Uniwersytet Medycyny Magicznej - fragment
Po skończonym wykładzie studenci poczęli wysypywać się bezładnie na korytarz. Światło słoneczne z wysoko posadowionych okien nie sięgało kamiennej posadzki. Tu, w przeciwieństwie do sali wykładowej z wielkimi oknami i doświetlonej magią, panował półmrok. Jako ostatnia wyszła najcichsza ze wszystkich para. Rupert mimowolnie wciągnął powietrze. Zapach starości, a wręcz starożytności – wilgoć kamienia, cień lochów, kurz, jakby z ksiąg, których nikt nie otwierał od pokolenia. I coś jeszcze: cisza, która pachniała jak płótno. Już przywykł do tej mieszanki woni, ale i tak zawsze go zdumiewała swoją intensywnością. Jakby za każdym razem te mury chciały mu się pochwalić, jak stare są.
• Jak idzie nauka tego małego? – Mira zagadnęła męża dopiero po przejściu paru kroków.
• Bardzo dobrze. Jest pojętniejszy od niejednego tarczowego maga. Każdy nauczyciel chciałby mieć takiego ucznia.
• A nasze praktyki w skrzydle szpitalnym? Kiedy wrócimy do swoich zajęć?
• Planowałem jutro. Już mówiłem Redeve, że po niego nie przyjdę, i że robimy sobie trochę przerwy, więc my możemy wrócić do swoich zajęć.
Szli głównym korytarzem uczelni. Jak zwykle w cieniu za kolumnami stała niska postać. Jak się nie wiedziało, gdzie jej szukać, nawet nie dałoby rady go wypatrzeć.
• Coś już wyczarował? – wskazała głową w kierunku kolumn.
• Prawie nic. Ale na planszy do treningu zaklęcia zapalającego już były dymki. A to oznacza, że jego skarbnica została rozbudzona.
• Uczysz go. Jak się z tym czujesz?
• Na szczęście akurat tego nie zabraniają.
Mira pociągnęła go za rękaw w kierunku głównej ściany ogłoszeń, koło której właśnie przechodzili. Tej, na której – prócz aktualnych obwieszczeń i informacji – na centralnym miejscu i tuż pod wielkim godłem uczelni, wisiał wyryty w cienkiej płycie z brązu regulamin szkoły. Wskazała punkt osiemnasty, który Rupert przeczytał szeptem.
• „Zabronione są jakiekolwiek wcześniej nieuzgodnione modyfikacje wyposażenia należącego do uczelni”. Wyposażenia? – spojrzał na żonę. – Ja przecież...
Zamilkł rażony z jednej strony spojrzeniem Miry, z drugiej szybko kiełkującym zrozumieniem.
• Masz na myśli Redeve?
• No a jak? Jest własnością tej placówki. Czyli należy do wyposażenia.
• Nigdy się nie przyzwyczaję do takiego traktowania ludzi, a już w szczególności dzieci.
• Znowu łamiesz prawo. A regulamin UMM jest traktowany niezwykle poważnie. To jedyna tego typu szkoła w królestwie i jej zasady są ogólnie poważane i ściśle przestrzegane. To prawie, jak kodeks królewski. A ty bez zezwolenia modyfikujesz – tu wskazała palcem na odpowiednie miejsce w regulaminie – wyposażenie. Redeve nabył dzięki tobie nowe umiejętności i zaczął myśleć inaczej. Więcej, rozbudziłeś w nim nadzieję na przyszłość.
• Skąd to wiesz?
• Rozmawiałam z nim. Nie zna mnie, więc na pewno nie koloryzował, żeby ci się przypodobać. Nie wiem, czy taki był twój zamiar, ale na tym świecie znowu istnieje niewolnik, który oddałby za ciebie życie.
• Znowu?
• Już raz była taka sytuacja. To Rava. Nie pamiętasz?
Rupert skojarzył. Faktycznie. Tak było.
• Ale ja...
• Teraz to już trochę za późno na wymigiwanie się. Rozbudziłeś marzenia u tego dzieciaka. Jeśli go teraz po prostu porzucisz, zrobisz to, czego tak naprawdę nienawidzisz najbardziej – spojrzała mu prosto w oczy i wyszeptała powoli. – Zadasz... cierpienie... dziecku.
• Masz rację – spuścił głowę. Jak mógł o tym nie pomyśleć! Zafiksował się na rozwoju zdolności magicznych tego malca, a zupełnie zapomniał o jego uczuciach.
• Zmieniłeś go. Więc teraz musisz wziąć za niego odpowiedzialność.
• Co proponujesz? – szepnął po chwili zapatrzony w jej oczy, zielone niczym wiosna, która atakuje życiem nie pytając świata o pozwolenie.
• A co ja mogę? Poradzisz sobie. No i Rava jest zachwycona. Jak tylko się ode mnie dowiedziała, że go uczysz i nadal się nim zajmujesz, jakby wróciło do niej życie. Ona cię zna właśnie takiego. I to w tobie kocha najbardziej.
• Tak?
• Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że przygarnięcie przez ciebie tego Redeve, to już definitywny koniec żałoby.
• Czyli wszystko dobrze się skończyło.
• Nic się nie skończyło. To się dopiero zaczyna. Co zrobisz, jak już twój mały podopieczny nauczy się wszystkiego, co dla niego zaplanowałeś? Ot, tak go po prostu zostawisz? Z całą tą wiedzą i nadziejami?
Nieprzyjemny, oślizgły dreszcz przebiegł Rupertowi po plecach. Znowu to uczucie. Znowu ten „cholerny dobroczyńca”! Mira miała rację. To nie koniec. Tu trzeba obmyślić ciąg dalszy. Pobawił się w wielkiego filantropa, obrońcę uciśnionych oraz nauczyciela magii, i było miło. Ale co dalej? Może rzeczywiście lepiej było tego nigdy nie zaczynać? Odrzucił tę myśl natychmiast. To zresztą nie w jego stylu.
• Coś wymyślę – szepnął. – Jakoś znajdę rozwiązanie.
• Liczę na to – odparła z uśmiechem. Jej zielone oczy aż świeciły.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania