Upadek tyrana

Po długiej, wyczerpującej wyprawie Bartek wreszcie dotarł do siedziby generała Mnicza. Młody bohater stanął przed ponurym, niemym kolosem — budynkiem w kształcie prostopadłościanu, z pojedynczymi, ślepo wpatrzonymi oknami i jednymi drzwiami. Drewniany dach, pochylony jakby pod ciężarem upadku dawnej chwały, pozostawiał dość miejsca, by zaadaptować strych na mieszkalną przestrzeń. Ale dziś nie mieszkał tu już nikt.

Po ostatnich klęskach armii Mnicza, dezercje i ucieczki stały się tak powszechne, że generał został w swojej siedzibie zupełnie sam — otoczony ciszą tak gęstą, że można ją było kroić nożem. Antropomorficzny niedźwiedź przekroczył próg zrujnowanego budynku. Zastał pustkę. Krzesła leżały powalone, okna zabite deskami, dokumenty walały się po podłodze jak ślady po chaotycznej ucieczce. W powietrzu unosił się kurz i stęchlizna, jakby nawet czas opuścił to miejsce.

Gabinet decyzyjny — kiedyś centrum dowodzenia — był martwy. Tylko pojedyncze, porzucone raporty świadczyły o tym, jak bardzo górne szczeble władzy ogarnął bezład. Bartek ruszył po skrzypiących schodach na piętro. Tam zastał otwarte drzwi. Nad nimi, odręcznym pismem, widniał napis: „Gen. Mnicz – Nie wchodzić!”

Nie zatrzymał się.

Drzwi zaskrzypiały, ustępując przed nim z oporem, jakby same ostrzegały, by zawrócił. W środku, przy biurku, w półmroku, siedział generał.

— Witaj, Bartku — powiedział cicho, nie podnosząc głowy. — Muszę ci przyznać, że twoi sojusznicy rozbili moje imperium. Spisaliście się.

— Słuchaj, Mnicz — odparł Bartek chłodno. — Twoi ludzie wyrządzili wystarczająco dużo zła. Przyszła pora, byś zapłacił.

Generał uniósł spojrzenie. Jego oczy były ciemne, zmęczone, jakby widziały zbyt wiele.

— Chłopcze... ty jeszcze mało wiesz o świecie. Tu nie ma sprawiedliwości. Jest tylko siła.

Bartek zrobił krok naprzód, nie spuszczając wzroku z wroga.

— Twoje dni są policzone. Pora na koniec.

W jednej płynnej chwili wyciągnął pistolet zza pleców i wystrzelił trzy razy.

Ciała Mnicza nie odrzuciło. Z ran zaczęło wydobywać się oślepiające, pulsujące fioletowe światło. Generał wstał, a jego skóra zaczęła pękać z sykiem, jakby rozrywana przez coś, co nie należało do tego świata. Materiał munduru opadał w strzępach, a pod nim... nie było mięsa ani krwi, tylko fioletowa masa.

Ubrania i skóra osunęły się na podłogę, odsłaniając istotę o lśniącej, fioletowej skórze i wyłupiastych oczach, które zdawały się przenikać przez ściany i czas.

To nie był człowiek. To nigdy nie był człowiek. …

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Julienn 7 miesięcy temu
    Użyto dużo przymiotników, przez co doskonale opisana jest sytuacja i przyjemnie się czyta 😀
  • Cisiel 7 miesięcy temu
    Dziękuje, to pierwszy z fragmentów opowieści, którą tworze, w przyszłości będą sie ukazywać kolejne fragmenty, a w przyszłości ( 5 lat?) nawet i cała książka.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania