W cieniu

Z oczu ci spadał zmierzch, jak liść zgaszony,

w dłoniach ci wiatr śpiewał pustką bez tchu,

a ja — jak żołnierz bez munduru, zgubiony,

stałem wśród nocy, jak ślad w mokrym śniegu.

Miłość — ta kula ze światła i krwi,

co we mnie huczała jak front pod skronią,

rozbiła się cicho, bez echa, bez drzwi,

o twój wzrok chłodny, jak szkło pod dłonią.

Pisałem ci sercem, bez atramentu,

w liniach żył drżała litera ostatnia,

a ty, jak głos z głębi snu lub lamentu,

milczałaś, zgaszona jak lampa zapłakana.

W twe włosy zaplątał się czas, nie mój,

i ktoś, kto śmiał w nich być jak świt jasny.

Zostałem — cień w polu, zgubiony strój,

co w trumnie lata leży niewłasny.

Więc idź, nie odwracaj się w blasku mgły.

Ja w wiersz się przemienię. W kurz. W ruiny.

I tylko nocą, spod powiek łzy,

będziesz mnie słyszeć — jak echo wojny.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania