Ulice cieni
Szła między murem a cieniem latarni,
Wśród kamienic, co milczą jak sędziwi strażnicy.
Zostało jej w oczach – spojrzenie mętne,
Chłód obietnicy, co kusi w ciemnicy.
Kiedyś go widziała – obcy, a bliski,
Jego uśmiech z dymem znikał w noc.
Serce rwało się w rytmie ulicznym,
By go odnaleźć – odnaleźć choć.
Ślady prowadzą przez bramy i zaułki,
W głębi podwórek, gdzie latarnie mdłe,
Aż wreszcie stanął, jak cień przy murze,
Pan tej dzielnicy, jej senny sen.
Lecz oczy miał zimne jak bruk pod stopą,
Szeptał o świecie utkanym z mgły,
Złote pierścienie błyszczały na dłoniach,
A usta mówiły: „Zostań, śnij.”
Nie wiedziała, kiedy straciła siebie,
Kiedy uliczny kurz stał się jej domem.
On był królem – ona monetą,
Którą rzucał przed obcym wzrokiem.
Już nie szukała, już nie pamiętała,
Kim była wtedy, nim przyszła tu.
W ciemnej dzielnicy, wśród cieni bram,
Stała się cieniem, częścią snu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania