upiekłam chleb
nóż ześlizgnął się
po skórze
krew wypłynęła cienką kreską
patrzę jak spływa do dłoni
dawno nic
nie było tak moje
nie chcę być tylko tą
która podaje chleb
kiedy ciebie spotkam
i usiądziemy przy stole
poczuję najpierw zapach
twojej skóry
ciepły chleb wystygnie między nami
będę słuchać
jak przesuwasz palcem po brzegu szklanki
jak przełykasz ślinę
zadrży ci dłoń
tuż obok mojej
pod stołem
nogi wrosną w podłogę
organy zmienią miejsca
a nad stołem
strach przed lekkością
że wystarczy jedno twoje spojrzenie
żebym przestała mieścić się w sobie
żeby skóra puściła na szwach
i żebym wyleciała z niej
tysiącem ciem
które uderzą o sufit
i nie znajdą już
drogi z powrotem
Komentarze (6)
Nie no, to jest piękne... i nawet metafory jednej nie potrafię wybrać, bo tutaj co wers to taka, że serce klęka... Nie wiem, to chyba najlepszy Twój wiersz... a może tylko mnie tak trafił 10!
A ja wybieram.
"patrzę jak spływa do dłoni
dawno nic
nie było tak moje".
I podziwiam.
Jutro Światowy Dzień Chleba...
Czytałem kilka razy. Wiersz tak bardzo kobiecy, że w jego pozornej paplaninie, najpierw zgubiłem metafory a są - piękne. W poincie moim zdaniem lepiej by brzmiało >drogi powrotu<
Tysiącem Ciem ! haha :)
Dostaniesz za to Kapciem !
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania