W cieniu
Z oczu ci spadał zmierzch, jak liść zgaszony,
w dłoniach ci wiatr śpiewał pustką bez tchu,
a ja — jak żołnierz bez munduru, zgubiony,
stałem wśród nocy, jak ślad w mokrym śniegu.
Miłość — ta kula ze światła i krwi,
co we mnie huczała jak front pod skronią,
rozbiła się cicho, bez echa, bez drzwi,
o twój wzrok chłodny, jak szkło pod dłonią.
Pisałem ci sercem, bez atramentu,
w liniach żył drżała litera ostatnia,
a ty, jak głos z głębi snu lub lamentu,
milczałaś, zgaszona jak lampa zapłakana.
W twe włosy zaplątał się czas, nie mój,
i ktoś, kto śmiał w nich być jak świt jasny.
Zostałem — cień w polu, zgubiony strój,
co w trumnie lata leży niewłasny.
Więc idź, nie odwracaj się w blasku mgły.
Ja w wiersz się przemienię. W kurz. W ruiny.
I tylko nocą, spod powiek łzy,
będziesz mnie słyszeć — jak echo wojny.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania