Uparta miłość t.III r. 18[1]

8[1]

- A cóż to za Święta w tym roku! - fuknęła gospodyni w ślad za wychodzącymi - Nie ważne, czego rodzice by chcieli; ważne, że teściowa pogłaskała po główce, nie bacząc na nic tam lecą!

Adam chwilę słuchał w milczeniu po czym rzekł z przyganą w głosie:

- O co ty masz pretensje do Jagusi? O to, ze po latach wrogości i odrzucenia, doczekała się odrobiny serca od Reni? A może masz za złe Maćkowi, że znajdując rodziców w tak trudnym położeniu, chce spędzić z nimi Święta?

- No dobrze, niech ci będzie - rzekła nieco zawstydzona - Ale wiesz co, jutro ich zaskoczymy. Zaraz po śniadaniu pojedziemy do kościoła, a później odwiedzimy panią Pelagię. Uszykuję wałówkę. Adam westchnął głęboko, popatrzył na sufit, ale nie sprzeciwił się.

- Każda sytuacja ma plusy i minusy - nie musimy nic dla nikogo - to sobie pójdziemy na spacer, później obiadokolacja i słodki relaks do późna.

- No chyba żartujesz: ciemno, zimno i ponuro, jakaś mżawka siąpi - dzieciaka chcesz przeziębić? Adam usiadł i rozważał, czy mimo wszystko wyjść, czy rozciągnąć się na tapczanie Zadzwonił telefon - poszedł odebrać z cichą nadzieją, że dzwoni ktoś z życzeniami świątecznymi. Mina jednak zdradzała, bo to jak zwykle - potrzebujący pomocy.

- Muszę jechać do Rąbina, do Leśniaka. Atak padaczki.

- To karetki nie mogą wezwać?

- Próbowali, ale dużo zgłoszeń, więc tylko pouczyli i odmówili. Muszę, znam go od lat. Pojechał i przepadł - Mirka z córką zdążyły spożyc ową obiadokolację, a jego nie było. Znudzona obdzwoniła rodzinkę. Teść bardzo się ucieszył. Opowiedział, że Wigilię spędzili we czwórkę, ze dziś pół dnia doglądał Andrzeja, bo pogoda fatalna i go połamało. Teraz zaś lezy sobie z psem w ciszy i spokoju i słucha, jak deszcz dzwoni o szyby, bo Irena wzięła tego swego ciamajdę i poszli na jakiś koncert.

- Znaczy, poszła z panem Hieronimem? - upewniła się Mirka -

- Ano. A co u was? Trzeba było troszkę nakłamać, żeby teść był przekonany, ze lepiej być nie może.

- Rozmowa z tatą Lisem była o wiele ciekawsza. Opowiadał, jak matka się wzbraniała przed wyjazdem do Rozalii, a później się cieszyła, bo było tak miło i rodzinnie, jak nigdy.

- Piotrek przeprowadził się do cioci na dobre?

- Nie miał wyjścia. Spółdzielnia w stanie upadłości. Dali syndyka, który zakład likwiduje. Koło Czarnego zaś jakaś spółka niemiecko - holenderska kupiła ziemię i zakładają ogrodnictwo. Tam się pan magister zatrudnił w charakterze brygadzisty, a nocował u cioci. Po jakimś czasie, ona sama zaproponowała, by zamieszkał na piętrze. Tam się domki budują, ale to jeszcze potrwa. A Waluś, nic nie mówiąc nikomu znalazł domek i oświadczył, ze niedługo się wyniosą. Rozalia w płacz, Stefka zmartwiona; Piotrek smutny, ze przez niego. Pichotowie, widząc to, postanowili zostać. Rozalia inaczej nie mówi, tylko, to Anioły uproszone u Pana Boga.W ogóle, to niechby taka miłość i wzajemny szacunek były w każdej rodzinie! A tam przecież jeden od Sasa, drugi od Lasa.- zakończył tato.

Na koniec jeszcze zadzwoniła do Bondosów. Odebrała ciocia Jadwinia, wujek wyszedł z psem. Ciocia odetchnęła z ulgą po nawale gości - bo i Tonek z Sabiną i Igorem zjechali i Przemek z Tatianą i dziećmi. Dom pełen ludzi, a tu już zdrowie nie to. Pożegnała się słowami: No to jak Pan Bóg da doczekać, to wiosną widzimy się na weselu Anulki w Białośliwiu, a w sierpniu u twoich na Złotych Godach!

Gdy Adam wreszcie wrócił, żona zapytała zaniepokojona:

- Czemu tak długa? co się stało. Rzucił tylko - Jestem głodny,jak wilk!- i zniknął w łazience. Wziął prysznic i w pidżamie zasiadł do stołu. Stęskniona Marii przytuliła się do jego pleców i czekała, aż się pożywi.

No było ciężko. Przejedzenie , alkohol i atak padaczki. Widziałem, ze jest źle i dzwoniłem po pomoc. Pani ostro odrzekła, mimo, ze się przedstawiłem: -Przecież tłumaczyłam...- W takim razie zawiadomię prokuratora, skoro pani zamiast pomóc, tłumaczyła!

No i po pół godzinie mieliśmy karetkę. Ustabilizowaliśmy stan na tyle, że można go było przewieźć. Żona jednakże była przekonana, że to jego ostatnie godziny i chciała mu towarzyszyć; rzecz jasna nie wzięli jej. No to zapakowałem kobietę do samochodu i pojechaliśmy za karetką. Na szczęście, już po godzinie było na tyle dobrze, ze wpuścili ją na salę. Wtedy wróciliśmy. Korzystając z tego, ze matka nie słucha, Marii nareszcie doszła do głosu:

 

- Wiesz, co się stało? Termu dużemu miśkowi odpadło oko. Samo. No i dwie bombki się potłukły.

- Mama krzyczała?

- Nie, bo cały czas gadała do telefonu

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania