Vox Populi

Wszystkie wydarzenia i postacie są fikcyjne i nie mają żadnych odpowiedników w rzeczywistości. Uznając, że jest inaczej czynisz to na swoją wyłączną odpowiedzialność ;)

 

Warszawa, marzec 2030

Patrycja nie musiała się nigdzie spieszyć, ale ludzka rzeka płynąca tym samym wąskim chodnikiem do szklanego biurowca o trzydziestu piętrach niosła ją swoim wartkim nurtem. Była za trzy ósma, więc wszyscy wokół prawie biegli nie chcąc narażać się na gniew swoich przełożonych. Bezrobocie rosło już nawet w oficjalnych statystykach, więc mało kto mógł czuć się pewnie w swojej pracy. Lekko uderzona w ramię niemal przewróciła się, bo lewa połowa ciała zupełnie jej nie słuchała. Dopiero wczoraj wypisano ją ze szpitala, a wcześniej podobno spędziła dwa i pół roku w śpiączce. To znaczy tak jej powiedziano, bo sama niewiele pamięta. Chwilę stała trzymając się słupka ogrodzenia, a kiedy mgiełka w oczach rozwiała się powoli ruszyła pustym już chodnikiem w stronę szarego brudnego budynku, gdzie dziś miała rozpocząć rehabilitację. W recepcji pokazała świstek ze szpitala. Sztucznie opalona recepcjonistka wstała ze swojego miejsca i zaprowadziła ją do szatni.

- Proszę się przebrać, za 5 minut będzie na panią czekał nasz fizjoterapeuta Rafał

Ze służbowym uśmiechem odwróciła się tak energicznie, że jej koński ogon z czarnych włosów lekko musnął nos Patrycji. Pewnie zdążyłaby się odruchowo odchylić, ale ciało znów nie posłuchało niechętne do szybkich ruchów. Ciągle było jej trudno zdejmować z siebie ubranie. W końcu się udało i przed lustrem związała gumką włosy. Nie chciała patrzeć na siebie. Blizny po oparzeniach nie były co prawda już tak widoczne, ale protezy lewej ręki nie sposób było pomylić jej biologicznym pierwowzorem. Jakoś nałożyła luźny stój treningowy, zamknęła szafkę i wyszła z szatni. Rafał okazał się siwym pięćdziesięciolatkiem, szerokim w barach i wyraźnej muskulaturze. Też przesadzał z solarium. Ledwo powstrzymała śmiech, kiedy ten wielki mężczyzna przywitał się wysokim falsetem. Wyciągnęła dłoń i uściskała łapę tego siwego niedźwiedzia. Za krótką chwilę już ćwiczyła bardzo się męcząc, a komiczny falset już jej nie śmieszył. Coraz trudniej było ćwiczyć, ale za to coraz łatwiej rozmawiać. Rafał prowadził rozmowę w taki sposób, że nawet nie spostrzegła jak dużo mu o sobie opowiedziała. Zresztą to nie było spójnym zbiorem wspomnień ale składało się z informacji jakie usłyszała od innych ludzi, którzy starali się zapełniać luki w jej pamięci. Dowiedziała się też dlaczego jej blada skóra wzbudzała tyle ciekawskich spojrzeń. A osoby o nieco jaśniejszej skórze jakby lekko uśmiechały się do niej. Ale tych było wyraźnie mniej. Przeważała mocna opalenizna. Rafał wyjaśnił że ludzie, którzy nie poddali się pigmentyzacji skóry czuli jakiś rodzaj wspólnoty. Niby Europejska Karta Gościnności nie nakładała takiego obowiązku, ale osoby o przyciemnianej skórze miały pierwszeństwo przyjęcia do pracy w mundurówce i urzędach a także wielu prywatnych firmach. Wiele osób czuło się wręcz winnymi posiadania jasnej karnacji słuchając oficjalnego argumentu władz o tym, że Europejczycy odpowiadają za kolonializm i rasizm w przeszłości. Dziś więc potrzeba, aby cała Europa była bardziej gościnna dla cudzoziemców, a osoby innych ras czuły się bardziej społecznie zintegrowane. Uznano, ze niechęć do cudzoziemców zostanie całkowicie wyeliminowana jeśli ludzie w Europie będą wyglądać podobnie bez względu na to gdzie się urodzili. Spontaniczne wymieszanie genów trwałoby oczywiście za długo, ale darmowe suplementy diety załatwiały sprawę o wiele szybciej. Sama prawie mogłaby kiedyś w to uwierzyć, ale gdy leżała w śpiączce nikt nie poddawał jej tego rodzaju propagandzie. Nie dawano jej też suplementów pigmentyzacyjnych, więc zachowała swoją jasną karnację łącznie z piegami, które wczesną wiosną znów stawały się bardziej widoczne. I pewnie to też zwracało uwagę.

Kiedy już jej ciało ze zmęczenia odmawiało każdego ruchu usłyszała jak Rafał pyta czy chciałaby wykorzystać swoje umiejętności, bo szkoda ich marnować. Dopiero teraz przypomniała sobie, że opowiadano jej o tym, że przed wypadkiem pracowała w reklamie. Nic szczególnego – po prostu trybik w korporacyjnej maszynie. No i jeszcze ta niedokończona szkoła aktorska i amatorski teatrzyk osiedlowy… Jakież to miała umiejętności? Jeśli nawet miała to przecież nic z nich nie zostało. Po tym feralnym dniu nie było NIC. Pustka, ciemność, potem docierające głosy ludzi, potem pikanie aparatury medycznej, potem coraz więcej dźwięków, przeciąg z okna, który poczuła na skórze policzka… Potem rozmyte kształty kiedy pierwszy raz od 2 lat otworzyła oczy. To jej prawdziwe wspomnienia z nowego życia. I choć ma już 31 lat uczy się wszystkiego od nowa.

- Znam człowieka, który szuka kogoś do pracy w twojej branży. Poważny facet z poważnej firmy – falset trenera z nieznanych powodów sprawiał, że przez chwilę wierzyła, że poradzi sobie w tym co kiedyś podobno robiła. – będzie tu jutro. Poznam was.

Nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła. Fakt, że praca bardzo by jej się przydała – pieniądze z ubezpieczenia właściwie już zniknęły. A żadnej renty chyba nie dostanie. Pytała w ZUSie, niby kazali złożyć wniosek, ale nie robili jej nadziei, bo jedną rękę ma zdrową i może nią pracować. Na razie stać ją było na pokój w tańszej dzielnicy, ale jak długo?

Wróciła tak zmęczona, że resztę dnia spędziła gapiąc się na ekran komputera, który pokazywał jej kolejne mądrzejsze lub głupsze filmy na YouTube zwalniając ją z podejmowania decyzji co obejrzeć. Zasnęła szybko.

***

- To mój przyjaciel Michał – wysoki głosik wśród stukania stalowych ciężarów znów brzmiał jak z komedii

- Michał Drabczak – czterdziestoparolatek uścisnął jej rękę. Oczywiście też wyglądał jakby właśnie wrócił tropikalnych wakacji i jego dłoń wyraźnie kontrastowała z bladą skórą dłoni Patrycji.

Przez głowę przeleciała jej myśl, że nawet w treningowym stroju z plamami potu ma w sobie coś z jakiegoś ważnego dyrektora.

Ledwo zdążyła wypowiedzieć do końca swoje nazwisko Michał od razu przeszedł do konkretów.

- Mam dla pani ciekawą – mam nadzieję – propozycję. Jestem ze sztabu wyborczego pana Macieja Zasadko, kandydata na prezydenta naszego kraju i chciałbym, żeby pani pomogła nam trochę ogarnąć public relations. Mamy co prawda trochę politycznych fanatyków, którzy są chętni i zaangażowani, ale potrzeba nam osoby, która potrafi popatrzeć na to wszystko z zewnątrz. No i pani zamiłowanie do aktorstwa też się przyda, bo trzeba będzie od czasu do czasu wystąpić w mediach.

- Ale ja nie znam nawet kandydata i nawet nie interesuje mnie polityka…

– Właśnie o to nam chodzi. Wyborcy też go nie znają, a my chcielibyśmy, żeby poznali jak najszybciej i jak najlepiej. Jest pani czymś w rodzaju przeciętnego wyborcy, który ma wstręt do polityki i nie klika w wiadomości z kraju. To nasza grupa docelowa i chodzi nam o strategię, żeby go dobrze przedstawić. No, czy to aż tak bardzo różni się od nowej marki pasty do zębów? – uśmiechnął się uśmiechem, który z powodzeniem mógłby reklamować tę nową rewelacyjną pastę.

- A jakie poglądy polityczne ma kandydat, jaki program? – i tak było jej to raczej obojętne, ale wolałaby żeby to jednak nie był jakiś ekstremista.

- Ma poglądy takie jak większość wyborców – znów uśmiech, tym razem z nutką ironii. Patrycja wyczuła to bezbłędnie.

- Czyli wygranie wyborów to właściwie formalność? – za to jej ironia była pozbawiona jakiekolwiek subtelności

- Właściwie tak, ale naszego kandydata jeszcze prawie nikt jeszcze nie zna, choć to zdolny człowiek, patriota lecz świadomy zalet globalizacji, tradycjonalista, ale bardzo postępowy – oczy Michała prześwietlały ją na wylot kiedy to mówił albo raczej to co zamierzał zaraz powiedzieć.

- Mamy oczywiście ustawowo ograniczone fundusze, ale myślę, że możemy zaproponować pani godne wynagrodzenie…

- Tak po prostu? Nie będzie żadnej rozmowy kwalifikacyjnej?

- Po co? Widziałem już co pani współtworzyła. A co do tego czy nadaje się pani do naszego zespołu to uważam, że jako szef każdemu potrafię stworzyć warunki do efektywnej pracy – wypił łyk wody mineralnej – proponuję 25 tys podstawy plus dodatki, bo sporo będzie pracy po godzinach, kontaktów z mediami. I oczywiście nie musi pani być rano, może pani zaczynać dopiero po rehabilitacji.

Dla Patrycji brzmiało to doskonale tym bardziej, że wczoraj opróżniła skrzynkę pocztową i była tam cała masa wezwań i zaległych rachunków. Zdawało się, że wszystkie instytucje wiedziały, ze leży w śpiączce a teraz dowiedziały się jednocześnie, że już można ją dopaść za zaległe płatności.

- Czy może pani zacząć od jutra?

***

 

Sztab wyborczy wyglądał właściwie tak jak sobie to wyobrażała – ogromne mieszkanie w starej kamienicy z mnóstwem kamer i czujników strzegących dostępu. Ale wpuszczono ją bez zbędnych pytań, choć była dobre pół godziny przed czasem.

Kobieta w sekretariacie raczej tuż przed emeryturą powitała ją zaskakująco ciepło.

- Właściwie szef jest już w biurze. To nie szkodzi, że wcześniej – zawsze ma czas dla pracowników – uśmiechnęła się według Patrycji bardzo szczerze.

Weszła do gabinetu Michała, a po chwili miała już w ręku podpisany kontrakt. Patrzyła na niego i chyba nigdy mocniej nie wierzyła, że jednak ma anioła stróża, który właśnie rozwiązywał jej przyziemne problemy.

Dostała też pierwsze zadanie. Przygotować internetowy live z udziałem przyszłego prezydenta Macieja Zasadko, gdzie będzie odpowiadać na pytania na czacie.

Usiadła przy swoim biurku i włączyła jakiś lokalny program informacyjny. Zobaczyła pana Zasadko pierwszy raz jak przemawia do zwykłych ludzi w jakimś wiejskim domu kultury. Wysoki facet, o ciepłym niskim głosie, wypowiadał słowa z dykcją zawodowego aktora. Bardzo oszczędna gestykulacja – akurat taka, żeby wyglądał na człowieka zrównoważonego i opanowanego. Tak samo opanowany był odpowiadając na pytania z sali. Trzeba przyznać, że trudne.

Czy taki człowiek – chyba idealny, ale jednak znikąd może mieć szansę wygrać z wyjadaczami zaprawionymi w brutalnej walce o władzę, w której wszystkie chwyty są dozwolone, a zwłaszcza nurkowanie w najgłębszym szambie żeby z jego dna wyciągnąć jakieś najgorsze brudy, które choć na krótko da się przylepić do przeciwnika… Czy ktoś nurkuje właśnie w szambie poszukując brudów na Zasadkę? Sprawdziła pierwszy lepszy sondaż. Nawet go nie było na liście. Zajrzała do następnego. Tu był i miał poparcie poniżej 1%. Nie jest traktowany jako poważny rywal. I teraz pytanie kto go popiera, kto daje kasę na tak beznadziejną sprawę? Oczywiście, przez ten czas, kiedy była w śpiączce mogło pojawić się jakaś nowa partia, ale Zasadko jakoś nie pokazywał się przy żadnym partyjnym logo.

Sprawdziła słupki statystyk wyświetleń profilu na FB. Bardzo równy, rosnący rozkład we wszystkich grupach wiekowych. Liczba obserwujących 6 tys. Mało, ale dość dużo aktywności. Sam kandydat udziela się, rozmawia z ludźmi, odpowiada dość szybko na komentarze. Są i te złośliwe, nie usuwa ich, ale stara się odpowiadać, choć nie polemizuje z typowymi wulgarnymi hejterami. Raczej nikogo nie blokuje, pozwala się wypowiedzieć nawet wrogom. Tylko kto jest jego wrogiem? Jakie on ma w ogóle poglądy? Lajkują go lewicowe julki z niebieskimi włosami i też dziadkowie, których interesuje wysokość emerytur i żeby geje nie mogli adoptować dzieci. Dyrektorki i etatowe matki żyjące z socjalu, korpoludki podające zaraz pod zdjęciem linki do profilu na Linked i beztroska młodzież mająca ustawiony status „szlachta nie pracuje”. Jak to możliwe?

Zajrzała do programu wyborczego Zasadki: same chwytliwe slogany, ogólnie jej się średnio to podobało, bo wielu z tych obiecanek nie może nawet teoretycznie spełnić.

„...ułatwienie pozwoleń na budowę” „….wejście do strefy euro żeby zmniejszyć ryzyko dla eksporterów”, „...wsparcie finansowe dla rodzin”, „… wydatki na armię”, „...renegocjacje układu z UE”. Mnóstwo takich... Ale ludzie o tym dyskutują, lajkują, komentują, podbijają statystyki. „Ułatwiają mi pracę” – pomyślała.

***

Dzień minął jej dziwnie szybko. Była podekscytowana tym nowym wyzwaniem. A jeszcze płacą naprawdę dobrze. Ale jej ciało nie chciało się od tych myśli szybciej regenerować. Kiedy otworzyła drzwi mieszkania była cała obolała i tylko marzyła o tym, żeby się położyć. Zapadła w drzemkę z której wyrwał ją dźwięk smsa. Przyjaciółka z pytaniem jak było w pracy. To najbliższa jej osoba od kiedy mieszkały w tym samym pokoju w domu dziecka. Odpisała długo chcąc podtrzymać ten kontakt i już zmęczona miała odłożyć telefon i zasnąć kiedy pomyślała, żeby na chwile zajrzeć na FB, dodała sobie fanpage Zasadki do obserwowanych. Jeszcze raz zajrzała do tego jego programu.

„Nie, to niemożliwe” – mruknęła sama do siebie, bo ten program wyglądał teraz trochę inaczej. Nawet zupełnie inaczej. Nie ma nic o UE, armii, budowach… za to dużo o opiece zdrowotnej, pomocy dla niepełnosprawnych, wsparcie dla kobiet wracających na rynek pracy…

Popatrzyła na zdjęcie – ten sam Maciej Zasadko, nawet wrzucił już relację z tego dzisiejszego wiejskiego spotkania wyborczego, które kątem oka oglądała w tv.

Pomyślała, że jest po prostu przemęczona i mózg robi jej psikusy. Z trudem rozebrała się, weszła do wanny i odprężyła w ciepłej wodzie. Trochę jej to pomogło i powlokła się do łóżka zostawiając ślad na podłodze ze spadających z włosów mokrych kropelek.

Znów nic jej się nie śniło, po prostu głęboki twardy sen, jak wtedy w szpitalu, kiedy podawano jej mnóstwo leków.

***

Dziwne, bo ani trochę się nie przejęła, kiedy pilnie z samego rana wezwał ją Michał. Ten facet po prostu miał coś takiego w sobie, że jego pozorna surowość i konkretne wymagania wobec ludzi nie stresowały, a motywowały, sprawiał, że nawet najbardziej błahe zadanie wydawało się temu, kto je otrzymał ważnym priorytetem. W jego gabinecie był już jakiś chudzielec z niezdrowo wyglądającymi pryszczami na twarzy. Chyba był z tych, którzy pomimo zbliżającej się 30. walczą z trądzikiem młodzieńczym.

- To jest Gabriel, a to Patrycja – zaczął szef. - Będziecie dużo ze sobą współpracować. Mam nadzieję, że się dogadacie, bo to dla nas wszystkich kluczowa sprawa. Gabriel jest specem od algorytmów, sztucznej inteligencji i tych wszystkich nowinek AI. A przy okazji właśnie napisał doktorat z matematyki. Dokładniej z teorii chaosu.

- Miło mi, ale ja niestety z tej matmy to tak średnio… - Patrycja nie miała bladego pojęcia po co ten wstęp o matematyce. Co ona niby z nim ma robić?

Mokra nieprzyjemna dłoń, koścista, ale dziwnie miękka. Kojarzyła jej się ze skrzydłem nietoperza. Patrycja trzymała ją tylko chwilę.

- Chyba już się domyślasz jak wygląda nasza praca i jakimi metodami pracujemy. Naszym priorytetem jest skuteczność. Pewnie myślisz, że jesteśmy jedną z agencji PR, ale nie jesteśmy. Gdyby po prostu nam zapłacono nie bylibyśmy tak zdeterminowani w naszych działaniach.

Nagle Patrycja zrozumiała: ci ludzie pracują nad algorytmami, które prezentują treści zależne od odbiorcy. Czyli dla każdego coś czego oczekuje. To dlatego na swoim telefonie, który był z nią w szpitalu, na rehabilitacji pokazywał się Zasadko obiecujący wsparcie niepełnosprawnym. A tu na komputerze firmowym ten sam Zasadko obiecywał euro, wydatki na armię i pozwolenia na budowę. Niby wykorzystywano to do dawna do profilowania reklam, ale żeby tak „sprzedawać” kandydata na prezydenta?

- A teraz zostawiam już was, bo macie razem sporo niezbędnej, ale pewnie nudnej roboty.

Szła za Gabrielem do windy, potem kilka pięter na dół i znaleźli się w piwnicy budynku. Chyba była tu jakaś serwerownia, bo właśnie mijali pomieszczenie z szafami bez drzwiczek, za to z urządzeniami elektronicznymi i plątaniną kabli.

Dotarli do pomieszczenia w którym nie było nic oprócz pomalowanych na zielono ścian i całej masy kamer.

- Będziesz sporo występować w naszych materiałach i potrzebujemy mieć dokładny obraz tego jak się poruszasz. Nie chcemy za każdym razem cię fatygować jak będzie trzeba zrobić jakiś filmik do netu. Zresztą – chyba jeszcze nie do końca jesteś w formie, więc to oszczędzi ci dużo wysiłku.

- A dlaczego nie wzięliście kogoś bardziej sprawnego? Przecież taka łamaga jak ja będzie słabo wyglądać w reklamie wyborczej… I jeszcze to… - wskazała wzrokiem na protezę ręki.

- Nie potrzebujemy tu żadnej miss fitness. Masz tu specjalną rolę. Szef nic nie mówił?

- Nie

- No to mam zrobić twój „motion capture” i to jest jedyny dziś punkt programu.

Oczywiście doskonale wiedziała, że to cyfrowy zapis naturalnych ruchów jej ciała użyteczne do sterowania w grach komputerowych. O tym, że na tej podstawie można komputerowo generować zdjęcia a nawet filmy też wiedziała. To było możliwe nawet 5 lat temu. Teraz technika pewnie się jeszcze posunęła do przodu. Nagle Gabriel wziął coś z półki w sąsiednim pomieszczeniu.

- Będzie trzeba, żebyś to włożyła – powiedział bezosobowo i skierował wzrok w podłogę.

Patrycja wzięła malutkie zawiniątko. W środku było zielone bikini, model raczej dla odważnych dziewczyn.

Gabriel wyglądał na zakłopotanego tą sytuacją, a na pryszczatej twarzy pojawił się teraz rumieniec przedwojennej pensjonarki.

- M…. Graficy będą w komputerze ubierać cię w różne ubrania, więc trzeba jak najdokładniej odwzorować… - urwał na sekundę kiedy Patrycja spojrzała na niego a potem zebrał się w sobie i kontynuował – Musimy mieć twój osobisty wzorzec ruchów, bo nie da się tego odwzorować algorytmami, które mamy – trzeba je czymś „nakarmić”....

Chyba miał rację, jej ruchy nie były typowe i nic dziwnego, że modele AI do generowania video nie radziłyby sobie za dobrze, więc Patrycja już nie dyskutowała.

- OK, założę te frywolne ciuszki.

- Dzięki. Wrócę za pięć minut – rzucił z wyraźną ulgą i zniknął w drzwiach sąsiedniego pomieszczenia.

Przez następne godziny Patrycja chodziła, siadała, wchodziła na kilka stopni schodów, powtarzała, robiła wszystkie ruchy, które ludzie wykonują codziennie nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Rozpuszczała i związywała włosy, powtarzała teksty, które kazał jej powtarzać, kilkanaście kamer z różnych kątów ją pokazywało a komputery uczyły się jak jej ciało porusza, jak zachowują się mięśnie twarzy kiedy mówi różne głoski.

To dziwne, ale teraz nie myślała o braku ręki, bliznach, częściowym paraliżu i innych swoich niedoskonałościach. Była pewna, że to wszystko będzie poprawione i wygładzone. Nikt nie zobaczy jej prawdziwej. Nałożą jej w komputerze jakieś eleganckie oficjalne ciuchy, może sukienkę i wpiszą do komputera tekst, który będzie „mówiła” na filmie i to wszystko. Taki jest kontrakt. I nawet dobrze – na pewno dużo lepiej będzie wypadała w filmach niż na żywo. To tylko nowocześniejsza wersja charakteryzacji filmowej. Przecież od zawsze aktorki i aktorzy wyglądali zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. A teraz technika pozwala występować w filmach, w których tak naprawdę nie występujesz, mówisz słowa, których nigdy nie powiedziałaś. Właściwie to komputery generują całą ciebie, a ty robisz coś zupełnie innego w swoim zwykłym, prawdziwym życiu. Ale przecież praca aktora polega właśnie na tym, żeby nie być sobą w pracy...

Sesja nareszcie się skończyła, Patrycja ubrała się w swoje rzeczy i pożegnała z Gabrielem, bo odprowadził ją do wyjścia. Zdawało się po kilku krokach, że usłyszała jak głęboko odetchnął. Zresztą ona też cieszyła się, że ma to za sobą.

Znów oglądała filmiki na YouTube, kiedy przyszedł do niej mail od tego pryszczatego komputerowego geniusza.

„Wszystko wyszło doskonale. To taka mała próbka ;). Gab”

Otworzyła pierwszy z plików. Grafik „ubrał” ją w wieczorową suknię z rozcięciem i bardzo wysokie szpilki. Gdyby nie fakt, że unikała takich butów to właściwie mogłaby uwierzyć, że to nagrano np. na którymś sylwestrze. Wszystko wyglądało tak naturalnie, właściwie prawie poczuła że tkanina sukienki jest trochę śliska. Blizny dokładnie usunięto, ale na ramionach zostawiono kilka pieprzyków, które naprawdę miała od zawsze, a teraz jej skóra była bardzo blada, więc rzucały się w oczy. Wykonuje kilka tanecznych obrotów - prawie tak jak dawniej, ale jednak trochę inaczej.

Drugi plik: siedzi w skórzanym obrotowym fotelu przy poważnie wyglądającym biurku w gabinecie jakiegoś prominenta. Ale zaraz spostrzegła wizytówkę na biurku „Minister Wizerunku Patrycja Grudzień”. Wygląda na to, że to jej gabinet. Tu ma włosy upięte w kok. Fajnie - nawet jej się ten pomysł spodobał. Na pewno zrobi sobie tak kiedyś w realu. Podpisuje jakiś dokument, a potem drze go na drobne świstki. Lewa dłoń rusza się zupełnie inaczej. Rzuca do góry te kawałeczki papieru i dmucha tak, że rozlatują się po całym biurze. Każdy kawałeczek animowany bardzo naturalnie.

Kiedy otworzyła trzeci plik zaczęła się śmiać na głos: miała na sobie welon i białą suknię, której ogromny dekolt prawie przekraczał granice przyzwoitości. Stała na jakimś podwyższeniu otoczona lustrami. Potem obracała się, oglądała w lustrach ze wszystkich stron. Przymiarki w salonie ślubnym? Trzeba przyznać, że wszystko wyglądało bez zarzutu: odbicia w lustrach pod różnymi kątami, refleksy światła, cienie w załamaniach tkaniny, nawet jej cichutki szelest… Patrzyła i podziwiała jak szybko dało się zrobić coś takiego.

„A nie dokleisz mi jakiegoś narzeczonego na tym ślubnym? ;)” - Odpisała i wysłała maila

„Może znajdziemy ci kogoś odpowiedniego ;)” – odpowiedź przeczytała już prawie zasypiając.

***

Następnego dnia znów oglądała jak Zasadko pojechał do kolejnej małej miejscowości i znów rozmawiał ze zwykłymi ludźmi. Tym razem w jakiejś remizie strażackiej, bo umundurowani strażacy robili tu za gospodarzy. Za kilka godzin z przerażeniem odkryła, że ktoś zrobił mu zdjęcie przez okno – chyba z jakiegoś drona jak z grubym komendantem w strażackim mundurze ozdobionym wiązką złotych sznurów i chyba jakimś wójtem w czerwonym krawacie siedzi przy otwartej flaszce czystej wódki. Ktoś wrzucił tę fotkę jako swój komentarz pod relacją z tego wydarzenia.

Liczba obserwujących fanpage Zasadki przekroczyła już jednak 14 tys., a zdjęcie przy piciu wódki napędzało statystyki wyświetleń.

Przeciwnicy polityczni też to zauważyli i wrzucali potępiające alkoholizm wyświechtane frazy, niektórzy obiecali zająć się problemem nałogów kiedy tylko naród powierzy im stanowisko głowy państwa. Najwięcej oczywiście szumu robili ci, których wyborcy nie mieli podstaw podejrzewać o abstynencję…

Patrycja dziwiła się jak to możliwe, że taka wpadka rozniosła się po internecie, ale raczej żadnej szkody wizerunkowej nie spowodowała. Było wręcz odwrotnie – ludziom podobało się, że Zasadko niczemu nie zaprzeczał, nawet w jednym internetowym wywiadzie powiedział, że nie wstydzi się tego, że stara się słuchać ludzi, a niektórym w szczerej rozmowie odrobina alkoholu pomaga. A jemu zależy właśnie na takich szczerych rozmowach, a nie pochlebstwach i lizusostwie. Przy okazji pochwalił tradycyjną polska gościnność mieszkańców. Tym bardziej, że zdjęcie zrobiono już po oficjalnej części spotkania, które planowo powinno skończyć się 40 minut wcześniej, ale tak wiele było poruszonych ważnych lokalnych tematów, ze nie mógł po prostu przerwać rozmowy. Oczywiście, publikowanie zdjęć z ukrycia jest może trochę nielegalne i gdyby chodziło o zwykłego obywatela autor zdjęcia pewnie byłby zgłoszony, ale w tym wypadku właściwie wszystkie osoby są w jakimś stopniu publiczne i że ma nadzieję, że wójt ani komendant nie poczują się zniesławieni. Zakończył że sam również jest zwykłym człowiekiem i nie zamierza udawać nikogo innego.

Okazało się więc że Zasadko to mistrz wygrzebywania się z niewygodnych sytuacji. Patrycja przekonała się o tym, bo już 21% internautów kliknęło, że chce na niego głosować. Patrzyła na te liczby i oczywiście wiedziała, że to chwilowy szum wokół kandydata, ale teraz już na pewno nikt nie zrobi sondażu, w którym wrzuci Zasadkę do grupy „inni kandydaci” razem z tymi którzy mają ułamki procent poparcia. Teraz będzie się zawsze pojawiać z imienia i nazwiska.

***

Tym razem Zasadko był w Krakowie na spotkaniu ze studentami i naukowcami UJ. Ale to robili również inni kandydaci. I spotkanie było tak samo rutynowe i nudne. Studenci już dawno nie zadawali politykom niewygodnych pytań i w ogóle polityka ich nie obchodziła. Ale potem pokazano coś, co sprawiło, że patrzyła w ekran jak zahipnotyzowana. Zasadko zwiedzał krakowską firmę Krak-Biotechnlogy. Założyła ją grupa naukowców z różnych dziedzin skupionych wokół wykorzystania komórek macierzystych w odtwarzaniu tkanek. Oczywiście było dużo nic nie znaczących słów o innowacjach, wynalazkach, wsparciu i postępie naukowym. Ale pokazano jak z komórek macierzystych udawało się hodować całe narządy myszy i szczurów. Jednemu nawet wyhodowano amputowaną wcześniej łapkę. Prezes firmy rozmawiał z Zasadką o tym, że niestety chyba będą musieli przerwać doświadczenia, bo mimo sukcesów występują skutki uboczne i potrzeba dalszych kosztownych badań aby sobie z nimi poradzić i zacząć próby na ludzkich narządach. Zasadko powiedział, że nie pozwoli zmarnować tego wysiłku, tych rezultatów, które już dało się osiągnąć i jeśli zostanie prezydentem to zgłosi projekt ustawy, który ułatwi pozyskiwanie grantów na tego rodzaju działalność. Nie mogła myśleć o niczym innym do końca dnia. Szybko i łatwo spod jej palców naciskających klawisze wyszedł wpis o tym wydarzeniu na mediach społecznościowych kandydata. Ten mógł być w jednej wersji dla wszystkich.

Tej nocy długo nie mogła zasnąć, przewracała się na łóżku. Proteza ręki przeszkadzała bardziej niż zwykle. Kiedy tylko zamykała oczy mózg wracał do obrazu szczura z odtworzoną łapką biegającego po swojej klatce w laboratorium. Właściwie chciałaby już w środku nocy ubrać się, pójść do pracy i zrobić wszystko, żeby ten Zasadko został prezydentem, żeby ci naukowcy z Krakowa dostali mnóstwo kasy i żeby ona mogła zgłosić się jako ochotniczka do pierwszych badań. Pal sześć te skutki uboczne...

***

- Nie będę cię pytać jak sobie radzisz i czy ci się u nas podoba, bo na razie jesteśmy z ciebie zadowoleni – słowa „na razie” Michał wymówił jakoś bardziej starannie - Chyba się zdążyłaś zorientować, że jak do tej pory nie były to twoje właściwe obowiązki tylko powiedzmy… okres przygotowawczy. Masz dla nas szczególną rolę, a sytuacja dojrzała do tego, żeby ci ją przedstawić. Pewnie wiesz, że do prowadzenia social mediów moglibyśmy zatrudnić studentów dziennikarstwa znacznie taniej, może nawet daliby sobie radę wolontariusze z młodzieżówki partyjnej w zamian za posadę w kancelarii prezydenta. Zanim więc zrobisz coś co trudno będzie cofnąć posłuchaj nas do końca.

Teraz przemówił do niej Rafał:

- To co widziałaś na tym filmie z Krakowa to nie fejk. Oni to naprawdę dają radę robić tylko nie mogą na razie powstrzymać dalszego namnażania się komórek. Słowem nie można tego próbować na ludziach zanim nie opracuje się inhibitora. Byłby on także jak się może domyślasz przełomową terapią większości nowotworów.

Patrycji jakoś nie zdziwiło, że wypowiada się jak lekarz, bo w tej sekundzie wróciło mgliste wspomnienie. Wtedy ten wysoki głos wydawał się kobiecy. Teraz stało się jasne: to Rafał doglądał jej w szpitalu, kiedy leżała w śpiączce.

Znów odezwał Michał tonem, który zwiastował przejście do najważniejszej części:

- Jesteś teraz w stanie poświęcić się całkowicie naszej sprawie? Zrobić to o co poprosimy?

- Tak – nie wahała się ani chwili.

- Uznaliśmy, że jesteś idealną kandydatką na pierwszą damę… - wypalił Michał

- Co? Prowadzicie tu biuro matrymonialne dla polityków? – zareagowała impulsywnie. bo propozycja wykraczała poza wszystko czego się spodziewała - Myślałam, że każdy kandydat na prezydenta powinien już mieć żonę, bo ludzie nie głosują na singli.

- Dokładnie tak. To znaczy nie prowadzimy biura matrymonialnego, ale potrzebujemy żony dla pana Zasadko, bo nie zostanie prezydentem jako singiel…

- To chyba najgłupsza rzecz jaką w życiu słyszałam. Małżeństwo dla pieniędzy jeszcze mogę zrozumieć, ale dla słupków w sondażach? – ułamek sekundy później zdała sobie sprawę, ze Michał wcale nie traktował tego jak absurd

- Jeśli o to chodzi to postaramy się, żebyś była finansowo ustawiona na całe życie. Niektórzy nasi aktywni sympatycy to osoby mające wolę i możliwości wspomóc nas sporymi środkami...

- A jeśli się nie zgodzę?

- Myślę, że się zgodzisz. Zrobisz to bo rozumiesz że potrzebujemy takiego prezydenta. Ty też potrzebujesz.

Patrycja zauważyła, że w tym momencie spojrzał na jej lewą sztuczną dłoń i kontynuował:

- Wybraliśmy cię już dawno. Lekarze chcieli cię odłączyć od aparatów po takim długim czasie w śpiączce . Mieli takie prawo wynikające z ustawy o możliwości eutanazji, którą uchwalono już po twoim wypadku, żeby obniżyć koszty opieki zdrowotnej. Zapłaciliśmy i twój lekarz prowadzący nie zrobił tego. Chyba nie masz pretensji? Dostałaś szansę, a my nie pozwolimy ci jej zmarnować. – spokojny ton, wręcz sympatyczny, ale zjeżył jej włoski na całym ciele. Nie pytała jak dużo trzeba było zapłacić. Wolała tego nie wiedzieć. Pomyślała jednak, że nie może odmówić, bo co jeśli zażądają zwrotu? Teraz nie chodziło o te 25 tys. co miesiąc tylko o jakiś dług, który mógłby stać się natychmiast wymagalny. Dopiero teraz zaczęła zastawiać się co znaczy to „my” w ustach Michała. To jakiś gang handlarzy ludźmi? Odrzuciła tę myśl – uszkodzona 31-latka to nie jest towar wart poważnej inwestycji. Pierwsza lepsza licealistka „na gigancie” znaleziona gdzieś na dworcu byłaby towarem o wiele tańszym i bardziej chodliwym.

- Jesteście jakąś partią? Organizacją?

- Jesteśmy.. powiedzmy grupą ludzi, którzy zrozumieli, że obecne praktyki demokratyczne nie spełniają już oczekiwań społecznych, konieczne są zmiany w sposobie rządzenia i wybrali na to optymalny sposób – Michał nie brzmiał jakby miał zamiar jej grozić czy zmuszać do czegoś.

- Planujecie zamach stanu?

- Ależ skąd, działamy z pełnym poszanowaniem zasad demokracji – Patrycja była prawie pewna, że kończąc to zdanie mrugnął jednym okiem.

 

Warszawa, wrzesień 2034

Przewodnicząca sejmowej komisji śledczej patrzyła prosto w oczy Patrycji. Chciała pewnie odczytać z nich kim przesłuchiwana tak naprawdę jest. Żądną władzy karierowiczką, szaloną anarchistką czy raczej zmanipulowaną przez złych ludzi niespełnioną aktoreczką. Od tego zależało co z nią zrobi. Z aktoreczki zrobiłoby się ofiarę i dodatkowo dowaliło tym, którzy to wymyślili, popularność karierowiczki dałoby się wykorzystać, ale anarchistka była niebezpieczna, więc trzeba by wpakować ją do więzienia.

„Łatwo będzie ją złamać” – myślała Przewodnicząca widząc jak Patrycja przegrywa walkę ze stresem - „Jak to dobrze, że udało się przeforsować ustawę o specjalnym trybie działania komisji, która mogła wydać wyrok o mocy sądowego wyłączając jednak możliwość powoływania pełnomocników. Gdyby oskarżeni w tej wielkiej aferze mogli sobie przychodzić tu z adwokatem to pewnie trwałoby to całe lata. A tak pójdzie dużo sprawniej – w końcu wybory za 8 miesięcy a do tego czasu trzeba ich wszystkich unieszkodliwić. Co prawda opozycja coś tam pojękiwała o tym, że to niegodne cywilizowanego kraju, ale w końcu tylu posłów ile trzeba zgodziło się, że obrona demokracji wymaga zdecydowanych działań, a nie oglądania się na teorię prawa.”

Potok myśli nie przeszkadzał jej zadawać pytania pewnym, zdecydowanym głosem.

- Zechce pani nam opowiedzieć czy była pani w jakikolwiek sposób zmuszona do ogrywania roli żony pana Zasadko. Czy ktoś wywierał na panią nacisk, szantażował?

- Nie, po prostu wierzyłam że mój kraj zasługuje na takiego prezydenta i chciałam jakoś w tym pomóc. Byłam też wdzięczna osobom, które uratowały mi życie po wypadku.

- Więc robiła to pani z wdzięczności?

- Tak, to był ważny motyw, ale też znalazłam się w trudnej sytuacji finansowej i właściwie była to dla mnie szansa na zdobycie środków utrzymania. No i miałam też nadzieję, że dzięki temu czego się podjęłam uda mi się odzyskać pełną sprawność.

Przewodnicząca miała mętlik w głowie. Trzy zdania, a z każdego wyłaniała się inna rola przesłuchiwanej w tej całej aferze. Pustym wzrokiem patrzyła jak Patrycja odkręca butelkę z wodą i nalewa ją do szklanki. Jej dłonie drżą ze zdenerwowania. OBIE. Przewodniczącej trudno było przyjąć fakt, że żona Zasadki ma znów dwie własne dłonie. Tyle razy widziała ją w telewizji z protezą a teraz… Chyba tylko trochę inny odcień skóry… A może tak się wydaje? Oczywiście ta lewa dłoń jest młodsza, bo podobno wyhodowano ją z komórek macierzystych. I pomyśleć, że ten sposób opatentowała polska firma zaledwie 2 lata temu a teraz już tyle ludzi po operacji… Nawet ta tutaj.

Chyba zamyśliła się zbyt głęboko. Ale przesłuchiwana mówiła dalej o rzeczach które nie miały większego znaczenia dla pracy komisji badającej największe oszustwo w historii Polski. Nikt jeszcze nie nabrał 14 milionów ludzi. Nikt jeszcze tak nie zakpił sobie ze służb specjalnych, rządu i demokracji.

- Skąd wiedziała Pani o tym, nad czym pracuje firma Krak-Biotechnology? Przecież w 2030 to jeszcze były dopiero wczesne badania nad odtwarzaniem tkanek, jeszcze nie stosowane na ludziach.

- Nadzieja odzyskania pełnej sprawności była dla mnie czymś najważniejszym, więc kiedy pokazano mi te osiągnięcia to przyznaję, że było to dodatkową silną motywacją do współpracy ze sztabem wyborczym pana Zasadko, który w przypadku zwycięstwa wyborczego mógł pomóc sfinansować te badania ze środków państwowych.

Patrycja wiedziała, że komisja raczej nie będzie mogła znieść jeśli nazwie go „prezydent”. Dla milionów zwykłych ludzi był szanowanym i lubianym prezydentem, a ona jego żoną, ale dla komisji sejmowej schowanej za wielkim czarnym stołem był to wróg numer jeden, stanowiący śmiertelne zagrożenie. Wróg z którym nie da się wygrać, a ucieczka prowadzi do zupełnie innej rzeczywistości, w której trzeba zrezygnować z władzy, korzyści z wzajemnych układów, przywilejów, immunitetów - słowem wszystkiego, co przyciągnęło ich do polityki.

- Prokurator nie postawił pani na razie zarzutów korupcyjnych w związku z tym, ale ja uważam, że wykorzystała pani swoją pozycję żeby znaleźć się w pierwszej grupie pacjentów…

- Pani Przewodnicząca, może nie powinniśmy się tym zajmować jeśli nie sformułowano takich zarzutów. Tym bardziej, że w pierwszej fazie był otwarty nabór ochotników. – młody działacz lewicy - okularnik, z bladą jak na dzisiejsze standardy skórą chciał koniecznie zabrać głos.

- Tak, ale Krak-Biotechnology dostała na to duży grant na mocy ustawy uchwalonej z inicjatywy prezydenckiej – Nie odpuszczała Przewodnicząca

- Grant na badania i wdrożenie tej technologii, a nie konkretnie na mój zabieg. Dzięki temu podobnych dokonano na setkach pacjentów, którzy odzyskali sprawność…

Przewodnicząca chyba dała za wygraną – z tej strony jej nie ugryzie. Patrycja wyprostowała się, widząc jak inni członkowie komisji kiwają ze zrozumieniem głowami. A ten blady z lewicy nawet się chyba lekko do niej uśmiechnął. Udało mu się zaistnieć na chwilę, a teraz jasna karnacja nie hamowała już kariery, więc kto wie jakie zaszczyty mogą go spotkać jak będzie rozpoznawalny.

Patrycja jeszcze chwilę słuchała słownych przepychanek posłów z komisji i coraz bardziej szumiało jej w głowie. Napiła się kilka łyków wody, ale mroczki przed oczami zniknęły tylko na chwilę. Brodaty, starszy już ludowiec, zdaje się, że kiedyś praktykujący lekarz z zaskakującą zwinnością znalazł się nagle przy niej. Wszyscy zamilkli a Brodacz swoim spokojnym głosem wygłosił formułkę o przerwie w przesłuchaniu. Wniosek zaaprobowano. Ciągle jeszcze u mężczyzn stanowiących nieznaczną większość komisji działała atawistyczna opiekuńczość względem kobiety w ciąży.

Przewodnicząca nie miała tych instynktów, więc kiedy dwaj posłowie wyprowadzali Patrycję z sali zaczęła zastanawiać się czyje to może być dziecko, bo prezydenta można było absolutnie wykluczyć. Chyba technika aż tak się nie posunęła. Bardzo ją ta myśl rozbawiła. Atak głupkowatego śmiechu zamaskowała udawanym kaszlem i kiedy już mogła odezwać się w miarę normalnym głosem zarządziła przesłuchanie kolejnego oskarżonego.

Siedząca na ławce w korytarzu Patrycja poczuła się jeszcze gorzej, kiedy zobaczyła jak Gabriel jest prowadzony przez kilku strażników zakuty w kajdanki jak jakiś niebezpieczny morderca. Strażnicy zachowywali się tak jakby wstydzili się tego co kazano im robić. Szli z wzrokiem wbitym w podłogę, bez słowa, widać było, że nie zgadzali się z rozkazami, które mieli wykonywać. Co prawda konwojowany był oskarżony o zamach stanu, udział w grupie przestępczej i terroryzm, ale te zarzuty zupełnie kłóciły się z jego wyglądem. Skrzyżowanie gnębionego w klasie komputerowego nerda z fajtłapowatym nauczycielem akademickim, na dodatek widać było, że areszt nie był miejscem, do którego mógłby się kiedykolwiek przyzwyczaić. Zamachu stanu dokonywali przecież dziarscy faceci w generalskich mundurach, a terroryści i gangsterzy oczywiście też powinni wyglądać zupełnie inaczej. Strażnicy dobrze wiedzieli, że tym razem społeczne sympatie były ewidentnie po stronie terrorysty, którego właśnie prowadzili.

Drzwi jeszcze nie do końca się zamknęły kiedy Przewodnicząca wygłosiła oficjalną formułkę rozpoczęcia przesłuchania.

- Przed Komisją staje oskarżony Gabriel Wójcik. Wiek i zawód oskarżonego.

- 33 lata, jestem doktorem matematyki, inżynierem oprogramowania kwantowego, ostatnio zatrudniony jako pracownik techniczny w Kancelarii Prezydenta.

Przewodnicząca nie mogła powstrzymać się od grymasu, kiedy ktoś mówił o Zasadce jak o prezydencie. Tak bardzo nienawidziła ludzi, którzy używali tego słowa na określenie tego czegoś… No właśnie… Jak to w ogóle nazwać?

- Myślałam, że powie pan, że jest wynalazcą Prezydenta… - Przewodnicząca postanowiła najwyraźniej nieco pogwiazdorzyć w mediach popisując się poczuciem humoru.

Lekki szmer przeszedł przez salę, bo niektórym rzeczywiście wydało się to śmieszne.

A samej Przewodniczącej bardzo podobało się patrzenie jak oskarżony czerwieni się, zacina i plącze ze zdenerwowania. Miała wrażenie, że słucha uczniaka, który wszystkiego dobrze się nauczył, ale paraliżuje go odpowiadanie przy tablicy. Rozbawiło ją to tak, że nie była w stanie ukryć uśmiechu.

- Cóż… przyznaję, że opracowałem narzędzie… optymalizujące procesy sprawowania władzy. Nie była moją intencją zmiana ustroju. To narzędzie zostało dostosowane do polskich zasad ustrojowych i dobrze służyło obywatelom.

- Oszustwo miało służyć obywatelom? Czy raczej wam, żebyście mogli nielegalnie przejąć władzę?

- My nigdy nie chcieliśmy przejąć władzy. Chcieliśmy tylko wyeliminowania zagrożeń jakie niesie uporczywe trzymanie się przestarzałych zasad. Dziś tradycyjne sposoby reprezentacji społeczeństwa czy mechanizmy władzy napotkały na szereg ograniczeń, a wręcz patologii. Od lat dostrzegano, że nieraz władzę sprawują osoby, które nie radzą sobie z tym intelektualnie ani moralnie. Zaoferowaliśmy społeczeństwu alternatywę. Władzę wolną od korupcji, nepotyzmu, błędów poznawczych, uprzedzeń, podejmującą decyzje optymalne z punktu widzenia sumy korzyści dla jednostek i społeczeństwa.

- I w tym szczytnym celu wymyśliliście bezczelne oszustwo?

- Hmmm... wg opinii prawnych wyborcy podejmowali decyzję tak samo świadomie jak w odniesieniu do innych kandydatów, którzy również nie są związani obietnicami wyborczymi. Nie można ich oskarżyć o oszustwo jeśli nie mają zamiaru ich dotrzymywać.

- Ale wy stosowaliście nieuczciwe praktyki polegające na zmienianiu przekazu wyborczego w trakcie kampanii…

- Tak, to prawda, ale jeśli np. jednej grupie wyborców obiecywaliśmy wejście do strefy euro a innym że nigdy do niej nie wejdziemy to zawiedziona mogła poczuć się tylko jedna grupa. Politycy od lat składali nierealne obietnice i nigdy nikt nie poniósł odpowiedzialności karnej. Czy niespełnienie obietnic wobec wszystkich wyborców jest działaniem legalnym a niespełnienie wobec jakiejś części z nich jest przestępstwem? Nawiasem mówiąc wg sondaży niewiele osób czuje się zawiedzionych tym jak pan Zasadko sprawował swój urząd…

Ten temat był bardzo niewygodny dla chyba wszystkich członków komisji, więc przerwała Gabrielowi te dywagacje.

- Ale do rzeczy: Kiedy podjęliście decyzję o starcie tego waszego „kandydata” w wyborach?

- Musimy oddzielić samo narzędzie podejmowania decyzji w skali makroogranizacji, które było tworzone i doskonalone cały czas, nie można mówić o konkretnej dacie. Ja zajmowałem się programowaniem początkowych algorytmów i określaniem danych treningowych. Szczerze mówiąc to kiedyś zapytałem „Narzędzie” o optymalną możliwość przejęcia władzy w Polsce i wskazał właśnie taką drogę postępowania…

- Czyli chce pan uniknąć odpowiedzialność karnej zwalając winę na urządzenie techniczne? To panu nie pomoże. Powołani biegli - zespół matematyków, informatyków i psychologów jednoznacznie stwierdził, że działanie „Narzędzia” opiera się na algorytmach będących odzwierciedleniem ludzkich procesów myślowych i modelu ludzkiej osobowości. Głównie pana osobowości. To „Narzędzie” ma ok. 52% pańskiej osobowości. Wyniki testów psychologicznych „Narzędzia” i pana pokrywają się właśnie w tym procencie.

- To prawda, Narzędzie w największym stopniu ma cechy osobowości mojej i pana Michała Drabczaka. Ale to o czym pani mówi to już nieco inny aspekt – sam kandydat to rodzaj dostosowania „Narzędzia” do warunków sprawowania władzy w naszym kraju. Interfejs czy też awatar miał umożliwić „Narzędziu” najpierw wygranie wyborów…

- I ten awatar wygrał wybory w demokratycznym kraju – przerwała Przewodnicząca coraz gorzej radząca sobie z emocjami, kiedy ten tu niepozorny człowieczek mówił o rzeczach, które rozwalały cały jej świat, który znała, w który wierzyła i który od lat był fundamentem jej błyskotliwej kariery. Kariery, która bez polityki i związanych z nią patologii na pewno by się nawet nie zaczęła.

- Internet – rozumiem – to tak jak personalizowanie reklam, ale jak poradziliście sobie z wieloma innymi ograniczeniami, które miał awatar? Przecież on istnieje tylko wirtualnie. Nie mógł nawet podać nikomu ręki na wiecu wyborczym...

- Oczywiście, nie podawał nikomu ręki, ale też nie było to potrzebne.

- A te transmisje ze spotkań z wyborcami? Przecież to istniejące miejscowości, prawdziwi mieszkańcy.

- Tak, prawdziwe miejsca, ale mieszkańców wygenerowaliśmy za pomocą AI.

- Ale w tych miejscowościach mieszkają prawdziwi ludzie. Co oni na to? Przecież mogli łatwo zweryfikować relację ze swojej miejscowości.

- Raczej nie. Chodzi o to, że osobom, które mogły to weryfikować nie pokazywaliśmy tej relacji lub pokazywaliśmy ją w taki sposób, żeby nie było widać dokładnie mieszkańców. Oczywiście odróżnialiśmy odbiorców wykorzystując dane o lokalizacji telefonów. Ale najbardziej zaawansowaną rzeczą w tym było ustalenie powiązań kontaktów osobistych tych osób, żeby również osoby powiązanie siecią kontaktów wykluczyć z prezentowania ogólnych treści albo prezentować im te okrojone. Są na to matematyczne algorytmy, a odpowiednio wydajny komputer pozwala efektywnie je stosować w czasie rzeczywistym.

- I nikt nie dziwił się, ze nie widać twarzy ludzi?

- Jeśli widać to tylko nieznajomych. Zresztą prawdę mówiąc unikanie pokazywania twarzy przypadkowych ludzi jest już od dawna stosowane nawet w rządowej telewizji od kiedy sądy zaczęły zasądzać odszkodowania związane z RODO za pokazanie twarzy prywatnych osób.

- I w ten sposób ludzie oglądali tylko transmisje z innych miejscowości, a jeśli nawet swojej, bo byli akurat w innej lokalizacji to i tak nie mogli poznać swoich znajomych?

- Dokładnie tak. Podobne algorytmy modelowania eksceptatywnego sieci kontaktów ludzi wykorzystaliśmy tworząc życiorys naszego kandydata. Musiał przecież gdzieś „chodzić” do szkoły i „pracować”.

Przewodnicząca nie mogła ukryć zdziwienia jak ten nieśmiały, zastraszony człowieczek płynnie mówi o tych technicznych zawiłościach w bardzo zrozumiały sposób. To chyba jedyna rzecz dająca mu pewność siebie.

- A co debatami z innymi kandydatami? Jak to się udało?

- No cóż… Nie musiało się udawać, bo na początku, kiedy nasz kandydat był niemal nieznany nikt nie interesował się debatą z nim. Potem kiedy już miał wysokie notowania w sondażach to oficjalne propozycje padały, ale zawsze okazywało się, że nie uda się zgrać terminu. Nieoficjalnie to inni kandydaci zazwyczaj otrzymywali od swojego sztabu analizy, że prawdopodobnie przegrają ją z kretesem. To fakt, nie wyobrażam sobie, żeby ludzki mózg mógł pokonać „Narzędzie”. Zwłaszcza, że było uczone również słabych punktów w psychice każdego kandydata.

- Ale jednak jedna debata telewizyjna się odbyła?

- Była w formie połączenia zdalnego. Tak zaproponował sztab rywala, bo podobno mieli trudności logistyczne związane jego napiętym z kalendarzem. Oczywiście nie chodziło o kalendarz, bo zaangażowali zespół fachowców od PR, politologii i psychologii żeby mogli pomagać na bieżąco ich kandydatowi. Wybrali formę debaty online, aby ukryć obecność tych suflerów, którzy mieli doradzać przez słuchawkę. Ale nasze „Narzędzie” przewidywało kto będzie w grupie suflerów, porównywało poprzednie wypowiedzi rywala z dostępnymi pracami naukowymi i oczywiście „przeczytało” wszystkie ich publikacje wraz w pozycjami wymienionymi w bibliografiach. Nauczyło się szukać luk i słabych punktów w ich rozumowaniu. No i dało to efekt.

- Dlaczego po prostu nie wystawiliście do wyborów człowieka, który miałby taką słuchawkę w uchu z łącznością z „Narzędziem”. Wtedy nie byłoby tej sprawy. Po prostu kandydat korzystałby z zaawansowanego komputera w swojej kampanii. To dozwolone.

- Byłaby to zbyt wolna wymiana informacji a wynalazki typu „neuralink” niestety są jeszcze niedopracowane. Ale przede wszystkim każdy człowiek ma swoje ograniczenia, słabe strony, ulega zmęczeniu, popełnia błędy pod wpływem emocji... Poza tym władza zmienia ludzi, zazwyczaj w niepożądanym kierunku: wyzwala pokusy, poczucie wyższości, pychę. Jednym słowem z czasem upośledza zdolności efektywnego rządzenia. Awatar jest oczywiście na to odporny. Po 10 latach trzeba go wymienić tak jak każe Konstytucja.

- Zachowując to samo „Narzędzie“?

- Tak, naszemu krajowi potrzebna jest przecież ciągłość władzy, długofalowe strategie. Nie możemy pozwolić sobie na chaos i częste zmiany wynikające z decyzji wyborców. Ludzie chcą wybierać władzę ale jednocześnie wymagają, żeby każda władza podejmowała optymalne decyzje. Optymalna decyzja jest zazwyczaj tylko jedna. A najgorsze że często politycy odrzucali te optymalne rozwiązania tylko dlatego że ich autorem był przeciwnik. To patologia wymuszona współczesnym modelem demokracji.

Przewodnicząca nigdy nie myślała w ten sposób. Ale chyba ten chudzielec ma rację. Oczywiście ani ona ani żaden z polityków nie mógł tego przyznać. Dodałaby do tego jeszcze, że połowę kadencji marnowano na "rozliczenia" poprzedników, co było sposobem na stworzenie wrażenia, że to "my jesteśmy dobrzy a tamci źli". Im dłużej go słuchała tym bardziej wyczuwała jak bardzo podobnym rodzajem inteligencji błyszczał Zasadko. I pomyśleć że taka oferma sprawowała w połowie urząd prezydenta, o którym ona nawet nie ośmielała się marzyć. Ale z tą aparycją nikt by go nie wybrał nawet na sołtysa żadnej Gęsiej Wólki... Trochę pocieszyła ją myśl, że ona dostała najwięcej głosów w swoim okręgu.

Beznamiętnie kontynuowała przesłuchanie.

- A zdjęcie, gdzie awatar pije wódkę z lokalnymi działaczami? Rozumiem, że da się to łatwo spreparować, ale tam widać twarze tych dwóch prawdziwych ludzi. Jak oni zareagowali na takie zdjęcie w Internecie? Przecież nawet jeśli im zablokowaliście to i tak ktoś im je pokazał na swoim telefonie..

- Na pewno. Ale tych ludzi wybraliśmy starannie. Mieli określone cechy charakteru, sytuację rodzinną, marzenia… Proszę sobie wyobrazić lokalnego działacza, który ma ambicje polityczne sięgające znacznie dalej. Co o takim zdjęciu powie ludziom ze swojej miejscowości? Że to fejk? Znacznie lepsze było wykorzystanie tego „szczęśliwego losu” i podtrzymywanie wersji, że to prawdziwa sytuacja. Człowiek „stąd”, który nawiązuje towarzyskie nieformalne kontakty z popularnym w całym kraju politykiem mającym ogromną szansę zostać prezydentem od razu staje się gwiazdą w lokalnej społeczności. Każdy nisko się kłania, bo ktoś, kto pije wódkę z „prawie-prezydentem” może wiele załatwić. Nawiasem mówiąc ten wójt został wybrany na burmistrza miasta powiatowego, a wybory na wójta łatwo wygrała tam jego córka, więc milczenie w sprawie zdjęcia raczej mu się opłaciło...

- A obowiązki głowy państwa? Rozumiem, projekty ustaw, dekrety, ale jak miały wyglądać wizyty zagraniczne, spotkania międzynarodowe? Jak to było możliwe? Jak przekonaliście tamte osoby do milczenia? To już przecież nie chodziło o jakiegoś wójta z prowincji!

- Oczywiście, że nie, ale też są ludźmi, mają swoje ambicje i swoje lęki. Już w 2031 roku okazało się, że Polska odnosi wielkie sukcesy i w polityce zagranicznej i w gospodarce. Politycy z innych krajów byli o tym poinformowani przez swoich doradców, a wielu z nich dostrzegało zmiany na własne oczy. Dodatkowo tworzyliśmy dla nich odpowiedni przekaz podnoszący rangę tych osiągnięć. A potem mówiliśmy otwarcie o tym, że nasz prezydent jest awatarem, interfejsem AI, która podejmuje tak trafne decyzje. Niektórzy byli w szoku, niektórzy się tego domyślali wcześniej. I jedni i drudzy bali się tego samego - że jeśli obywatele ich kraju poznają prawdę o polskim prezydencie, to mogą uznać, że ich prezydenta też mógłby zastąpić awatar odnoszący takie sukcesy. Uznawali więc, że trzeba to utrzymać w tajemnicy, a nawet uwiarygodnić pana Prezydenta Zasadko jako żywego człowieka. I robili publicznie.

- No a co z krajami wrogimi Polsce? Przecież służby takich krajów mogłyby dotrzeć do tej informacji i zdemaskować awatara licząc na wywołanie kryzysu politycznego.

- Nie stało się tak, bo prawie nie utrzymujemy z nimi kontaktów, po drugie informacje stamtąd byłyby zablokowane już na serwerach jako wroga propaganda, a jeśli nawet coś by się prześlizgnęło to oni wypuszczali w przeszłości zbyt wiele kłamstw, żeby ludzie brali cokolwiek od nich na poważnie. A poza tym od kilkunastu lat mnóstwo pieniędzy wydaje się na akcje uświadamiające dotyczące fake-newsów. Trudno, żeby nie było efektu tych działań w społeczeństwie, które historia uczyniła dość nieufnym...

- A gdyby zdobyli przekonujące dowody?

- Jeśli polskie służby, które mogą działać swobodnie, w zasadzie kontrolując cały internet w Polsce potrzebowały tylu lat to co mogli zrobić pojedynczy obcy agenci mający o wiele skromniejsze możliwości techniczne? A przecież oni byli cały czas tropieni. Wiedzieli że poważne próby penetracji naszych kluczowych systemów państwowych ściągną na nich uwagę i prawdopodobnie zostaną złapani. Nie podejmowali tak dużego ryzyka, zwłaszcza że nie mieli żadnej pewności co do rezultatu działań nawet gdyby w jakiś sposób uniknęli wykrycia. Ich dowódcy przeanalizowali duże koszty i mocno niepewne korzyści. Ale nawet gdyby mimo wszystko to ujawnili to taka informacja byłaby zagrożeniem dla ich władz. Z powodów o których już mówiłem. Destabilizacja w Polsce za cenę rewolucji u siebie? To nieopłacalne.

- Po co wam była pani Patrycja Grudzień?

- Wyborcy oczekują, że prezydent musi mieć żonę. Pani Patrycja najlepiej odpowiadała ich potrzebom. Nie mogła być oczywiście zbyt idealna. Ważne też było, że nasz kandydat mógł przy niej być pokazany jako mężczyzna, który potrafi zaopiekować się kobietą z widoczną niepełnosprawnością. Wielu kobietom podobała się bardzo taka postawa naszego kandydata, a przecież kobiety to większość wyborców… Mężczyźni z kolei doceniali bardziej fakt, że jako wychowana w domu dziecka nie miała absolutnie żadnych rodzinnych koneksji ani majątku, żeby zostać pierwszą damą.

- Mężczyźni raczej patrzyli na coś innego… Ale zostawmy to. Pewnie musiała mieć silną motywację, żeby zgodziła się brać udział w tym przedstawieniu.

- Pani Patrycja okazałą się osobą oddaną swojemu krajowi, chcącą służyć społeczeństwu. Przekonaliśmy ją, że to będzie najlepsza droga.

- A dlaczego jest żywym człowiekiem a nie awatarem tak jak Zasadko? Mogliście chyba dostawić jakiś dodatkowy serwer czy coś takiego...

- Ona musiała być żywą osobą choćby po to, żeby uwiarygodnić naszego kandydata jako człowieka. Poza tym pierwsza dama ma też swoje zadania, których nie mogliśmy powierzyć awatarowi. Np. spotkania z organizacjami osób niepełnosprawnych, ich opiekunami, rodzinami. Tu trzeba zwykłego ludzkiego ciepła. Zresztą sprawdzała się w tej roli idealnie, bo sama ma za sobą tak trudne doświadczenia. Nie wszystko da się załatwić filmami zrobionymi w komputerze…

Musiał mówić coraz głośniej, bo za oknem budynku Sejmu panował wielki harmider. Tysiące gardeł skandowało wulgarne okrzyki. Wściekły tłum chyba dostał się już za ogrodzenie gmachu Sejmu, bo na wysokość pierwszego piętra docierały obłoki gazu łzawiącego. Ale powietrze do sali nie przechodziło przez okna lecz przez system filtrów. Nagle przez to zbiorowisko dźwięków przedarł się ten jeden. Cichszy, ale wszyscy go usłyszeli i w ułamku sekundy znaleźli się na podłodze. Szyba okna rozpadła się a pocisk z karabinu szturmowego utkwił w białej sztukaterii. Strażnicy próbowali ogarnąć powstały chaos i prawie się to udało, ale do środka wpadła świeca dymna więc jednak chaos zwyciężył. Gaz łzawiący wypełnił natychmiast salę. Gabriel popchnięty przez kogoś uciekającego w panice przewrócił się i pełznął po omacku na czworakach, ale kajdanki na przegubach mocno to utrudniały. Poczuł jak silna dłoń łapie go za ubranie i wyciąga z pomieszczenia. Inna pomocna dłoń zakryła mu usta i nos kawałkiem mokrej tkaniny. To trochę pomogło w oddychaniu. Kiedy mógł już otworzyć piekące oczy zobaczył, że pomocne dłonie należą do dwóch wielkich funkcjonariuszy policji ubranych w maski gazowe, kamizelki kuloodporne, kaski i całą resztę wyposażenia do akcji przeciw demonstrantom.

- Szybko, idziemy. Dacie radę? – jeden policjantów łatwo go podniósł. Okazało się, że drugi w tym czasie zajął się Patrycją, która mniej oddychała gazem łzawiącym, bo była na korytarzu. Ale też miała mokrą szmatkę na twarzy i trochę zaczerwienione oczy. Też niewiele widziała i kilka razy potknęła się upadając na kolana zanim policjanci zaprowadzili ich do zapasowego wyjścia i wpakowali do opancerzonej ciężarówki. W jej wnętrzu można było już oddychać swobodnie. Gabriel krztusił się jeszcze, kaszlał i gdyby miał czym to pewnie wymiotowałby na podłogę. Może od zatrucia gazem, może stresu, ale najbardziej z powodu choroby lokomocyjnej i tego jak kierowca prowadził ten tylko z pozoru ociężały pojazd. Żaden komputer współczesnego auta nie pozwoliłby na taki styl jazdy. Na szczęście komputery innych aut działały i umiejętnie unikały potencjalnych kolizji z pancerną wojskową ciężarówką.

Patrycja pierwsza odzyskała minimalną jasność myśli, która pozwoliła jej na zadanie naturalnego w tej sytuacji pytania:

- Gdzie nas zabieracie? Do aresztu? Ja mam tylko dozór, więc jeśli jestem aresztowana to chyba powinnam być poinformowana o...

- Jest wręcz przeciwnie. Nie jedziemy do aresztu. A dozór też skończy się za jakieś 9 kilometrów – uspokoił ją siedzący obok kierowcy policjant odwracając się przez ramię.

Rzeczywiście za kilka minut zatrzymali się na poboczu obok wozu strażackiego, gdzie czekał już strażak z nożycami hydraulicznymi.

- Dzień dobry, pani Zasadko. To dla mnie zaszczyt – nim skończył mówić jego nożyce poradziły sobie z bransoletką dozoru elektronicznego na kostce Patrycji.

Jeszcze łatwiej poszło z kajdankami na rękach Gabriela. Zwykła stal, a nie jakieś polimery.

Znów odezwał się wielki policjant.

- Tak, słusznie się pani domyśla. Jesteśmy po tej dobrej stronie. Przepraszam za niewygody, ale nie mieliśmy innego wyjścia – spojrzał z marnie ukrywanym rozbawieniem na półżywego Gabriela – musieliśmy państwa stamtąd zabrać. A tu jest wóz mniej rzucający się w oczy.

Teraz jechali wąską wiejską drogą zupełnie cywilnym starym mitsubishi. Kierowca co jakiś czas zerkał na papierową mapę wydrukowaną pewnie z tej internetowej. Było to bardzo dziwne, bo i samo prowadzenie samochodu przez człowieka było już coraz mniej spotykane. Nowe przepisy, które z inicjatywy prezydenta Polska wprowadziła jako pierwsza w Europie i dostosowana do nich infrastruktura eliminowały właściwie tę konieczność. Ale to stare mitsubishi na pewno nie było autonomiczne.

- Na wszelki wypadek nie korzystam z GPS w czasie tego kursu...-kierowca uprzedził jej pytanie. Chyba zresztą był gadatliwym facetem.

- A dokąd ten kurs?

- Jedziemy do bezpiecznej kryjówki koło Włodawy, pani Prezydentowo. Na razie musicie państwo tam mieszkać jakiś czas. Aż to się uspokoi. Ja się na polityce nie znam i tego nie rozumiem dlaczego oni tak się uparli na tego pani męża, że nie może znowu kandydować? Przecież to dobry prezydent. Dużo zrobił. Chyba teraz wygrałby od razu w pierwszej turze. No i panią też ludzie lubią. Tyle im pani pokazała, żeby nadziei nie tracić. Tym wszystkim chorym. Teraz leki na wszystko. Nawet ta terapia na raka. To prawda, że to Polacy wymyślili?

- No, może nie całkiem, bo to zespół międzynarodowy. Szefem był taki profesor – Japończyk, paru naukowców z Ameryki, Francji, Niemiec. Ale pracowali dla polskiej firmy.

- I jak się udało ich zatrudnić?

- Chcieli sobie dorobić po wykładach – rozmowa z tym prostym facetem na tyle ją odstresowała, że pozwoliła sobie na ten drobny żart, choć przecież wiedziała, że to były naukowe sławy, które znalazły w Polsce dobry klimat do swojej pracy.

- Eh, pani Prezydentowo, ja mały byłem za komuny to słyszałem, że nasze magistry do nich jeździli ulice zamiatać - Już nie zerkał na mapę; chyba znał tę okolicę.

- A to, że prezydent nie jest żywym człowiekiem to panu nie przeszkadza?

- Może kiedyś by przeszkadzało, ale teraz jak wybuchła ta cała afera to ludzie już tak się przyzwyczaili do lepszego, że im wszystko jedno czy on żywy czy komputerowy. Bo i co to za różnica byle dobrze rządził. Przykładowo u nas: kiedyś trzeba było o 4 rano wstawać, jechać 12 kilometry do lekarza i apteki, a teraz do lekarza kolejki nie ma, pogadasz z botem, a on choćby w nocy o północy do człowieka grzecznie, nigdy nie zmęczony, skierowanie na badania albo receptę wypisze, a dron pod same drzwi leki przyniesie nawet na taki wygwizdów. Ja ledwo po 60. i zdrowie na razie dopisuje, ale rodziców moich, proszę pani Prezydentowej, za tamtej władzy to nikt by nie leczył, bo taki emeryt to komu był potrzebny? Do roboty się już nie nadaje, a ZUS bankrut, więc przekonywali kogo się dało, że taki jeden zastrzyk to najlepsze wyjście, bo i prawo człowieka żeby z godnością umrzeć bez dalszego cierpienia, i ekologicznie, i średnia wieku się obniży, a Unia mówi, że to dobrze i więcej euro dla Polski da na niby ten rozwój. Ale potem jak pani szanowny mąż się za to wszystko wziął to i kasa się znalazła i postęp duży w medycynie. I teraz ojciec z matką nie tylko że żyją, ale jeszcze w formie i dzieci mi pilnują jak ja tutaj pojechałem po was… Pani Prezydentowa zaraz matką będzie to też rozumie… Dzieci małe, ale kraj trzeba ratować, właśnie dla tych dzieci naszych, bo nie chcę, żeby oni wrócili.

- Oni?

- No, tamci politycy co się tylko za łby brali i nawzajem pakowali do więzienia a potem jeden z drugim się spierał czy ten sędzia co ich wsadzał to miał prawo być sędzią czy może nie, bo go nie ten co trzeba powołał… No i jeszcze te tabletki co wymyślili, że od nich się człowiek coraz bardziej Murzynem staje. Że niby jak wszyscy będą podobni to będzie mniejsze draństwo, bo się lepiej będą przyjezdni u nas czuli, że nikt dla nich wróg nie będzie. A kto nie brał tabletek to rasista. I będzie musiał na tych wszystkich Murzynów płacić niby na przeprosiny za to, że kiedyś było niewolnictwo. U nas nie było i w ogóle nic złego Murzynom żeśmy nie robili to i nie mieli się czego bać nawet jakbyśmy tu w Polsce wszyscy biali zostali. Ale podobno nic się nie dało przetłumaczyć i tak Unia postanowiła, że dotacje wstrzymają jak nie będzie u nas tego tam pigmentowania. Dobrze, że Pani Prezydentowa się zwariować nie dała. Moja żona też taka jak pani...

Patrycja nie pytała czy chodzi mu o wygląd czy odporność na „zwariowanie”.

- A dzieci pana w jaki wieku?

- 3 i 4 lata. Co? Dziwi się pani Prezydentowa, że chłop siwy i dopiero teraz na stare lata ojcem? Wcześniej nie bardzo było jak, bo z jednej ciężkiej roboty do drugiej, za granicą też robiłem, kawał życia zleciał. A teraz dopiero się dobra kobieta trafiła. Trochę na początku było strach, że taka młodsza, że z Białorusi. U nich teraz, po tej ukraińskiej wojnie to bieda okrutna. Młoda dziewczyna był to do Polski uciekła i tak już u mnie została. Pomaga tu letników obsługiwać. I posprząta i ugotuje, choć nie musi, bo córkę sąsiadów do tego zatrudniam. No, ale teraz ona w szkole dzieci muzyki uczy więc nasze u dziadków. O, już żeśmy dojechali.

Z jego słów najbardziej cieszył się wymęczony chorobą lokomocyjną Gabriel. Nienawidził podróży chyba nawet bardziej niż zgiełku i tłumów. Podjechali do czegoś, co w wyobrażeniach Patrycji wyglądało dokładnie tak jak powinno wyglądać gospodarstwo agroturystyczne: na jednej działce stały mniejszy nowoczesny domek właścicieli i znacznie większy, piętrowy przeznaczony dla turystów z miasta. Ten był trochę w stylu góralskiej chaty z mocno spadzistym dachem i elewacją przekonująco naśladującą stare drewno. Gabriel z ulgą otworzył drzwi samochodu i powoli dochodził do siebie oddychając świeżym, czystym i pachnącym lasem powietrzem.

Kierowca zniknął na chwilę w drzwiach mniejszego domku. Gdy wyszedł trzymał w ręku pęk kluczy.

- Pani Prezydentowa wybaczy, że tu nie takie warunki jak Pani zwyczajna, ale mebelki nowe i łazienkę żeśmy w zeszłym roku odremontowali. No i najważniejsze, że spokój tutaj będzie - Zaprowadził ich na górne piętro większego domku.

- Bardzo tu ładnie – pochwaliła jeszcze zanim się rozejrzała, ale chciała gospodarzowi sprawić przyjemność.

- Tu dla pani, a tu dla pana… oba pokoiki z widokiem na rzekę. Tu jest łazienka. Tylko trochę będzie problem z rzeczami na przebranie… - spojrzał na Gabriela, który miał ciągle na sobie więzienny drelich w pomarańczowym kolorze dla niebezpiecznych osadzonych. Miał jednak tę zaletę, że nie podarł się przy ewakuacji na czworaka. Natomiast elegancki jeszcze rano strój Patrycji do niczego się już nie nadawał. Sukienka była mocno podarta na plecach, szczątki rajstop wokół zdartych kolan miały wzorek z grudek kurzu i zaschniętej krwi.

Gospodarz przyniósł im jakieś dżinsy i T-shirty. Do tego butelkę wody utlenionej i opatrunki.

- Pani Prezydentowa sobie poradzi?

- Tak, dziękujemy.

- Jakby co jestem po sąsiedzku – ukłonił się przesadnie jak XIX-wieczny lokaj i poszedł sobie.

Patrycja zrzuciła zniszczoną sukienkę, weszła pod prysznic. Starała się dokładnie umyć zdarte kolana, ale efekt był marny, bo nie cały brud dał się spłukać. Wyszła z kabiny, wytarła się pachnącym świeżością ręcznikiem, ale przy ubieraniu okazało się że co prawda T-shirt był tylko trochę za obcisły to dżinsy zupełnie były niedostosowane do jej obecnej figury. Nawet nie próbowała ich zakładać. Wzięła mokry ręcznik i owinęła nim biodra. Uspokoiła ją myśl, że biorąc pod uwagę tę całą konspirację szansa spotkania kogoś obcego na korytarzu była znikoma.

Gabriel skończył prysznic nieco wcześniej. Na niego dla odmiany wszystko było za luźne. Więzienna dieta i tryb życia zrobiły swoje.

Doszedł już jednak całkowicie do siebie i uśmiechał się na widok Patrycji. Tylko zaczerwienione oczy zdradzały niedawny kontakt z drażniącym gazem. Ale już takie u niego widywała, kiedy spędzał nieraz dwie doby pod rząd wpatrując się w ekran komputera. To przywoływało wspomnienia o tym jak razem pracowali na sukces prezydenta.

Weszli do jej pokoju.

- Usiądź, trzeba to oczyścić. Musisz uważać na bakterie, a nie wiadomo czym mogłaś się ubrudzić na tym chodniku przed Sejmem, tyle ludzi tam pluje jadem na posłów…

Zaśmiała się i usiadła na łóżku.

Gabriel delikatnie przemywał jej rany wodą utlenioną, a Patrycja syczała z bólu, bo bardzo przesadzał z ilością i piekło niemiłosiernie. Potem nakleił sterylne opatrunki i usiadł obok.

Włączyli kanał z wiadomościami. Pokazywano zamieszki, walki uliczne z policją – to znaczy tak o tym opowiadała reporterka, bo choć czasami może i była jakaś szarpanina, zdemolowano chodnik rzucając wyrywaną kostką brukową w rządowe budynki to jednak policja ani wojsko niespecjalnie kwapiło się do tej walki raczej chroniąc tylko polityków, choć pokazywano sceny, że kogoś tam aresztowano. Patrycja przełączyła na internet. Zwykli ludzie wrzucali masowo na YT swoje relacje. Filmowano nie tylko komórkami i sportowymi kamerkami, ale ktoś też profesjonalnym sprzętem. To było dziwne, ale tylko przez moment, bo oboje rozpoznali dziennikarkę publicznej telewizji jak opowiadała, że interweniujący pod KPRM specjalny oddział policji przyłączył się do demonstrantów a potem korzystając ze swoich mundurów myląc strażników bez problemu dostał się do środka i wyprowadził z budynku członków rządu. Dziwne było też to, że tłum właściwie ich nie atakował. Było trochę gniewnych okrzyków, ale pozwolono im bez większych przeszkód pojechać rządowymi limuzynami na lotnisko.

Inny – tym razem amatorski reporter - trzymaną w dłoni komórką filmował jak jakiś człowiek cały ubrany na pomarańczowo przemawia z dachu furgonetki do ogromnego tłumu ludzi. Rozpoznali Mokotów, ale nie mogli rozpoznać mówcy, bo ręka trzymająca komórkę trzęsła się straszliwie i co mniej więcej pół sekundy zmieniała ujęcie.

Dopiero kiedy przenośny głośnik wzmocnił jego słowa zrozumieli dużo więcej.

„Dziękuję za tak wielką pomoc i zaufanie. Jeszcze dziś rano w celi więziennej nie mogłem nawet w najśmielszych marzeniach spodziewać się, że tak wielu ludzi zrobi tak wiele dla naszego kraju, który znalazł się na krawędzi katastrofy po nielegalnym pozbawieniu urzędu Pana Prezydenta. Lecz dzięki wam kończy się właśnie ponury epizod, kiedy nie uszanowano woli narodu…”

Sam Michał Drabczak był z tej odległości nierozpoznawalny, ale jego głos i słowa, które wypowiadał nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości. Publiczne wystąpienia, spontanicznie wygłaszane słowa porywające słuchaczy i budzący sympatię ton wypowiedzi – to jego specjalność. Mówienie do tłumów to jego żywioł, nad którym całkowicie panował. Nic dziwnego, że ludzie tak lubili Zasadkę skoro prezydent miał według opinii biegłych psychologów coś koło 40% tej charyzmatycznej osobowości Drabczaka. A ten szeroki w barach trzymający przenośny głośnik to pewnie Rafał, którego instynkt, intuicja i zdolności przewidywania pozwalały na wykonanie niemal każdego ryzykownego przedsięwzięcia. Prezydent Zasadko nauczył się tego od niego.

„Postaramy się aby pan Prezydent jak najszybciej powrócił do wykonywania swoich obowiązków” – kontynuował ochryple przesterowany głos z głośnika ustawionego na max.

Zagłuszał go coraz bardziej ryk tysięcy gardeł: „Pre-zy-dent Za-sad-ko!” „Pre-zy-dent Za-sad-ko!” a potem „Niech ży-je Pre-zy-dent Za-sad-ko!”

Patrycja pomyślała, że to ostatnie brzmi cokolwiek groteskowo w odniesieniu do awatara, ale ci ludzie po prostu chcieli powrotu prezydenta, którego wybrali, aby był głową państwa. A jaki był bardziej lakoniczny sposób zbiorowego wyrażenia poparcia?

Ktoś inny nagrywał live z akcji pod gmachem Sejmu. Chociaż garstka posłów zabarykadowała się się w środku to jednak wydarzenia przebiegały podobnie, podobnie skandował też tłum domagający się przywrócenia Zasadki na urząd prezydenta.

Ktoś wpisał numer identyfikacyjny rządowego samolotu. Każdy mógł teraz sprawdzić, że właśnie startuje z warszawskiego lotniska. „Nie wracajcie nigdy!” – napisał ktoś w komentarzu a zdobycie tysiąca lajków zajęło autorowi ok. 3 sekund.

- Jak myślisz? Wszyscy się zmieścili? – Uwolnienie Michała i Rafała było dla Patrycji czynnikiem mocno poprawiającym humor.

- Mam nadzieję, że tak. Mam już dość polityki…

- Wiem, zawsze tak mówisz, a potem wracasz z nową energią. Teraz jak oni sobie wszyscy odlecieli będziesz chyba musiał „powołać” nowego premiera i ministrów…

- Uda się bez ministrów, premier może sprawować obowiązki każdego konstytucyjnego ministra. Dziwne, że pierwsza dama o tym nie wie – uśmiechnął się

- Zawsze taki pragmatyczny - skrzywiła się udawanym oburzeniem - A może choć raz zrobiłbyś coś szalonego i zaprogramował jakiegoś dodatkowego ministra? Albo lepiej ministrę-kobietę dla zachowania parytetów.

- No nie wiem... Komputer czasami używał ponad 90% wydajności, a przecież nie może się zawiesić...

- To chociaż taką nikomu niepotrzebną, o prostym umyśle, może nawet bez studiów, żeby nie zajmowała za dużo mocy komputera. I jakiś fajny awatar blondynki z kręconymi włosami. Jak byłam mała to chciałam mieć kręcone. I niech tak ja lubi tańczyć, nawet niech tańczy w Sejmie. Zaprogramujesz taką? Ludzie będą mieli z nią trochę zabawy, a faceci politycy są tacy nudni. – Patrycja nie dawała za wygraną.

- Niepotrzebna ministra bez wykształcenia tańcząca w Sejmie? Nie, to niemożliwe w realu i nie da się wyrenderować, układy logiczne komputera na to nie pozwolą. AI już od dawna musi trzymać się tylko prawdopodobnych scenariuszy rzeczywistości, nie może halucynować – pokręcił głową.

Oboje zaczęli się śmiać, choć Gabriel ani trochę nie żartował z tymi ograniczeniami kwantowych superkomputerów.

Objął Patrycję od tyłu.

- Cóż, wydamy na świat potomstwo w kraju pozbawionym tańczącej ministry... – wymruczał prosto do jej ucha, a Patrycja poczuła na brzuchu dotyk jego dłoni. Dalej były zimne i wilgotne tak za pierwszym razem, kiedy tej prawej dotknęła na powitanie 4,5 roku temu. Teraz nie zamieniłaby tego dotyku na żaden inny. Dotyku człowieka dzielącego 52% osobowości z jej oficjalnym mężem, uwielbianym, choć wirtualnym prezydentem 38-milionowego narodu. Ale ona pokochała Gabriela za te pozostałe 48% przeznaczone tylko dla niej… Spojrzała z bardzo bliska w jego zaczerwienione oczy.

- Nie mam co na siebie włożyć, więc nie będę wychodziła z tego pokoju baaardzo długo i będzie mi się baaaardzo nudzi… Ostatnia sylaba już bezgłośnie spadła z koniuszka języka Patrycji, kiedy wsuwała go do jego ust.

 

Opublikowany w: https://darkorbrightfuture.blogspot.com/2025/04/vox-populi.html

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Wintermute 3 miesiące temu
    Przynajmniej przyciemnianie skóry już mamy — wystarczy spojrzeć na plaże w Gdańsku latem.
    A zupełnie osobne zjawisko to młode Norweżki z Bergen, gdzie słońce świeci trzynaście dni w roku, za to solarium znajdziesz na każdym rogu. Ostatnim krokiem będzie tylko dorobić do tego odpowiednią ideologię.

    A jeśli chodzi o prezydenta-AI — patrząc na niektórych naszych polityków, mam wrażenie, że stworzono ich przy użyciu technologii pozaziemskiej albo magii. Coś pomiędzy headcrabem a wampirem. :)
  • Nemo1214 3 miesiące temu
    Dzięki za komentarz. Starałem się napisać coś, co byłoby śmiesznym poglądem na przyszłość, taką trochę karykaturą trendów, ale też czasem dostrzegam, że rzeczywistość idzie szybciej w stronę absurdów niż mi się wydawało...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania