w całunie sennym

Próbując zasnąć wyobrażałam sobie, że umarłam, taka piękna i młoda, zastrzelili mnie faszyści podczas rewolucji, którą wiodłam na barykady, biegłam i krzyczałam tym moi ochrypłym zdartym głosem „wolność, wolność” we wszystkich językach świat, najlepiej brzmiało chyba po francusku, najdonioślej.

 

wolność

 

freedom

 

liberte

 

स्वतन्त्रता

 

സ്വാതന്ത്ര്യം

 

xorriyadda

 

A może ja wcale nie potrzebowałam krzyczeć słów „wolność” i „rewolucja”, może wystarczyłoby żebym po prostu biegła, a wszyscy i tak by zrozumieli?

 

No i unosiłam ręce do nieba upojona tym moim ruchem i duchem rewolucji.

 

I wtedy przyszedł czas na strzał, odgłos sprawił że przyspieszyłam, ale i tak chwilę potem poczułam go w sobie, jak ten dźwięk wypełniał mnie ciepłem, rozgrzewał moje gorejące serce otoczone cierniami jak serce Chrystusa. A ja kochałam wszystkich ludzi i oni kochali mnie. Dotykali mojego jeszcze ciepłego ciała i składali pocałunki na nieostygłej, wilgotnej twarzy, włosy przyklejała mi do czoła zakrzepła, bordowa krew, byłam taka piękna, a moje martwe ciało wypełniało słodką młodością to letnie, duszne powietrze. Nieśli mnie potem na starym kawałku materiału, krew sącząca się z rany pokrywała go arabeskami, a moje usta wykrzywiały się w lekkim uśmiechu, jak na tym pośmiertnym zdjęciu jakiejś siostry zakonnej, które dostaliśmy w podstawówce na religii. A może to ja byłam na tej fotografii i jako 7 latka zobaczyłam swojego trupa na szkolnej lekcji.

I potem musieli mnie jakoś pogrzebać, a że były ciężkie czasy wojny wykopali mi dół w zrujnowanym kościele, zagrano na przegniłych organach, a moje ciało ubrane w przewiewną, szyfonową suknię leżało w otwartej trumnie. Takie spokojne, takie lśniąco sterylne i takie niemoje. Pogrążony w żałobie tłum wykonał wspólnie gest symbolizujący sprzeciw wobec reżimu, unieśli ręce i zrobili z palcami coś w stylu znaku wiktorii, jak w jakiejś dystopijnej młodzieżówce. Na końcu ktoś oblał wszystko benzyną i puścił z dymem cały zapadnięty kościół, ludzie rozeszli się do swoich zniszczonych mieszkań. A ja szybowałam nad miastem jak na obrazie Chagalla i patrzyłam jak płonie. Szkoda tylko, że po tej apokalipsie musieli wstać do pracy, pić parę mocnych kaw dziennie, prać i gotować, czy po takim wydarzeniu życie nie powinno ulec jakiejś ogromnej zmianie?

 

Coś jednak zostało. Mieszkańcy wspominają, że moje palące się ciało wydzielało zapach olejku bergamotowego, mirry, ladanum i róż. Moja słodka woń unosiła się nad miastem przez prawie pół roku.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania