Umarłam wczoraj
Umarłam wczoraj z wczesnego rana.
Topielczy księżyc mnie wciągnął za sobą
Za kraniec smutku. Słuchając soprana
Gorzkiej pokory, tęskniłam za tobą.
Nie, nie za tobą. Za twoim obrazem,
Pięknym, lecz niemym. Być może dlatego
We śnie nie mogłeś mnie skrzywdzić. Zarazem
Spłonęłam i zgasłam, nie chcąc pustego
Złudzenia wypuścić. Walczyłam o nie
Jak tylko mogłam, bo cóż ja bez bólu?
Być może tylko w cierniowej koronie
Mam prawo płakać. W zamartwień mych ulu
Grzebałeś zawzięcie, życząc mi dobra,
Na miód pokazując, zebrany przez pszczoły.
Ja stałam obok, próbując być chrobra,
I tylko lecąc w powietrzu sokoły
Widziały me oczy: straszne, spuchnięte
I niewidzące. A tyś ich nie dostrzegł,
Choć długo patrzyłeś w przez mrok połknięte
Źrenice. Lecz głębiej nigdy żeś nie zszedł
Tęczówki. Widziałeś tylko zwiędnięte,
Wyblakłe chabry, spragnione pewności,
Swymi korzeniami nie sięgające
Wód cichych, niosących ziemskie radości
I spokój. Rzucałeś nic nie znaczące
Frazy, twoją wyższość mogłam uchwycić
Nie w słowach, lecz w tonie. Myśli dręczące
Mnie nawiedzały: „Czy mogę zachwycić
Ciebie czymkolwiek?”. Bo wszystko, czym byłam,
Nie wystarczało. O, jakżem pragnęła,
Byś dostrzegł, co za człowieka stworzyłam
Z mych ruin własnych! Kiedym zaczęła
Z otchłani wypełzać, z płaczem, bezsilna,
Wierzyć nie mogłam, że kiedyś z uśmiechem
Powiem do lustra: „Kochana, tyś silna.”
Ale największą podłością i grzechem
Byłoby sprawić, że ktoś, kto odżywa,
Poczułby znowu nienawiść do siebie.
Tyś mi to uczynił. Chociaż przeżywa,
Ma dusza wybaczy. Gdzieś w twoim niebie
Pan nie wypomni ci włosów wydartych,
Strug łez gorących i pustych dni ciemnych,
Jeśli do ucha mu kilka opartych
Na mojej poezji, troską brzemiennych,
Słów szepniesz. Bo dobrze - krzywdzić niewierną,
Niechże nie myśli, że ujdzie bez kary!
Trudno wymyślić torturę współmierną
Do winy jej strasznej. Spadną kotary,
Którymi zakrywa piekło siarczyste,
Lecz próżno będziesz znajomej mej mary
Oczyma szukać. Opary nieczyste
Nie dotkną mej skóry - wzlecę wysoko,
O wszystkim zapomnę, spokój zaklęty
Naraz pochłonie me krzyki, szeroko
Ręce rozrzucę, i raj twój zamknięty,
I piekło, i Bóg twój, wszystko odpłynie.
I w pustym kościele dzwon nie obwieści,
Że gwiazda ma zgasła. Na nic nie wpłynie
To, jak źle mi było. Serce nie zmieści
Twoje wad moich i wspomnień ciążących
Na mych ramionach - tych chwil, których wzrokiem
Już nie dosięgam: w oddali wyjących
Syren kogutów; grożących wyrokiem
Flag na ulicach i cienia smętnego
Dzikiego strachu, że puste mieszkanie
Spotka mnie ciszą. Ty lęku mętnego
Nigdy zrozumieć nie mogłeś. Czekanie
Na twe współczucie i rękę przyjazną
Już mnie znużyło. Ty widzieć mnie chciałeś
Inną, niż byłam. Ze skruchą niejasną
Przyznam: ja również. Ty zawsze umiałeś
Skrzywdzić mnie mocniej, niż było konieczne.
Umarłam więc. Ale tylko dla ciebie.
Bez twej pomocy schronienie bezpieczne
Odnajdę niebawem, być może w glebie,
A może i w słońcu. Następnym razem
Gdy szepnę: „Vanitas…”, nie odpowiadaj,
Bo to nie do ciebie… Wzgardź znów okazem
Mych żali niewczesnych. Nie rozpowiadaj
Ich części swej duszy, którąś mnie zranił.
A ja się postaram wkrótce zapomnieć
O cieple, które w mym sercu rozpalił
Twój uśmiech. Zdążyłeś kiedyś wypomnieć,
Że myślę naiwnie. Lecz któż naiwny,
Jeśli myślałeś, że ja nic nie powiem?
Gdy „Zła na mnie jesteś?”- spytasz, niechybny
Strzał padnie – „Tak.” - ci tym razem odpowiem.
Komentarze (1)
Ciekawy, poruszający tekst. Wywołuje ciarki... Pozdrawiam, ocena 5.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania