Valhalla
Oparł się o burtę łodzi i naciągnął futrzaną czapkę na uszy. Była ciepła, nawet bardzo ciepła. Poprawił toporek uwieszony u pasa, który uwierał go w udo. Dzień był ładny, słońce przebijało się przez gęstą zasłonę chmur, od czasu do czasu rażąc Przewoźnika i zmuszając go do zamknięcia oczu.
Uśmiechał się zadowolony ze swojego życia i pracy, bo właściwie, czemu miałby nie być? Bogowie pozwolili na ładną pogodę, nurt rzeki był spokojny, a przewożeni pasażerowie drzemali spokojnie na dziobie, zmierzając do Boden.
Mieli na sobie grube futra, przy pasach miecze i topory. Obok nich leżały proste łuki. Twierdzili, że byli myśliwymi, wracającymi z polowania w głębi kraju. Prawda, czy nie, przewoźnika to nie obchodziło. Dopóki nie robili problemów jemu, on nie zamierzał robić problemu im.
Rzeka miała głębokie koryto, a strome, stworzone przez prąd brzegi towarzyszyły im od samego początku podróży. Nad nimi zamykał się tunel utworzony z iglastych drzew. Kogoś, kto płynął tędy po raz pierwszy mogło to miejsce przyprawić o dreszcze.
Przewoźnik spojrzał na podróżników, którzy nagle zdali się być nienaturalnie bladzi. Pomyślał, że pewnie są zmęczeni po wielu miesiącach polowań. W końcu w lesie nie jada się jak jarlowie. Kto wie, może męczy ich jakaś choroba?
Skorygował kurs łodzi, wiedząc, że zbliża się do zdradliwego wiru. Odbił do prawego brzegu rzeki, po czym zablokował ster i wrócił na swoje miejsce, przy burcie. Nad łodzią przeleciała szara sowa, a wyżej, ponad lasem, kilkanaście kurków.
Chwała Odynowi – pomyślał, po raz kolejny naciągając czapkę na uszy. Wydawało się, że z każdym przebytym metrem robi się coraz zimniej. Słońce już nie przebijało się przez zasłonę gęstych chmur, nawet okazjonalnie. Para zaczęła dobywać się z ust.
Przewoźnik zatarł dłonie i sięgnął po leżące obok futro z niedźwiedzia. Założył je i spojrzał na pasażerów. Nadal spali, jakby nie zauważali zmian temperatur. Byli tylko jeszcze trochę bledsi, co przewoźnik wziął za złudzenie, spotęgowane pojawiającą się powoli dookoła mgłą.
Czuł, jak jego ciało drży z zimna, jak sztywnieją kolejne członki. Znów skorygował kurs, zbliżając się tym razem do lewego brzegu. Następnie po raz kolejny wrócił na swoje zwyczajowe miejsce przy burcie oraz, również mając to w zwyczaju, naciągnął futrzaną czapkę.
Spojrzał na żagiel. Cisza. Nie było wiatru, a łódź płynęła teraz jedynie z prądem rzeki. Na rei siedziało w równym rzędzie dwanaście czarnych kruków. Każdy z nich patrzył na Przewoźnika. Ich wzrok przyprawiał go o większe dreszcze niż sam chłód.
Nagle przeszywające zimno uderzyło we wszystko dookoła. Woda miejscami zamarzała i dało się słyszeć charakterystyczne szuranie dzioba i burt o lód. Szron w jednej chwili pokrył liny na łodzi. Przewoźnik przeląkł się, stał sparaliżowany ze strachu i kurczowo trzymał ster.
Uświadomił sobie, że nie zna tych wód. Że nigdy po nich nie pływał. Czuł, że kadłub jest szargany przez prądy rzeczne, z którymi nigdy wcześniej nie miał do czynienia. A przebył trasę od Boden, aż do serca Szwecji setki razy. Kucnął i przywarł do steru, starając się opanować sytuację.
Spostrzegł, że jego pasażerowie obudzili się i zaczęli go obserwować. Ich twarze były zielone, jak u kilkudniowych trupów. Ponad to każdy z nich miał ranę, otoczoną plamą czarnoczerwonej, zakrzepłej krwi. Pierwszy w okolicy brzucha, drugi pod sercem, trzeci miał rozłupaną czaszkę. Rozcięty policzek zwisał bezwładnie, odsłaniając rząd zębów.
- Valhalla – powtarzali z uporem. Nie głośno, ale i nie szeptem.
Valhalla. Valhalla. Valhalla.
- Valhalla – wydukał w końcu Przewoźnik zdając sobie sprawę, że zbliża się koniec podróży. Oto zbliżali się do wiecznie otwartej Walgind. Najstarszej z bram wielkiego pałacu Odyna.
Dzień później, do Boden dopłynęła niewielka łódka, na której pokładzie były ślady zaciętej walki, oraz trzy trupy. Tutejsi ją znali, należała do Przewoźnika z Północy. Był niemową, nikt nie wiedział skąd się wziął, ani kim był. Dlatego przyległo do niego to miano.
Godar, czarodziej i kapłan z Boden widział w swoich wizjach co stało się na pokładzie. Widział, lecz nikomu tego nie opisał. W drżących rękach trzymał tylko starą, znoszoną futrzaną czapkę.
Komentarze (32)
Wiesz co... Po Twoim, krótkim opisie robiłam sobie ogromne nadzieje, jako że jestem pasjonatką wszystkiego, co związane jest z celtyckością... i wiesz... wcale mnie nie zawiodłeś! Czytało się jak zwykle świetnie! 5!:D
"kilkanaście kurków." - kruków. Nie wiedziałam,czy jest to jakiś nowy gatunek, jednak później nawiązujesz do kruków, dlatego myślę, że to błąd :D
Ciekawie poprowadziłeś narrację, cała historia była składna i lekka, mogłam się w niej zagłębić bez problemu, jak również dzięki słowom stworzyłeś obszerny krajobraz wiecznego, zmarzniętego morza przed moimi oczami. Cudowna wizja, choć zastanawiam się, czy te rany trzech "ludzi" na pokładzie nie są jakimś symbolem - brzuch, serce, głowa? Brzuch - cielesność, serce - uczucia, głowa - rozum? Jeśli tak, to całe opowiadanie staje się takim wielkim symbolem, którego jeszcze nie potrafię rozszyfrować, choć w głowie jakiś mglisty zamysł jest.
"kto płynął tędy po raz pierwszy mogło" - przecinek przed "mogło"
"A przebył trasę od Boden, aż do serca Szwecji setki razy." - bez przecinka
"miał ranę, otoczoną plamą czarnoczerwonej, zakrzepłej krwi. Pierwszy w okolicy brzucha, drugi pod sercem, trzeci miał" - miał x2
Szymonie, mam nadzieję, że żyjesz i po świętach nam Cię oddadzą, ktokolwiek Cię zabrał xD Nadrabiam zaległe teksty, bardzo mi się podobał. Zostawiam piąteczkę pomimo kilku błędów :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania