Upadłem

Upadłem, choć nie przestałem spadać.

Tam gdzie moje nogi obrosły drzewem, co grozi istnieć wiecznie.

Gdzie duszy wieczne więzienie?

W sieci pajęczej impulsów, których autorem nie jestem.

Gdzie człowiek staje się Jupiterem, swojej duszy dobrowolnym więzieniem.

Gdzie ciała zdrada żyje wiecznie?

Karmiąca się matki mlekiem, gdzie eonów lata trwania przerastają ziemskiego padołu pustkowia.

 

Upadłem, tam gdzie nieślubne dzieci żenią się ze swoimi rękoma, patrzące za odległymi smugami.

Żeby śmierć rękami wyszukiwać, żeby żyć w śmierci I nie umierać.

 

Zapuszczają one korzenie w ludzkie serce, wykopując kamienie potknięcia.

W miejscu, do którego nikt nie sięgnie, na księżycu żołądka co orbituje koło oka.

To są pasję, które odźuciły ogień, istoty co wzgardziła spokojem.

Co z głodem dzieliły imiona, ubrane opisem łaknienia.

Teraz żyją w naszych sercach, zapuszczając w nas korzenie.

W miejscu, gdzie Bóg zasadził kwiaty pojawiają się te sole, tam gdzie umysł rośnie…

Tam gdzie niebo rosnąć miało pojawiają się te chwasty.

Bo czym karmione takim kolorem będą kwiatów płatki.

 

Upadłem, tam gdzie gigant, człowiek z glinianymi nogami.

Widział wyżej niż firmament niebiański, upadł, jak sięgnął i nigdy nie wstał.

Teraz leży pod różami.

Pijani winem naszych własnych łez, aż nie zauważamy drzew i ich wyrazów twarzy.

Piją z zamkniętymi oczami, zasłaniając uszy, unikając prawdy.

 

Czyje dzisiaj serce nie jest tym chwastem zarośnięte?

Kto jest wolny od samego siebie, kiedy jego własny cień stoi za zakrętem?

 

Kto chcąc być parą, nie skończył lodem?

Jak jupiter, który miał być słońcem.

 

Tyrannia, którą trzyma nad nami nasze własne serce.

 

My zadumani omijamy orszak niebiański, by pić i jeść jak zwierzęta.

My nieomylni co widzimy, skonsumowani przez nogi, którymi chodzimy.

My dumnie co pożeramy, ostatecznie leżymy pod kwiatami.

 

A ich płatki są białe, śnieżnobiałe niczym perły, chowamy się w cieniu ich płatków, patrząc w ich biel.

Tęskniąc za czystością szat, które we wstydzie porwaliśmy.

Za ścianą naszej własnej próżności, żeby unikać światła.

A ta ściana się rozpada, a my za nią jak księżyc patrzymy na niebo, które mogło w nas rosnąć.

Teraz przybici do podłogi karmimy ogrody naszych własnych ciał.

W miejscu którego nie mogliśmy sobie odmówić.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Sokrates wczoraj o 9:31

    [Pierwsze 11 strof wydaje się zbędne i niezbyt jasne. Im dalej tym jest już lepiej. Trochę, jak dla mnie, przerost formy zamazuje treść wiersza, zaciemnia obraz.

  • LightRaven89 4 godz. temu

    Chciałem w tym tekście nakreślić stany niewoli podmiotu lirycznego. Więc na start chciałem opisać odczucie niewoli o później określić naturę żeby zostawić taki lekki cień niepewniści dotyczący wszystkiego. Lepiej to działo na wyobraźnie

  • Sokrates 2 godz. temu

    LightRaven89 Dzięki za wyjaśnienie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania