Umysł
Ucieczka
On. Kim On jest? Codziennie patrzy na mnie i się uśmiecha. Codziennie mnie obraża, a jednocześnie mi pomaga. Nienawidzi mnie, ale czasem kocha. Kim On jest? Widzę Go codziennie, a i tak wydaje mi się, że Go nie ma. On jest i każdy o tym wie. Każdy Go widzi, a nawet się z Nim wita. Dziwne. Wydaje mi się, że Go znam, a jednak nic o Nim nie wiem. On jest zagadką. Chociaż zagadka to mało powiedziane. To raczej łamigłówka, od której boli mnie głowa. Ciężko mi z Nim żyć. Nie wytrzymam dłużej. Jego wzrok jest jak latarnia morska, która penetruje najdalsze zakątki lądu. Jednak nie jestem sam. Niestety mam tylko Jego. Pomocy! Niech koś mnie przed Nim ratuje! Wiem, że nikt mnie nie słyszy ,a jednak wołam. Wołam o pomoc, której nie dostanę. Wołam o wolność, której nie odzyskam. Wołam o życie, które mi tak chamsko odebrano. Wołam o pomoc, która nigdy nie nadejdzie. Chce uciec, lecz nie mogę. Chcę się zabić, udusić, powiesić, a jednak nie mogę. Coś mnie trzyma. Czy to On? Nie. To pasy. Leże na niewygodnym łóżku. Patrzę w lewo i w prawo. Widzę ciasne, białe pomieszczenie z jedną dużą szybą na środku ściany. Są też drzwi. Też białe. Gdzie ja jestem? Ktoś wszedł do pokoju. Wypuścił mnie. Zdałem sobie sprawę, że Go nie było. Jeszcze nigdy aż tak się nie cieszyłem. Uciekłem! Wychodzę z pokoju i widzę wielki, żelazny napis na ścianie: Szpital Psychiatryczny w Kobierzynie. Zrozumiałem!
Umowa
Kiedyś żyłem jak normalny człowiek. Kiedyś. Nikt mi nie powie, że teraz jest lepiej. Nikt też nie wie, co się stało. Co się stało ze mną i z moim życiem. Możecie się domyślać. Sprzedałem je. Komu? Sam nie wiem. Kiedyś szedłem lasem o północy opity do domu i zobaczyłem światło. Myślałem, że to latarnia przy drodze, na której mieszkałem. Czym bliżej światła byłem tym dalej ono się znajdowało. Nie wiedziałem, co robić, czy wrócić się, czy iść dalej? Wybrałem to drugie. To był mój najgorszy błąd w życiu. Po kilku minutach doszedłem do rozpadliny, czy też może wąwozu. Było zbyt ciemno by to stwierdzić. Usłyszałem czyjś głos. Odwróciłem się powoli i Go ujrzałem. Stał tam mężczyzna ubrany w czarnym, skórzanym płaszczu i czerwonych spodniach. Patrzył na światło, za którym szedłem. Też na nie spojrzałem. Zgasło. Chyba nigdy nie dowiem się, co to było. Mężczyzna chrząknął. Zapytałem, kim jest, ale On nic nie odpowiedział. Po kilku minutach ciszy dołączył do nas drugi mężczyzna. Wyglądał jak dziecko, ale nim nie był. Nie był też karłem. Wyglądał jak istota z opowiadań, które czytała mi mama, gdy byłem mały. Wrona usiadła na gałązce zeschniętego krzaku i przyglądała się nam. Przyleciał też kruk i kilka innych ptaków. Wszystkie były czarne. Jakby je ktoś farbą pomalował. Mężczyźni w końcu się odezwali. Równocześnie. Zapytali, czy mam lęk wysokości. Ja odpowiedziałem, że nie. Serce biło mi bardzo szybko. Zorientowałem się, że spadam. Oni mnie zepchnęli. Trzymałem w ręce pergamin. Nagle czas się zatrzymał i zawisnąłem w powietrzu. Otworzyłem zwiniętą kartę i zacząłem czytać. Było tam napisane, że żeby nie zginąć muszę podpisać umowę, w której zaświadczam o bezwzględnym posłuszeństwu w stosunku do jakiegoś Kleofasa i Midasa. Nie znałem tych mężczyzn i nie wierzyłem w siły nadprzyrodzone, ale musiałem spróbować. Boję się śmierci. Podpisałem. Zastanawiacie się czym? Nie miałem przecież długopisu, ani nawet ołówka, ale miałem scyzoryk. Przeciąłem się po ręce, a krew poleciał na kartkę. Wystarczyło przypieczętować odciskiem palca. Nie bolało ku mojemu zdziwieniu. Nagle czas ruszył, a pergamin zniknął. Znowu spadałem. To nie podziałało. Już miałem uderzać w ziemię, gdy pojawiłem się na balu, z którego pół godziny temu wyszedłem. Zobaczyłem w rogu znajomą postać. Nie wiedziałem kim jest ten mężczyzna, a czułem że się już spotkaliśmy. Miał czarny, skórzany płaszcz i czerwone spodnie. Wyszedłem z balu. On poszedł za mną. I codziennie ze mną był, choć tego nie chciałem. Codziennie zadawałem sobie pytanie: kim On jest?
Jak, gdzie i po co?
Jeden z lekarzy kazał mi wrócić do pokoju. Odmówiłem, a on chwycił mnie i zaciągnął do środka. Przywiązał mnie ponownie do łóżka i kazał czekać. Po chwili przyszedł nieznajomy mi mężczyzna. Miałem wrażenie, że go znam. Nie pamiętałem niczego, co się stało przed przyjściem do szpitala. Nie pamiętałem nawet samego przyjścia do budynku. Gość wyglądał jak karzeł. Opowiedział mi wszystko, co się do tej pory wydarzyło. Okazało się, że w moim domu zemdlałem i zabrali mnie do szpitala, a gdy tam byłem ktoś wstrzyknął mi substancję ogłupiającą. Skierowali mnie do szpitala psychiatrycznego i o to tak się tu znalazłem. Wspomniał coś o pergaminie, ale już go nie słuchałem. Karzeł nakłonił mnie bym pociągnął za wajchę w zachodnim skrzydle budynku, by pomóc mu uwolnić wszystkich więzionych tu nieszczęśników podobnych do mnie. Coś we mnie zmusiło mnie do tego, więc wstałem i pobiegłem do cel. Znajdowały się one w najdalszej części skrzydła szpitalnego. Biegłem tam dość długo. Zobaczyłem wajchę do otwierania cel. Ktoś mnie chwycił za ramię. Był to lekarz. Próbował mnie zatrzymać. Krzyczał na mnie. Przybiegło po nim jeszcze czterech innych. Okrążyli mnie. Zaczęła się bójka. Przytrzymali mnie i już jeden z nich przygotowywał zastrzyk uspokajający, gdy ktoś zaczął obezwładniać personel. Leżałem na ziemi w bólu, podobnie jak lekarze. Podszedłem do wajchy i zamiast pociągnąć ją, to zacząłem się zastanawiać: po co? Odsunąłem się od mechanizmu. Zdałem sobie sprawę, co ja robię. Nie chciałem, a musiałem. Wszystko mi się przypomniało. To wszystko to jedna wielka zagadka. Nic nie rozumiem. Czemu ja? I gdzie jest On? Jest w mojej głowie, jak i wszystko tutaj.
Ocknąłem się na balu. To był tylko sen. Koło mnie siedział uśmiechnięty karzeł, podobny, do tych, których widziałem w szpitalu i w lesie. Miałem go uderzyć, ale podszedł mój kolega i usiadł na krześle tam gdzie było to stworzenie. Karła nie było i nikt go nie widział. Zrozumiałem.
Komentarze (4)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania