a każdy z tych tonów splótł moje serce (…dopiero potem się tego dowiedziałem, ale i wtedy w zaufaniu) w jeden, najmilszy mi akord: A-a-a a-a (nie H, nie... jeszcze nie!) ale jednak musiało.
A wszystkie pozostałe 4 zmysły pozostały na strażu babci (tej od ojca, żelaznej matce), która zawsze kołysała się na wielkim krześle, gdybym kiedykolwiek w gorączce zasypiał...
...i gdzieś około pierwszej trzeciej, przy pierwszym rozwidleniu: w lewo,
bo z prawej strony zostawała –, stał w(ieee)elki dom, zbudowany na kwadrat, tylko, z drewna, z dachem podobnym do namiotu:
Czyjeś obce dziady: w mocnych, głębokich płaszczach z futrem i błyszczących, długich, czarnych: najczęściej, butach – i wszyscy z krawatami, i wszyscy w spodniach w kreskę –przez rozchylony dym (jednak dymu) dobrych cygar mówili: ooo, to był hotel wysokiej kategorii w swoim czasie, i to jakiś... nie mógł tam każdy –to był pierwszy hotel tutaj!
Czyjeś inne, równie obce dziady: w kolorowych koszulach, i bez płaszcza, ale w jakichś pięknych marynarkach, tak, w jakimś atletycznym kroju, i z butami, tak słodkimi, dziwnie pięknymi, bardzo kolorowymi... tylko z jakimiś łańcuszkami w miejscu krawata, z szlachetnych metali, na których wisiały mi nieznane symbole i w spodniach niezależnych, ale wystarczająco wąskich, mówili: i... to był tu też pierwszy kinematograf, wytworny, zredukowany do sal, ale wystarczająco wystawny, małej liczby foteli i znany!
Czyjeś tak samo inne, i równie obce dziady: z otwartymi koszulami, i tylko w kamizelce, często robionej drobnym wzorem, i w butach często, ale też w jakichś drewniakach, i w –wszystkim– jakichś szerokich spodniach z wielkim pasem, mówili: była tu i (zaufaniu –a co ci po zaufaniu, krzyknąłby drugi) dobra karczma, na krótki czas („o, jak nudno i w jakim stanie, z pogardą”), tylko dla wybranych chusteczek,... (zapewne coś im wygląda z kieszeni)...
A... Wtedy w niej jeszcze tylko dom oglądał, jakiś stary człowiek, mówią: „Pewien Pan...” –mówi mi ojciec, mówią i jego koledzy: „Jedyny spadkobierca...” ...a dopiero jakieś nowe –gdy wszystko zzielenieje– dziewczynki (dziś to już pierwsze panienki) chciałyby powiedzieć: „Och, jak to straszne,... wyobraź sobie, tak wielka... ten stary dom... a on jest tam sam.” –zamiast swoich babć.
Tak,
...ulica najcichsza, jak mieszczański jedwab w (głębokie, natchniające) popołudnie, właśnie przed.
(Nocy!) Ach, noce... Były czarodziejskie, z samej słodkiej dreszczyczki... uprzednio ciepłe i pachnące jak pierwsza poranna herbata.
...i dlatego tak ich sobie tak mało pamiętam, bo kochałem je z całą siłą dziecięcej (chłopięcej!) duszy, i widziałem je takie... właśnie takie, jakimi były.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania